Flota AlfaTekst

Z serii: Rebel fleet
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Flota Alfa
Flota Alfa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,74  50,19 
Flota Alfa
Flota Alfa
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Wyszedłem na pusty korytarz. Wszyscy ruszyli na stanowiska bojowe. W całej bazie ogłoszono alarm i nikogo nie przydzielono do pilnowania sali konferencyjnej na górnym piętrze.

Czułem się nieco pominięty. Miałem ochotę znaleźć „Młota”, zebrać swoją załogę i odlecieć, ale nie było to teraz możliwe. „Młot” został zaparkowany na geosynchronicznej orbicie ziemskiej. Nadal traktowałem go jako swój okręt, ale bardzo niewiele osób zgadzało się ze mną w tej kwestii.

Było to frustrujące, ale mogłem jedynie przechadzać się po bazie i szukać sposobu na włączenie się do akcji. W centrum operacyjnym mogli przebywać tylko upoważnieni, szczególnie w przypadku stanu wojny, ale uznałem, że jeśli się tam zjawię, ktoś może zaprosić mnie do środka.

Możliwość obserwowania wydarzeń w kosmosie za pośrednictwem syma nie zadowalała mnie. Nie mogłem zrobić nic sensownego. Lepiej byłoby już nic nie wiedzieć. Czasami ignorancja to błogosławieństwo.

– Co pan tu robi, kapitanie Blake? – spytał wartownik, gdy podszedłem do budynku.

– To zależy od generała Vegi. Mieliśmy prywatne spotkanie, gdy to wszystko się zaczęło. Jest w środku?

Wzdrygnął się nieco, gdy wspomniałem nazwisko Vegi. Generał miał reputację kogoś, kto tratuje ludzi stojących mu na drodze. Widziałem, że wartownik próbuje wymyślić, co robić. Zatrzymując mnie, mógłby się narazić Vedze, gdyby okazało się, że powinien mnie przepuścić. Ale gdybym okazał się po prostu kolejnym nieupoważnionym turystą, byłoby jeszcze gorzej.

Ostatecznie wybrał bezpieczniejszy wariant i pokręcił głową.

– Sir, nie mogę pana wpuścić. Takie mamy przepisy, przykro mi.

– Żaden problem – odparłem.

Podszedłem do jednej z betonowych kolumn przy wąskiej drodze dojazdowej do budynku i oparłem się o nią.

– Sir! – zawołał strażnik. – Nie powinien pan być teraz gdzieś indziej?

– Nie mam oficjalnego stanowiska w łańcuchu dowodzenia bazy. Moje miejsce jest tam, na „Młocie”… ale tam też mnie teraz nie wpuszczają.

Wartownik na chwilę zamilkł, ale niemal słyszałem, jak się niespokojnie wierci.

– Co tu się dzieje, sir? – w końcu wydusił z siebie. – Czy są tam jakieś obce okręty? Nad chmurami?

Zamknąłem oczy i powędrowałem umysłem poprzez armię komputerów i satelitów. W końcu znalazłem jednego skupionego na wyrwie.

Tym razem zobaczyłem nowy okręt, a po chwili pojawił się kolejny. Wyglądały na ciężkie krążowniki, ale poruszały się ostrożnie. Być może wiedzieli, że dysponujemy własnymi okrętami.

– Pokazali się – powiedziałem do wartownika, otworzywszy oczy. – Widzę ich za pośrednictwem syma. Właśnie przybyły dwa okręty. Może zjawi się więcej.

Wyglądał, jakby miał popuścić, ale uznałem, że nie czas teraz go pocieszać ani się z niego wyśmiewać. Musiałem to wykorzystać.

Oddychał płytko. Spojrzał w górę i znów na mnie.

– Proszę wejść, kapitanie Blake – powiedział w końcu. – Zna pan tych kosmitów lepiej niż ktokolwiek na Ziemi. Proszę coś zrobić. Zatrzymać ich, rozwalić, cokolwiek!

Uśmiechnąłem się przyjaźnie i skinąłem głową. Nieco przeceniał moje możliwości, ale nie powiedziałem mu tego.

– Zrobię, co w mojej mocy.

Wewnątrz centrum dowodzenia panował chaos. Wszyscy byli spięci i niemal panikowali, ale nie mogli na razie zrobić nic poza krzyczeniem na siebie nawzajem i żądaniem dalszych informacji.

Dowódcy bazy na górze Cheyenne nie mieli bezpośredniego zwierzchnictwa nad naszą flotą okrętów fazowych – nimi dowodzili ludzie siedzący wewnątrz samej góry – ale nadal otrzymywali dane o sytuacji.

Nad naszymi głowami migotał obraz przedstawiający scenę, którą już ujrzałem z pomocą syma. Ich wersja miała jednak dużo lepszą rozdzielczość. Na hologram nałożono liczby – odległości, prędkości, wektory kursu.

Trzy z naszych fazowców znajdowały się w zasięgu, a sześć kolejnych było w drodze. W ciągu kilku minut intruzi mieli zostać otoczeni.

Mogło to jednak nie mieć znaczenia. Okręty obcych były dużo bardziej zaawansowane od naszych. A jeśli było ich więcej – choćby druga pełna eskadra – nie mieliśmy najmniejszych szans.

Wokół projekcji zgromadziła się grupa oficerów. Pracowali nad liczbami, zgłaszali anomalie i czekali, aż zostaną wezwani do działania.

– Jeśli zaczną strzelać, niewiele zdołamy zrobić – powiedziałem, podchodząc nonszalancko do stołu.

Kilkoro oficerów spojrzało w moją stronę.

– Kapitan Blake? – odezwała się oficjalnym tonem Gwen. Przydzielono ją tu kilka miesięcy wcześniej, jako że nie upierała się przy służbie w kosmosie. Teraz nieco jej zazdrościłem. – Kiedy pana wezwano?

– Wezwali mnie kilka lat temu – odparłem. – Rebelianccy Kherzy.

Wypuściła z siebie powietrze.

– Myślisz, że to oni? Skąd ta pewność?

– To nie okręty Imperium, tylko niezależna konstrukcja. Albo rebelianccy Kherowie z innej pobliskiej planety, albo mamy naprawdę spore kłopoty.

– Co planują, sir? – spytał inny oficer.

– Skąd mam wiedzieć, poruczniku? Jestem dowódcą okrętu, nie telepatą.

Przestali zadawać pytania i na szczęście nie spytali, po co właściwie przyszedłem. Wszyscy założyli, że ktoś mnie wezwał – i w zasadzie mieli rację – tyle że na pewno nie uznaliby Godwina za upoważnionego do wydawania rozkazów.

Gwen wskazała na projekcję i syknęła przez zęby. Pojawił się trzeci okręt i zajął miejsce obok pozostałych. Wspólnie ruszyły powoli w stronę Ziemi.

Poczułem, że się pocę. Ile jeszcze ich było? Już dysponowali większą siłą ognia niż wszystkie nasze fazowce. Po swojej stronie mieliśmy tylko efekt zaskoczenia. Ale może ci kosmici już je widzieli? Nie sposób było tego stwierdzić na podstawie ich dotychczasowych działań.

– Wysyłają jakieś sygnały? – spytałem.

– Nie – odparła Gwen. – Cisza radiowa. Może nie mają pojęcia, że mamy własne okręty.

– Po co wysyłaliby wtedy trzy ciężkie krążowniki? Czemu nie po prostu jeden okręt pełen bomb?

Skupiło się na mnie kilka par zaniepokojonych oczu.

– Myśli pan, że zaatakują, kapitanie? – spytał oficer wachtowy.

– Żeby to stwierdzić, musiałbym wiedzieć, skąd właściwie pochodzą.

Przyjrzał mi się uważnie.

– Nie wiem, czy jest pan upoważniony do tych informacji, ale to chyba nie ma już wielkiego znaczenia. Oto, co na razie ustaliliśmy: to okręty z planety Quok. Ich załogi składają się zazwyczaj z naczelnych zwanych Grefami.

– Quok… – zamyśliłem się. – To planeta, z której pochodzi admirał Fex.

Nagle zrobiło mi się nieco niedobrze. Zanim zwolniono mnie z czynnej służby we flocie rebelianckich Kherów, miałem do czynienia z admirałem Fexem. Sekretarz Shug umieścił go na okręcie pełnym Grefów w wyniku moich oskarżeń.

– Hm… – odezwałem się, patrząc na nadlatujące jednostki. – Na waszym miejscu założyłbym, że to wrogie okręty.

– Co pan wie?

– Tyle że admirał Fex, jego pobratymcy z Quok i same Grefy… cóż, nie przepadają szczególnie za ludźmi. Nasz ostatni kontakt z nimi nie był zbyt przyjazny.

Zalała mnie fala wspomnień. Strzelaliśmy do Grefów z zakłócaczy, aż przez całe dnie prześladował nas swąd spalonej sierści.

Oficer wachtowy przez chwilę mi się przyglądał, po czym skontaktował się z generałem Vegą. Skrzywiłem się, gdy wspomniał moje nazwisko.

– Generale, zgodnie z opinią zespołu operacyjnego, w tym eksperta, którego pan przysłał, mają wrogie zamiary. Tak, generale? Jakiego eksperta…? Mówię o kapitanie Blake’u, sir.

Nadal uśmiechałem się, choć niezbyt przekonująco. Oficer wachtowy wysłuchał odpowiedzi, po czym spojrzał na mnie spode łba.

– Generał Vega chce z panem porozmawiać, kapitanie.

– Nie wątpię – wtrąciła Gwen.

Spojrzałem na nią z ukosa i włączyłem się do rozmowy z Vegą z pomocą syma. Wyglądało na to, że znowu jest wkurzony.

– Blake, co robisz poza swoim miejscem pracy? Zaraz zacznie się wojna…

– Nie przydzielono mi miejsca pracy w tej bazie, sir. Ale technicznie rzecz biorąc, nadal jestem kapitanem „Młota”. Jeśli tak pan sobie życzy, udam się do Genewy i…

– Twoje miejsce jest w ośrodku szkoleniowym! – ryknął generał. – A teraz wynoś się z centrum operacyjnego i daj mi z powrotem komandora Teneta.

– Już się robi, sir. Na pewno doskonale poradzi pan sobie z Fexem i jego okrętami.

– Fexem?

– Admirałem Fexem. Kosmitą dowodzącym tą grupą krążowników.

– Skąd wiesz, że to on?

Bez zająknienia streściłem mu informacje, które otrzymałem od oficera wachtowego. Wniosek był dla mnie oczywisty, ale musiałem wyjaśnić nieco szczegółów generałowi.

– Na pewno ma pan sprawę pod kontrolą. Udam się…

– Zamknij się – przerwał mi. – Zostań, gdzie jesteś. Nie opuszczaj centrum operacyjnego do czasu, aż osobiście każę ci odejść.

– Tak jest, panie generale.

Gdy się rozłączył, nie rozejrzałem się nawet po zgromadzonych żołnierzach. Wiedziałem jednak, że zmienili nastawienie do mnie. Początkowo zakładali, że jestem tam jako przysłany przez dowództwo ekspert, a teraz zastanawiali się, co tu się właściwie dzieje.

Innymi słowy, znalazłem się znów w doskonale znanej sytuacji.

Generał Vega zjawił się zaskakująco szybko. Wbiegł do sali i kazał mi iść za sobą. Zabrał ze sobą dwóch żandarmów, więc się nie wykłócałem.

Gwen spojrzała mi z niepokojem w oczy. Odpowiedziałem wzruszeniem ramion. Być może tym razem czekał mnie pluton egzekucyjny, ale szczerze w to wątpiłem.

Vega kazał mi wsiąść do humvee i odjechaliśmy w stronę góry. Nic nie wyjaśniał, a ja o nic nie pytałem.

Najwyraźniej jechałem do prawdziwego centrum dowodzenia. Do miejsca, gdzie tak naprawdę podejmowano decyzje.

4

Ruszyliśmy chłodnymi tunelami. Wiatr i ryk silnika dudniły mi w uszach. Sierżant żandarmerii za kierownicą jechał trzy razy szybciej, niż przewidywały przepisy, ale nie zamierzałem narzekać.

 

Stara baza NORAD-u zmieniła się od czasów, gdy stanowiła centrum obrony kraju. Stała się jeszcze bardziej imponująca i pełna sekretów. Jej zadanie było w zasadzie podobne, ale poważniejsze. Dowództwo Wojsk Kosmicznych stało obecnie na czele obrony całej Ziemi.

Tunele powiększono, a sklepienia wzmocniono. Znacznie zmodernizowano komputery i resztę sprzętu. Dotarliśmy do centrum dowodzenia, ale wiedziałem, że pod nami znajduje się wiele nowych poziomów. Wciąż wiercono głębiej i głębiej.

Przedstawiono mi zgromadzonych i pozwolono zająć miejsce przy centralnym stole. Chociaż otaczały mnie szychy, czułem się jak ryba w wodzie. W końcu znałem kosmitów lepiej niż ktokolwiek inny. Moje miejsce było właśnie tu.

– Kapitanie Blake. – Vega machnął w moim kierunku. – Na pewno wszyscy znają pana i pańską reputację.

– Dziękuję, generale – odparłem pewnie.

– Znamy go jak zły szeląg – wtrącił doktor Abrams, który właśnie podszedł do stołu. Położył na blacie swoje długie palce i pochylił się do przodu. Nastroszył brwi, wyraźnie niezadowolony. – Zapewniano mnie, że nie będzie obecny na spotkaniu.

– Nie mamy czasu na małostkowe sprzeczki, doktorze – powiedział Vega.

Abrams wydał z siebie dźwięk przywodzący na myśl dławiącego się kota, ale milczał.

– Dobrze więc – stwierdził Vega. – Blake uważa, że załogę okrętów stanowią Grefy. Co wiemy o tym gatunku?

– To absurd! – odparł Abrams. – Grefy nie zbudowałyby tak zaawansowanych jednostek. Ich okręty to złom z drugiej ręki!

– Nie powiedziałem, że Grefy je zbudowały – wyjaśniłem – tylko tyle, że stanowią ich najemną załogę. Zbudowali je Quokowie.

Naukowiec zmrużył oczy.

Dobrze go znałem i uznałem, że pewnie, zanim się zjawiłem, to on był głównym ekspertem od kosmitów. Sporo wiedział, ale nie posiadał mojego doświadczenia.

To nie miało jednak znaczenia dla Abramsa. Dla niego mógł istnieć tylko jeden mądrala i musiał to być właśnie on. Każdy, kto się z nim nie zgadzał, był albo głupcem, albo, co gorsza, sabotażystą.

– Dlaczego znowu się do wszystkiego mieszasz, Blake? – marudził. – Ostatnio skończyło się to katastrofą.

To mnie zaskoczyło. Przecież gdy ostatnio imperialni zmierzyli się z rebelianckimi Kherami, spisałem się na medal.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Abrams odwrócił się do generała Vegi.

– Proszę to przemyśleć. Zaniedbania tego człowieka opóźniły nasz rozwój technologiczny o całe lata.

Wiedziałem już, w czym problem. Wciąż miał mi za złe, że wyrzuciłem w kosmos jego przyciągające Łowcę urządzenie. Stworzył je, aby wedle uznania odstraszało lub przyciągało te kolosalne okręty. Od tego czasu nie udało mu się zbudować zadowalającej kopii.

Vega machnął ręką.

– Zamknijcie się. Obaj.

Chciałem zaprotestować, jako że nic nie mówiłem, ale uznałem, że to mi nie pomoże. Skrzyżowałem ręce na piersi i patrzyłem na generała.

– Reszta z was niech mówi – dodał Vega. – Czy to się zgadza? Czy te okręty zbudowały jakieś sprytniejsze małpy… jak im tam?

– Quokowie – powiedział Abrams. – I technicznie rzecz biorąc, nie są małpami. Owszem, można ich przypisać do rzędu naczelnych, ale zgodnie z moją klasyfikacją…

– Mniejsza z tym – przerwał mu generał. – Czy odpowiedzieli na nasze sygnały? Możecie nadawać w ich języku?

– Słyszą nas, panie generale – zapewnił go jeden z oficerów komunikacyjnych. – Ale nie odpowiadają.

– Czy wysunęli jakieś żądania? Cokolwiek?

– Nie, sir.

Generał Vega masował podbródek i przyglądał się mapie. W porównaniu z Ziemią wrogie okręty wyglądały względnie niegroźnie, ale wiedziałem, że przy zwykłych jednostkach są ogromne. Każdy z nich był cięższy niż w pełni załadowany supertankowiec.

– Blake, słuchaj mnie uważnie – odezwał się Vega. – To bardzo ważne. Czy w twojej opinii te okręty to wyraźne bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa Ziemi?

– Myślę, że można tak powiedzieć, panie generale.

Powoli skinął głową.

– Zgadzam się. Dlaczego się nie odzywają? Czemu bez słowa lecą powoli w naszą stronę?

Wzruszyłem ramionami.

– W tej chwili mogę jedynie spekulować…

– Owszem! – wybuchnął Abrams. – To tylko hipoteza. Musimy zebrać twarde dane, zanim podejmiemy działania, generale.

Vega uniósł dłoń.

– Wiem, doktorze. Blake, mów dalej. Dlaczego milczą?

– Czy nie tak zachowują się drapieżniki? Może chcą podkraść się bliżej, jak kot wśród wysokiej trawy. Tygrysy przed atakiem nie ryczą groźnie. Po prostu podchodzą i skaczą bez ostrzeżenia.

– Tygrysy? – spytał Abrams. – Ach, no tak, jesteś w końcu ekspertem od podobnych stworzeń.

Spojrzałem na niego z ukosa. Była to wredna aluzja do mojej dziewczyny.

Vega zignorował Abramsa i zwrócił się do mnie.

– Masz rację. Nie mamy wyjścia. Każcie fazowcom wystrzelić rakiety. Osobiście poinformuję szefów sztabów.

To mnie zaniepokoiło. Zgromadzeni oficerowie zdawali się czekać na jego rozkaz i natychmiast zaczęli się krzątać.

Wyminąłem stół i podszedłem do Vegi, zanim wyszedł z pomieszczenia.

– Sir…? Generale? Czy to nie pochopna decyzja?

– Naprawdę tak uważasz, Blake? Sam powiedziałeś, skradają się do nas. Nie przybyli, by się zaprzyjaźnić. Przyjaciele nie przylatują nieproszeni trzema okrętami bojowymi i nie lecą bezpośrednio nad nasze miasta.

– Musimy z nimi porozmawiać – nalegałem.

– Nie są zainteresowani, Blake. Jasno to pokazali.

– Czy naprawdę pan podejmuje takie decyzje samodzielnie? A co z szefami sztabów? Z politykami?

– Nie można prowadzić wojny międzyplanetarnej z parlamentu. Dostałem uprawnienia potrzebne do obrony planety.

Nieco osłupiałem.

– Więc… dowodzi pan całą flotą?

– W czasie pokoju dowodzę tą bazą. Poufnie zadecydowano, że w przypadku wojny moja rola ulegnie zmianie.

– Dlaczego to taki sekret?

– Mamy tu obcych szpiegów, Blake. Z pewnością o tym wiesz.

Pomyślałem o Godwinie i skinąłem głową.

– Nie powinniśmy mieć dużej floty kosmicznej, pamiętasz? Zbudowaliśmy fazowce w sekrecie, wbrew edyktom rebelianckich Kherów.

W końcu załapałem.

– Jest pan dowódcą zwykłej bazy przez większość czasu… aż wybuchnie wojna? Żeby zaskoczyć wroga, tak jak z fazowcami?

– Owszem. I niech Bóg ma nas w opiece, bo najgorsze właśnie chyba przed nami.

– Przynajmniej spróbujmy ich najpierw ostrzec, generale – nalegałem. – Powiedzmy im, że mają się zatrzymać albo zostaną zniszczeni.

Zamyślił się na chwilę, po czym pokręcił głową.

– To dobry pomysł, ale niepraktyczny. Te okręty mogą zniszczyć kilkanaście naszych miast, podczas gdy my będziemy stali z palcami w tyłkach. Które miasto chcesz zaryzykować?

Pytanie było niełatwe i nieco zwątpiłem w swoją rację. Na Vedze spoczywała wielka odpowiedzialność. Jego zadaniem było chronienie Ziemi. W takiej sytuacji nie mógł ryzykować.

– Posłuchaj – odezwał się, widząc wyraz mojej twarzy – doceniam twój wkład, nawet jeśli wygląda na to, że nie będzie nam potrzebny łącznik. Ale nie ja wybrałem się na ich planetę, żeby grozić cywilom. To oni najechali naszą przestrzeń.

– Proszę chociaż spróbować. Może ich pan odstraszy.

– Nasze okręty to małe jednostki zwiadowcze, Blake. Cały sens fazowca polega na niespodziewanych atakach. Jeśli im pogrozimy, stracimy jedyny atut. Wiesz o tym.

– Wiem, sir. Ale częścią siły technologii maskującej jest niepewność, jaką czuje w jej obliczu wróg. Jeśli dobrze pan to sprzeda i uwierzą, że może pan ich zniszczyć jednym rozkazem, mogą się wycofać. Fex i jego pobratymcy nie należą do najodważniejszych. Dlatego tak się skradają. Chcą to zrobić bez strat.

– Hmm… – odparł po chwili. – Nieco zmieniłeś mój punkt widzenia.

Z ulgą podszedłem razem z nim do centralnego stołu. Mina jednak nieco mi zrzedła, gdy usłyszałem jego rozkaz.

– Zniszczyć pierwszy okręt, który się zbliży. Wszystkie jednostki mają skupić na nim ogień. Każcie naszym kapitanom zmieść go z nieba i znów się przefazować.

Pozostali byli w takim samym szoku jak ja.

– Ale, sir… – ośmielił się zaprotestować jeden z obecnych – na pewno stracimy w ten sposób część z naszych jednostek. Nie możemy zniszczyć krążownika jedną salwą, to będzie bitwa na małym dystansie.

– Wiem – odparł Vega. – I mam nadzieję, że ich odstraszy.

5

Tym razem nie dało się wybić Vedze z głowy rozpoczęcia wojny. Czułem się za to trochę odpowiedzialny. Pomyślałem, że jeśli nasze okręty ulegną przez to zniszczeniu, część winy spadnie na mnie.

Oficerowie przy stole z ponurymi minami przyglądali się rozpoczynającej się bitwie. Obce okręty wciąż się zbliżały. Wyraźnie się nie spieszyły i utrzymywały zwarty szyk. Dobre wieści były takie, że wykryliśmy tylko trzy. Obawiałem się wcześniej, że zaraz dołączy do nich jeszcze kilkanaście.

Nasze okręty zbierały siły, aż w zasięgu znalazło się jedenaście z nich. Okrążyły wroga jak duchy. Nawet my nie wiedzieliśmy, gdzie są. Ich wyświetlone pozycje były jedynie szacunkowe. Wiedzieliśmy, gdzie rozkazaliśmy im się udać, i pozostawało nam tylko mieć nadzieję, że tam dotarły.

Prowadzący okręt rozpoczął zasadzkę. Jako że żaden z fazowców nie wiedział, gdzie znajdują się pozostałe, dowódca zajął pozycję i uderzył pierwszy. To stanowiło sygnał dla reszty.

– Ten kapitan ma jaja – mruknął Vega. – Czy przeżyje, czy nie, należy mu się odznaczenie.

– Zanotowano, generale.

Przyglądałem się ekranom i żałowałem, że nie ma mnie na którymś z okrętów. Moje miejsce było na froncie. Podczas ostatnich kilku sekund przed atakiem zauważyłem, że Vega mi się przygląda.

– Chciałbyś tam być, Blake? – spytał.

– Tak.

Skinął głową i klepnął mnie po plecach.

– Cofam wszystko, co o tobie gadałem za twoimi plecami. Kimkolwiek byś jeszcze był, jesteś też oddanym obrońcą Ziemi.

– Uch… dziękuję, generale.

Nasze systemy podświetliły wiązkę energii łączącą maleńki fazowiec z rufą jego zdobyczy. Osłony krążownika zamigotały, ale nie opadły.

– Mocne kopnięcie w dupę! – krzyknął Vega i uderzył pięścią w stół. Obraz zadrżał, ale generał nie wyglądał, jakby go to obchodziło.

– Nie ma przebicia, generale.

– I jeszcze jeden!

W momencie gdy krążownik zaczął obracać się w stronę pierwszego napastnika, pojawił się następny fazowiec. Pozostałe krążowniki zareagowały chwilę później i skupiły działa na naszym okręcie prowadzącym.

Do drugiego szybko dołączył trzeci. Razem trafiły w burtę krążownika i tym razem przebiły się przez osłony. Przeciążony przez nadchodzące z wielu kierunków promienie i niezdolny do przewidywania następnych ataków, okręt odniósł uszkodzenia.

– Trafienie! – roześmiał się Vega. – Patrz, uchodzi z niego powietrze! Czy to paliwo?

– Radioaktywny gaz według spektrometrów.

Myślałem, że pierwszy fazowiec znów się zamaskuje i ucieknie, ale oczywiście nie takie miał rozkazy. Pozostał na miejscu i wykonywał uniki, ale nie wycofywał się.

Znów wystrzelił i tym razem osmalił dziób krążownika.

– Wygląda na to, że wróg stracił jedną z baterii dziobowych.

Wtedy właśnie wszystko się zmieniło, tak jak przewidywałem. Krążownik w końcu namierzył napastnika i odpowiedział atakiem. Trzy promienie uderzyły w maleńki fazowiec i sprawiły, że wyparował.

Wśród zgromadzonych zapanowała konsternacja. Znikła cała brawura. Nikt głośno nie rozpaczał, ale wszyscy byli przygnębieni.

– Dwa kolejne z naszych okrętów… nie, trzy… atakują krążownik.

– Dobrze – odparł cicho Vega.

W napięciu przyglądaliśmy się, jak nasze jednostki znów ostrzeliwują rufę krążownika. Atak był dobrze skoordynowany. Większość naszych sił umieściliśmy przed wrogimi jednostkami, podczas gdy wiodący okręt zaatakował od rufy. Gdy wróg się obrócił w stronę napastnika, pozostałe znalazły się za nim. Uderzyły jednocześnie i poczyniły znaczne szkody.

Krążownik był uszkodzony, ale nie wyeliminowany.

– No dalej… – powiedział Vega. – Dalej, giń, do cholery!

Rozkazał ziemskim okrętom walczyć aż do zniszczenia wroga. Jeśli wytrzymają jeszcze chwilę…

– Generale, pozostałe dwa krążowniki namierzają cel. Kazać naszym wycofać się?

– Nie! – krzyknął Vega. – Nie… Trzymamy się planu.

Poczułem teraz do niego szacunek. Dowodził i czuł się jak ryba w wodzie. A także cierpiał wraz z naszymi najlepszymi załogami, które ginęły, próbując wykonać jego rozkazy. Ale nadal się nie wycofywał.

Nieuszkodzone krążowniki zniszczyły kolejne dwa fazowce. Wtedy jednak ujawniły się wszystkie nasze okręty. Przyszło mi do głowy, że nie są idealnie skoordynowane. Gdyby były, dziesięć z nich zaatakowałoby w momencie, gdy pierwszy krążownik się obrócił.

 

Nie miało to już jednak znaczenia. Zmasowany atak sprawił, że krążownik rozpadł się na drobne kawałki. Nasze okręty znów się przefazowały.

Dwa pozostałe krążowniki próbowały ostrzeliwać prawdopodobne ścieżki ucieczki fazowców. Obserwowaliśmy obraz w napięciu przez kolejne dziesięć minut, ale na szczęście żadnego nie trafiły.

– Wycofały się, generale.

Vega skinął głową i beznamiętnie wpatrywał się w pole bitwy. Z epicentrum eksplozji nadal rozchodziło się promieniowanie, kłęby gazu i metalowe odłamki. Za kilka godzin miały spaść w atmosferę Ziemi i spłonąć jak spadające gwiazdy.

– Zostało siedemnaście okrętów – powiedział Vega, odwróciwszy się do mnie – plus twoja przestarzała łajba. Ziemia może znów potrzebować „Młota” w czynnej służbie.

– Jestem gotów, generale.

– Dobrze – powiedział. – Znów skontaktujcie się z nadlatującą flotą. Wyślijcie komunikat, że to było ostrzeżenie i że jeśli natychmiast się nie wycofają, wszyscy ulegną zniszczeniu w naszym następnym ataku.

Zespół tłumaczy chwilę nad tym pracował, po czym wysłał wiadomość. Czekaliśmy w przyćmionym świetle i przyglądaliśmy się gasnącym ogniom pobojowiska.

– Myślisz, że zrozumieli nasz komunikat, Blake? – spytał Vega.

– Admirał Fex raczej nie mógł go przegapić.

Czekaliśmy przez chwilę, która wydawała się nam zdecydowanie zbyt długa. Wróg jednak w żaden sposób nie dawał do zrozumienia, że otrzymał wiadomość. W końcu jednak dostaliśmy odpowiedź.

– Tu admirał Fex. Wasz niesprowokowany atak na rebelianckich Kherów oznacza, że wasz świat został uznany za zbuntowaną planetę. Jesteście teraz banitami. Nawet sekretarz Shug wam nie pomoże.

Przeszły mnie ciarki. Czyżby to była prawda? Czy popełniliśmy straszliwy błąd?

Zacząłem analizować w myślach zachowanie Fexa. Czy przyleciał, skradając się, a jednocześnie wyglądając tak groźnie, jak tylko się dało, aby sprowokować właśnie taką reakcję?

Doktor Abrams, który miał dość rozumu, żeby siedzieć cicho w czasie bitwy, wykorzystał tę chwilę, by znów znaleźć się w centrum uwagi.

– Tak właśnie kończy się słuchanie Blake’a, generale. To niebezpieczny podżegacz. Jego kontakty z rebelianckimi Kherami skutkują tylko nieporozumieniami i rozlewem krwi.

W słowach Abramsa było nieco prawdy, przez co tym bardziej bolały.

Generał Vega pokręcił jednak głową.

– To była moja decyzja – powiedział. – I moja odpowiedzialność, na dobre i na złe.

Abrams miał na twarzy nieznośny uśmieszek.

– A pan – warknął Vega – lepiej niech ma nadzieję, że się pan myli, a Blake ma rację. Bo teraz zależy od tego pańskie życie. Życie nas wszystkich.

Mina naukowca nieco zrzedła. Ze zdziwieniem spojrzał na ekrany taktyczne.

– No cóż… Przynajmniej ich okręty nie zbliżają się już do Ziemi.

Wszyscy wróciliśmy wzrokiem do projekcji i przyjrzeliśmy się pomiarom prędkości.

– Rzeczywiście – stwierdziłem. – Hamują, praktycznie stoją w miejscu.

Vega znów klepnął mnie w plecy.

– Może jednak nas wszystkich nie zabiłeś, Blake. Jeszcze nie.

Uśmiechnąłem się szeroko.

– To najlepsze wieści, jakie słyszałem tego cholernego dnia.