Flota AlfaTekst

Z serii: Rebel fleet
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Flota Alfa
Flota Alfa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,74  50,19 
Flota Alfa
Flota Alfa
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95  23,07 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Alpha Fleet (Rebel Fleet Series Book 3)

Copyright © 2017 by Iron Tower Press, Inc.

All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-66375-06-2

ISBN MOBI: 978-83-66375-07-9

1

Po wszystkich ekscytujących bitwach i przygodach pośród gwiazd powrót na Ziemię był… no cóż, trochę nudny. Z początku załoga „Młota” postrzegała to inaczej. Cieszyli się, że w końcu mogą się odprężyć, i niestraszne im były nawet niezliczone przesłuchania. Jako załoga jedynego ziemskiego okrętu bojowego byliśmy dość ważnymi osobistościami.

Wkrótce jednak wszystkich zaczęło ogarniać znużenie. Dalton jako pierwszy mnie o to spytał.

– Kiedy znów wyruszymy, kapitanie? Nie mogę tyle siedzieć na dupie na tej kupie błota. Zaraz mi odwali.

– Nie wydano mi jeszcze żadnych nowych rozkazów. Możliwe, że nawet nie będziemy już w załodze.

– Co? – wyraźnie się wzburzył. – Co zjebaliśmy, że nas skreślili? No, fakt, że mieliby z czego wybierać.

– Nie, nie o to chodzi. Załoga „Młota” to teraz skarb dla planety. Źródło niezbędnego doświadczenia. Innymi słowy, chcą z nas zrobić instruktorów.

Dalton zmrużył na chwilę oczy i miałem poczucie, że próbuje zgadnąć, czy robię sobie z niego jaja. W końcu roześmiał się gorzko.

– Ja? Instruktorem? Was, jankesów, chyba całkiem porąbało.

Wyszedł, podśmiewając się i kręcąc głową. Nie byłem pewien, o czym myśli, ale znając Daltona, raczej o niczym przyjemnym dla całej reszty.

W Dowództwie Wojsk Kosmicznych służyło teraz znacznie więcej ludzi. Dawne tunele NORAD-u już nas nie mieściły. Większość personelu skoszarowano poza górą Cheyenne, w nowo wybudowanych monumentalnych gmachach. Wyrastały na zboczu jak chwasty i wciąż doprowadzano do nich nowe drogi.

Przed przypominającą cytadelę bazą znajdowało się coś w rodzaju fosy, nad którą przechodziła szosa. Wszystko to przypominało fortecę. Świeżo pomalowane wieżyczki strażnicze umieszczono wzdłuż całego zagłębienia.

Stałem na górnym piętrze nowego budynku dowództwa. Musiałem przyznać, że ładnie je urządzili. Widać było, że nie szczędzili budżetu. Marmurowe kolumny, posągi, ciągłe wizyty polityków i cholera wie co jeszcze, w tej do niedawna niemal pustej okolicy w Górach Skalistych.

Dowództwo Wojsk Kosmicznych zdecydowanie miało się teraz nieźle. Zaczynała się wiosna i przez ogromne okna spoglądałem na pokryte śniegiem szczyty. Wiedziałem, że powinienem być wniebowzięty. Jednak moje oczy wciąż wędrowały w górę, z dala od fosy, robót drogowych i maszerujących żołnierzy.

Nad tym wszystkim było niebo. Ponad strzępiastymi chmurami atmosfera robiła się rzadsza i zwodniczo bladobłękitna. Tak naprawdę kosmos był oczywiście głównie czarno-biały. Lśniąca rzeka białych gwiazd na tle czarnej kosmicznej otchłani.

– Leo? – odezwał się kobiecy głos. – Przeszkadzam ci?

Była to Gwen. Odwróciłem się do niej i uśmiechnąłem. Najwyraźniej do mnie mówiła, a nie słuchałem.

– Nie, oczywiście, że nie. Po prostu rozmyślam o gwiazdach. Tęsknisz za nimi czasem?

– Co, za walką i umieraniem wśród zimnej próżni?

– Tak.

Na sekundę zamilkła, po czym westchnęła.

– Tak, czasami tak. Tutaj wszystko jest takie małe. Pamiętam, jak imperialni po raz pierwszy się wycofali. Komandor Shaw i cała reszta byli przygnębieni.

– Tak, po wojnie nie czekały ich kolejne punkty statusu. Wszyscy wracali do domu, a garstkę zawodowych oficerów Floty Rebeliantów czekała nudna papierkowa robota.

Gwen podeszła do mnie i spojrzała w górę. Ręce trzymała za plecami.

– To prawie rok – stwierdziła. – Ludzie zaczynają myśleć, że imperialni nie wrócą przez kolejne tysiąc lat. Słyszałeś, że chcą rozwiązać naszą załogę i zrobić z nas instruktorów?

– Słyszałem. O to właśnie chodzi w tym zebraniu.

Rozejrzała się, wyraźnie zaskoczona.

– Dlatego przyszedłeś wcześniej, prawda? Nigdy nie przychodzisz przed czasem.

– Owszem.

– Czego zażądasz?

Przyjrzałem jej się.

– Chodzi ci o stopień?

Skinęła głową.

Odwróciłem się do okna i niedbale wzruszyłem ramionami.

– Nie obchodzi mnie to. Jeśli uważają, że w ten sposób najbardziej się przysłużę planecie, to niech tak będzie.

– Płyniesz z prądem? To do ciebie niepodobne.

Prawda była taka, że czułem się rozdarty. Ziemia zbudowała przez ostatni rok ponad dwadzieścia okrętów fazowych podobnych do „Młota”, ale nie przydzielono mnie na żaden z nich.

Nowe okręty były szybsze, wydajniejsze i bardziej śmiercionośne niż moja stara łajba, ale naszym technikom nie udało się zreplikować niektórych rzeczy. Pewne cechy kadłuba i sprzętu nadal były poza zasięgiem ziemskich inżynierów.

Wszystko dlatego, że niektóre części „Młota” pochodziły z myśliwca Kherów, który sprowadziłem na Ziemię. Doktor Abrams i jego ekipa nie wszystko jeszcze rozgryźli.

Uśmiechnąłem się na tę myśl. To wyzwanie zapewne doprowadzało Abramsa do szału.

– Zostawić was dwoje na chwilę samych? – odezwał się za naszymi plecami tubalny głos.

Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy generała Vegę. Był dowódcą bazy i nigdy nie dogadywaliśmy się zbyt dobrze. Śmiał się z własnego żartu i gmerał przy laptopie z przodu sali. Gwen i ja byliśmy kiedyś parą, ale mieliśmy to dawno za sobą. Jednak niektórzy, jak Vega, czasami wciąż o tym przypominali, gdy tylko widzieli nas razem.

– Po prostu ranne z nas ptaszki – odparła Gwen. Jej ton mówił, że wkurzają ją aluzje Vegi. – Sprawdzę, co z resztą. Powinni już tu być.

Wyszła z pomieszczenia pod czujnym okiem generała.

Gdy jego wzrok wrócił do mnie, pokręcił głową.

– Nie wiem, czemu rzuciłeś ją dla jakiegoś futrzaka z ogonem – powiedział bez ceregieli.

Ten komentarz sprawił, że miałem ochotę na niego wrzasnąć, ale zrobiłem głęboki wdech i się powstrzymałem.

– Wszyscy mamy swoje życie prywatne, sir.

Znów pokręcił głową i napisał coś na komputerze.

– Nie wiem, co ci się nie podoba w ziemskich kobietach. Ale nie o to dzisiaj chodzi, prawda?

– Nie, sir.

– Słyszałem, że awanse ci w głowie.

Zamrugałem.

– Nic mi o tym nie wiadomo, panie generale.

Znów się zaśmiał i pokręcił głową. Otworzył na ekranie plik i na środku stołu konferencyjnego wyświetliła się notatka. Skąd by się nie spojrzało, była obrócona w stronę patrzącego. Była to imponująca sztuczka, którą przejęliśmy z ukradzionych systemów kosmitów.

– O, tutaj. Drugiego sierpnia, potem w listopadzie i ostatnio w marcu. Odrzucałeś zaproszenia do grona instruktorów.

– To prawda, sir. Ale nie wspominałem nic o awansie.

– Tylko głupiec wspomniałby o tym na piśmie, a ty, cokolwiek by o tobie gadali, głupi nie jesteś. Po co ktoś miałby odrzucać przeniesienie do łatwego życia w najważniejszej bazie wojskowej na Ziemi? Po nic, chyba że czekałby na lepszą ofertę. Więc jaki jest twój kolejny ruch?

Zdumiony, wzruszyłem ramionami.

– Miałem nadzieję na dowództwo, generale. Na jednym z okrętów, które ostatnio dostajemy co trzy tygodnie.

– No tak… – Wrócił do przeglądania plików na komputerze. – Wiedziałem, że spróbujesz tej gadki. Co dalej? Zagrozisz, że odejdziesz, jeśli nie dostaniesz tego, czego chcesz? Do tego w końcu dojdziesz? Może już teraz przeskoczmy do tego etapu.

Zacząłem w końcu marszczyć czoło. Vega był typem człowieka, który robił się tym bardziej irytujący, im dłużej się z nim rozmawiało. O czymkolwiek.

– Nigdzie w tych dokumentach nie groziłem, że odejdę.

– Nie, rozgrywasz to po mistrzowsku, chłopcze. Wiesz dobrze, jak ważny jesteś dla ziemskich sił obronnych. Gdyby chodziło o kogoś innego niż wielki Leo Blake, po prostu dostałby przeniesienie. Gdyby chciał odejść, droga wolna. Ale ty i twoi ludzie jesteście wyjątkowi. Wiecie, że was potrzebujemy, i wykorzystujecie to. Trudno mi nawet was winić, chociaż to nieco nieetyczne.

Coraz bardziej marszczyłem czoło. Zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć, usłyszałem głosy na korytarzu. Spojrzałem na drzwi, spodziewając się, że grupa starszych oficerów dołączy do nas, ale poszli dalej. Wyglądało na to, że są czymś podekscytowani.

Wskazałem na wyjście.

– Co tu się dzieje, generale? Czy to nie miała być większa konferencja? Dlaczego tylko my tu siedzimy?

– To jakieś bzdury. – Vega machnął ręką. – Po ostatniej wojnie wszyscy boją się cieni.

– Jakich cieni?

– Jakiś jajogłowy zobaczył migotanie na dalekiej orbicie kilka milionów kilometrów stąd. Niektórzy twierdzą, że to wyrwa czasoprzestrzenna, ale to nonsens. Poza tym tego rodzaju zjawiska występują też czasem naturalnie.

 

– No tak…

– Wróćmy do istotniejszej kwestii. Przyjmiesz funkcję instruktora pod moim dowództwem?

– Nie wróciłem do służby Ziemi, aby uczyć.

– Skończże wreszcie – powiedział i pochylił się do przodu. – Potrzebujemy cię. Twojego doświadczenia. Gdy wybuchnie kolejna wojna, nie możemy mieć tylko jednej doświadczonej załogi. Chcę zyskać sto załóg, które wyszkoli twoja załoga.

– No tak. – Odwróciłem się znów do okna. – Rozumiem. Zwykle próbowałbym się wymknąć z pańskich sideł. Ale ma pan rację. Lepiej przysłużę się Ziemi, szkoląc nowych ludzi. Ale proszę mi powiedzieć jedno, generale. Czy jeśli przyjmę tę robotę, to w przyszłości znów dostanę dowodzenie nad okrętem?

– Oczywiście. – Wyraźnie się ucieszył. – To rozumie się samo przez się! Nikt nie pozbywa się takiego tygrysa. Zbyt dobrze sobie radzisz jako oficer liniowy.

– Tak myślałem. – Rzecz jasna wiedziałem, że łże jak z nut. Jako doświadczony naciągacz sam łatwo wyczuwam kłamstwo.

– Dobrze więc. – Vega uśmiechnął się szeroko. – W dalszej części zebrania skupimy się na tym, jak sprawić, aby dołączyli do nas pozostali członkowie twojej załogi. Jak myślisz, co byłoby…

Przerwał, gdy do sali wbiegła grupa podekscytowanych oficerów. Było ich pięcioro, w tym Gwen.

– Przepraszam, próbowałam skontaktować się z panem, ale nie łączyło mnie z symami.

– Zawsze blokuję połączenia, gdy biorę udział w ważnym spotkaniu – odparł sztywno generał Vega. – Nienawidzę, jak mi się przerywa, gdy rozmawiam z kimś na żywo. Nie wiem, jak wam, młodym, udaje się robić cokolwiek, gdy co chwila ktoś gada wam w głowie.

Symy oparte były na technologii obcych, którą wdrożono w ziemskich siłach zbrojnych na dużą skalę. Były to symbiotyczne formy życia zamieszkujące nasze ciała i łączące się z otaczającą technologią. Pierwotna forma syma nie była zupełnie nieszkodliwa, jako że mogli nimi sterować wysoko postawieni oficerowie rebelianckich Kherów. Mój był właśnie tego typu.

Na potrzeby zwykłych żołnierzy doktor Abrams sklonował mojego syma i dokonał pewnych modyfikacji genetycznych. Według niego nowe, ziemskie symy były odporne na wpływy z zewnątrz. Zastanawiało mnie, na ile to rzeczywiście prawda, jako że nie mieliśmy okazji przetestować ich na Kherach.

– Technicy uważają, że mamy gościa – wyjaśniła Gwen. – To wyrwa.

– Mamy potwierdzenie? Jakieś okręty?

– Jeszcze nie, generale.

– Tak myślałem. Codziennie mamy fałszywe alarmy. Dlaczego kazano mi dowodzić gromadką dzieci, które podniecają się byle czym?

Jego oficerowie wyraźnie poczuli się obrażeni i zaczęli kłócić się z Vegą o wagę odkrycia, ale zignorowałem ich wszystkich. Otworzyłem syma i połączyłem się z jego pomocą z siecią sensorów otaczających bazę.

Wciąż miałem odpowiednie uprawnienia. Mój umysł bez problemu sięgnął poprzez fale radiowe do przewodów, a następnie do samych instrumentów. Zebrawszy wszystkie istotne dane, kazałem symowi wyświetlić ogólny widok. Zabrało to kilka sekund.

Gdy go zobaczyłem, aż się zachłysnąłem. Wszyscy spojrzeli na mnie.

Ruchem ręki rzuciłem obraz na stół konferencyjny. Stał się trójwymiarowym hologramem unoszącym się pośród nas. Wyostrzał się w miarę zbierania kolejnych danych przez mojego syma. Na dalekiej orbicie za Księżycem rosła właśnie wirująca wyrwa czasoprzestrzenna.

Ludzie przestali się wykłócać. Wpatrywali się tylko w obraz z fascynacją. Coś – ktoś przybywał z wizytą. Nikt już nie mógł temu zaprzeczyć, nawet generał Vega.

Miał nas odwiedzić okręt międzygwiezdny. Przyjazny czy wrogi? Nie mieliśmy pojęcia.

2

Technikom przeprowadzenie podobnej analizy nie zajęło zbyt wiele czasu. Doszli wkrótce do tych samych wniosków.

Wkrótce rozległy się alarmy. Z kilkunastu wieżyczek dochodziło zawodzenie syren. Hałas odbijał się od granitowych ścian otaczających nas gór, aż w końcu był niemal nie do zniesienia.

– Lepiej módl się, żeby nasi goście spuścili na to miejsce atomówki, Blake – powiedział Vega i ruszył w stronę centrum dowodzenia. – Tylko tak wywiniesz się od nowych obowiązków.

Zanim zdążyłem zapewnić go, że nie zamierzam sprzeciwiać się jego planom, wyszedł. Wróciłem do okna i spojrzałem w górę. Gołym okiem nie widziałem niczego niezwykłego.

Pokusa, by znów użyć syma i monitorować sytuację, okazała się nie do odparcia. Zamknąłem oczy, otworzyłem umysł i obserwowałem wydarzenia w przestrzeni ponad chmurami.

Z początku sytuacja była niejasna. Widziałem wirującą wyrwę, feerię świetlistych kolorów. Dopiero gdy nałożyłem na to dane nawigacyjne, wiedziałem, co się dzieje.

Nasze małe okręty ruszyły na spotkanie gościa. Wszystkie były fazowcami, niewidzialnymi, jako że nie znajdowały się w pełni w naszym wymiarze przestrzeni. Wykorzystując to jako swoją jedyną przewagę, zbliżały się do wyrwy w kilku płaszczyznach.

W mojej głowie kłębiły się myśli. Trzy z naszych okrętów znajdowały się dość blisko, by dotrzeć do zjawiska. Nowa flota Ziemi nie była szczególnie wielka według standardów bardziej zaawansowanych światów rebelianckich Kherów. Niektórzy z naszych starszych kuzynów dysponowali setkami wielkich jednostek. My mieliśmy tylko dwadzieścia okrętów zwiadowczych, w których stosowano ledwie zrozumiałą dla nas technologię.

Wyrwa robiła się coraz szersza i widać było już gwiazdy po drugiej stronie. Zachłysnąłem się nieco powietrzem i nie byłem jedyny. Ktoś inny zrobił to w tym samym czasie za moimi plecami.

Otworzyłem oczy i odwróciłem się. Zapomniałem, że przekazuję wciąż obraz z syma na stół konferencyjny. Wyrwa czasoprzestrzenna unosiła się nad płaską, lustrzaną powierzchnią.

– Blake – odezwał się komandor porucznik Jones – powiedz mi, że to się nie dzieje.

– Przykro mi, ale to prawda. To obraz z kosmosu, odbierany przez nasze czujniki.

– Otwiera się wyrwa? Jak daleko?

– Może trzysta tysięcy kilometrów nad nami. Zaraz za orbitą Księżyca.

– Ale czemu? Po co mieliby pojawiać się właśnie tam?

Zawahałem się. Miałem pomysł, ale wszystko, co wiedziałem o zachowaniach wroga, było ściśle tajne. W bazie mieliśmy już naruszenia protokołu bezpieczeństwa, na tyle poważne, abym nie lekceważył tych kwestii.

– Do cholery, człowieku! – powiedział Jones. – Wiem, że nie jestem we wszystko wtajemniczony, nikt mi nic nie mówi, ale zasługuję na to, aby wiedzieć, że zginę, jeśli tak ma się stać.

Zmrużyłem oczy. Był moim przyjacielem, uratowałem mu życie, a on uratował mnie. Ale skąd tu się wziął? Był szefem bezpieczeństwa wewnętrznych tuneli, a nie zewnętrznej części bazy.

– Co tu właściwie robisz? – spytałem. – Czemu nie siedzisz w tunelach i nie obserwujesz transmatu?

Wyraźnie go zaskoczyłem.

– Myślałem, że wiesz. Sprowadzono mnie, żebym przekonał cię do przyjęcia stanowiska, które ma dla ciebie Vega. Wiesz, jak przyjaciel przyjaciela.

Prawie się roześmiałem. Podszedłem do niego i spojrzałem na stół. Wyrwa rozszerzała się jak źrenica oka.

– Poznajesz te gwiazdy widoczne przez portal? – spytałem. – Ta jest czerwona i cholernie duża.

– Hm… Myślisz, że to Antares?

Skinąłem głową. W ciągu paru ostatnich lat wszyscy musieliśmy poduczyć się astronomii. Antares był czerwonym nadolbrzymem, tak wielkim, że nasze słońce wyglądałoby przy nim jak maleńka świetlna kropka. Znajdował się około pięciuset lat świetlnych od nas i używało się go jako punktu nawigacyjnego przy dłuższych skokach.

– To oznacza, że przylatują z punktu nawigacyjnego. – Jones się zamyślił. – Pewnie ich miejsce startu jest jeszcze dalej, jeśli musieli zrobić tam przystanek.

– Owszem.

– Ale nie powiedziałeś mi, kto…

Wtedy mu przywaliłem prosto w szczękę. Niczego się nie spodziewał i od razu poczułem wyrzuty sumienia.

Jones był moim przyjacielem, ale byłem pewien, że to nie jest Jones.

Mężczyzna upadł, przewracając po drodze kilka krzeseł. Nie wyłożył się całkiem, tylko oparł się o ziemię rękami i kolanami.

– Skąd wiedziałeś? – spytał.

– Po prostu wiedziałem.

– Kłamiesz. W jakiś sposób się zdradziłem.

Nie znałem jego prawdziwego nazwiska, ale wiedziałem, kim jest. Dla mnie zawsze był Godwinem.

– Godwin – stwierdziłem, pochyliwszy się nad nim. – Czy to wasze okręty? Najeżdżacie moją planetę?

Pokręcił głową i starł z twarzy krew. Zmieniała się już pigmentacja skóry. Jego głowa zmieniała kształt i robiła się nieco mniejsza. Wyglądało to fascynująco.

– Mogę wstać? – spytał. – Czy nadal masz ochotę na bójkę?

– Mam, ale wstawaj.

Cofnąłem się ostrożnie o krok, a on się podniósł.

– Nie pozwolę ci tego powtórzyć. Po raz trzeci uderzyłeś mnie bez ostrzeżenia.

– Z tego, co pamiętam, za pierwszym razem to ty rzuciłeś się na mnie z nożem.

– Racja. No dobra, to po raz drugi.

Tymczasem jego transformacja postępowała, przez co mówił nieco niewyraźnie. Komandor porucznik Jones był starszym, wysokim czarnym facetem. Zmieniał się jednak w Godwina – białego, przeciętnego wzrostu i takiej też budowy ciała. Wtedy właśnie przyszło mi do głowy, że skoro potrafił zmieniać kształt, to wybrał bardzo przeciętną postać, aby lepiej wtapiać się w tłum.

– Dalej bawisz się w szpiega? – spytałem. – Podczas gdy jakaś armada ma właśnie naruszyć naszą lokalną przestrzeń? I nie rozumiesz, dlaczego jestem nieufny?

Godwin – bo teraz wyglądał już całkiem jak on – przyjrzał się holograficznemu obrazowi wiszącemu nad stołem.

– Boisz się – powiedział. – Uderzyłeś mnie ze strachu?

– Na to wygląda. Ale nazwałbym to raczej ostrożnością połączoną z wkurzeniem na twoją próbę oszukania mnie.

Oderwał wzrok od hologramu i spojrzał na mnie.

– Wiesz, że jesteś jedynym człowiekiem, który mnie wypatrzył? I to trzykrotnie.

– Jesteś szpiegiem. Potrafisz zmieniać wygląd, ale nie zmienisz tego, kim i czym jesteś. Teraz cię znam i zawsze poznam.

– Niepokojące… W każdym razie jestem tu, aby wam pomóc, nie przeszkadzać. Przybywające okręty nie pochodzą z moich światów.

– Ile ich jest?

– Na początek kilka. Więcej, jeśli nie spełnicie żądań.

Spojrzałem mu prosto w oczy.

– A czego zażądają od nas te okręty?

Wzruszył ramionami.

– Zapewne tego, co zwykle. Rezygnacja z suwerenności. Być może okresowa danina. Na pewno przynajmniej polityczne i militarne podporządkowanie się.

Gdy tak spokojnie mówił o niewyobrażalnym upokorzeniu dla mojej planety, zmroziło mi krew w żyłach.

– Skąd wiedziałeś, że nadchodzą?

– Wiemy, co się dzieje w tym układzie. Nieustannie was obserwujemy. Zwykle nie interweniujemy, ale to może być coś większego.

– Więc jesteś jednym z Nomadów? Tych, których imperialni Kherowie wypędzili z Galaktyki?

Jego oczy zapłonęły gniewem. Wyraźnie uderzyłem w czuły punkt. Zrobiło to na mnie wrażenie, jako że wcześniej zdarzało mi się go zranić, ale nawet wtedy nie wydawał się szczególnie zdenerwowany.

– Tak nas nazywają – odparł ponuro. – Twoi przodkowie byli dawniej naszymi przyjaciółmi. Partnerami handlowymi. Ale złamali każdą umowę, jaką z nimi zawarliśmy, i wbili nam nóż w plecy, gdy byliśmy słabi. Wycofaliśmy się, ale nie zostaliśmy pokonani.

Próbowałem jakoś to wszystko ogarnąć. Wcześniej już zacząłem nagrywać rozmowę na syma. Wiedziałem, że nasz wywiad będzie nią zainteresowany.

– Imperialni to nie mój lud – powiedziałem. – Jesteśmy rebelianckimi Kherami, jesteśmy inni. Sam to powiedziałeś. Poza tym mordują nas tak samo ochoczo jak was.

Powoli skinął głową.

– Dobrze więc, udzielę ci pewnych informacji. Nadchodzące okręty to Rebelianci, jak wy. Byli waszymi przyjaciółmi, gdy zaatakowali was imperialni, ale teraz myślą, że Imperium się wycofało. Wydaje im się, że mogą was zdominować. I chyba nawet słusznie.

– Mamy okręty – odpowiedziałem. – Nie jesteśmy bezbronni.

Pokręcił głową.

– Oni mają ich więcej.

Zmarszczyłem brwi.

– To co mamy zrobić?

Znów wzruszył ramionami.

– To, co wszystkie podbite ludy. Paść na kolana, udawać posłuszeństwo, a tymczasem snuć plany buntu. Przetrwać, aby wasze dzieci kiedyś…

Miałem ochotę znów mu przywalić. Może to wyczuł, bo przestał gadać.

– Nigdy! – zawołałem. – Nie uklękniemy przed nimi. Powinieneś znać nas dostatecznie dobrze, by zdawać sobie z tego sprawę.

Zrobił krok w tył.

– Dostarczyłem wiadomość. Przybyłem tu, by przemówić ci do rozumu, ale poniosłem porażkę. Moja praca tutaj dobiegła końca…

Odwrócił się do wyjścia, ale złapałem go za ramię i zaciągnąłem z powrotem. Przyjrzał mi się z irytacją.

– Czemu miałbym cię puścić? – spytałem. – Dlaczego nie miałbym wsadzić cię teraz do celi?

 

– Wątpię, aby jakiekolwiek więzienie na tej planecie było w stanie mnie zatrzymać – odparł z nutą arogancji w głosie. – Ale dam ci powód, abyś oszczędził sobie kłopotu. Pomyśl o tym, że przybyłem tu, aby cię znaleźć. Przekazałem ci cenne informacje. Co ty dałeś mi w zamian? Czcze przechwałki i piąchę w twarz.

– No tak… – przyznałem. – Mniej więcej tak było.

– Cóż, wyobrażasz sobie sytuacje w przyszłości, w których mogę wiedzieć o czymś istotnym dla Ziemi?

Powoli skinąłem głową.

– Tak. Proponujesz, że będziesz dostarczać mi informacje? Nieoficjalnym kanałem?

– Niczego nie obiecuję. Po prostu wskazuję na fakty, które powinny być oczywiste.

– Dobrze. – Puściłem go. – Jeszcze jedno pytanie i możesz iść. Nie włączę alarmu przez dziesięć minut.

– Nie masz tyle czasu.

Zamrugałem oczami, po czym spojrzałem na obraz wyrwy. Nie zmienił się, ale miałem wrażenie, że niedługo przestanie być tak spokojnie.

– Dlaczego ja? – spytałem. – Czemu mnie wybrałeś, Godwin?

– Dysponujesz większą wyobraźnią niż większość twoich pobratymców. A poza tym, gdy przybędą najeźdźcy, będą chcieli rozmawiać z tobą. Pomyślałem, że najlepiej przyjść do ciebie, bo będziesz bezpośrednio zamieszany w tę międzygwiezdną konfrontację.

„Międzygwiezdną konfrontację”? Jak na mój gust, brzmiało to niepokojąco podobnie do wojny.

Czy czekała nas wojna? Była to przygnębiająca myśl. Widziałem dziesiątki spalonych światów, których mieszkańcy zmienili się w popiół.

– Idź już – burknąłem. – Muszę pomyśleć. Masz minutę na…

Chciałem spojrzeć na niego, ale zdążył zniknąć. Wybiegł na korytarz? Zrobił się niewidzialny?

Nie miało to znaczenia. Godwin zostawił mi wielką kupę gówna i wiedziałem, że nagranie jego słów nic nie zmieni.