Flota AlfaTekst

Z serii: Rebel fleet
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Flota Alfa
Flota Alfa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,74  50,19 
Flota Alfa
Flota Alfa
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

Jak zdarzało się często w przeszłości, ziemskie rządy niechętnie sięgały do skarbca, dopóki nie doświadczyły realnego zagrożenia. Przez ostatnie kilka lat naszą przestrzeń odwiedzało wiele groźnych okrętów kosmicznych, ale niewielu ludzi ginęło. Niektórych, jak mnie, porywano i kazano nam walczyć w kosmicznych bitwach, ale nawet większości z nich udawało się przeżyć. Teraz wszystko się zmieniło. Ziemia była świadkiem kosmicznego starcia. Pojawiły się trzy wielkie okręty, leciały z wrogimi zamiarami na naszą planetę, a nasze małe jednostki je zaatakowały. Odstraszyliśmy przeciwnika, ale nie mogliśmy już czuć się komfortowo.

Kolejne tygodnie, co zrozumiałe, pełne były gorączkowej aktywności. Ziemia zaczęła na dobre szykować się do wojny.

– To wojna – oznajmił admirał Vega zgromadzonym wokół stołu ponurym oficerom. – Nie miejmy złudzeń. Przybyli tu, zagrozili nam i się obroniliśmy. Ale to zdecydowanie nie koniec.

Przemawiał nieco zbyt dramatycznie, ale musiałem się z nim zgodzić. Po kilku kolejnych pełnych patosu zdaniach Vega odwrócił się do mnie.

– Znacie państwo kapitana Blake’a, a na pewno wszyscy o nim słyszeli. To nasz najbardziej doświadczony oficer floty kosmicznej. Poprowadzi resztę tego seminarium.

Admirał ruszył do wyjścia i przechodząc obok mnie, spojrzał surowo.

– Jeśli ktoś zaśnie, należy go rozstrzelać.

– Tak jest. Bez ostrzeżenia.

Oficerowie spojrzeli po sobie. Paru się zaśmiało, ale nikt nie był pewien, czy to żart. Obaj mieliśmy kamienne twarze.

Vega w końcu wyszedł i uczestnicy szkolenia stali się teraz moim problemem. Ostatecznie, ku swojemu ubolewaniu, zostałem instruktorem. Vega dopiął swego.

Nie wyglądało to jednak do końca tak, jak wyobrażał sobie admirał. Nie byłem byle wykładowcą spędzającym godziny w jakimś zatęchłym biurze. Prowadziłem trzydniowe intensywne seminaria obejmujące taktykę i szczegółowe informacje o wrogu. O tym, jak myślał, jak może reagować na różne sytuacje – rzeczy, których tylko ja doświadczyłem.

Ten skondensowany format mi pasował. W każdym seminarium uczestniczyli jedynie oficerowie dowodzący pojedynczym fazowcem. Uważnie mnie słuchali, uzyskiwali tyle informacji, ile mogli, i wracali do patrolowania przestrzeni kosmicznej. Nikt nie miał poczucia, że marnuje czas.

W prawdziwej wojnie piękne było to, że w końcu wszyscy mieliśmy wspólny cel. Chcieliśmy przetrwać, utrzymać przy życiu mieszkańców Ziemi. W relacjach między oficerami było więcej szacunku i lojalności. Wątpiłem, aby miało to potrwać przez lata, ale wątpiłem też, aby admirał Fex czekał aż tyle, zanim ponownie nas odwiedzi.

Gdy już skończyłem omawiać z każdą załogą scenariusze i oglądać nagrania, zaczynała się moja ulubiona część szkolenia. Kazałem uczestnikom przechodzić sytuacje, których sam doświadczyłem wśród rebelianckich Kherów.

Można nazwać mnie okrutnym, bo umieszczałem młodych oficerów na zwieńczonej kopułą arenie i dawałem im prymitywną broń. Musieli nauczyć się nie tylko walczyć, ale i myśleć jak Kherowie.

Pierwsza runda zaczynała się zawsze od ustawienia całej grupy w krąg. Zwykle było nas piętnaścioro. Fazowce obsługiwały trzy grupy załóg mostka, działające w ośmiogodzinnych zmianach. Wyglądało to lepiej, niż kiedy lataliśmy „Młotem”. Z uwagi na konstrukcję okrętu mieliśmy dwunastogodzinne zmiany i po paru tygodniach w kosmosie ogarniało nas zmęczenie.

Na początek kazałem każdemu przebrać się w kombinezon roboczy. Następnie podawałem im kije i wygłaszałem krótką przemowę.

– Dobrze, nie jesteście już na Ziemi. Jesteście we flocie Kherów. Działają zupełnie inaczej niż my. Dyscyplina jest luźniejsza. Nie walczą w szeregu, jak nas się uczy.

Wszyscy uważnie mi się przyglądali. Słyszeli o tym, ale bez szczegółów. Starałem się, aby wszystko otaczała aura pewnej tajemnicy. Dzięki temu doświadczenie było bardziej realistyczne.

– Tylko jedno z was wyjdzie spod tej kopuły o własnych siłach. – Przyglądałem się surowym wzrokiem każdemu z nich. – Dlaczego? Bo gdy tylko dam znak, będziecie bić się do upadłego.

Patrzyli niepewnie po sobie. W naturalny sposób szacowali zagrożenie. W prowadzonej właśnie grupie zauważyłem nieco wahania. Od razu to rozpoznałem. Nasi żołnierze byli przyzwyczajeni do spełniania rozkazów wyższych stopniem. Jak chorąży miał traktować walczącego z nim komandora?

– Nie martwcie się tu o stopnie. Teraz należycie do floty Kherów, musicie zasłużyć na szarżę. Po ukończeniu szkolenia wrócicie na swoje wcześniejsze stanowiska, ale nieco mądrzejsi. Starsi oficerowie zapewniają, że nie będą żywić urazy. Nikogo nie spotkają nieprzyjemności za to, co się tu wydarzy.

Najstarszy mężczyzna w grupie, w stopniu komandora, skinął głową, gdy na niego spojrzałem. Miał nieco wystający brzuch, ale w jego oczach widać było determinację. Nie dało się stwierdzić, kto będzie najzacieklejszy, zanim nie zacznie się akcja.

Sam również skinąłem głową do komandora i ruszyłem dookoła grupy. Wzrok miałem nieco spuszczony, na wypadek gdyby ktoś próbował zaatakować mnie od tyłu podczas przemowy. Do tej pory nigdy się to nie wydarzyło, ale zawsze mógł być ten pierwszy raz.

– Chwyćcie oburącz za broń.

Podnieśli kije z miękkimi końcówkami. Pozornie wyglądały niegroźnie. Cienka warstwa winylu i gumy piankowej miała sprawić, że nikt się poważnie nie pokaleczy, ale porządny cios mógł nadal wybić zęby albo połamać kości.

– Widzicie podświetloną na zielono podłogę? To oznacza, że walka nie jest dozwolona. Gdy kolor zmieni się na żółty… a, i proszę.

Kilku mężczyzn cofnęło się. Jeden oparł głowę o powierzchnię kopuły i krzyknął. Kij wypadł mu z rąk.

– Czekajcie! – zawołałem. – Żółty to stan przejściowy, ostrzegawczy. Czerwony oznacza początek bitwy. Poza tym – wskazałem na człowieka, który oparł się o zakrzywioną ścianę – ściany są pod napięciem. Nie dotykajcie ich, chyba że zależy wam na dodatkowej motywacji.

Z niepokojem obejrzeli się przez ramię. Teraz wszyscy głęboko oddychali i mieli szeroko otwarte oczy.

– Jakieś pytania? – spytałem, powracając na miejsce, z którego zacząłem.

Nikt się nie odzywał. I dobrze, bo podłoga właśnie zrobiła się czerwona.

W tym samym czasie symy zaczęły nas pobudzać. Nie wywoływały jednak morderczego szału, członkowie grupy czuli się raczej, jakby obudzili się z kacem w słoneczny poranek, rozkojarzeni i drażliwi.

Większość z oficerów rozproszyła się i w parach zaczęła bójkę na kije. Jeden z nich padł, ale wkrótce znów wstał. Wyglądało to żałośnie. Widać było, że brak im prawdziwej żądzy krwi.

Stałem tam również z kijem w dłoni i spoglądałem na widowisko z dezaprobatą.

– Żałosne – powiedziałem. – Może wolicie złapać się za ręce i śpiewać?

Ich dowódca w stopniu komandora do tej pory stał sam, ale był człowiekiem, który rozumiał, jak ważne są ćwiczenia. Podszedł do jednej z par i uderzył patrzącego na przeciwnika mężczyznę kijem w głowę.

Usłyszeliśmy dwa odgłosy pęknięcia – pierwszy, gdy kij uderzył w czaszkę, a drugi, gdy czaszka uderzyła mocno o podłogę. Na twarzy starszego faceta zagościł lekki uśmiech. Zanotowałem w myślach, że to jeden z tych wrednych. Jak mówiłem, niełatwo to zawczasu stwierdzić.

Człowiek, który wcześniej walczył z obecnie nieprzytomnym, skinął ostrożnie głową, jakby wyświadczono mu przysługę. Wredny komandor wyraźnie jednak miał w oczach żądzę krwi. Posmakował chwały i chciał więcej.

Symy wpływały na ludzi w różnym stopniu. Ja wciąż byłem w stanie trzeźwo myśleć. Taką miałem naturę.

Ten gość był jednak inny, wyraźnie tracił nad sobą panowanie. Zamieniał się w dzikie zwierzę. Widziałem to już wielokrotnie.

Jego kolejna ofiara też to ujrzała. Młodszy oficer cofnął się o krok, machając przed sobą kijem. Był szybszy, ale raczej nie silniejszy.

Dowódca zaś robił się coraz bardziej zły z każdym sparowanym ciosem. Chrząkał i pokazywał zęby. Zaczął głośno dyszeć, a w jego oczach lśniło szaleństwo.

Jego przeciwnik desperacko skierował kij przed siebie jak włócznię. Uderzał nim jak bagnetem. Widać było, że przeszkolono go w tej dawnej sztuce. Nogi rozstawione, pochylony do przodu, ugięte kolana, z czubkiem broni skierowanym w stronę dowódcy.

Niestety, kij nie był zaostrzony. Dowódca rzucił się naprzód i został jedynie draśnięty w policzek. Zbliżył się i zaczął uderzać własnym kijem w głowę tamtego. Po trzecim razie młodszy oficer padł na twarz.

To nie powstrzymało starego. Wyraźnie przestał nad sobą panować. Wciąż uderzał leżącego i wszyscy usłyszeliśmy trzask pękających żeber.

– Komandorze! – zawołała kobieta w stopniu porucznika, tu jednak stopnie nie miały znaczenia. Była po prostu kolejną z walczących. – Zabije go pan!

Starszy facet nie odpowiadał, tylko bił leżącego po plecach.

Kobieta spojrzała na mnie z przerażeniem. Wzruszyłem ramionami i wskazałem gestem, że komandor jest do niej odwrócony plecami. Miała idealną szansę.

Jej wyraz twarzy zmienił się. Sama też wpadła w szał. Warknęła i rzuciła się na mężczyznę. Zamachnęła się, by uderzyć go w głowę. On jednak nadal był w stanie myśleć. Zdążył ją usłyszeć, zrobić unik i podstawić jej nogę.

Przewróciła się o leżącego i potoczyła w stronę barierki. Tam zaczęła skwierczeć. Komandor roześmiał się i przytrzymał ją nogą.

Pomyślałem, że wszyscy stracili już nad sobą kontrolę. Przygotowywali się, przemyśleli taktykę, pomodlili się i zrobili pompki – ale teraz nie miało to znaczenia. Rzucali się na siebie wszędzie wokół, bijąc, gryząc, kopiąc i krzycząc.

Komandor w końcu padł, gdy dorwało go dwóch innych. Dziewczyna była nieprzytomna, dowódca także – większość już leżała na ziemi. W końcu zostało tylko dwóch. Obaj wspólnie pokonali komandora i teraz mieli zdecydować, który jest lepszy.

Zanim jednak któryś z nich zadał pierwszy cios, ten odwrócony do mnie plecami padł na ziemię. Drugi z walczących spoglądał na mnie z lekką dezorientacją.

 

– Nie mówiłem, że nie biorę udziału w walce – wyjaśniłem. – Właśnie mu o tym przypomniałem.

Z wyciem rzucił się na mnie.

To było moje największe wyzwanie tego dnia. Byłem gotów i nie odniosłem do tej pory żadnych obrażeń, ale ten zwalisty facet wyraźnie wiedział, jak walczyć.

Nasze kije zderzyły się. Przez jakieś trzydzieści sekund parowaliśmy swoje ciosy. W końcu udało mi się uderzyć go w palce. Było to legalne zagranie – tak naprawdę przecież nie obowiązywały żadne zasady.

Mimo wszystko mój przeciwnik nie puszczał kija. Trzymał go jednak dużo słabiej. Gdy po raz kolejny zablokował mój cios, broń wypadła mu z ręki, a moja trafiła go w skroń.

Upadł i podłoga powoli zrobiła się żółta, a następnie zielona.

Oddychając ciężko, zasalutowałem tym, którzy wciąż byli w stanie się ruszać.

– Dobra robota – powiedziałem. – To koniec dzisiejszych zajęć. Wszyscy zdaliście egzamin. Jak obiecałem, ostatni trzej z walczących otrzymają po punkcie statusu we Flocie Rebeliantów.

Usłyszałem pomruk, ale nikt mi nie podziękował.

– I jeszcze jedno. Nie mówcie nikomu, jak to się kończy. Nie pozwólcie, aby inne załogi miały łatwiej. Niech przejdą szkolenie tak jak wy.

– Święta racja – usłyszałem mamrotanie z podłogi.

Ku mojemu zaskoczeniu słowa dochodziły z zakrwawionych ust komandora.

10

Minęły trzy tygodnie, wreszcie cały miesiąc, który dał nam Godwin. Nie oznacza to, że przestaliśmy się martwić. Przeciwnie – wiedza, że wróg się spóźnia, pogarszała sytuację. Atmosfera w Dowództwie Wojsk Kosmicznych zrobiła się tak gęsta, że można było kroić ją nożem.

Vega wezwał mnie siedem tygodni po ostatniej wizycie Godwina.

– Wciąż go nie widziałeś? – spytał. – Tego twojego dziwnego koleżki?

– Nie, sir. Godwin się nie odzywa. Nie puka po nocach do moich drzwi.

Godwin od dawna drażnił tutejszych oficerów. Potrafił sprawić, że ludzie zapominali, że go widzieli, i tylko za pomocą twardych dowodów udało mi się udowodnić, że nie zwariowałem. W każdym razie fakt, że obdarzony dziwnymi mocami kosmita poruszał się swobodnie po naszej najważniejszej bazie, niepokoił ich.

– Złapiemy w końcu tego twojego kosmitę.

– To nie jest mój kosmita.

– Jeśli o mnie chodzi, to twoje dziecko.

– Jak to? – zdziwiłem się.

– To ty jako pierwszy zwróciłeś na niego naszą uwagę. Jeśli coś zepsujesz, właśnie ty musisz to naprawić.

– Doskonale, sir. Jak mam to zrobić?

– Mamy teraz automatyczne czujniki śledzące osoby poruszające się po bazie – wyjaśnił. – Są też zautomatyzowane odprawy dla każdego szefa ochrony, przypominające o istnieniu Godwina zaraz po przebudzeniu. Żeby ten drań znowu nie wymazał im się z pamięci.

Nie byłem pewien, czy to pomoże, ale uznałem, że nie zaszkodzi, więc skinąłem głową, jakbym był pod wrażeniem.

Vega zmrużył oczy.

– Jak myślisz, czemu przychodzi do ciebie? Dlaczego nie do mnie albo kogoś wyżej postawionego?

– To ja pierwotnie go odkryłem i pojmałem – wyjaśniłem. – Zrobiło to chyba na nim wrażenie. Uznał, że przyda mu się ktoś do komunikacji z Ziemią. Dlatego wybrał mnie.

– Niech ci będzie – odparł Vega. – Wezwałem cię tu, żeby poinformować, że postanowiliśmy złapać Godwina i go przesłuchać.

Zmarszczyłem brwi.

– Chce pan go pojmać, admirale? Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł z dyplomatycznego punktu widzenia.

– Sam powiedziałeś, że jest szpiegiem. Gramy o wysoką stawkę, Blake. Obcy nie mogą chodzić swobodnie po naszej najważniejszej bazie.

– Ale, sir, Nomadzi są po naszej stronie.

– Naprawdę? Masz na to jakiś dowód? Czy mogą nam pożyczyć parę okrętów?

– Hm… raczej nie, sir.

– No właśnie. On w niczym nam nie pomoże. Przekazuje ci sugestie, kradnie informacje i Bóg wie co jeszcze. Mamy tego dość.

– Ale, panie admirale…

– Decyzja została podjęta, kapitanie. Po prostu chciałem, żeby pan o tym wiedział.

Wtedy zdałem sobie sprawę, że mam być przynętą. Jeśli chcieli go schwytać, musieli obserwować mnie.

– A z pozytywnych wieści – kontynuował – jutro odbędzie się chrzest kolejnego okrętu.

– Następy fazowiec, sir? – ożywiłem się. Odżyło moje stare marzenie o tym, by znów otrzymać dowództwo nad własnym okrętem. Cóż, nadzieja szybko nie umiera.

– Ostatni fazowiec oddaliśmy do służby w zeszłym tygodniu – przypomniał Vega. – Teraz chodzi o coś nowego, eksperymentalnego.

– Co takiego?

– Spotkajmy się przy transmacie jutro tuż przed południem, a się dowiesz.

– Tak jest.

Próbowałem wyciągnąć z niego więcej szczegółów, ale bez powodzenia. Nasze spotkanie wkrótce dobiegło końca. Zastanawiałem się nad tajemniczym nowym okrętem. Czyżby za projektem stał Abrams? Ostatnio widać było, że z czymś się kryje.

Doktor Abrams potrafił dochować tajemnicy, gdy go do tego zmuszono, ale nie lubił zbyt długo siedzieć cicho. Uwielbiał pokazywać, jakim jest geniuszem. A jak to zrobić, gdy pracuje się nad projektem, o którym nikt nie wie? Ostatnio rzucał komentarzami, z których wynikało, że zajmuje się czymś większym. Tak dużym, że byłem za mało ważny, by mnie wtajemniczono. Wcześniej uważałem, że to ściema, ale teraz nie byłem już taki pewien.

Całą noc i poranek myślałem o Abramsie i nowym okręcie. Gdy dobiegało południe i wypuściłem kolejnych rekrutów ze szkolenia, nie potrafiłem myśleć o niczym innym. Dotarłem do transmatu całe dziesięć minut za wcześnie i niespokojnie spoglądałem na budkę. Czy naprawdę miała mnie zaraz zabić? Rozbić na atomy i ponownie zmaterializować gdzie indziej?

– Co tu robisz, Blake? – spytał zza moich pleców doktor Abrams. Oderwałem wzrok od transmatu.

– Wygląda na to, że czekam na ciebie i Vegę.

Spojrzał na mnie z ukosa.

– Nie powiedziano mi o włączeniu w to ciebie.

– Włączeniu mnie? Można powiedzieć, że to nawet mój pomysł. Dziwi mnie, że widzę tu teraz ciebie. Wiedziałem, że ktoś wprowadza nasze projekty w życie, ale nie myślałem, że obciążyli cię czymś tak przyziemnym.

Szczęka opadła mu do ziemi. Zawsze mnie cieszyło, gdy mogłem mu dokopać. Może nie powinienem grać mu tak na nerwach, ale nie mogłem się powstrzymać.

– Twój pomysł? – wyraźnie się wzburzył. – Projekt okrętu jest mój, Blake. Nie masz z nim nic wspólnego! Szczerze mówiąc, wątpię, abyś był w stanie pojąć nawet podstawowe zasady jego działania.

– Pogadamy o tym, gdy tam dotrzemy. – Zakładałem, że okręt znajduje się na orbicie. Kończyły mi się już pomysły na dalsze wciskanie mu kitu, ale dobrze się bawiłem. – Vega wszystko wyjaśni.

Przyjrzał mi się przez chwilę i zmrużył oczy.

– Wkręcasz mnie, prawda? – spytał w końcu. – To jakiś żart? Twój pomysł na rozrywkę?

– Skądże znowu. Vega kazał mi tu przyjść. Czy to czegoś ci nie mówi? – Abrams przestał gadać i zaczął mruczeć coś pod nosem. Spoglądał to na podłogę, to na transmat, na wszystko, tylko nie na mnie.

W końcu po trzech niezręcznych minutach zjawił się Vega.

– Doskonale, obaj jesteście przed czasem.

– Admirale Vega – odezwał się głośno Abrams – ten człowiek poczynił kilka niepokojących…

Vega uniósł ręce.

– Doktorze, zajmijmy się inspekcją. Wiem, że nie dogaduje się pan najlepiej z Blakiem, ale dzisiaj jakoś musicie ze sobą wytrzymać.

Uruchomiony transmat zaczął brzęczeć. Na chwilę zapomniałem o swoich obawach. Abrams na tyle mnie wkurzał, że z uśmiechem wkroczyłem do rozświetlonej budki.

Przez sekundę czułem, że w jakiś sposób znajduję się jednocześnie w dwóch miejscach, nawet jeśli wiedziałem, że to niemożliwe. Tak naprawdę uległem dezintegracji w jednym miejscu i zmaterializowałem się w drugim. Sama myśl sprawiała, że przewracało mi się w żołądku.

11

Gdy zjawiłem się po drugiej stronie teleportera, wyszedłem z budki identycznej jak ta na Ziemi. Od razu wiedziałem, że znajduję się w kosmosie. Czułem sztuczne przyciąganie, dużo słabsze niż na Ziemi.

Wokół rozciągały się ściany okrętu. Widać było, że jest dużo większy niż fazowce. Na okręcie takim jak „Młot” w większości pomieszczeń ściany widocznie się zakrzywiały, jako że wszędzie było się blisko kadłuba. Tutaj natomiast wszystkie były proste.

Vega wyszedł z transmatu jako kolejny i potrząsnął głową.

– Jakiej jest wielkości? – spytałem od razu.

– Nie tak duży jak krążowniki Fexa – przyznał. – Ma jednak dobre dwieście metrów długości i trzydzieści szerokości.

W głowie miałem natłok myśli. To całkiem spora objętość. W starej ziemskiej marynarce wodnej oznaczałoby to odpowiednik ciężkiego krążownika.

Okręty kosmiczne zwykle miały jednak większe rozmiary. Potrzebowały choćby potężniejszych silników, systemów podtrzymywania życia i źródeł zasilania. Poruszanie się na morzu z prędkością trzydziestu węzłów wymagało sporych turbin, ale ziemskie okręty nie musiały osiągać miliona kilometrów na godzinę, a ich broń trafiać przeciwników znajdujących się milion kilometrów dalej. Wymagało to ogromnej mocy.

– Jakiej jest klasy? – spytałem niemal szeptem.

– Aha! – zawołał triumfalnie Abrams. – Nie wiesz nic o tym okręcie! Wystarczy ci wiedzieć, że to dzieło sztuki, Blake. Klejnot koronny Ziemi.

– To niszczyciel, może lekki krążownik. – Vega zignorował Abramsa. – Ale nie rozmiary są tu najważniejsze.

– To okręt międzygwiezdny! – ogłosił Abrams, patrząc mi prosto w oczy. – Nasz pierwszy. Moje dziecko. Największe osiągnięcie. I nie miałeś nic wspólnego z jego powstaniem. Nic a nic!

Uśmiechnąłem się.

– To prawda, doktorku. Jest cały twój. I wygląda pięknie.

Pogładziłem delikatne krzywizny grodzi. Okręt rzeczywiście stanowił dzieło sztuki. Abrams nawet w najlepszych chwilach był niemal świrem, ale musiałem przyznać, że tym razem przeszedł samego siebie.

Vega coś mówił, ale go nie słuchałem. Moje uszy przestały działać chwilę po tym, jak Abrams powiedział „okręt międzygwiezdny”.

Spoglądałem to na niego, to na admirała.

– Czy powiedziałeś „międzygwiezdny”?

– Owszem – odparł arogancko Abrams.

– To znaczy, że potrafi otwierać własne wyrwy czasoprzestrzenne? Podróżować do innych układów gwiezdnych?

– Teoretycznie tak – powiedział Vega.

– Teoretycznie? – oburzył się Abrams. – O czym pan mówi? To okręt międzygwiezdny, do cholery, wszystkiego dowiodłem naukowo. Poleci, gdzie tylko pan rozkaże. Może pan być tego pewien, admirale.

Vega spojrzał na mnie.

– Tak, wytworzy wyrwę. Przynajmniej taką mam nadzieję.

– Już tego dwukrotnie dokonałem w laboratorium! – wtrącił Abrams, jakby wątpliwości były dla niego osobistym afrontem.

Wszystko już rozumiałem. Abrams zawsze był przekonany o niezawodności swoich wynalazków. Zbudował wiele niesamowitych rzeczy, ale zdarzało im się czasem działać nie tak jak trzeba.

Przypomniała mi się jego „gwiezdna strzała”, która osiągnęła jedną czwartą obiecanej prędkości, i generator fal grawitacyjnych, który gdy pierwszy raz uruchomiliśmy go na pokładzie „Młota”, przenicował wszystkim flaki.

Krótko mówiąc, nie dało się stwierdzić, co naprawdę potrafi okręt, inaczej niż w praktyce. Wyglądało na to, że Vega też to rozumie.

– Co tu robię, sir? – spytałem.

– Tak, ja również chciałbym to wiedzieć – wtrącił Abrams. – Co robisz na moim okręcie?

– Chcemy, żebyś nim dowodził, Blake – powiedział Vega, patrząc mi prosto w oczy.

Abrams z wrażenia aż się zakrztusił i nie był w stanie wydobyć słowa.

– To dopiero wyzwanie – odparłem. – I ogromna odpowiedzialność… Oczywiście przyjmuję propozycję.

– Podać panu szklankę wody, doktorze Abrams? – spytał admirał Vega.

– Raczej coś mocniejszego. Proszę powiedzieć, że pan żartuje. Że nie oddaje pan mojego największego dzieła temu barbarzyńcy!

– Przykro mi, ale musicie nauczyć się współpracować – odpowiedział Vega.

– Ja też mam pytanie – odezwałem się. – Po co ta tajemnica? Czemu powiedział mi pan, że mam być jakimś belfrem?

Twarz Abramsa wykrzywiła się. Nie był to uśmiech ani nawet półuśmiech, ale koniuszek ust podskoczył w górę na sekundę lub dwie.

– Nie zgrywaj idioty – powiedział Abrams. – Jesteś zagrożeniem dla bezpieczeństwa planety. Od dwóch lat chodzi za tobą duch. Dlaczego mielibyśmy ci cokolwiek mówić? Dziwi mnie, że w ogóle mogłeś postawić tu stopę!

Pstryknąłem palcami i spojrzałem na Vegę.

– To dlatego nie dostałem dowództwa nad żadnym fazowcem? Czekaliście, aż gotowy będzie ten okręt? I torturowaliście mnie przez cały ten czas?

 

Vega wzruszył ramionami.

– Decyzja nie należała do mnie. Spotkałeś Clemensa? To on nie chciał, żebyś wiedział.

– Wie o Godwinie?

– Oczywiście. Każdy o tym wie. Niektórzy chcieli na stałe cię uziemić.

Skinąłem głową. Wreszcie miałem brakujące kawałki układanki. Na myśl o nowej misji w kosmosie poczułem jednocześnie ulgę, przerażenie i radość.

Znów odwróciłem się do Abramsa, który wyraźnie poczerwieniał.

– Doktorze Abrams, czy mogę prosić o oprowadzenie po tym arcydziele?

Wiedziałem, że łatwo można go udobruchać komplementami. Potrafił wpadać w szał, żądać niemożliwego albo zaprzeczać oczywistym własnym błędom, ale gdy przez chwilę się go wychwalało w odpowiednio wiarygodny sposób, uspokajał się i popadał w samozadowolenie.

Taki był mój zamiar od chwili, gdy dowiedziałem się, o co naprawdę chodzi. Szedłem za Abramsem i zachwycałem się każdym gadżetem, który pokazywał.

Tak naprawdę nawet nie musiałem udawać. Okręt robił wrażenie większe niż cokolwiek, co do tej pory zbudowano na Ziemi. Nie wyglądał już jak zbiór prowizorycznie skleconych modułów.

– Dlaczego wszystkie kąty są takie gładkie? – spytałem.

– To element obronny – wyjaśnił Abrams. – W kosmosie nie ma tarcia. A przynajmniej jest go bardzo mało. Nie tyle, co w powietrzu czy wodzie. To sprawia, że okręty są zwykle bardziej kanciaste, bo takie łatwiej wyprodukować.

Spojrzałem na Vegę, który wzruszył tylko ramionami. Szczegóły konstrukcji okrętów nie były jego specjalnością.

– Ale – dodał Abrams dramatycznym tonem, gładząc palcami jedną z grodzi – to jest okręt bojowy. Można się spodziewać, że wróg wystrzeli w niego mnóstwo energii i materii. Jak w przypadku samolotów szpiegowskich, gładsze krawędzie trudniej wykryć i uszkodzić za pomocą broni energetycznej.

– Brzmi sensownie. Teorie zostały przetestowane, prawda? – spytałem.

– Oczywiście, że tak! Przeprowadziłem mnóstwo testów! – odparł, znów wkurzony.

– Świetnie. Zobaczmy teraz mostek.

Abrams ruszył przed siebie, a my poszliśmy za nim. Przez całą drogę wzdłuż osi okrętu marudził, że go obrażono.

Z jakiegoś powodu spodziewałem się, że mostek będzie podobny do tego na „Młocie”. W rzeczywistości było jednak zupełnie inaczej. Składał się z kilku poziomów i miał sferyczny kształt. Przed stacjami roboczymi zawieszono coś w rodzaju koszy zamiast standardowych foteli.

– To cud nowoczesnej myśli konstrukcyjnej – poinformował mnie Abrams.

– Na to wygląda.

Spojrzał na mnie podejrzliwie, słusznie wyczuwając nutę sarkazmu. Zachowałem jednak kamienną twarz, a naukowiec kontynuował.

– Po co umieszczać stanowiska na płaskiej przestrzeni? – spytał retorycznie. – Nie ma potrzeby dla takich restrykcji. Rozmieściliśmy ich siedem wokół sferycznego mostka. Co ważne, każde z nich jest wielofunkcyjne i może w razie potrzeby zastąpić pozostałe. W ten sposób jeśli ktoś zostanie ranny lub po prostu nie będzie obecny na mostku, każdy może go zastąpić.

Skinąłem głową, ale nieco sposępniałem, podobnie jak Vega.

– Niedowiarki – stwierdził Abrams. – Wszędzie niedowiarki, przez całe moje życie. Jesteście jak zwierzęta, które sprawdzają nową karmę i od razu odrzucają…

– Smakuje dobrze, doktorze. Proszę kontynuować.

Jego wzrok przeskakiwał między mną a admirałem. Obaj zachowaliśmy jednak neutralny wyraz twarzy, nie chcąc go bardziej rozpraszać.

– Dobrze więc… – kontynuował. – Stanowiska są całkowicie wymienne. Wyobrażam sobie, że w praktyce pewni oficerowie okażą się lepiej dostosowani do pewnych obowiązków. Nic nie sprawia, że nie można zmienić im przydziału. To jedynie usprawnienie zapewniające większą elastyczność, nie kolejna przeszkoda do pokonania.

– Czy krytyczne funkcje chronią przynajmniej hasła? – spytał Vega.

Spojrzałem na niego. Sam miałem właśnie zadać to pytanie. Abrams znów się zjeżył.

– Mój zespół nie składa się z idiotów! Tak, każdy interfejs wymaga odpowiednich uprawnień. Nie jest tak, że każdy załogant może przejąć stery z maszynowni bez odpowiedniego uwierzytelnienia.

– Z maszynowni? – spytałem.

– Może nie wyraziłem się dość jasno – odparł Abrams. – Każda funkcja ma inny interfejs, do którego dostęp uzyskać można wszędzie na pokładzie. To pomieszczenie, zwane mostkiem z uwagi na tradycję, istnieje po to, aby dowództwo okrętu mogło działać w jednym miejscu, ale ludzie mogliby także wykonywać swoją pracę z każdego innego miejsca na okręcie.

Teraz się zaniepokoiłem. Vega również.

– Czy to ci pasuje? – spytał. – Czy powinniśmy dokonać zmian?

Abrams zagulgotał, ale nie wydarł się na nas.

– Myślę… – powiedziałem, uznawszy, że mogę zablokować zdalny dostęp, poza szczególnymi przypadkami – myślę, że to nie będzie problem.

Abrams odetchnął z ulgą.

– Wręcz przeciwnie – odezwał się głośno. – Przekonasz się, że to znacznie usprawni pracę.

– Na pewno.

– Dobrze… Przejdźmy do szczegółów. Kiedy przeprowadzicie grupę fazowców przez wyrwę, muszą trzymać się blisko. Okręt jest zbyt mały, żeby zrobić pokaźną wyrwę. Jej rozmiary będą niewielkie, ale będzie stabilna.

Nie brzmiało to najlepiej. Pierwszy ziemski okręt międzygwiezdny wyglądał dobrze, ale jeśli chodzi o funkcjonalność, nadal wiele mu brakowało do jednostek naszych bardziej doświadczonych kosmicznych braci.

– Jak blisko będą musiały się znajdować?

Abrams pokazał nam swoje obliczenia, a na ekranach wyświetliły się symulacje. Rzeczywiście, musieliśmy trzymać się ciasno. Na szczęście większość naszych jednostek była niewielka.

Okręty podróżowały między gwiazdami grupowo. Zwykle największy z nich otwierał wyrwę. Pozostałe, lecące za nim, nie miały własnych napędów międzygwiezdnych. Służyły ochronie okrętu międzygwiezdnego i to ich załogi brały udział w ciężkich walkach. Tylko największe klasy okrętów skutecznie zajmowały się jednym i drugim.

Najbardziej zaskakujące było to, że Abramsowi udało się zrównoważyć smukłą konstrukcję, solidne uzbrojenie i zdolność do wytwarzania niewielkich wyrw.

– Zaraz, a co z fazowaniem? Czy ten okręt też jest do tego zdolny?

Abrams pobladł.

– Niestety nie. Jego konstrukcja na to nie pozwala. Fazowiec wytarza bańkę wokół kadłuba, która ciągle potrzebuje energii. Ten okręt jest w stanie wytworzyć stabilną, ale tymczasową wyrwę w jednym miejscu. To zupełnie inna technologia.

Wzruszyłem ramionami.

– Czemu po prostu nie dodać modułu fazowania? Nie jest wielki. Wtedy cała flota mogłaby działać razem.

Tym razem Abrams się nie wściekał.

– Największy problem stanowi pobór energii i wymagany rozmiar – wyjaśnił. – Fazowiec musi być mały, by utrzymać ciągły efekt. Prawdziwy okręt międzygwiezdny musi zaś być większy, aby wygenerować stabilną wyrwę.

Skinąłem głową.

– W takim razie to rzeczywiście niezwykłe osiągnięcie. To najmniejszy okręt międzygwiezdny, jaki widziałem. Nawet imperialne niszczyciele są nieco większe.

Z jakiegoś powodu Abrams nadął się z dumy.

– Mówiłem tak od miesięcy. Cieszę się, że tym razem to rozumiesz, Blake. Wiem, że nie przychodzi ci to łatwo.

Zmusiłem się do uśmiechu. Znowu to samo. Abrams obrażał człowieka nawet wtedy, gdy go chwalił. Ciekawe, czy w ogóle zdawał sobie z tego sprawę. Podejrzewałem, że nie ma pojęcia, jak inni go odbierają.

To w jakiś sposób sprawiało, że łatwiej go było znieść.