Rebel Fleet. Tom 2. Flota OrionaTekst

Z serii: Rebel fleet #2
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rebel Fleet. Tom 2. Flota Oriona
Flota Oriona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,74  50,19 
Flota Oriona
Audio
Flota Oriona
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
32,95  26,03 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Orion Fleet (Rebel Fleet Series Book 2)

Copyright © 2016 by Iron Tower Press, Inc.

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN EPUB: 978-83-65661-91-3

ISBN MOBI: 978-83-65661-92-0

1

Pierwsze ziemskie sondy międzygwiezdne nazwano „gwiezdnymi strzałami”. Miały formę dysków wielkości dwudziestopięciocentówki. Gdy wystrzeliliśmy pierwszą z nich, przebywałem w laboratorium w Los Alamos i nigdy nie zapomnę wydarzeń, które nastąpiły niedługo później.

– Poruczniku Blake – odezwał się do mnie surowo doktor Abrams. Miał jeden z tych niemiło brzmiących europejskich akcentów. Pasował do niego. – Proszę się cofnąć.

Abrams przypominał mi wkurzonego ptaka. Był niewielkiego wzrostu, poruszał się szybko i zawsze miał na sobie biały kitel. Do tego wszystkiego spod grubych okularów wystawał mu spiczasty, przypominający dziób nos.

– Jasne, doktorze. – Odstąpiłem o pół kroku.

Abramsa wyraźnie to nie usatysfakcjonowało, ale nie marudził więcej. Dla niego byłem tylko stertą węgla na bożej Ziemi. A co gorsza, przebywając w laboratorium, naruszałem jego przestrzeń osobistą. Ku jego niezadowoleniu góra nalegała na moją obecność przy tym i kolejnych eksperymentach, przy konferencjach prasowych i naradach. To był pierwszy dzień mojego nadzoru i wyraźnie mu to przeszkadzało.

Gdyby mógł, wyrzuciłby mnie stamtąd i nawet nie miałbym nic przeciwko. Podejrzewałem, że politycy chcieli, żeby z powodów pijarowych moja twarz firmowała kosmiczne projekty Abramsa, ale do niego to nie docierało.

Abrams westchnął i znów spojrzał na swoje przyrządy. Niecierpliwym gestem nakazał rozpoczęcie eksperymentu. Sześciu techników w białych kombinezonach zabrało się do roboty. Regulowali, ustawiali, sprawdzali każdy cyfrowy wskaźnik pokazujący parametry kosmicznego działa, wokół którego staliśmy. Z szerokiego cylindra unosiły się opary lodowatego gazu, co sprawiło, że zrobiłem w końcu to, do czego nie udało się mnie skłonić Abramsowi.

Naukowiec odwrócił się do kręgu dronów z kamerami oraz żywych dziennikarzy i zmusił do lekkiego uśmiechu.

– Jesteśmy gotowi. Eksperyment Gwiezdna Strzała 1.7. Tym razem wystrzelimy prawdziwą sondę, nie kolejny kawałek diamentu. Celem jest Proxima Centauri.

Mechanizm ciekawił nawet mnie. Abrams wyjaśnił to dziennikarzom krok po kroku, mimo że wszystko zostało doskonale opisane w informacji prasowej.

– Nanosonda to kilkugramowa płytka, sporządzona ze sztucznie wyhodowanego diamentu. Zawiera kamery, fotonowe silniczki, baterię z plutonu i nadajnik radiowy.

Dziennikarze na razie nie byli pod szczególnym wrażeniem i bawili się urządzeniami nagrywającymi.

– Najbardziej niesamowity – kontynuował doktor Abrams – jest koszt każdej z sond. Chociaż to prototypy, kosztują mniej niż samochód.

Oczywiście nie wspomniał o ogromnym koszcie samej wyrzutni.

– Więc to coś wystrzeliwuje diamentową kulkę w kosmos? – spytał jeden z dziennikarzy.

Abrams spojrzał na niego z triumfem.

– Nie! Wcale nie! To częsty błąd. To urządzenie jest źródłem energii, w zasadzie ogromnym laserem. Gwiezdna strzała już jest na orbicie. Wyrzutnia również tam jest i składa się z kilku kilometrów kwadratowych światłoczułego materiału, który nazywamy żaglem świetlnym. Żagiel łapie promień wystrzelony z tego lasera.

Dziennikarz zmarszczył czoło, a szczęka mu nieco opadła. Abrams był cały czas poirytowany, ale starał się to ukrywać. Zacisnął zęby i znów zmusił się do uśmiechu.

– Niech pan pomyśli o laserze jak o wiatraku, a o żaglu jak o latawcu. Za pomocą wiatraka na Ziemi nadamy mu ciąg. Przyspieszenie będzie ogromne.

– Jakie? – spytała jedna z dziennikarek.

Była to ładna młoda kobieta z dużymi oczami, o nawiedzonym wzroku. Od razu miałem ochotę się z nią umówić – moje skłonności samobójcze sprawiały, że leciałem na takie kobiety.

– Ten laser generuje ponad sto gigawatów mocy. Promień będzie rozproszony, żeby się nie przepalił na wylot, ale żagiel powinien osiągnąć trzydzieści procent prędkości światła w ciągu około dwudziestu minut.

To w końcu wywarło wrażenie na dziennikarzach. Projekt był ambitny, trudno było im sobie wyobrazić takie przyspieszenie.

– Jak to możliwe? – spytała ładna dziennikarka. Najwyraźniej uważała na lekcjach fizyki.

– Proszę pamiętać, że w kosmosie praktycznie nie ma tarcia – wyjaśnił Abrams. – Przyłożenie siły do powierzchni spowoduje więc ogromny nacisk, rozpędzający cel do ogromnej prędkości.

– Siły? – spytał ten sam facet, co wcześniej. Udało mu się już zamknąć usta i teraz zamiast dezorientacji miał na twarzy wymalowane niedowierzanie. – Jak laser może przyłożyć siłę?

– Po prostu może – odparł niecierpliwie Abrams. – Niech mi pan zaufa. Optyka to moje hobby.

Pozostali roześmiali się, a głupek zamilkł i poczerwieniał.

– To kwestia matematyki – ciągnął Abrams. – Przyłożenie znacznej siły do niewielkiego obiektu powoduje znaczne przyspieszenie. Sonda jest bardzo lekka, waży tylko parę gramów. Żagiel ostatecznie ulegnie zniszczeniu, ale sonda jest dużo bardziej wytrzymała i stanie się pociskiem lecącym w stronę odległej gwiazdy.

Publika wyglądała na usatysfakcjonowaną wyjaśnieniami i z wyczekiwaniem spoglądała na ekrany.

Abrams klasnął tak głośno, że wszyscy podskoczyli.

– Już czas! Rozpocząć odliczanie!

Zaczęły migotać żółte światła. Ryknęły syreny ostrzegawcze. To było skuteczniejsze niż marudzenie Abramsa. Wszyscy odsunęli się od kosmicznego działa, czy też raczej wielkiego lasera. Z niepokojem spoglądaliśmy na to, jak chłodnice pokryły się lodem i zaczęła się nad nimi unosić lodowata mgiełka.

– Maksymalny poziom układów chłodzących – z błyskiem w oku powiedział Abrams. – Żadnych błędów: musi nam się udać.

Zegar zaczął odliczać i rozległo się jakieś brzęczenie. Wszyscy dostaliśmy ciemne gogle, ale ja nic nie widziałem.

– To już? – spytałem, zaskoczony. – Nie widzę promienia.

– Oczywiście, że nie! – warknął Abrams. – Gdyby pan go widział, pańskie oczy stałyby się już jajkami na twardo!

Wzruszyłem ramionami i patrzyłem przed siebie. Nieco mnie to rozczarowało. Nie było kolumny ognia czy ryku, po prostu cyferki na ekranach i przygarbieni nad nimi technicy.

Zdjąłem gogle i położyłem je na konsoli. Dziennikarka, która zwróciła wcześniej moją uwagę, podeszła bliżej i przeszyła mnie wzrokiem.

– Myśli pan, że to bezpieczne? – spytała.

– Jeśli to monstrum wybuchnie, wszyscy mamy przerąbane. Odrobina plastiku nas nie uratuje.

Z wahaniem również zdjęła gogle i położyła je obok moich. Westchnęła ciężko.

– Coś jest nie tak? – spytałem.

Machnęła ręką.

– Nie wiem. To wielki krok naprzód, ale niewiele w porównaniu z tym, co widzieliśmy. Kosmici mają ogromne okręty. Błyskawicznie przemieszczają się między gwiazdami. My wystrzeliwujemy w stronę najbliższej gwiazdy pocisk, który będzie leciał całe lata.

Rozumiałem jej rozczarowanie. To, co mogłoby stanowić fantastyczne osiągnięcie kilka lat temu, teraz bladło w porównaniu z technologią, jaką dysponowali kosmiczni Rebelianci, nie mówiąc już o Imperium.

– Mamy co nieco w zanadrzu – zapewniłem ją cicho. – Proszę się nie martwić. Ziemia nie jest bezbronna.

W jej oczach pojawił się błysk.

– Wie pan o tym… osobiście?

Odchrząknąłem i wzruszyłem ramionami. I tak za dużo powiedziałem. W myślach kopnąłem się w tyłek. Jako wojskowy powinienem bardziej uważać.

– Przykro mi, to tajne. – Uśmiechnąłem się. – Jest pani stąd, czy może z Waszyngtonu?

Próbowałem zmienić temat.

– Z Nowego Jorku – odparła. Podeszła bliżej i ściszyła głos. – Mam na imię Robin. Może pójdziemy coś zjeść, jak już skończy się przedstawienie?

Instynkt podpowiadał mi, że prawidłowa odpowiedź brzmi „nie”, ale go nie słuchałem. Rzadko mi się zresztą udawało w takich okolicznościach.

– Jasne, Robin.

Wiedziałem, jak to się potoczy, ale nie mogłem się oprzeć. Przez kilka miesięcy po powrocie na Ziemię spotykałem się z Gwen, ale na dłuższą metę nic z tego nie wyszło. Oznaczało to, że mówiąc potocznie, znów byłem dostępny na rynku.

Wtedy właśnie działo wydało z siebie dziwny dźwięk. Niepokojący. Oderwał się od niego pokryty stalą wąż, który teraz wił się i rozpylał białą mgiełkę. Mgła była lodowata i nawet z takiej odległości dało się to odczuć.

Technicy padli na ziemię, z wrzaskiem zakrywając twarze. Ich włosy zrobiły się białe, a skóra czerwona.

– Parzy ich – odezwała się Robin i chwyciła mnie mocno za rękę.

 

Ruszyłem naprzód i szarpnąłem przewód. Zapiekła mnie ręka, ale dzięki temu jego oderwany już całkiem od urządzenia koniec był wyżej i nie rozpylał mgiełki prosto na skulonych techników.

– Cholera, zimne. – Cofnąłem się. Technicy wkrótce opanowali awarię, ale nie wyglądali na zadowolonych.

– Straciliśmy dziewięćdziesiąt procent przyspieszenia – jęknął Abrams. – Musieliśmy wcześniej wyłączyć laser. To ledwie trzy procent prędkości światła. Porażka.

Nie przejmował się szczególnie obrażeniami swoich ludzi ani uszkodzonym sprzętem – tylko tą cholerną sondą.

– Proszę się nie martwić. W kosmosie znaleźć można zabawki, przy których ta sonda to nic. Wkrótce się tam wybierzemy.

Spojrzał na mnie z ukosa, ale nic nie powiedział, po czym wrócił do warczenia na swoich ludzi. Zamierzał zrzucić winę na jednego z nich, pozostało tylko ustalić którego.

Tymczasem Robin przyjrzała się stalowemu wężowi. Szturchnęła go rysikiem od tabletu.

– Jest stalowy i cały pokryty lodem. Jak się panu udało oderwać go gołymi rękami?

– Zakryłem rękawem – skłamałem.

Pokręciła głową.

– Napijemy się? To chyba koniec eksperymentu.

– Trzeba by coś zjeść.

– To możemy zrobić później.

Zastanowiłem się i nawet przez parę sekund rozważałem odmowę. Ostatecznie jednak razem wyszliśmy z laboratorium.

2

Los Alamos w Nowym Meksyku położone jest wysoko, w południowej części Gór Skalistych. Samo laboratorium znajduje się ponad dwa kilometry nad poziomem morza. W sąsiadującym z nim miasteczku nie ma zbytnio co robić.

Robin i ja pojechaliśmy dalej, do Santa Fe – pół godziny drogi krętą szosą. Kobieta okazała się zdeterminowana. Jedliśmy wspólnie jakąś godzinę po wypadku w laboratorium – jeśli można nazwać jedzeniem wyławianie co lepszych orzechów z miseczki w hotelu.

Robin piła jak zawodowiec – zamówiła burbon z Kentucky z lodem. Znała się nawet na markach: Jim Beam, Wild Turkey i tak dalej.

– Sporo wiesz – powiedziała po drugim drinku. – Myślałam, że jesteś tylko pilotem złapanym przez kosmitów, ale chodzi o coś więcej.

Jej przeszywające oczy były duże i brązowe. Przypominały oczy Mii. Cholera, tęskniłem za tą szaloną kocicą. Przez chwilę zastanawiałem się, co się z nią stało – miałem nadzieję, że dobrze jej się żyło na Ral, ojczystej planecie.

– Mylisz się – odparłem. – Nic nie wiem. Jestem tylko rekwizytem do pokazywania przed kamerami.

Powoli pokręciła głową z niedowierzaniem.

– No dalej, Leo. Daj mi cokolwiek. Po co te tajemnice? Przecież obcy nas nie obserwują. Nie obchodzi ich, co robimy tu, na Ziemi.

– Może spytaj doktora Abramsa?

Parsknęła.

– Bardziej interesuje go to całe kosmiczne działo niż cokolwiek innego. Może nawet nie wiedzieć o pozostałych sprawach. Ale ty wiesz. Widziałam to w twoich oczach.

Wyciągnęła rękę i delikatnie podrapała moją dłoń pomalowanymi na różowo paznokciami.

Uważam, że dobrze odczytuję intencje ludzi, a ona wysyłała jasne sygnały. Wyraźnie próbowała mnie podejść.

W takich chwilach mężczyzna jak ja zawsze ma problem. Mogłem zabrać ją teraz na górę i dobrze się zabawić, a potem wybrać jedną z możliwych opcji – coś jej powiedzieć albo odmówić i ją wkurzyć, albo też coś wymyślić i ją okłamać. O mojej dysfunkcjonalnej osobowości świadczyło to, że trzecia opcja zdawała się najbardziej kusząca.

Zamiast tego wzruszyłem ramionami i przełamałem jej zaklęcie.

– Chcesz zjeść jakąś kolację? Alkohol na pusty żołądek źle na mnie działa.

Robin wyglądała na rozczarowaną i zabrała rękę.

– Przykro mi, że zmarnowałam twój czas – stwierdziła, wstając.

– Gdzie idziesz?

Przełknęła trunek, odstawiła z hukiem szklankę na bar i spojrzała na mnie.

– Widzę, że nic mi nie powiesz. Ale jeśli zmienisz zdanie, zadzwoń.

Myślałem, że wyjdzie wściekła, ale było inaczej. Pochyliła się i szepnęła mi do ucha:

– Dzięki. Niby mnie nie wydymałeś… ale jednak to zrobiłeś. Serio, zadzwoń.

Pocałowała mnie w policzek, ścisnęła dłoń i odeszła. Spoglądałem na nią z żalem. Od tyłu wyglądała jeszcze lepiej niż z przodu.

Jakieś dziewięćdziesiąt sekund później na jej miejscu usiadł facet w czarnym garniturze.

– Słuszna decyzja, Leo – powiedział, nie patrząc na mnie. Zamówił piwo.

– Tak… – odparłem. – Nie nadaję się do tajnych spraw. Kazano ci mnie obserwować? Nie widziałem cię wcześniej.

– Mylisz się. Świetnie nadajesz się do tajnych spraw. Niezły z ciebie oszust.

Spojrzałem na niego z irytacją, ale nie kłóciłem się.

– Czytałem wszystko, co o tobie mieli, Blake. Oszuści świetnie radzą sobie z trzymaniem informacji dla siebie. Czy ty też je dalej skrywasz? Przed własnym rządem?

W jego głosie słychać było samozachwyt. Cieszył się, że dziennikarka sobie poszła. Jasne, pewnie był po prostu kolejnym szpiegiem, który miał mnie śledzić, ale wydawał się jednak kimś więcej.

– Jak się nazywasz? – spytałem.

– Smith. John Smith.

Skinąłem głową.

– Wiesz co, Smith? Jak usłyszę od ciebie prawdziwą odpowiedź, odwdzięczę się.

Wstałem i ruszyłem w stronę wyjścia, ale on poszedł za mną. Czekał, aż znajdziemy się w windzie, po czym nagle wyciągnął nóż i próbował wbić go w mój kręgosłup.

Udało mi się jednak złapać go za rękę. Wykręciłem ją jak dziecku i przycisnąłem go do ściany windy. Z głośnika wydobywała się ckliwa muzyka.

– Teraz próbujesz mnie zabić? Dlaczego?

Obaj ciężko dyszeliśmy. Jedną dłonią trzymałem go za wykręconą rękę, a drugą zacisnąłem na jego gardle.

– Nie próbuję cię zabić… – Jęknął z bólu. – Chciałem tylko sprawdzić, czy jesteś tak szybki, jak mówią.

– I co? Ciekawość zaspokojona?

– Nie jesteś człowiekiem. Za szybki… za silny…

– Gówno prawda. No dalej, mów. Szybko.

– Wykonałem ruch, bo jest tu kamera. Uznałem, że nie zabijesz mnie na widoku.

Spojrzałem w górę. Oczywiście miał rację. Pracownicy hotelu musieli już wezwać gliny. Zauważyłem, że prawie dojechaliśmy na siódme piętro. Czas wysiadać.

– Po co w ogóle to zrobiłeś?

– Żeby upewnić się, że jesteś prawdziwym Leo, zanim pogadamy.

Nadeszła pora na podjęcie decyzji. Zastanowiłem się przez chwilę nad sytuacją i w końcu dokonałem wyboru. Dwukrotnie walnąłem jego głową o ścianę windy. Kabiną zatrzęsło, a wyblakły egzemplarz menu hotelowej restauracji spadł na podłogę.

Gdy puściłem Smitha, osunął się, zostawiając na ścianie smugę krwi.

Chwilę później odezwał się dzwonek windy, a ja podniosłem menu. Zaciekawiony uniosłem brwi.

„Dojrzewające na sucho steki” brzmiało dobrze. Czemu nie zjeść kolacji?

Drzwi otworzyły się i wyszedłem. Smith wyciągnął rękę, żeby powstrzymać je przed ponownym zamknięciem. Leżał na podłodze i nie wyglądało na to, żeby mógł wstać bez pomocy.

– Blake…

– Co?

– Pomóż mi, porozmawiajmy.

Stałem przez jakieś pięć sekund, po czym westchnąłem i podniosłem go z podłogi. Trzymałem jęczącego agenta z daleka od swoich ciuchów. Ze złamanego nosa leciała mu krew. Wyglądał dość żałośnie.

– Mój nóż… Możesz go zabrać? Odciski palców.

– Jezu… – mruknąłem. Podniosłem ostrze i wrzuciłem je do śmietnika w sieni, z dala od kamer. – Czas zacząć gadać, inaczej będziemy musieli się rozstać.

– Co chcesz wiedzieć?

– Na początek jak naprawdę się nazywasz.

Przez sekundę się zawahał, po czym spojrzał mi prosto w oczy i wziął głęboki oddech.

– Agent Godwin. Paul Godwin.

– Jakie służby?

– Czy to ważne?

Westchnąłem.

– Może i nie. Słuchaj, Godwin, jestem głodny i mnie nudzisz. Nie ma co żywić urazy, ale na razie.

Godwin mógł już stać, co dowodziło, że twardy z niego gość. Nie miał w ciele obcego symbionta odbudowującego komórki.

Wyciągnął rękę i instynktownie ją zablokowałem, ale tym razem nie próbował mnie zaatakować. Zamiast tego dotknął menu, które nadal trzymałem.

– Chcesz stek? Stawiam. Osiemdziesiąt dolarów za półkilowy kawałek mięsa.

Zaburczało mi w brzuchu na samą myśl. Znalazł moją piętę achillesową.

Pytająco uniósł brwi i chwycił za portfel, który miał w kieszeni na piersi.

– Firmowa karta kredytowa…

– Dobra, ale najpierw doprowadzimy cię do porządku.

Zabrałem Godwina do swojego pokoju i czekałem, podczas gdy on zakrwawiał moje białe ręczniki. Nie spuszczałem go jednak z oka. Gdyby chował jeszcze jakąś broń, chciałem mieć go w zasięgu ręki. Ani trochę mu nie ufałem.

Gdy wyglądał już nieco lepiej, ruszyliśmy do restauracji na górnym piętrze. Nos miał wciąż opuchnięty, ale przynajmniej przestał krwawić i wyglądał mniej krzywo.

– To co, możesz już gadać? – spytał.

– Ty pierwszy.

– Dobra. Należę do projektu.

– Jakiego projektu? – instynktownie rżnąłem głupa.

– Dobrze wiesz jakiego. Ikara.

Nawet ja nie powinienem znać tej nazwy. Zaskoczyło mnie, że wie o Ikarze, ale zachowałem pokerową twarz.

– Co to takiego?

Pochylił się w moją stronę i ściszył głos. Rozejrzał się wokół, by upewnić się, że nikt nas nie podsłuchuje.

– Daj spokój, wiem, co przywiozłeś ze sobą do domu. Wiem o tym więcej niż ty. A przynajmniej co działo się z tą rzeczą od chwili, gdy przekazałeś ją Pentagonowi. Twój okręt przeniesiono do bazy pod górą Cheyenne, do dawnej siedziby NORAD. Wiedziałeś o tym?

Zamrugałem, ale starałem się zachować beznamiętny wyraz twarzy.

– Nie powinienem o tym rozmawiać.

– Oczywiście, że nie. Ale jestem tu, bo wszystko idzie nie tak. Szefostwo popełniło pewne… błędy.

Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć. Wiedziałem, co powinienem zrobić – co powinienem był zrobić, gdy tylko ten błazen próbował zwrócić na siebie moją uwagę. Powinienem był skontaktować się ze swoim zwierzchnikiem i to zgłosić.

Ale udało mu się mnie zaciekawić.

– Jakie błędy? Kto jest szefem projektu?

– Abrams.

– Abrams? Ten apodyktyczny maniak od projektu Gwiezdnej Strzały?

– Tak. Gwiezdna Strzała to tylko przykrywka, żeby prasa miała o czym pisać. Zmyłka.

Skinąłem głową. Brzmiało to dość sensownie. Dla każdego, kto miał jakiekolwiek pojęcie o Ikarze, oczywiste było, że Gwiezdna Strzała jest żartem. Przestarzała ziemska technologia, niemająca znaczenia przy wiedzy, jaką teraz posiedliśmy o naszej międzygwiezdnej konkurencji.

– Jakie błędy? – znów spytałem.

– Zbudowali ziemski okręt oparty na „Młocie”, ale większy.

– To brzmi jak naturalny pierwszy krok.

– Być może. Ale chcą go wystrzelić. Już teraz.

Zastanowiłem się nad tym i westchnąłem.

– I co z tego? – udawałem, że nie znam odpowiedzi.

– To ty wyjaśniłeś w swoim raporcie, że Rebelianci obserwują Ziemię. Że mają zasady, które od razu byśmy naruszyli.

– Wewnętrzna rywalizacja? O to w tym wszystkim chodzi? Jakiś dyrektor z którejś agencji wywiadowczej przysłał cię tu, żeby mnie zwerbować, tak?

– To coś więcej, zaufaj mi.

Roześmiałem się.

– Obawiam się, że to niemożliwe. Zaufanie przestało wchodzić w grę od momentu, gdy próbowałeś mi wbić nóż w plecy. To był bardzo smaczny stek, ale…

– Poruczniku Blake, proszę posłuchać. Polećmy tam. Choćby teraz. Posłuchają cię.

– To nie mój poziom wtajemniczenia. – Wstałem od stołu. – Porozmawiaj z prezydentem albo kimś innym, kto tu rządzi.

Właśnie wtedy zauważyłem, że Godwin trzyma coś pod stołem. Czarny cylinder, ale nie wyglądało mi to na broń. Raczej jakiś mały spray. Co zamierzał z tym zrobić?

Cokolwiek sobie myślał, dało się zauważyć, że przygotowuje się do naciśnięcia spustu. Miał zdecydowaną, gniewną twarz. Rozglądał się po ludziach wokół.

– Ha! – Wskazałem za jego plecy. – Gliny w końcu przyjechały. Trochę im to zajęło.

Sztuczka zadziałała. Godwin odwrócił się, żeby zobaczyć rzekomych policjantów.

Moja ręka wystrzeliła w jego stronę i dostał mocny cios w skroń. Jego oczy rozszerzyły się, po czym opadł na bok. Gdy całkiem osunął się pod stół, ktoś zauważył i pomyślał, że Godwin się krztusi czy coś w tym stylu. Kelnerka zaczęła krzyczeć.

Byłem już w połowie drogi do wyjścia.

– On zapłaci – powiedziałem do zdumionej kelnerki, wskazując nieprzytomnego Godwina. – Ma kartę kredytową w kieszeni na piersi.

Szybko ruszyłem na korytarz, ale zamiast windy wybrałem schody. Na zewnątrz błyskało na niebiesko i czerwono, ale nie wyły żadne syreny. Najwyższy czas spadać.

Zostawiłem bagaże i wynajęty samochód. Trochę to bolało, ale nie miałem ochoty odpowiadać na dalsze pytania. Czy to gliniarzom, czy komukolwiek innemu.