Flota ZiemiTekst

Z serii: Rebel fleet #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Flota Ziemi
Flota Ziemi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,85  54,28 
Flota Ziemi
Flota Ziemi
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Earth Fleet (Rebel Fleet Series Book 4)

Copyright © 2018 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-12-3

ISBN MOBI: 978-83-66375-13-0

1

Szkolenie nowych załóg w Dowództwie Sił Kosmicznych nigdy mi się nie nudziło. Co trzy miesiące przychodził kolejny zespół, a ja byłem ich instruktorem walki – choć oni nazwaliby mnie inaczej. Miałem dzięki temu okazję poznać ludzi, zobaczyć nowe twarze… a potem wdeptać je w podłogę.

– Hej! Kapitanie Blake! – zawołał do mnie pewien chorąży pierwszego dnia szkolenia. – Nie dam się dzisiaj nabrać na żadne sztuczki. Żeby była jasność.

Pozostali zamilkli i wpatrzyli się w nas. Wcześniej, kiedy wszedłem do sali, rozmawiali półgłosem, ale teraz zrobiło się całkiem cicho.

Na moich zajęciach panowała względnie luźna atmosfera. Tak chciałem i informowałem o tym na samym początku. Jednak mimo wszystko ten chorąży był pierwszą osobą, która głośno wyraziła swoje zdanie, w dodatku niezbyt uprzejmie.

Patrzyłem na niego przez kilka długich sekund, a on odwzajemniał spojrzenie. Wreszcie opuścił wzrok, ale zaraz potem znów na mnie spojrzał.

Nie czułem do dzieciaka żadnej szczególnej niechęci. Był w porządku. Zajęcia miały na celu nauczyć świeżo upieczonych oficerów raczkującej ziemskiej floty kosmicznej, jak nie dać się stłamsić w Galaktyce, gdzie hołdowano innym zasadom niż te, które znali. Takie chwile walki o dominację były w zasadzie kluczowe dla procesu szkolenia.

Po latach życia w wojsku należało oduczyć tych oficerów dyscypliny, bo tylko tak mogli sobie poradzić wśród kosmitów. W starych, dobrych czasach dyscyplina stanowiła element każdej szanującej się marynarki wojennej na Ziemi, a Brytyjczycy byli pionierami, jeśli chodzi o morskie standardy. Zbudowali największe w historii imperium, choć sami żyli na maleńkiej wysepce.

Jednak czasy się zmieniły. Przestaliśmy być więźniami pojedynczej kuli błota. Różne ziemskie siły zbrojne nie marnowały już czasu na sprzeczki między sobą – w każdym razie niezbyt często. Obecnie wojny toczyły się w kosmosie, a walczącymi zawsze była mieszanka ludzi i innych Kherów.

To dobrze, że chorąży na chwilę opuścił wzrok. Choć o tym nie wiedział, uchroniło go to przed ostrym laniem.

Jako instruktor walki i pierwszy łącznik między nimi a resztą sił zbrojnych, miałem za zadanie nauczyć tych ludzi kultury Kherów, nie mogłem więc pozwolić, by ktoś otwarcie rzucał mi wyzwanie. To obniżyłoby mój status w oczach pozostałych, znacznie utrudniając pracę.

Upłynęła kolejna pełna napięcia chwila. Wezwałem chorążego przed klasę. Pozostali studenci – było ich w sumie koło dwudziestki – odetchnęli z ulgą. Zaczęli się śmiać i drwić z kolegi.

– Masz przerąbane, Billson! – przekrzykiwali się. – Łamacz Szczęk się tobą zajmie!

„Łamacz Szczęk” to mój kryptonim wśród agentów bezpieczeństwa, którzy obserwowali wszystko i wszystkich w dowództwie. Zawsze byłem z niego dumny, a kiedy jakimś sposobem wyciekł, stał się przezwiskiem używanym przez uczniów.

Billson wyglądał na trochę zaniepokojonego, ale robił buntowniczą minę. Był dużym facetem, wielkim jak Samson. Zbliżył się dumnym krokiem, kołysząc szerokimi barkami, eksponując efekty pracy na siłowni. Jego ręce też robiły wrażenie, ale to wszystko nie miało znaczenia.

Billson zwolnił, ale dałem znak, żeby podszedł bliżej. Po chwili stał tuż obok mnie.

W ręku trzymałem kij, tak jak zazwyczaj podczas zajęć. Na końcach kijów do walki często umieszczaliśmy odważniki pokryte cienką warstwą obicia, ale tym razem były zdjęte. Drąg przypominał więc zwykły kij od miotły, wykonany z twardego drewna i długi na półtora metra.

Gwałtownym ruchem zbliżyłem koniec broni do twarzy chorążego. Drgnął.

– Bierz – powiedziałem.

Po chwili wahania wykonał polecenie.

– Proszę posłuchać – odezwał się – nie chciałem…

– Nie, nie – przerwałem, kręcąc głową. – Teraz nie możesz się wycofać. Wypowiedziałeś się. Rzuciłeś wyzwanie. Żaden rebeliancki Kher nie da ci szansy, żeby się po czymś takim wycofywał.

– Ależ, sir, ja tylko…

– Unieś kij! – rozkazałem. – Nie ułatwiaj mi tego za bardzo.

Wreszcie dostrzegł błysk w moich oczach i pojął, że nie wykpi się czczym gadaniem. Sprawiał wrażenie zmartwionego, ale i zdeterminowanego.

Zrobił krok w tył, okręcił sobie kij przez bark i znów go chwycił. Ruszał się jak człowiek wyszkolony w walce. W tym momencie uświadomiłem sobie, że to podstęp. Chłopak trenował sztuki walki. I nieprzypadkowo ćwiczył z bronią, jakiej lubię używać. Zaplanował to sobie.

Zlustrowałem go wzrokiem. Reszta uczniów oszalała:

– Zaczyna się!

– Skop mu tyłek, Billson!

– Sto kredytów na Łamacza Szczęk! Obstawiajcie!

Postarałem się, żeby nikt nie wyczytał z mojej twarzy niepokoju. Zastanawiałem się, czy nie wyjąć drugiego kija z jednej z szafek ustawionej wzdłuż ścian, ale na to było za późno.

Źle oceniłem sytuację. Planowałem pokonać dzieciaka gołymi rękami, żeby go upokorzyć i zyskać w oczach grupy. On jednak okazał się kimś więcej niż kolejnym umięśnionym krzykaczem.

Przez parę sekund ubolewałem nad przeciekami, które znacznie utrudniały mi pracę. Im więcej załóg szkoliłem, tym częściej rozmawiały one z nowym narybkiem. Moje niespodzianki i sztuczki stawały się powszechnie znane. Minęły dni, kiedy mogłem bezkarnie tłuc nowych, aż stali się posłuszni. Ten słodki element zaskoczenia przeszedł do historii. Obecnie miałem do czynienia z załogami, które dobrze wiedziały, co je czeka.

A ten chłopak, Billson, poważnie przygotował się na nieuniknioną konfrontację.

Mierzył mnie wzrokiem człowieka, który znalazł grzechotnika na schodach werandy. Uniósł kij, nerwowo przenosząc ciężar ciała z nogi na nogę. Raz po raz zaciskał i luzował palce na broni. Był zdenerwowany, spięty, maksymalnie gotowy – a jednak niechętny do zadania pierwszego ciosu.

W tym momencie podjąłem decyzję. Ułożyłem sobie w głowie rozwiązanie problemu taktycznego, jaki stanowił Billson. Otóż w takich sytuacjach należy oszukiwać. Nie jestem z tego dumny. No… może… To jednak kłamstwo. Jestem z tego dumny.

Pierwszorzędny ze mnie oszust. Proszę, stwierdziłem to otwarcie.

Na swoją obronę powołam się na artykuł, w którym czytałem, że politycy, dyrektorzy wielkich firm, a nawet dowódcy wojskowi są cztery razy bardziej skłonni oszukiwać w golfa niż przeciętny człowiek. Przynajmniej znalazłem się w doborowym towarzystwie.

Zamiast przybrać postawę bojową, ruszyłem w stronę szafek, przechodząc obok dzieciaka. Śledził mnie wzrokiem, a gdy tylko go minąłem, zmienił chwyt. Teraz trzymał broń jak kij bejsbolowy i zamierzał potraktować moją krótko ostrzyżoną czaszkę jak piłkę.

2

Nie miałem pewności, czy Billson ma jaja, by zadać cios znienacka, ale tego należało się spodziewać. Dlatego właśnie zaryzykowałem i odwróciłem się do niego plecami.

W ramach szkolenia musiałem czasem atakować swoich uczniów w niehonorowy sposób. Dzięki temu uczyli się, że wśród rebelianckich Kherów – jak nazywaliśmy szeroką gamę stworzeń zamieszkujących planety krążące wokół pobliskich gwiazd – atak z zaskoczenia nie jest wbrew zasadom.

Billson ewidentnie odrobił pracę domową. Jeszcze zanim przestąpił próg klasy, wiedział, że zdradziecki cios od tyłu jest dopuszczalny. A nawet więcej – że tego się od niego oczekuje. Jego jedyny błąd polegał na przekonaniu, że zdoła mnie zaskoczyć. Nie wiedział, że nadal go obserwowałem, odwrócony tyłem. Szczerze mówiąc, nie miał szans o tym wiedzieć. Przecież oszukiwałem.

Jedną z przewag, które dawał mi sym, była moc percepcji. W ten sposób określałem fakt, że symbiotyczne stworzonka żyjące w moim ciele bezustannie gromadziły dane. Sym potrafił łączyć się z siecią za pośrednictwem zwykłego wi-fi i pobierać informacje, przetwarzać je, a potem użyczać mi mentalnego obrazu otoczenia.

Zazwyczaj korzystałem z tej zdolności do obserwacji lokalnej przestrzeni kosmicznej. Pilotując okręt, korzystałem z mentalnego obrazu jak z mapy, na której widziałem pozycję swojej jednostki. Scalając dane z sond, czujników i tak dalej, „widziałem”, gdzie znajduje się mój okręt względem jednostek wroga.

Dziś wykorzystałem znacznie łatwiejszą metodę – posłużyłem się kamerami monitoringu. Dzięki temu widziałem, jak Billson bierze zamach niczym pierwszoligowy bejsbolista, mierząc w czaszkę.

Uchyliłem się. Kij musnął moje krótko przystrzyżone włosy.

 

Chwyciłem kij i szarpnąłem. Billson popełnił wówczas swój największy błąd, jeśli nie liczyć pyskowania na samym początku. Kurczowo ścisnął broń. Ktoś mądrzejszy zwolniłby chwyt i rąbnął mnie pięścią w nerki.

Dał się jednak zaskoczyć, więc mocno trzymał broń, którą mu dałem, dopatrując się w niej przewagi.

Stracił równowagę, a gdy pociągnąłem za kij, twarz młodego mężczyzny idealnie trafiła w mój wysunięty do tyłu łokieć. Cios wymierzyłem precyzyjnie, całkiem jakbym miał oczy dookoła głowy – bo tak właśnie było.

Przez najbliższych dziesięć sekund zadbałem, aby dzieciak pożałował, że ze mną zadarł. Wkrótce leżał na ziemi, krwawiąc i chowając twarz w pokiereszowanych rękach.

Nie zbiłem go na miazgę. W końcu spuścił wzrok na samym początku, a wyzwał mnie dlatego, że wiedział, co go prędzej czy później czeka. Po szóstym albo siódmym ciosie kija grupka uczniów przestała kibicować i całkiem ucichła. Patrzyli przerażeni, jak Billson jęczy i wije się z bólu.

Nabrałem powietrza, wyprostowałem plecy i oparłem się na zakrwawionej broni. Do skąpanej w czerwieni końcówki przylgnęła kępka ciemnych włosów Billsona, które sterczały mi spomiędzy palców, ale ja prawie tego nie zauważałem. Piekł mnie prawy policzek, a żebra bolały, bo dzieciak nie padł bez walki. Specjalnie więc przybrałem zrelaksowaną pozę, udając, że nawet mnie nie tknął.

– Ktoś jeszcze ma ochotę? – zapytałem.

Nikt się nie odezwał. Nie rozległ się szept ani nawet kaszlnięcie. Wszyscy patrzyli osłupiali i wystraszeni na drżące ciało na podłodze.

– W przeciwieństwie do większości z was – kontynuowałem – Billson postanowił od razu przejść do ostatniego punktu szkolenia. Zaryzykował na samym początku i ja to doceniam. Przyznaję mu za to jeden punkt statusu.

Przykułem ich uwagę. Wciągnęli powietrze i teraz, zamiast na ofiarę, patrzyli na mnie. Świeżo upieczeni rekruci rzadko dostawali punkty.

Flota Rebeliantów działała na zupełnie innych zasadach niż tradycyjne siły wojskowe. Składały się na nią dosłownie tysiące rodzajów istot z różnych planet, a lokalne hierarchie nic nie znaczyły. Choćby ktoś był na Ziemi generałem, hrabią albo królem, we Flocie Rebeliantów było się nikim, dopóki nie zdobyło się pozycji, zaczynając na samym dole.

Należałem do rzadkości, bo jako jeden z nielicznych Ziemian przeszedłem tę drogę. Miałem stopień kapitana w ziemskim Dowództwie Sił Kosmicznych, ale posiadałem również stopień równoważny komandorowi porucznikowi w prawdziwej flocie – Flocie Rebeliantów.

Żeby dosłużyć się tak wysokiej szarży, musiałem zdobyć około miliona punktów. Dzięki temu miałem ich wystarczająco dużo, żeby rozdawać je bez mrugnięcia okiem osobom niżej postawionym. Otrzymywane punkty zawsze umniejszały pulę przełożonego. Każdy przeskok na wyższy szczebel był dużym awansem, a liczba punktów wymaganych na kolejne stopnie wzrastała wykładniczo. System dawał więc dowódcom możliwość hojnego nagradzania swoich najbardziej obiecujących podwładnych.

Zrobienie dobrego wrażenia na osobie stojącej wyżej nie było jedynym sposobem na otrzymanie punktów. Dało się je również zdobyć, pokonując osobę o podobnej pozycji. Właśnie dlatego pojedynki były tak powszechne.

– Zgadza się – powiedziałem do uczniów, stukając kijem dygoczącego Billsona. – W oczach Floty Rebeliantów ten człowiek was wszystkich przewyższa.

Nad tłumkiem zszokowanych uczniów uniosła się dłoń. Należała do młodej kobiety i drżała z nerwów. Ale przynajmniej jej właścicielka miała dość odwagi, żeby się odezwać.

– O co chodzi? – zapytałem.

– Kapitanie Blake, czy nie powinniśmy wezwać służb medycznych? Billson chyba jest poważnie ranny.

Zmarszczyłem brwi i szturchnąłem Billsona czubkiem buta.

– Billson? – zapytałem, pochylając się nad nim. – Chcesz się przejechać karetką? Tylko ostrzegam, stracisz punkt, który właśnie zdobyłeś.

Billson pokręcił głową i odkaszlnął krwią. Klepnąłem go w ramię i uśmiechnąłem się szeroko.

– Widzicie? Nic mu nie jest. Nie upokarzajcie go! Pamiętajcie, we Flocie Rebeliantów liczy się nie tylko wygrana czy przegrana. Ważne jest to, jak to zrobicie. Jeśli przegracie walkę z silniejszym przeciwnikiem, może dostaniecie punkt albo i dwa za okazanie siły pomimo porażki. Kluczowe jest to, żeby zaimponować innym Kherom. Sprawić, żeby chcieli was słuchać, nawet jeśli pochodzicie z innego świata.

Patrzyli szeroko otwartymi oczami to na Billsona, to na mnie i zakrwawiony kij.

Stanąłem pośrodku klasy, kręcąc nim kółka. Czy ludzie odsunęli się, bo coś z niego skapnęło? Może, ale miałem to gdzieś. Najwyższa pora, żeby te dzieciaki dorosły.

– Nasza Galaktyka jest pełna wrogo nastawionych kosmitów – oznajmiłem. – Większość Kherów jest do nas podobna genetycznie… ale to nie oznacza, że są mili. Wszyscy znaleźli się na szczycie łańcucha pokarmowego na swoich planetach. Są najwredniejszymi istotami, jakie ewolucja zdołała wytworzyć na przestrzeni tysięcy lat.

Przez resztę tygodnia zajęcia przebiegały bez zakłóceń. Z perspektywy czasu doszedłem do wniosku, że Billson wyświadczył mi przysługę, rzucając wyzwanie w pierwszych minutach kursu. Nadał ton zajęciom. Uczniowie otrzymali nieplanowaną lekcję, której nigdy nie zapomną.

3

Krótko po czwartej rano obudziło mnie wezwanie z dowództwa. Nie było to miłe ani dla mnie, ani dla Mii, która spała obok. Warknęła i przewróciła się na drugi bok z wysuniętymi pazurami, ale z łatwością uniknąłem poharatania. Spanie z kocią dziewczyną weszło mi w krew.

Ubrałem się szybko i poszedłem korytarzem, żując kawał suszonej dziczyzny i popijając wodą z butelki. Nie było czasu na nic lepszego.

– Wzywa mnie admirał Vega – powiedziałem strażnikom przy ciężkich wrotach.

Zlustrowali mnie i zrobili test nakłuciowy. Opracowaliśmy go niedawno, żeby wykrywać Nomadów. Te sztuczne stworzenia potrafiły upodobnić się do dowolnej osoby, ale nie umiały sfałszować naszej krwi – przynajmniej na razie.

Czekając na wynik, rozcierałem palce, aż krwawienie ustało. Wreszcie strażnicy skinęli głowami.

– Jest pan na liście, kapitanie Blake. Tędy. Mam zadbać, żeby pan dotarł na miejsce jak najszybciej.

– Więc miejmy to za sobą.

Podążyłem za nim do pochylni. Weszliśmy do niewielkiej kapsuły przypominającej windę. A potem mechanizm wystrzelił nas w głąb Ziemi.

Większość ludzi docierała do wnętrza góry jeepem albo elektrycznym wózkiem. Fakt, że pozwolono mi skorzystać z najnowszego gadżetu, był niepokojący – oznaczał, że coś poszło naprawdę nie tak.

Niecałe dwadzieścia minut od pierwszego wezwania wszedłem do centrum kontroli. Miałem nienagannie wyprasowany mundur i gładko ułożone włosy, choć to drugie było jedynie zasługą krótkiej fryzury.

– Tu jesteś, Blake – huknął Vega. – Co tak długo? Znowu się zesrałeś do łóżka?

– Gdyby tak było, przyszedłbym szybciej, admirale – odparłem bez zająknięcia.

Wymamrotał coś pod nosem i odwrócił się, żeby zwymyślać stojącego obok porucznika. Młody mężczyzna cofnął się płochliwie w ciemny zakątek podziemnego centrum dowodzenia, niewątpliwie odesłany z pilną misją zdobycia kubka kawy.

Vega był w złym humorze, ale u niego to nie powinno dziwić. Prawdę mówiąc, nawet jego dobry humor nie napawałby mnie optymizmem. Nadal było przed czwartą, więc nawet nie próbowałem się uśmiechać.

– Blake – odezwał się w końcu – pamiętasz, jak w zeszłym roku przyjechał z Londynu admirał Clemens?

– Yy… no tak – odpowiedziałem ostrożnie.

– Pamiętasz, co nam poradził?

– Coś o działaniu jak jedna drużyna w czasach kryzysu? O to chodzi?

– Dokładnie. Pieprzone farmazony europejskiego wypierdka. Niestety, oni faktycznie ładują dużo kasy w tę kosmiczną flotę, wiesz o tym, Blake?

Pokręciłem głową, choć doskonale znałem sytuację dotyczącą finansowania. Miałem nadzieję, że Vega nie obwini mnie o wszystkie swoje problemy, jeśli udam, że nie mam o niczym pojęcia.

– Właśnie tak jest. W dawnych, lepszych czasach to Stany wydawały najwięcej na obronę. Teraz czasy się zmieniły, a Europejczycy i Chińczycy wreszcie poczuli się na tyle zagrożeni, żeby się dołożyć. Najgorsze, że przez to mogą stawiać warunki i obstawać przy wyssanych z dupy wymogach.

Osobiście miałem gdzieś, skąd pochodził nasz budżet, więc wzruszyłem ramionami.

– Niech sobie sugerują, co chcą. I tak to my rządzimy.

Vega zaśmiał się ponuro.

– Taa, jasne, wmawiaj to sobie dalej. No nieważne, nie wezwałem cię po to, żeby się wypłakiwać. Jesteś tu na oficjalnej wizycie jako mój pośrednik z kosmitami.

Przykuł moją uwagę. Clemens załatwił Vedze stopień admirała w nowej flocie Ziemi. Jak dotąd Vega był jedynym Amerykaninem, który dostąpił takiego zaszczytu. Mimo wysokiej pozycji w nowo utworzonych kosmicznych siłach nadal trzymało go w garści Kolegium Połączonych Szefów Sztabów wraz z rządowymi biurokratami.

– O co chodzi, admirale? – zapytałem poważnie.

Przez chwilę rozglądał się, tak jakby podejrzewał, że w pomieszczeniu kryją się szpiedzy. Wreszcie wyciągnął rękę i wziął mnie za nadgarstek. Mogłem się wyrwać, bo byłem znacznie silniejszy i lepiej wyszkolony, ale zwalczyłem w sobie odruch. Vega odwrócił moją dłoń i przyjrzał się palcom. Uspokoił się dopiero na widok nakłuć.

– Nie otrzymał pan meldunku, sir? – zapytałem. – Zdałem testy. Nie jestem Nomadą.

– Oczywiście – powiedział Vega, nieufnie przemykając wzrokiem po podwładnych – ale w takich chwilach wolę zweryfikować raport pracowników ochrony.

Zachowywał się niepokojąco. Czekałem niecierpliwie, aż przejdzie do rzeczy.

Kiedy już się upewnił, że w pobliżu nie czyhają szpiedzy, odwrócił się z powrotem do mnie.

– Pojawiła się kolejna wyrwa – wyjaśnił cicho. – Jakieś dwieście tysięcy kilometrów od nas.

Zmarszczyłem brwi i przyjrzałem się sytuacji taktycznej wyświetlonej na dzielącym nas stole. Przejechałem dłonią po blacie, a potem za pośrednictwem syma zaczerpnąłem dane z czujników orbitalnych. Zobaczyłem rozdarcie w czasoprzestrzeni. Było wielkie, różnobarwne i imponujące. Miało złotą obwódkę i zielonkawe wnętrze z lawendowymi iskierkami. Było zdecydowanie bardziej kolorowe niż zazwyczaj. Patrzyłem na nie przez chwilę, po czym zwróciłem się do Vegi:

– Kiedy się pojawiło?

– Dwadzieścia minut temu.

– Po prostu sobie wisi i nic nie robi? Wkrótce zniknie.

– To właśnie nas niepokoi. Do tej pory obcy powinni już stamtąd wylecieć. A może już to zrobili, tylko ich nie widzieliśmy.

– Fazowce? – zapytałem.

– Tego nigdy nie sposób wykluczyć. Skoro my je mamy, to czemu następni najeźdźcy nie mieliby dysponować taką technologią?

Ta myśl mroziła krew w żyłach. Fazowce były jak okręty podwodne z przeszłości, tyle że jeszcze trudniejsze do wykrycia. Przypominały najbardziej U-Booty z czasów sprzed wynalezienia sonaru, kiedy były jeszcze nowinką techniczną.

Jednak aby poruszać się niezauważenie przez kosmos, nie stosowały maskowania. Nie do końca. Tego rodzaju okręty potrafiły przejść do innego stanu. Stawały w rozkroku między naszą rzeczywistością a światem tuneli czasoprzestrzennych i innych dziwactw fizyki. Nazywaliśmy to fazowaniem.

Przyglądaliśmy się wyrwie. Ekran wyświetlał trójwymiarowy obraz o nasyconych barwach. Inni pracownicy wrócili cicho i otoczyli stół, przy którym odbywała się nasza prywatna konferencja.

– Co jest? – zapytał Vega. – Macie coś?

– Możliwe, sir – powiedziała komandor o rudobrązowych włosach i bursztynowych oczach. Chyba dowodziła zespołem odpowiedzialnym za czujniki. – Nastąpił skok energii. Coś zaraz przejdzie przez wyrwę.

Zerknąłem na plakietkę z nazwiskiem – komandor Langston. Zanotowałem to w pamięci.

Wszystkie oczy znów skupiły się na blacie stołu taktycznego. Wkrótce w nasze pole widzenia wleciał ogromny okręt, niczym nieznajomy, który o północy wyłania się z gęstej mgły.

Z sykiem nabrałem powietrza.

– Wiem, kto to jest – odezwałem się.

Vega natychmiast podniósł na mnie wzrok.

– Swoi czy wrogowie?

– Zależy od sytuacji – powiedziałem, wpatrując się w jednostkę. – To jest terrapiniański krążownik liniowy, sir. Ręczę głową.

Vega spojrzał na grupkę specjalistów od czujników, którzy już stukali w ekran i otwierali mniejsze okienka.

– Co mówi komputer? – zapytał.

– Rebelianccy Kherowie. Krążownik albo krążownik liniowy. Mamy w zapisach wiele modeli terrapiniańskich jednostek, ale… kapitan Blake może mieć rację.

– Załóżmy, że ma – powiedział Vega. – W końcu po to tu jest. Przynajmniej tamten drań Fex nie próbuje nas znowu zaanektować.

– Jakie rozkazy, sir? – zapytała komandor Langston.

– Okrążyć okręt w bezpiecznej odległości – odpowiedział. – Niech fazowce nie ujawniają swojej pozycji.

 

– A platformy z uzbrojeniem?

– Wszystkie rakiety w gotowości, ale ostrożnie z czujnikami aktywnymi. Niech nie myślą, że już ich namierzamy i zaraz wystrzelimy. A jeśli chodzi o flotę przy Lunie… niech czeka. Jak szybko może tu być?

– Już leci, sir – powiedział ktoś z podwładnych.

– Czemu? – zażądał odpowiedzi Vega. – Nie rozkazałem…

– Polecenia z Brukseli, sir. Kazali flocie wracać, gdy tylko zobaczyli rozdarcie między nami a orbitą Księżyca.

Vega zmełł w ustach przekleństwo i odwrócił się do mnie.

– Widzisz? Europa się miesza. Dorzucili do budżetu garść drobniaków i nagle im się wydaje, że oni tu rządzą.

– Kilka bilionów „drobniaków” – zauważyłem. – Zresztą to nie była zła decyzja. Jeśli przyjdzie nam walczyć z tym czymś, przyda się każdy okręt.

– Mówiłeś, że nie są wrogo nastawieni.

– Mówiłem, że to zależy od okoliczności. Walczyłem ramię w ramię z Terrapinianami, ale stawałem też przeciw nim. To nic pewnego. Określiłbym ich jako „potężne siły neutralne”.

– Wspaniale – wycedził Vega przez zaciśnięte zęby. Wbił wzrok w ekrany. – Jakieś sugestie, Blake?

– Trzeba się z nimi skontaktować. Zapytać, co tu robią.

Przewrócił oczami.

– To oczywiste. Zamierzałem tak zrobić, ale najpierw chciałem się dowiedzieć, jak z nimi rozmawiać. Zaczynać od ostrzeżeń i pogróżek czy witać jak przyjaciół?

Zastanowiłem się. Terrapinianie potrafili być cennymi sojusznikami albo groźnymi wrogami.

– Niech pan będzie przyjazny, ale bez wylewności. Najlepiej mówić neutralnie i rzeczowo. Oni są mniej emocjonalni niż większość gatunków rebelianckich Kherów.

– Dobra, połączcie mnie.

Łącznościowiec otworzył kanał. Rudowłosa Langston osobiście podała Vedze nadajnik.

– Mówi admirał Vega z Ziemi. Widzimy, że wasz okręt jest modelem terrapiniańskim. Prosimy ujawnić swoją tożsamość i zamiary.

Byłem pod wrażeniem. Do jego wypowiedzi nie przekradła się złość ani ukryte groźby. Zachował neutralny ton, a jego prośba była rozsądna. Przez cały ranek nic, tylko warczał na ludzi, więc spodziewałem się czegoś mniej przyjemnego.

Po krótkiej przerwie nadeszła odpowiedź.

– Rzeczywiście, jesteśmy z Imperium Terrapiniańskiego – przyznał dziwny głos. – W przeszłości ludzie wykazali zdolność do przemocy. Przylecieliśmy w poszukiwaniu tej zdolności.

Vega zmarszczył brwi i odwrócił się w moją stronę. Odwzajemniłem jego ponure spojrzenie.

– Co to niby miało znaczyć, do cholery? – zapytał, nie wciskając przycisku nadawania.

– Muszę przyznać, że to faktycznie niejasne. Oni myślą inaczej niż my. W przeszłości nieraz musiałem dociekać, o co im chodzi.

– Cholerne brednie. Zdolność do przemocy? Znaczy, że co? Chcą z nami walczyć?

Wzruszyłem ramionami.

– Możliwe. Rytualna walka o dominację to u nich standard.

– Byłeś kiedyś ich panem, zgadza się?

– To było dawno temu, a oni uznali, że dług został w pełni spłacony.

Admirał zacisnął wargi w wąską kreskę, a potem ze złością wypuścił powietrze. Zabrzmiało to jak coś pomiędzy prychnięciem a pełnym irytacji sykiem. Wręczył mi nadajnik.

– Ty z nimi gadaj. Chyba że wolisz, żebym im kazał zawracać, bo jak nie, to zrobimy im dziurę w kadłubie.

Zaskoczył mnie. Z ociąganiem wziąłem komunikator. Przyjrzałem się urządzeniu, czując na sobie zdziwione spojrzenia obsady centrum dowodzenia.

Prawdę mówiąc, na usta pchało mi się dokładnie to samo, co Vedze.