Flota AlfaTekst

Z serii: Rebel fleet
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Flota Alfa
Flota Alfa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,74  50,19 
Flota Alfa
Flota Alfa
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

– Zostanę za to zdegradowany – stwierdził Vega – ale już mnie to nie obchodzi. Dam odpowiedź tym włochatym draniom.

Dowództwo Wojsk Kosmicznych otrzymało taktyczną kontrolę nad wszelkimi bitwami, ale teraz wkraczaliśmy na terytorium dyplomatyczne.

Do naszej górskiej fortecy już jechała cała gromada grubych ryb. Przynajmniej dwudziestu kilku admirałów, generałów i szefów sztabów irytowało się, że nie było ich tu, gdy rozpętało się piekło. Cóż, zaraz mieli się zjawić. Wtedy Vega straci pełnię władzy nad sytuacją.

– To nie koniec bitwy – oznajmił. – Wróg się jeszcze nie wycofał. Może zmienić zdanie i znów ruszyć naprzód albo po prostu zbombardować nasze miasta z aktualnych pozycji. Czy mamy jakieś skutecznie środki obrony przed takim atakiem?

Wszyscy wokół pokręcili głowami i wyraźnie pobledli. Na tyle skupiliśmy się na budowie fazowców, że zapomnieliśmy o podstawach.

– Chyba nikt się nie spodziewał, że czeka nas bezpośrednia inwazja – powiedziałem.

– Idiotyzm – rzucił Vega. – Ostatnie dwa razy okręty Kherów przybyły tu w poszukiwaniu rekrutów. Imperialni w ogóle się nie zjawili. Zbudowaliśmy więc małą flotę zdolną do obrony w kosmosie. Ale nie skonstruowaliśmy fortec na Księżycu ani orbitalnych platform pełnych rakiet.

– Co pan rozkaże, generale? – spytała jedna z oficerów. Wyglądała na przerażoną, ale zdeterminowaną.

– Spróbujmy porozmawiać. Dowiedzmy się, co tu robią.

Kobieta wywołała pozostałe dwa krążowniki i czekaliśmy. W końcu otrzymaliśmy sygnał zwrotny.

– To transmisja na żywo – stwierdziła oficer. – Czy mam…

– Tak, do cholery. Daj go na ekran.

Obraz okrętów na tle kosmosu zniknął i zastąpiła go obca twarz. Był to admirał Fex we własnej osobie. Poznałbym wszędzie tę długoręką małpę. W jego oczach widać było naturalny spryt.

– Admirale Fex – odezwał się Vega – przykro mi, że rozmawiamy w takich okolicznościach.

– Mnie również – odparł Fex przez translator. – Czemu ma służyć ta rozmowa?

– Cóż, to chyba oczywiste. Ostrzegaliśmy was i nas zignorowaliście. Byliśmy zmuszeni bronić się i znów was ostrzegliśmy. Nie rozumiem, dlaczego nadal przebywacie w naszym układzie gwiezdnym.

Fex wydawał się zaskoczony.

– Waszym układzie? Popełniliście błąd, zresztą jeden z wielu. Należeliście do rebelianckich Kherów i dostarczaliście doskonałe załogi pomagające w wojnie z imperialnymi. Być może uderzyło wam to do głowy.

– Nie wiem, o czym mówisz, Fex – warknął Vega. – Po prostu wynoście się z naszej przestrzeni. Natychmiast.

– Obawiam się, że sytuacja się zmieniła. Aplikowałem na stanowisko protektora waszej planety i tego całego układu. To oczywiste, że nie jesteście w stanie sami bronić się przed wrogimi sąsiadami. Sekretarz Shug przyznał mi ten kontrakt.

– Jaki znowu kontrakt? – w głosie Vegi słychać było dezorientację.

– Ten sam podstawowy kontrakt, jaki dotyczy wszystkich niechronionych planet. My, Quokowie, zapewnimy wam obronę. Nie będzie już dalszych najazdów ze strony waszych sąsiadów.

– Żadni sąsiedzi nigdy nas nie najeżdżali. Chyba że liczysz wasze okręty porywające ludzi do walki z imperialnymi.

– Zdecydowanie nie liczę – odparł sztywno Fex. – Służba we flocie była zaszczytem dla waszej zapóźnionej planety. Sugerowanie, że było inaczej, jest obrazą.

Vega machnął ręką.

– Dobra, mniejsza z tym. Ale sytuacja jest taka, że nie jesteśmy bezbronni. Nie potrzebujemy waszej ochrony. Nie oddamy ani kawałka suwerenności takim jak ty.

– To do niczego nie prowadzi – stwierdził Fex. – Czy mogę porozmawiać z kimś innym? Kimś wysoko postawionym?

– Ja tu dowodzę – odpowiedział stanowczo Vega.

– Nie, chodzi mi o kogoś z odpowiednią pozycją wśród rebelianckich Kherów… Zaraz, widzę znajomą twarz. Czy to nie niesławny renegat Blake?

Podszedłem bliżej do kamery.

– To ja, Leo Blake.

– Doskonale! W końcu ktoś, z kim można rozmawiać. Służyłeś we Flocie Rebeliantów. Jesteś wart tysiąc… nie, milion takich błaznów jak ten wasz generał. Wyjaśnij mu to, Blake.

– Hm… – Spojrzałem na generała Vegę, który patrzył na mnie spode łba. Ziemskie rządy nigdy nie przyjęły do wiadomości, że Kherowie nie uznają autorytetu miejscowych sił zbrojnych. Status zapewniała tylko służba w walce z imperialnymi. Żaden generał, admirał, król czy prezydent na Ziemi nie był dla nich ważniejszy niż choćby najniższy rangą rekrut we Flocie Rebeliantów.

– Generale Vega, on pana nie obraża. Przynajmniej nie celowo. Kherowie uznają tylko własną hierarchię. Tych, którzy swoje stopnie zawdzięczają służbie w ich flocie.

– Spytam cię o coś, Fex – powiedział gniewnie Vega. – Czy twój krążownik został zniszczony, czy nie? Mamy skuteczne siły zbrojne i wiemy, jak ich używać. Jesteśmy silni i nalegam, abyś traktował nas jak równych sobie.

Fex roześmiał się.

– Zniszczyliście jeden okręt. Jak zaobserwowaliśmy, wymagało to utraty niemal jednej trzeciej waszej żałosnej floty. Nie powtarzajmy takiej tragedii. Zaakceptujcie aneksję i skończmy z tymi bzdurami.

– Aneksję?! – ryknął Vega. – Oszalałeś? Właśnie pokonaliśmy cię w bitwie, Fex.

– Gdybyście dysponowali jeszcze setką okrętów, zniszczylibyście wszystkie trzy moje jednostki. Przeliczyliśmy wasze siły i nie robią na nas wrażenia. Chociaż wasza planeta jest prymitywna i zapóźniona, nadal jesteśmy gotowi zaoferować wam…

– Mam dość gadania z tym wariatem – stwierdził Vega i gestem nakazał przerwanie połączenia.

– Czekaj! – odezwał się Fex. – Daj Blake’owi mówić. Jego szanuję.

Vega niechętnie skinął na mnie głową.

– Admirale Fex – powiedziałem – nie przelewajmy dalej krwi. Zniszczyliśmy jeden z waszych okrętów, abyście potraktowali nas poważnie. Możemy zniszczyć pozostałe i zrobimy to. Nie wszystkie nasze okręty fazowe się ujawniły. Jesteście otoczeni.

Fex na chwilę zamilkł. Pomyślałem, że go zaskoczyliśmy.

– Pogróżki… – w końcu powiedział cicho. – Pogróżki i inwektywy. Po lojalnym oficerze Floty Rebelii spodziewałem się czegoś lepszego.

– W pierwszej kolejności jestem lojalny wobec Ziemi, admirale – odparłem stanowczo. – Szczególnie teraz, gdy wojna z Imperium dobiegła końca.

Fex uniósł ręce. Był to zaskakująco ludzki gest.

– Zrobiłem, co mogłem! Muszę się wycofać. Zaoferowałem wam pomoc, a wy wyjątkowo bezczelnie odmówiliście. Wy, Ziemianie, jesteście jak dzikie bestie. Gryziecie rękę najlepszego przyjaciela. Nie zdziwiłbym się, gdyby Shug kazał was wytrzebić.

– Będziemy na was gotowi – krzyknął mi zza pleców Vega. – Ale możecie próbować.

– Obce okręty wycofują się, generale – powiadomił jeden z oficerów.

Spojrzeliśmy wszyscy na projekcję. Fex rzeczywiście zawracał. Poruszał się powoli, ale kierował na wyrwę, z której się wynurzył.

Vega skinął na mnie głową, wskazując, że mam dalej rozmawiać z Fexem.

– Admirale, dla obu naszych ludów byłoby najlepiej, gdyby to nieporozumienie wymazać z rejestrów. Nie chcemy wojny, ale nie możemy pozwolić na to, by obce okręty przybywały nieproszone na orbitę Ziemi. Prosimy, abyście następnym razem przylecieli przynajmniej dziesięć godzin świetlnych od Ziemi. Skontaktujcie się z nami wtedy, a udzielimy pozwolenia na to, by pojedynczy okręt…

– To absurd! – przerwał mi Fex. – W głowie ci się przewraca, Blake. Nie pierwszy raz. Przykro będzie obrócić cię w popiół z całą twoją planetą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ale będziecie chronieni! To wam zaręczam!

Przed wycofującymi się krążownikami otworzyła się nowa wyrwa, mieniąca się kolorami. Srebrne, różowe i krwistoczerwone zaburzenia czasoprzestrzeni obracały się tuż przed dziobami okrętów.

– Generale – odezwał się cicho oficer operacyjny, zajmujący się komunikacją z fazowcami – kilka okrętów jest w zasięgu. Mogą być w stanie powstrzymać jeden z nich, może oba, przed ucieczką.

– Nie – odparł Vega i zamknął połączenie z Fexem. – Niech ten nadęty małpiszon się wycofa. Już dość oberwał. Poza tym nie chcę stracić następnych okrętów.

W pomieszczeniu dało się usłyszeć westchnienia ulgi. Patrzyliśmy, jak krążowniki wchodzą do wyrwy i znikają. Na razie zażegnaliśmy kryzys.

Niestety, jego skutki mieliśmy dopiero poczuć.

7

Wyrwa wirowała na ekranie przez jeszcze kilka minut i przyglądałem się jej uważnie. Gdziekolwiek kierował się Fex, widziałem, że nie był to Antares. Kolor gwiazdy po drugiej stronie się nie zgadzał. Zamiast wielkiej czerwonej kuli ognia widzieliśmy dużo mniejszą i niebieskobiałą. Antares to umierający nadolbrzym, cieszący się ostatnimi paroma milionami lat życia, tymczasem przez wyrwę widzieliśmy względnie młodą i stabilną gwiazdę.

– Nie wysyłamy za nimi okrętu, generale? – spytałem zebranych.

Wszyscy wydawali się zaskoczeni pomysłem.

– Dobra, dobra – odezwał się doktor Abrams, zanim zdążył odpowiedzieć Vega. – Już to zrobiłeś, co, Blake? Zaryzykowałeś „Młot”, jedyny okręt Ziemi, w nadziei, że dowiesz się więcej o wrogu. To szalone ryzyko zarówno wtedy, jak i teraz.

– Nasza misja polegała na tym, by dowiedzieć się jak najwięcej – odparłem spokojnie.

Generał Vega przysłuchiwał się wymianie zdań, aż w końcu pokręcił głową.

– Nie mogę tego zrobić. Chciałbym wiedzieć, gdzie się udali, ale co możemy zrobić, gdy się już dowiemy?

– Być może wyrwa prowadzi do ich ojczystej planety. Dobrze by było wiedzieć, gdzie można uderzyć w odwecie.

– Te informacje nie dawałyby nam przewagi – odparł Vega. – Nie mamy okrętów zdolnych do otwierania wyrw.

Abrams wydał z siebie dziwny odgłos. Nie wiedziałem, czy się krztusi, czy komentuje. W każdym razie nie powiedział nic sensownego. Po prostu wyglądał na ucieszonego, że Vega tym razem stanął po jego stronie.

 

– Zostało nam jedynie siedemnaście okrętów plus „Młot” – wyjaśnił generał. – To cała suma naszych kosmicznych sił obronnych. Nie mogę poświęcić sześciu procent naszej drobnej floty na misję zwiadowczą.

Pokręciłem głową i rozłożyłem ręce.

– Dobrze, sir. Pańska decyzja.

Reszta oficerów była wciąż spięta i stała na stanowiskach, aż w końcu wyrwa się zamknęła. Niebo nad Ziemią znów należało do nas.

Czułem wielką ulgę, ale mój dzień jeszcze się nie skończył. Wkrótce zaczęły się zjeżdżać szychy z całego świata. Z każdą godziną było ich więcej. Przepytywali nas ze wszystkich szczegółów działań oraz decyzji i najwyraźniej nie byli zadowoleni z tego, że podjęliśmy je na własną rękę. Ale cóż, sami nie chcieli ryzykować swojej reputacji i osobiście przejmować dowodzenia nad Dowództwem Wojsk Kosmicznych, więc zostawili brudną robotę Vedze.

Nie każdy był usatysfakcjonowany przebiegiem wydarzeń, ale nie mogli zakwestionować ostatecznego ich skutku. Zgodzili się, że podjęliśmy desperackie ryzyko i zwyciężyliśmy.

Gdy dostaliśmy chwilę wytchnienia od kolejnych przesłuchań, szef połączonych sztabów Ziemi zaprosił Vegę i mnie na prywatne spotkanie o dwudziestej drugiej.

Brytyjczyk o nazwisku Clemens był stary, jak na admirała w czynnej służbie, musiał mieć około siedemdziesiątki.

– Panowie – zaczął – nie jestem już na tyle młody, by osobiście dowodzić bitwami, szczególnie kosmicznymi.

Ani ja, ani Vega nawet nie drgnęliśmy. Nie miało sensu dyskutować ze stwierdzeniem Clemensa, jako że jego prawdziwość była oczywista.

– Ale wciąż – ciągnął – potrafię dobrze oceniać charakter człowieka. Podczas gdy przez całe popołudnie moi koledzy przyciskali was i badali jak egzotyczne okazy, ja stałem z boku i próbowałem ocenić panów właśnie pod tym względem. Chcą panowie wiedzieć, do jakich wniosków doszedłem?

– Bardzo chętnie, panie admirale – odparł Vega.

Clemens zachichotał i pokręcił głową.

– Nawet kłamiesz pan z entuzjazmem, Vega. W każdym razie zobaczyłem prawdziwą kompetencję. Obejrzałem niektóre z nagrań waszych interakcji w centrum operacyjnym i podobało mi się to, co widziałem. Dobrze razem pracujecie. Reszta wyglądała, jakby ktoś właśnie przejechał im się po kutasach.

– Cóż, to nieco wulgarne porównanie, sir – odparł Vega – ale nie powiem, że nieadekwatne. Na ich obronę powiem, że mój zespół to dobrzy ludzie. Po prostu nie mieli wcześniej okazji działać w warunkach bitwy kosmicznej.

– No tak… Ale pan miał, kapitanie Blake? Prawda?

– Kilkakrotnie, panie admirale.

– No właśnie. I widać było pańską kompetencję, nawet przez wszystkie pańskie krętactwa. Potrzeba mi tej kompetencji, Blake.

Zacząłem mieć złe przeczucia. Miałem nadzieję, że w końcu dostanę dowództwo nad okrętem, ale chyba się na to nie zapowiadało.

– Dziękuję, sir – mruknąłem.

– Oto, jak będzie. Spotkam się z pewnym oporem, ale ostatecznie dopnę swego. Pan, generale Vega, pozostanie dowódcą operacyjnym Dowództwa Wojsk Kosmicznych. Dostanie pan drobny awansik, przez co będzie pan najwyższym rangą oficerem w naszych nowych siłach.

Vedze nieco opadła szczęka, ale jakoś się opanował.

– Sir, całą swoją karierę służę w lotnictwie.

– Wiem, ale jak już mówiłem, potrzebujemy pana. Gdy z waszej marynarki wydzielono marines, a lotnictwo z armii, jak pan myśli, skąd się wzięli pierwsi oficerowie?

– Zdaję sobie sprawę z precedensów historycznych, panie admirale. Po prostu… to lekki szok.

– Weźże się pan w garść. Kosmici niemal usmażyli dzisiaj Ziemię. A przynajmniej tak mi się zdaje.

Nie kłóciliśmy się z nim. Może nawet miał rację. Uważałem, że Fex przybył, aby zdominować Ziemię, a nie wybić ludzkość, ale zagrożenie wciąż było rzeczywiste.

– Spotkam się z oporem – powtórzył admirał – ale tak właśnie będzie. A pan, Blake, ponoć ma tu zostać instruktorem. Czy to prawda?

– Złożono mi taką propozycję, panie admirale.

– Co za zbrodnia. Nie pasuje pan na gryzipiórka. Jest pan oficerem liniowym w nowych siłach zbrojnych. Dobrze współpracował pan z Vegą na każdym kroku. Do czasu, aż zapewnię panu odpowiednie miejsce, proszę pozostać u jego boku i wspierać go tak jak dziś. Proszę polegać na sobie nawzajem, panowie. Dobra z was drużyna.

Vega i ja spojrzeliśmy po sobie, nieco zaskoczeni. Nie spodziewaliśmy się takiej zmiany naszych relacji.

Vega powoli skinął głową.

– Dobrze, jakoś to przeżyję. Blake okazał dziś prawdziwą dojrzałość i rzeczywiście był pomocny. Ale wolałem, by przekazał dalej swoje doświadczenie, a nie dał się zabić w kosmosie. Straciliśmy dziś trzy okręty podczas jednej akcji.

– Doskonale zdaję sobie sprawę z naszych strat – odparł Clemens. – Ale teraz Ziemia potrzebuje swoich najlepszych ludzi u steru. Co by pan zrobił, gdyby Blake był teraz w sali wykładowej zamiast u pańskiego boku?

Pytanie nieco skonsternowało Vegę.

– Zapewne to samo… – odpowiedział w końcu.

– Bzdura! – rzucił Clemens. – Proszę nie wciskać mi takich gadek, generale. Nie jest pan na tyle dobrym kłamcą.

Po tym stwierdzeniu wstał. Uścisnęliśmy sobie ręce i admirał wyszedł. Vega patrzył na mnie z wyraźną irytacją.

– Wygląda na to, że obaj dostaliśmy właśnie nowy przydział. Witaj w moim zespole, Blake.

– Dziękuję, admirale – odparłem z naciskiem na jego nowy tytuł.

Skrzywił się, ale skinął głową i wyszedł. Ja zaś ruszyłem do swojej kwatery, do Mii. Chciałem się czegoś napić i iść do łóżka. Kilka osób próbowało mnie po drodze zagadać, ale gładko ich wyminąłem. Kluczem było iść równo przed siebie. Mogli podążać za mną i mówić, ale pod żadnym pozorem się nie zatrzymywałem i nie dawałem zająć sobie czasu. Ze sztucznym uśmiechem i zdawkowymi odpowiedziami jakoś się wymknąłem.

Na szczęścia Mia wciąż nie spała i była w dobrym humorze.

– Jesteś bohaterem – powiedziała. – Wszyscy tak mówią.

– Ktoś powinien poinformować o tym Abramsa.

Wydała z siebie pomruk niezadowolenia.

– Słyszałam, jak jeden z jego ludzi nadał mu ostatnio przezwisko. Powiedział, że jest oślim kutasem. Czy to odpowiednie określenie?

Roześmiałem się, a ona również odpowiedziała śmiechem. Potem wypiliśmy kilka drinków.

To był długi, trudny dzień, ale wciąż pozostało mi nieco energii. Kochaliśmy się i zasnęliśmy nago, bez żadnego przykrycia.

8

Obudziłem się, drżąc z zimna. Zbliżał się świt i temperatura w pomieszczeniu spadła. Taki był problem z życiem w górach: wahania temperatury.

Przykryłem Mię prześcieradłem, a sam wstałem i poszedłem do łazienki. Po drodze zatrzymałem się przy aneksie kuchennym.

W bazie było dość ciasno. W Górach Skalistych musiały nam wystarczyć mieszkania wielkości niedużej kawalerki. Ale przynajmniej nie musiałem co rano przyjeżdżać z Colorado Springs.

Zamknąłem lodówkę z plasterkiem kiełbasy w ustach i piwem w ręce – i wtedy go zobaczyłem.

– Godwin? – odezwałem się. Plasterek kiełbasy spadł na podłogę z głośnym plaśnięciem.

Podniósł ręce jakby w geście kapitulacji. Dłonie miał puste, ale w przypadku istoty takiej jak on nie znaczyło to wiele.

Instynktownie przywaliłem mu drzwiczkami lodówki w klatkę piersiową. Jęknął lekko i cofnął się.

– Ćśśś – szepnął. – Obudzisz Mię.

– Tym razem cię zabiję.

– Tak dziękujesz sojusznikowi? Sporo zaryzykowałem, by przybyć tu i ostrzec cię przed Fexem. Gdzie twoja wdzięczność?

W samych bokserkach wyciągnąłem go na korytarz. Za drzwiami czułem się nieco lepiej.

– Nie możesz się tak skradać – powiedziałem. – Ludzie bronią swojego terytorium. Kiedyś mogę cię zabić, nawet przez przypadek.

Pomasował żebra.

– Twoje dzisiejsze działania były… nieoczekiwane.

– Czy przybyłeś, aby wyrazić swoją dezaprobatę?

– Czy to ma znaczenie?

– Dla mnie nie.

– No cóż… – odparł. – Sytuacja uległa zmianie. Wcześniej radziłem ci poddać się Fexowi. To byłaby rozsądna decyzja. Teraz to proste wyjście jest już zamknięte. Czeka cię dużo trudniejsza droga.

Zmarszczyłem brwi.

– Skąd się tu właściwie wziąłeś?

Godwin wzruszył ramionami.

– Ludzie dopiero niedawno zbudowali swój pierwszy transmat. Naprawdę myślisz, że rasa, która dysponuje tą technologią od wieków, nie mogła jej ulepszyć?

– Użyłeś jakiegoś osobistego teleportera?

– Nie – odparł. – To bardziej skomplikowane. Ale nie owijajmy w bawełnę, jak to mówicie. Skupmy się na celu mojej wizyty.

Skrzyżowałem ręce i oparłem się o ścianę. Nadal mogłem go dosięgnąć, w razie gdyby próbował jakichś sztuczek, ale i tak na jego twarzy odmalowała się ulga.

– Rozsądek zwyciężył – stwierdził i skinął głową. – To nigdy nie jest twój pierwszy wybór, ale można przemówić ci do rozumu. W każdym razie mam dla ciebie nowe instrukcje.

Parsknąłem, ale machnąłem ręką na znak, żeby kontynuował.

– Gdy Fex powróci z całą flotą, musicie się poddać. Wtedy nie dostaniesz już drugiej szansy. Jeśli będziecie stawiać opór, nie będzie miał wyjścia.

Słuchałem go z rosnącym niepokojem.

– Fex wraca?

– Oczywiście. Nie spełnił swojej misji.

– Jego misją jest podbój Ziemi?

– Jak wspomniałem poprzednio, taki jest jego cel.

Miałem mętlik w głowie. Z jakiegoś powodu myślałem, że zażegnaliśmy kryzys – a przynajmniej, że mamy choć chwilę wytchnienia.

– Kiedy zamierza wrócić?

– Według waszej miary… miesiąc? Może mniej.

– Nie zbudujemy w miesiąc wystarczającej floty.

Godwin rozłożył ręce i uśmiechnął się lekko.

– Nie, nie zbudujecie. Po to tu jestem. Musisz zastosować się do moich sugestii.

– Dlaczego cię to obchodzi? Czemu Nomadzi chcą, żeby Ziemia przetrwała?

– Ponieważ różnicie się od innych rebelianckich Kherów. Jest w was coś innego… Od kilku lat badamy wasze DNA, ale nie doszliśmy jeszcze do sensownych wniosków. Cokolwiek jednak odkryją nasi uczeni, ważne jest to, że dwukrotnie udało wam się odeprzeć imperialnych Kherów.

– Ach. Pokonaliśmy Imperium, więc chcecie, żebyśmy byli dostępni, gdy znów się zjawią?

Roześmiał się cicho.

– Nie pokonaliście Imperium. Sprawiliście, że wycofali się i przemyśleli swoje działania. To niesamowite osiągnięcie, ale jeszcze nie zwycięstwo. Wygranie tego konfliktu wymagać będzie wielu pokoleń, jeśli w ogóle jest możliwe.

– Dobra, mniejsza z tym. Ziemia zrobiła na was wrażenie, więc nam pomagacie. Myślicie długoterminowo.

– Pokonany gatunek musi tak myśleć. W waszej Galaktyce jesteśmy wyrzutkami, odciętymi od ojczystych światów i wygnanymi w mrok. Żyjemy w gromadach gwiezdnych otoczonych przez nicość. To jak żyć na paru samotnych wysepkach.

Zamyśliłem się.

– Hm, a jednak przybywacie tu z łatwością. Dlaczego nie wykorzystacie tych swoich transmatów, by najechać bezpośrednio Imperium i pokrzyżować im szyki?

– Gdyby to tylko było takie proste… Mają sposoby na zablokowanie nas.

– Ale nie my, na Ziemi. Tu przychodzisz, kiedy chcesz.

Godwin wzruszył ramionami. Jego nastawienie nieco mnie wkurzało.

– Czym ty właściwie jesteś? – spytałem. – Znaczy się pod spodem, kiedy nie udajesz człowieka? Wyglądasz jak osa albo dżdżownica czy jakiś rodzaj pająka?

– Moja forma jest taka, jaką ją widzisz. To moją świadomość przeniesiono do tego ciała. Obecna forma mojej osoby nie ma znaczenia. Ten kształt wybrano, by was nie niepokoił.

– Hmm… Dziwne. Więc gdzie indziej jest jakaś inna wersja Godwina? Może śpi?

– Nie, ciała nie są zwykle utrzymywane przy życiu w momencie transferu świadomości. Łatwiej się ich pozbyć i wytworzyć nowe u kolejnego celu.

Zmrużyłem lekko oczy. Byłem pod wrażeniem. To, co opisywał, wykraczało poza moje pojęcie. Czy te istoty naprawdę mogły podróżować po kosmosie, przenosząc umysły z jednego ciała do drugiego? Miało to jednak coraz więcej sensu.

– Dlatego wyglądałeś wcześniej jak Jones, a teraz znowu jesteś Godwinem, prawda? Musiałeś użyć transmatu albo czegoś takiego.

– Właśnie. Zdajesz sobie sprawę, że nie ma czegoś takiego jak natychmiastowy przesył materii, prawda? Nie bez ogromnej mocy i bardzo zaawansowanego sprzętu. Transmat tak naprawdę wysyła sygnał dalekiego zasięgu, przekraczający prędkość światła dzięki sztuczkom z dziedziny fizyki kwantowej. Budka, do której wchodzisz, nie przesyła osoby, ale dezintegruje ciało i tworzy kopię w miejscu docelowym.

– To okropne!

– Nie, gdy się do tego przyzwyczaisz. Dla mnie to nic straszniejszego niż ścięcie włosów. To także bezbolesne usunięcie niepotrzebnej materii, czyż nie?

Im dłużej nad tym myślałem, tym bardziej mnie przerażało. Ludzie, którzy używali transmatu, uważali, że są przenoszeni na ogromne odległości, ale to było kłamstwo. Urządzenie dezintegrowało ich i odbudowywało gdzie indziej.

 

– Więc nie masz jednej prawdziwej formy? Czy kiedyś ją miałeś?

– Oczywiście. Ale to było dawno temu. W końcu nazywają nas Nomadami. Nie mamy domu, nawet nasze ciała są tymczasowe.

Na samą myśl o tych kosmitach przechodziły mnie ciarki, ale zmusiłem się do uśmiechu.

– To szalenie ciekawe – powiedziałem. – Ale skoro już jesteś dziś taki gadatliwy, może powiedz mi, co tu robisz. Dlaczego nachodzisz wciąż właśnie mnie?

– Spośród miliardów istot na tej planecie niewiele jest wartych uwagi. Ty akurat się do nich zaliczasz. Moi zwierzchnicy mają nadzieję, że Ziemia w przyszłości stanie się jeszcze bardziej uciążliwa dla Imperium.

Zaczynałem łapać. Nie mieliśmy wygrać wojny z Imperium. Mieliśmy je wkurzyć.

– Więc Nomadzi planują coś większego…

Godwin wyglądał przez chwilę na zaskoczonego, ale szybko się opanował.

– Zawsze planujemy. Zawsze szukamy drogi do odzyskania naszych rodzimych gwiazd. Widzisz w tym coś złego?

– Nie, skądże. To całkowicie zrozumiałe. Po prostu nie jestem pewien, czy z punktu widzenia Ziemi jesteście sojusznikami.

Godwin wziął głęboki oddech.

– Blake, dla dobra zarówno naszego, jak i waszego, powinieneś zrozumieć, że stawki w tej wojnie są ogromne. Nikt tak naprawdę nie jest waszym przyjacielem. Nawet rebelianccy Kherowie, którym najbardziej ufasz.

Nie podzielałem do końca jego opinii, bo wiedziałem, że niektórzy z Rebeliantów przedkładali honor i przyjaźń nad życie. Inni, tacy jak Fex, rzeczywiście obracali się jak wiatr zawieje.

Czy ktoś z nich ryzykowałby jednak istnienie swojej ojczystej planety dla przyjaźni? Nie byłem pewien.

Dostarczywszy nowe „instrukcje” na kolejne spotkanie z Fexem, Godwin odszedł. Zapewniłem go, że przekażę jego rady zwierzchnikom, ale nie mogłem gwarantować, że Ziemia się podda. A nawet w to wątpiłem.

– Co za strata – odparł i pokręcił głową.

Gdy wróciłem do kwatery, przez resztę nocy nie mogłem zasnąć.

Czy Godwin miał rację? Czy rezygnacja z suwerenności, by pozwolić Fexowi na „ochronę” Ziemi, była słuszną decyzją? Nie mogliśmy tego wiedzieć i była to gorzka pigułka do przełknięcia.