Flota AlfaTekst

Z serii: Rebel fleet
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Flota Alfa
Flota Alfa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,74  50,19 
Flota Alfa
Flota Alfa
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

12

Wróciłem na Ziemię z poczuciem triumfu. Znów miałem wyruszyć w kosmos. Nowy okręt był cudowny. Chociaż doktor Abrams nieustannie mnie wkurzał, musiałem przyznać, że mam mu za co być wdzięczny. Stworzył cud techniki, dzięki któremu Ziemia posunęła się znacznie do przodu w wyścigu zbrojeń.

Oczywiście nadal mieliśmy pewne problemy, z których największy stanowił nieuchronny powrót floty Fexa. Czy zbudowaliśmy ten wspaniały lekki krążownik tylko po to, by uległ zniszczeniu w pierwszym starciu z najeźdźcą? Czy było już za późno?

Tego dnia starałem się nie myśleć tak pesymistycznie. Cokolwiek miało się wydarzyć, ruszałem w kosmos. Była to jedynie kwestia czasu. Okręt był gotowy, chociaż wielu elementów nadal nie ukończono.

Admirał Vega tym się nie przejmował. Rozkazał mi zebrać załogę i sprowadzić ją na pokład nowego okrętu tak szybko, jak to możliwe.

– Kogo mogę zabrać ze sobą? – spytałem.

Wzruszył ramionami.

– Podaj nazwiska, a je zatwierdzę. Ale musimy działać szybko. Nic nam nie da okręt czekający bezczynnie w doku.

– Próbny rejs?

– Gdy tylko będziecie gotowi.

Sam okręt, jak się dowiedziałem, nie znajdował się na orbicie ziemskiej. Gdyby tak było, admirał Fex by go wykrył i być może zniszczył.

Zamiast tego skonstruowano go na orbicie Marsa, dzięki dostępności materiałów wydobywanych na jego księżycach i na samej Czerwonej Planecie. Dysponując transmatem umożliwiającym natychmiastowe przenoszenie się na pokład okrętu, nie musieliśmy przejmować się problemami logistycznymi.

– Jaki właściwie jest zasięg transmatu? – spytałem.

Vega spojrzał na mnie karcącym wzrokiem.

– To tajne, Blake.

– Niech pan nie przesadza, Godwina nie obchodzi nasza technologia teleportacyjna.

– Nie wiemy, co go obchodzi. Oto moja odpowiedź: o metr dalej niż Mars.

Przewróciłem oczami, ale nie kłóciłem się. Dostałem upragnione dowództwo. Oznaczało to, że darzono mnie szacunkiem i zaufaniem, nawet jeśli wszyscy wciąż martwili się Godwinem.

Przyszła mi do głowy kolejna myśl.

– Jak pan myśli, co zrobi Godwin, gdy zabiorę okręt na próbny rejs? Jeśli w ogóle wróci?

– Mam nadzieję, że cię nie znajdzie – odparł Vega. – Znasz go lepiej niż ja. Jak myślisz, co zrobi?

Pokręciłem głową.

– Wciąż jest dla mnie tajemnicą.

– Tego właśnie w nim nie znosimy.

Wróciliśmy do planowania dziewiczego rejsu okrętu i dyskusji nad załogą. Wymieniłem kilka osób z mojego starego zespołu i zaakceptowano je, ale to było za mało. Trzeba było sporządzić listę pięciuset nazwisk, co stanowiło nie lada wyzwanie.

– Zatwierdzono właśnie coś, co ci pomoże – oznajmił Vega, gdy przeglądaliśmy długą listę personelu.

– Zamieniam się w słuch.

– Nie możemy przydzielić na okręt samych żółtodziobów, dobrze to wiemy. Niestety, mamy bardzo niewielu ludzi z doświadczeniem na okrętach kosmicznych.

– Coś o tym wiem… – odparłem, przewijając listę oficerów z różnego rodzaju lotniskowców.

– Możemy jednak przekazać ci część załogi każdego z fazowców.

Przez chwilę spoglądałem mu w oczy.

– Bardzo by mi to pomogło, ale nie chcę osłabiać reszty naszej mizernej floty.

– Oczywiście. Dostaniesz maksymalnie jedną z trzech zmian z każdego okrętu fazowego. Jakoś sobie poradzą z dwiema doświadczonymi załogami i jedną grupą nowicjuszy.

– Dziesięcioro ludzi z każdego fazowca? – spytałem.

– Do zrobienia.

– Świetnie… to oznacza niemal dwustu doświadczonych ludzi. To ogromna pomoc, admirale.

Wstał z uśmiechem i położył mi rękę na ramieniu.

– Doskonale. Spotkamy się jutro, wtedy przekaż mi nazwiska. Teraz muszę lecieć.

– Dokąd panu tak spieszno?

Wzruszył ramionami.

– Powiedziałem im, że zabiorę nie więcej niż pięć osób z każdego fazowca. Muszę wywalczyć resztę.

Wyszedł, a ja zabrałem się do pracy. Mając listę ludzi, na których wiedziałem, że mogę polegać, jak Samson, Dalton, Gwen czy Mia, przeglądałem teraz załogi fazowców. Zdałem sobie sprawę, że przecież znam wielu z nich. W końcu szkoliłem ich od kilku tygodni.

Podejrzliwie spojrzałem na drzwi, przez które przed chwilą wyszedł Vega. Czy to wszystko zaplanował? Sprawił, że miałem kontakt z załogami fazowców, wiedząc, że spośród nich zwerbuję załogę? Raczej nie wierzę w zbiegi okoliczności, zwłaszcza na taką skalę.

– Przebiegły drań – stwierdziłem. Nie doceniałem wcześniej Vegi.

– Kto, ja?

Natychmiast się odwróciłem. Przed chwilą biuro świeciło pustkami, ale miało też własną łazienkę.

Drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich Godwin. Otaczały go smugi pary, jakby właśnie wyszedł spod prysznica. Był jednak suchy i ubrany.

– Godwin? – spytałem, zdumiony.

Szybko zebrałem rozrzucone na biurku dokumenty i tablety. Przejrzałem tablety i zamknąłem otwarte pliki.

– Spokojnie – zaśmiał się. – Wiem wszystko o waszym nowym okręcie.

Spojrzałem na niego spode łba.

– Czego chcesz? Daj mi choć jeden powód, żebym cię teraz nie zastrzelił.

– Po pierwsze, stanowiłoby to incydent dyplomatyczny.

– Jesteś szpiegiem, nie dyplomatą.

– Naprawdę jest jakaś różnica?

– Tak. Jednych przyjmuje się oficjalnie, drudzy działają po cichu.

– Hm… – odparł. – Co za niewdzięczność. Jak myślisz, kto dał Abramsowi technologię, dzięki której zbudował ten śliczny stateczek? Naprawdę myślisz, że sam to wszystko wykombinował? Zaledwie w dwa lata?

Zamrugałem z zaskoczenia. Rzeczywiście miałem pewne wątpliwości. Abrams wcześniej nie był w stanie wygenerować stabilnej wyrwy. Wiele komponentów naszego pierwszego okrętu pochodziło po prostu z jednostki Rebeliantów, którą zabrałem ze sobą na Ziemię. Tak szybki postęp faktycznie nie był prawdopodobny.

– Dobrze, wierzę, że pomogłeś. Ale dlaczego w takim razie Abrams cię nie pamięta?

– Bo nie chcę, żeby pamiętał.

– A ja?

– Trudno tobą sterować, inaczej niż większością twoich pobratymców. Kilka razy próbowałem popchnąć cię w odpowiednim kierunku, ale opierałeś się. Zamiast tego zastosowałem więc inne środki.

Szczęka mi opadła. Znów tak wiele mi zdradzał. „Popychał” ludzi. Czy także Vegę? Clemensa? Czy otrzymałem to stanowisko nie dzięki szczęściu, losowi czy planowi moich przełożonych, ale z uwagi na intrygę kosmitów, których ledwie rozumiałem?

– Widzę, że moje słowa cię zaniepokoiły – stwierdził Godwin. – Przepraszam, zacznę jeszcze raz.

– Jeśli mnie „popchniesz” i to odkryję, zabiję cię, Godwin.

Teraz to on zamrugał. Widziałem, że go to wyraźnie zmartwiło. Zapewne dlatego, że wiedział, iż mówię serio.

– W takim razie jaką podstawę naszej relacji byś wolał? – spytał.

– Wymiana informacji i sugestii.

Skinął głową i rozłożył ręce.

– Tego właśnie chcę! Problemem zawsze był tylko naturalny opór twojego gatunku. Nie ufacie obcym.

– Mamy powody.

– Wielokrotnie dowiodłem, że mam dobre zamiary.

Prychnąłem głośno.

– Ostrzegłeś mnie przed Fexem wtedy, gdy właśnie się zjawił. Równie dobrze mogłeś po prostu przybyć razem z nim. Ciągle radzisz mi, abyśmy się poddali, jednocześnie twierdząc, że pomagasz nam się bronić. Jaka jest prawda?

– Nie ma żadnej sprzeczności. Po prostu błędne postrzeganie. Chcemy, żebyście się zbroili. Abyście odnieśli zwycięstwo. Ale nie chcemy, żebyście walczyli z rebelianckimi Kherami.

Przemyślałem to. Godwin podszedł bliżej i usiadł na krześle naprzeciwko mnie. W końcu odłożyłem papiery z powrotem na biurko. Nie było już sensu się z nimi kryć.

– Pomyśl o tym z naszego punktu widzenia – ciągnął Godwin. – Jesteście projektem. Jednym z wielu. Zasianym ziarnem. Mamy nadzieję, że rozkwitniecie, że staniecie się wielką potęgą, która stawi czoła Imperium. Jeśli będziecie walczyć z Fexem, zniweczycie to.

Skinąłem powoli głową.

– Więc radzisz nam poddać się, ale tymczasem mamy nadal się zbroić? Co, jeśli Fexowi się to nie spodoba? Jeśli zakaże nam rozbudowy floty?

Godwin uśmiechnął się dziwnie.

– Tym się nie martw. Porozmawiamy z nim, tak samo jak z wami. W końcu przemówimy mu do rozsądku.

Skrzywiłem się, ale nic nie odpowiedziałem. Używał jednak teraz liczby mnogiej. Jakby roiło się od Nomadów.

– Ilu jest takich Godwinów? – spytałem. – Znaczy na Ziemi.

Roześmiał się.

– To tajne.

13

Zgłosiłem wizytę Godwina. Wywołało to niezadowolenie, ale przynajmniej nie próbowano odebrać mi dowództwa.

– Dlaczego pańscy ludzie go nie pojmali? – spytałem Vegi.

Wpatrywał się w biurko, trzymając ręce na biodrach. Był wściekły.

– Był tutaj? To mi właśnie mówisz? Tu, w moim cholernym biurze?

– Tak, proszę sprawdzić nagrania. Na pewno ma pan to miejsce pod obserwacją.

– Mamy pod obserwacją ciebie. Ale nic nie zarejestrowaliśmy. Straciliśmy wtedy sygnał. Musi wiedzieć, że go szukamy.

– Nie sprawdzi pan nagrań…?

Machnął gniewnie ręką i się zamknąłem.

– Nieważne. Armia jajogłowych przegląda teraz wszystkie dane. Problem w tym, że rozmawialiśmy tutaj o tajnych informacjach. Zespół śledczy nie wie o nowym okręcie. To błąd.

Skinąłem głową.

– Tak przy okazji, mam dla niego nazwę.

– Nie masz. To SCL-1. Tak się nazywa.

Prychnąłem i podałem mu tablet z listą. Na jej szczycie widniała wytłuszczona nazwa.

– To nie będzie brzmiało za dobrze dla naszych kosmicznych przyjaciół, admirale. Sugeruję przejrzeć tę listę.

– Klasa Floryda? – spytał. – Ten okręt nie ma klasy, jest jedyny w swoim rodzaju.

Prawie przewróciłem oczami, ale jakoś się powstrzymałem.

– Sir, wywodzę się z marynarki. Okręty mają klasy. Wiem, że w lotnictwie wolicie litery i cyfry, ale dla dużych jednostek lepsze są porządne nazwy. Robimy wielkie postępy i musimy jakoś odróżnić tę konstrukcję od pozostałych.

 

Westchnął ciężko.

– „Diabeł Morski” – powiedział w końcu. – Ta mi się podoba.

– Jest na samym dole listy – zauważyłem. – To lepsza nazwa dla mniejszego okrętu, na przykład dla fazowca.

– No dobra, jak ty byś go nazwał? Powiedz.

– Jest na samej górze.

– „Naples”? Żartujesz sobie?

– To miasto we Florydzie. Klasa Floryda, więc…

– Rozumiem. Problem w tym, że brzmi kiepsko. Czy ten twój duch Godwin ci to podpowiedział, Blake?

– Nie, sir…

– Okręt „Naples”… Ludzie uznają, że to od Neapolu we Włoszech. Nie ma szans.

Skrzyżowałem ręce i odchyliłem się na krześle.

– Dobrze, w takim razie jak go nazwiemy?

Wskazał jedną z nazw na ekranie.

– „Diabeł Morski”. Tak się będzie nazywać. Albo przyjmiesz to do wiadomości, albo zostaniemy przy SCL-1.

Westchnąłem i skinąłem głową. Czułem, że to pogwałcenie marynarskich tradycji, ale tu nie było to nic nowego. Przynajmniej nazwa przypominała nazwy okrętów Rebelii. Często nawiązywały do drapieżników z planet ich pochodzenia.

– Niech będzie „Diabeł Morski” – odparłem. – Pomoże mi pan kompletować załogę?

– Nie. Idę na dół, wyżyć się na ludziach z kontrwywiadu, którzy mieli wykryć Godwina.

– Proszę ich pozdrowić ode mnie.

Wyszedł, a ja wróciłem do list personelu. Zaczęto już wzywać do bazy tych, którzy nie brali udziału w krytycznych misjach. Wszystko załatwiano z oszałamiającą szybkością, ale świadczyło to o tym, jak bardzo ceniono mnie i mój okręt.

Moją skrzynkę zaczynały zalewać e-maile. Wszyscy chcieli wiedzieć, dlaczego nagle kazano im się zgłosić u nowego dowódcy. Najwyraźniej nie znali żadnych szczegółów.

Po rozmowie z Vegą postanowiłem wysłać im wszystkim szablonową odpowiedź.

„Witaj w projekcie »Diabeł Morski«. To tajna operacja. Nie mów nikomu, że bierzesz w niej udział. Data twojego spotkania z kapitanem Blakiem to…”

Oczywiście dopasowałem je do odbiorców. Większość stanowili oficerowie – powiadomiono ich jako pierwszych i mieli dość jaj, by zadawać pytania.

Po namyśle postanowiłem spotkać się z jednym z nich wcześniej niż z innymi. Był to człowiek, który zwrócił moją uwagę na arenie – komandor Hagen. Chciałem mieć dobrego pierwszego oficera, który pełnił już tę funkcję na jednym z fazowców. Wcześniej myślałem o Gwen, ale odkąd objęła stanowisko w sztabie, była niedostępna. Miller, mój dawny pierwszy oficer, otrzymał dowodzenie nad fazowcem.

Została mi przez to spora dziura na liście personelu i miałem nadzieję, że Hagen ją wypełni.

Później tego samego dnia Hagen przyszedł ze mną porozmawiać. Na jego twarzy – wciąż opuchniętej po naszym poprzednim spotkaniu – widać było nieufność.

– Dobrze znów pana widzieć, kapitanie – powiedział i uścisnął mi rękę.

Mówił nieco niewyraźnie. Usta miał fioletowe i pełne szwów.

– Nawzajem, komandorze. Proszę usiąść.

– Kapitanie, co to jest projekt „Diabeł Morski”? – zapytał.

Milczałem przez chwilę.

– Nie mogę tego panu powiedzieć. Nie, dopóki nie zgodzi się pan służyć pode mną.

Zmrużył opuchnięte oczy.

– Kapitanie, czy to znów jakiś rodzaj testu? Czy mam się zacząć bronić?

Zaśmiałem się.

– Nie. Dzisiaj nie będziemy się bić. Potrzebuję zastępcy. Doświadczonego człowieka, któremu mogę zaufać.

– Wygląda na to, że nie potrzebuje pan mojej zgody. Już dostałem rozkazy. Mój kapitan cały dzień się skarżył przełożonym, ale nic nie wskórał.

– Tak… Proszę posłuchać. Wiem, że jest pan dobrym pierwszym oficerem na fazowcu. I nieźle radzi pan sobie z kijem.

– Swoją drogą – rzekł, pochylając się do przodu – te kije nie były przepisowe. Zbyt ciężkie…

– Czy czuje się pan niesprawiedliwie potraktowany? Chce pan złożyć formalną skargę, komandorze Hagen?

– Co…? Nie, sir.

– Dobrze. Gdybym otrzymał inną odpowiedź, od razu bym pana wykopał. Dla rebelianckich Kherów liczy się tylko status. Musimy z nimi konkurować, więc powinniśmy ich też rozumieć. Taki był cel tego ćwiczenia.

– Rozumiem, kapitanie, ale… Nieważne.

– Ach – wreszcie załapałem. – Irytuje pana, że pan nie wygrał.

Spojrzał mi prosto w oczy, po czym przyjrzał się mojemu zagraconemu biurku.

– Nie jestem tak małostkowy.

– Ależ tak! To mi się właśnie w panu podoba. Chciał pan pokazać tym wszystkim młodym dupkom. I prawie się udało. Myślę, że dokonałem prawidłowego wyboru.

– Kapitanie… czym jest projekt „Diabeł Morski”? – powtórzył.

Potrząsnąłem głową.

– Nie mogę panu powiedzieć do chwili, aż oficjalnie przyjmie pan ten przydział. Nie zamierzam pana zmuszać, jako że pozycja, jaką dla pana przewidziałem, wymaga pełnego oddania sprawie.

– Jak mogę w pełni oddać się sprawie, o której nic nie wiem?

– Musi mi pan zaufać. Zaufać całemu Dowództwu Wojsk Kosmicznych. Musi pan być gotów zaryzykować wszystkim. Mogę powiedzieć tylko, że to coś wielkiego, krytycznego dla obrony Ziemi.

Hagen powoli skinął głową.

– W takim razie przyjmuję propozycję, sir. Skoczę z tego urwiska z zawiązanymi oczami.

Uśmiechnąłem się. Wiedziałem, że mogę na niego liczyć. Był twardy, ambitny i skłonny do ryzyka. Oczywiście zmuszenie go do podjęcia decyzji na ślepo było sztuczką mającą na celu wywołanie odpowiedniego nastawienia. Ale chodziło też o coś więcej. Czegoś to dowodziło.

Pokazałem mu zdjęcia okrętu.

– To wszystko jest ściśle tajne. Najwyższy stopień poufności.

– Rozumiem dlaczego, kapitanie.

Jego oczy rozbłysły. Gdybym pokazał mu najpierw okręt, zgodziłby się bez wahania. Ale to by o niczym nie świadczyło, bo każdy uznałby to przecież za świetny szczebel kariery. Komandor Hagen nie myślał jednak o osobistej karierze, ale o obronie Ziemi.

O to właśnie mi chodziło.

14

Minął niemal tydzień, zanim w końcu zgromadziłem załogę i zabrałem ją na pokład „Diabła Morskiego”. Wciąż miałem prawie sto wakatów, ale kluczowe stanowiska zostały obsadzone.

W przypadku niektórych osób spotkałem się z oporem. Inni brali udział w misjach, z których nie można było ich jeszcze odwołać. A w pewnych przypadkach nie udało nam się znaleźć odpowiednich osób na konkretne stanowiska.

Dziś jednak na to nie zważałem. Przeniosłem się na pokład okrętu. Było to wspaniałe uczucie. Pierwsza niespodzianka czekała mnie mniej niż godzinę później. Ktoś zapukał do moich drzwi i kazałem mu wejść.

Był to doktor Abrams, a za nim zaglądał kolejny niespodziewany gość – Mia.

– Hm, to niespodzianka – powiedziałem.

– Masz nową dziewczynę, prawda? – dopytywała się Mia. – Pewnie nawet kilka.

Doktor Abrams skrzywił się.

– Powiedziałem ci, kreaturo, że Blake od tygodnia zachowuje celibat.

– Nie wiesz wszystkiego. Nie wiesz, jak powinien zachowywać się samiec. Ra-tikh nigdy nie wytrzymałby tygodnia bez kopulacji. Na pewno nie dobrowolnie.

– Uch… Co tu się dzieje, Abrams? – spytałem.

– Oboje należymy do twojej załogi, kapitanie Blake.

Zmarszczyłem czoło.

– Nie podpisywałem takiego rozkazu.

Prawda była taka, że miałem nadzieję, iż Abrams pozostanie na Ziemi. Był wrzodem na tyłku i wiedziałem, że będzie kwestionował wszystkie moje decyzje podczas dziewiczego rejsu. „Diabeł Morski” był jego dzieckiem i nie chciałem, żeby wciąż mi marudził.

– To nie zależy od ciebie – odparł Abrams nieco arogancko. – Admirał Vega zdecydował…

– Dobrze – przerwałem mu. – Rozumiem. Za moimi plecami zażądałeś, aby dołączono cię do załogi. Ale jak sprowadziłeś tu Mię?

– Mówiłam ci – wtrąciła. Skrzyżowała ręce i wpatrywała się w podłogę. – Znalazł sobie inne. Widziałam już kilka młodych samic, a jesteśmy tu dopiero od dziesięciu minut.

– Mia, nie zastąpiłem cię. Miej nieco zaufania.

– Mam zaufanie. Wierzę w nielojalność samców.

Abrams, wyraźnie sfrustrowany, uniósł chude ręce.

– Powinniście witać się z czułością! Nie kłóćcie się! Sprowadziłem tu Mię, aby uspokoić twoje nerwy, kapitanie. To będzie długa podróż. Lepiej, aby twoje libido od początku miał kto zaspokajać.

– Nieco za dużo sobie wyobrażasz – mruknąłem.

Wzruszył ramionami.

– Jestem głównym oficerem technicznym na tym okręcie. Ty reprezentujesz siły wojskowe, a ja naukowców. Dłuższe podróże w kosmosie to eksperyment, jeden z wielu. Społeczny i psychologiczny…

– Jakie stanowisko? – przerwałem mu.

– Co takiego?

– Na jakie stanowisko dostała przydział?

Odchrząknął.

– Będzie obsługiwać rufowe działa na jednej ze zmian. Może robić to z dowolnego miejsca na pokładzie, nawet z twojej kajuty.

Rozejrzałem się po swoim pokoju, który służył mi też jako gabinet. Konstrukcja była nieco dziwaczna, bo Abrams stawiał na kompaktowość gdzie tylko mógł, nawet tu. Niezupełnie byłem do tego przekonany.

– Będzie służyła na mostku albo w stacji obsługi dział – odparłem. – Nie tutaj.

Uśmiechnął się i znów uniósł ręce.

– To twoja decyzja, kapitanie. Wyłącznie twoja.

– Nie, najwyraźniej nie. Ale tym razem jakoś to zniosę, o ile obiecasz nie wtrącać się już do mojego życia prywatnego.

– Naturalnie! Nie miałem takiego zamiaru.

– I chcę, żebyś na przyszłość konsultował takie pomysły ze mną. To ja jestem kapitanem tego okrętu. Nie mogę służyć z kimś, kto wciąż podważa mój autorytet.

– Nie śmiałbym, oczywiście podporządkuję się twojej woli.

Spojrzałem na niego gniewnie, wiedząc, że ściemnia, po czym gestem wskazałem drzwi. Wyszedł bez słowa.

Tymczasem Mia wyraźnie miała focha. Założyła błędnie, że gniewam się z powodu jej przybycia.

– Nie powinnam była tu przychodzić. Wiedziałam, że to koniec, kiedy zacząłeś znikać na całe dnie. Wiedziałam…

– Chodź tu. – Wyciągnąłem ręce.

Podeszła, nieco niepewnie.

Bez ostrzeżenia chwyciłem ją za ogon i pociągnąłem. Jej oczy rozszerzyły się.

– Tu? – spytała. – Teraz?

– Tak.

Wyraźnie zmiękła i oboje znów byliśmy szczęśliwi. Kochaliśmy się intensywniej niż przez ostatnie kilka miesięcy.

Gdy było po wszystkim, zastanowiło mnie, czy doktor Abrams wiedział o moim stanie psychicznym więcej, niż byłem skłonny przyznać.

Mijały kolejne dni i pracowałem do utraty tchu. Nie trzymałem się regularnych zmian, tylko działałem tak długo, jak mogłem.

Zwykle to mój pierwszy oficer w końcu mówił mi, żebym poszedł spać. Celowo zajął dla siebie „nocną” zmianę i tolerował mnie jeszcze przez godzinę lub dwie. W końcu jednak brał mnie na słówko i domagał się, abym zrobił sobie przerwę.

Mia natomiast wciąż narzekała na mój tryb życia. Z tą dwójką nawet nie potrzebowałem Abramsa.

*

Dziewiątego dnia wszystko się zmieniło.

Sytuacja rozwijała się w zawrotnym tempie, poczynając od przeraźliwego odgłosu odbijającego się od metalowych ściany mojej kajuty. Otworzyłem oczy i próbowałem zlokalizować jego źródło. Po chwili zorientowałem się, że to syrena alarmowa, jedna z tych bardziej wkurzających.

– Kapitanie, zgłoś się – odezwał się sztuczny żeński głos. – Kapitanie, zgłoś się.

Syrena wciąż wyła, a ja zacząłem się ubierać. Ubranie samo mi w tym pomagało, owijając się wokół skóry. Mniej niż minutę później ruszyłem wzdłuż korytarza, po drodze zakładając przepisową czapkę.

– Kapitanie, zgłoś się – znów wezwał spokojny głos. Wydawał się iść za mną.

– Jestem w drodze na mostek! – krzyknąłem do ściany. – Zaloguję się, gdy tam dotrę.

– Przyjmuję.

Głos zamilkł, ale z syrenami nie było tak łatwo. Gdy dotarłem na mostek, był już pełen wystraszonych oficerów.

– To SI, sir – oznajmił Hagen. – Zwariowała. Nie mamy nic od dowództwa.

– Kto analizuje dane z czujników?

Wkrótce na mojej konsoli pojawiło się mnóstwo informacji. Kazałem komputerowi wyłączyć wycie. Z irytacją zdałem sobie sprawę, że muszę się zalogować, aby wydawać polecenia.

– Ten okręt wcale nie jest jak „Młot” – stwierdziłem.

– Nie – odezwał się głos zza moich pleców. – Jest nieskończenie lepszy.

Obejrzałem się i zobaczyłem Abramsa, spoglądającego na mnie z zadartym nosem.

– Przypnij się, doktorku. Mogą nas czekać gwałtowne manewry.

Zrobił, co kazałem, choć nieco niezdarnie.

–A teraz powiedz mi, dlaczego twój komputer nas obudził i kazał zająć stanowiska bojowe.

Wzruszył ramionami.

– Czemu go nie spytasz?

– Komputer, jaki jest powód alarmu?

– Sensory dalekiego zasięgu wykryły wyrwę w miejscowej czasoprzestrzeni – padła odpowiedź.

– Formuje się wyrwa? Gdzie?

– Dane wizualne są już…

– Powiększ. Pokaż ten obszar.

 

Centralny wyświetlacz, czyli holoemiter na środku pomieszczenia, rozświetlił się. Widziałem teraz powstającą wyrwę. Wokół nie było jednak nic poza kosmiczną pustką.

– Powoli zmniejsz obraz. Daj mi jakiś punkt odniesienia.

W tle zaczęły pojawiać się nazwy konstelacji. W końcu zobaczyłem Jowisza, a następnie, w miarę jak obraz obejmował coraz większą przestrzeń, także Marsa. Nasz okręt znajdował się na orbicie Czerwonej Planety, więc pojawiła się tam również mała zielona kropka z podpisem „Diabeł Morski”.

– Oszacuj odległość.

Na ekranie pojawiła się ogromna liczba.

– Sześćdziesiąt jeden milionów kilometrów? To jeszcze nie sytuacja awaryjna.

– Zgodnie z prognozami nadlatujące okręty w ciągu czterdziestu ośmiu godzin znajdą się na tyle blisko Ziemi, żeby przeprowadzić atak.

– Dwa dni…? Jak szybko tam dolecimy, jeśli teraz wystartujemy z pełną mocą silników?

– Dziewięćdziesiąt dwie godziny.

Wziąłem głęboki oddech.

– Świetnie. Jesteśmy poza zasięgiem. Kto, do cholery, umieścił nas na orbicie Marsa? Nie możemy nawet pomóc…

– Kapitanie – powiedział ze spokojem Abrams – czy powód, dla którego obudził pana okręt, jest już satysfakcjonujący? Czy może woli pan wrócić do łóżka?

Zgromiłem go wzrokiem.

– Nie, Abrams. Rozumiem, okręt martwi się, że nie możemy dolecieć do domu dość szybko, by pomóc w obronie Ziemi.

– Właśnie – odparł Abrams z nieznośnym samozadowoleniem. Ten typ chętnie pozwoliłby na śmierć miliarda ludzi, żeby tylko dowieść swojej racji.

– Wyznaczyć kurs przechwytujący – rozkazałem sztucznej inteligencji.

Obraz zmienił się i krzywe łączyły teraz nasze dwa okręty – nie przy Ziemi, ale w środku oceanu pustki między Marsem a naszą Błękitną Planetą.

– Uda nam się… Ledwie – stwierdziłem.

– Nie mamy wsparcia, kapitanie – zauważył komandor Hagen.

Spojrzałem na niego. W pewnym sensie po raz pierwszy naprawdę działał jako mój zastępca. Nie miałem mu za złe, że wyraża opinię, ale miałem nadzieję, że nie będzie robić mi problemów.

– Ma pan lepszy pomysł, pierwszy? – spytałem.

– Hm… być może. Czy uda nam się tam skoczyć, zamiast używać standardowego napędu?

Abrams znów się zakrztusił.

– Nie! – wykrzyknął. – Nie możemy tego zrobić. Napędu nie zaprojektowano do precyzyjnych skoków.

Hagen i ja zmarszczyliśmy czoła.

– Precyzyjnych? – spytałem. – Między Ziemią a Marsem nie bardzo mamy się z czym zderzyć.

Wzruszył ramionami i skrzyżował ręce, chwytając się za łokcie.

– Nie mogę na to pozwolić. Mój napęd międzygwiezdny działa, Blake, ale nie jest zbyt dokładny.

– To znaczy, że możemy się rozproszyć? Przy skoku na odległość jednostki astronomicznej?

Nie spojrzał mi w oczy.

– Możemy, tak.

– Ile testów tego napędu przeprowadzono?

– Sto siedemdziesiąt trzy – odparł.

– W takim razie co… – w końcu załapałem. – Mówisz o symulowanych testach, tak? Modelach komputerowych?

– Oczywiście – warknął. – Okręt złożyliśmy w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Jak mogliśmy przeprowadzić próby na żywo?

Powoli skinąłem głową. Wiedziałem, że napęd nie został dobrze przetestowany, ale to było szaleństwo. Równie dobrze mogłem dowodzić laską dynamitu.

– Zawiadomiliśmy już dowództwo?

– Tak – odparł porucznik Chang. – Ale światło potrzebuje teraz jakichś dziesięciu minut na podróż w obie strony. Nie mamy jeszcze odpowiedzi.

– Nie możemy tyle czekać. Muszą odbierać te same informacje co my.

Komandor Hagen odchrząknął.

– Słucham, pierwszy?

– Jeśli mamy sami podjąć decyzję, musimy zrobić to teraz.

– Dobrze… Doktorze Abrams, czy może pan przygotować napęd do krótkiego skoku? Dobrze byłoby wiedzieć, czy jesteśmy okrętem międzygwiezdnym, czy nowym rodzajem bomby.

Na tę sugestię nieco pozieleniał, ale skinął głową i bez słowa opuścił mostek. Miałem poczucie, że w końcu sprawdziliśmy jego blef.

Gdy wyszedł, komandor Hagen podszedł bliżej.

– Zrobi to pan? Będziemy skakać?

– Czekam na decyzję dowództwa. Ale cieszę się, że zobaczyłem reakcję Abramsa. Zawsze zbytnio chwali się swoimi gadżetami.

Hagen zaśmiał się nerwowo. Mój szczególny styl dowodzenia był dla niego nowością.

Rozejrzałem się i zmarszczyłem brwi.

– Komandorze, poza Changiem nie znam nikogo na pańskiej zmianie.

– Tak, sir. Przepraszam, ale wybrałem do niej tych, których znam.

– Bez obrazy, ale jeśli mamy wkroczyć do walki na nieprzetestowanym okręcie, nie chcę tego robić z żółtodziobami. Proszę sprowadzić moich ludzi: Samsona, Daltona i Mię.

Hagen nie wykłócał się. To mi się podobało. Załoganci, poinformowani, że zastąpią ich weterani, nie protestowali nawet słowem.

– Bardzo profesjonalna załoga – stwierdziłem. – Dam im szansę, gdy następnym razem ruszymy do boju. Jeśli będzie kolejny raz.

Wyglądało na to, że udobruchałem Hagena. Osobiście powitał każdego z członków mojej starej załogi i wskazał im miejsca. Upewnił się tylko, że potrafią obsługiwać konsole.

– Jakoś wiedziałem, że wyciągnę kopyta na tym mostku, gdy tylko go zobaczyłem – stwierdził radosnym tonem Dalton. – Dzięki za dowód, kapitanie.

– Proszę bardzo. Gdzie Samson?

– Pewnie znowu się gdzieś zgubił.

Wtedy Samson w końcu się zjawił. Szeroko otwartymi oczami wgapiał się w konsole i centralny wyświetlacz.

– Ilu ich jest, kapitanie? – spytał.

– Na razie tylko jeden okręt. Wygląda na lotniskowiec. Nadal znajdujemy się daleko, a ziemska sieć sensorów nie jest tak dobra, jak te używane przez Rebeliantów.

– Lotniskowiec… Jesteśmy za mali.

– Nie zaatakujemy sami, głupku – powiedział Dalton. – Kapitan zapewni nam wsparcie flotylli fazowców, prawda?

– Zobaczymy.

– A, czyli tak to wygląda – pokręcił głową Dalton. – Czy masz już mokro w gaciach, Samson?

Uśmiechnąłem się. Trudno było zrozumieć, dlaczego ci dwaj wciąż są przyjaciółmi. Samson obrywał codziennie od Daltona nową porcją obelg, ale rzadko naprawdę się wkurzał. Tylko od czasu do czasu tracił nerwy. Zwykle się nie wtrącałem. Była z nich dobra drużyna.

Następna przyszła Mia. Jej oczy były nieludzko wielkie. Działo się tak, gdy robiła się podekscytowana. Ziemia zwykle ją nudziła, z jej perspektywy niewiele się tam działo. Zapewne życie na Ral jest znacznie intensywniejsze. Jej pobratymcy na co dzień wdawali się w fizyczne walki i gwałtownie wyrażali emocje.

– Fantastycznie – powiedziała. – Jak mam zabijać?

– Usiądź i zapnij pasy, chorąży. Nauczono cię obsługiwać te konsole?

– Tak, oczywiście. Strasznie nudne. Rozwalanie pikseli w symulatorze. Chcę zabić coś prawdziwego. Coś, co będzie krwawić.

– Cóż, dzisiaj możesz mieć na to szansę.

Mia zajęła swoje miejsce i zaczęła testować działa. Nie strzelała z nich, ale obracała je ręcznie.

– Chwileczkę – zaprotestował komandor Hagen. – To automatyczne działa. Kanonierzy wybierają jedynie cele.

– Można włączyć ręczne sterowanie, o tu – odparła Mia. – Więc to zrobiłam.

– Uch, właśnie widzę. Kapitanie, może pan wyjaśnić?

– Mia, to nie myśliwiec. Te działa nie obracają się o trzysta sześćdziesiąt stopni.

– Dlaczego nie?

– Odrzut zniósłby nas z kursu. Musimy strzelać mniej więcej wzdłuż osi okrętu.

– To żadna zabawa.

– Jeśli w coś trafisz, będziesz szczęśliwa. Pozwól komputerowi celować. Wybierasz priorytet celu i zasięg, a na ekranie wyświetli się prawdopodobieństwo trafienia.

– Nie celuję z dział?

– Zwykle nie – przyznałem. – Wróg będzie zbyt daleko. Nawet go nie zobaczysz. Ale i tak nie możesz strzelać, dopóki nie otrzymasz rozkazu. Wtedy wybierz cel i czekaj, aż działa odpowiednio się ustawią. Widzisz siatkę celowniczą? Podświetli się, gdy…

– Tak, tak – przerwała mi. – Przeszłam szkolenie… sir.

– Dobrze.

Widziałem, jak komandor Hagen kręci głową. Na pewno uważał teraz, że jego ludzie są tysiąc razy bardziej zdyscyplinowani i wykwalifikowani niż moi. Może nawet miał rację.

Ale dla mnie, tu, w kosmosie, liczyło się przede wszystkim doświadczenie. Rzadko kiedy wszystko szło zgodnie z planem. W razie prawdziwych kłopotów moja zbieranina najlepiej pokazywała, ile jest warta.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?