Świat PyłuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– 6 –

Upłynęło kilka miesięcy. Po każdym kolejnym dniu byłem wykończony, ale też zawsze odrobinę sprawniejszy. Od początku zdawałem sobie sprawę, że robota bombardiera będzie męcząca, ale ogólnie było jeszcze gorzej, niż się spodziewałem.

Może gdybym miał rok czy dwa, żeby doprowadzić się do formy, byłoby łatwiej. Ale nie miałem tyle czasu. Nikt w legionie go nie miał. Mieliśmy do wykonania określoną misję i nikt nie będzie przekładał daty lądowania, bo nie jestem gotowy do pełnienia służby.

Codziennie podczas przerwy schodziłem do przedniego obserwatorium, które znajdowało się tuż poniżej obszaru zieleni pełniącego na „Corvusie” funkcję parku. W przyciemnionym wnętrzu często napotykałem obmacujące się pary. Zwykle przychodziłem sam, żeby pooglądać gwiazdy.

Podobnie jak większość statków kosmicznych w Imperium, „Corvus” posiadał napęd wytwarzający bańkę zakrzywienia czasoprzestrzennego. Szczegóły tej technologii pozostawały dla nas tajemnicą, bo nie wolno nam było go rozmontować ani podejmować żadnych prób odtworzenia jego konstrukcji. Dla skrullańskiej załogi, która zajmowała się obsługą statku, nie byliśmy ani przyjaciółmi, ani nawet kolegami, a jedynie pasażerami – więc nie zawracali sobie głowy tłumaczeniem, jak to wszystko działa. Każda rasa wchodząca w skład Imperium bardzo ściśle broniła swoich tajemnic handlowych.

Na tyle, na ile rozumiałem, napęd nadświetlny wytwarzał wokół statku bańkę zmienionej przestrzeni. Nie poruszał samego statku – zamiast tego przekształcał otaczającą go przestrzeń. Dzięki temu, że przestrzeń przed statkiem była bardziej rozrzedzona, a gęstsza za nim, zachodzące w niej oddziaływania popychały nas do przodu podobnie jak w przypadku skrzydeł samolotu, które zapewniają siłę nośną.

Ten efekt zasysania sprawia, że statek porusza się naprzód, co z kolei przesuwa pole zakrzywiające i dzięki temu bańka może oddziaływać na nowy obszar przestrzeni. W teorii odpowiadało to hipotezom przedstawionym przeszło sto lat temu przez meksykańskiego fizyka Miguela Alcubierre’a – ale mogliśmy jedynie zgadywać, jak dokładnie funkcjonował ten system.

Jako że przestrzeń wewnątrz bańki pozostawała względnie nienaruszona, nie było to dla nas szkodliwe i nie doświadczaliśmy też spowolnienia czasu. Miesiące spędzone w podróży upływały tak samo jak poza obrębem pola zakrzywiającego. Pasażerowie i załoga praktycznie nie odczuwali żadnego ruchu, chociaż statek w gruncie rzeczy poruszał się z prędkością nadświetlną.

Jednym z problemów przy korzystaniu z takiego napędu była obserwacja otoczenia. Nie mogliśmy wyjrzeć poza granice bańki zakrzywiającej z uwagi na oczywiste sprzeczności z prawami fizyki. Jak masz zobaczyć blask jakiejś gwiazdy, skoro mijasz ją z prędkością wielokrotnie większą od światła?

Kiedy wyglądało się poza obręb czasoprzestrzennej bańki, zamiast gwiazd widać było tylko rozmyte plamy światła, jakby otaczała nas kula delikatnie mieniących się barw.

Jedynym wyjątkiem było obserwatorium. Nie ukazywało rzeczywistego obrazu otaczającej nas przestrzeni, ponieważ było to niewykonalne. Wyświetlano w nim za to komputerowy obraz mijających nas ciał niebieskich. Robiło to na mnie niesamowite wrażenie. Widziałem gwiazdy, a jeśli przyjrzałem się dokładniej, mogłem dostrzec drobne przesunięcia w ich wzajemnym położeniu. Może i przypominało to oglądanie ruchu wskazówek na zegarze, ale jakoś fascynowało.

Zazwyczaj spoglądałem naprzód, wpatrując się w rosnący obraz naszego docelowego układu. Od trzeciego miesiąca podróży Zeta Herculis świeciła już bardzo jasno, z łatwością przyćmiewając wszystkie inne widoczne obiekty. Daleko za nami Słońce było jedynie wątłym ognikiem – kolejną plamką w nieprzebranym morzu gwiazd.

Gdy do końca podróży został ledwie jeden czy dwa dni, wszystkich zaczęły dopadać nerwy.

– Tak myślałam, że cię tu znajdę – powiedział cichy głos za moimi plecami.

Odwróciłem się i ujrzałem Natashę. Uśmiechała się do mnie.

– Jesteś sama? – spytałem szeptem.

– Oby nie.

Sekundę później dotarło do mnie, co ma na myśli. Odwzajemniłem jej uśmiech. Wyciągnąłem ku niej rękę i ujęła moją dłoń, ściskając ją lekko. Usiedliśmy razem.

Duża sala obserwatorium była stale zaciemniona, a rozjaśniało ją jedynie światło gwiazd. Znajdowały się tam ustawione w krąg ławki, wyłożone miękkim materiałem. Większość gości leżała na nich i spoglądała w górę na sunące światła. Niepisana zasada nakazywała mówić tu wyłącznie ściszonym głosem.

Wyciągnąłem się na plecach i utkwiłem wzrok w Zeta Herculis. Była to pomarańczowa gwiazda typu K, która przed śmiercią przemieni się kiedyś w czerwonego olbrzyma.

– Jak myślisz, jak tam będzie? – spytała Natasha.

– Trudno powiedzieć. To było dość wczesne odkrycie, jak na egzoplanetę, co znaczy, że musi być dosyć spora. Pewnie będzie tam silna grawitacja. Jest tam mnóstwo wody, dlatego właśnie wysłaliśmy osadników. Zapowiada się, że będzie bardzo wilgotno, jak w tych namiotach, gdzie sprawdzano naszą reakcję.

Natasha położyła się obok mnie. Oparła głowę na moim ramieniu, a ja uniosłem nieco brwi. Spotykaliśmy się już kiedyś, ale nie podczas tej podróży. Mój morderczy harmonogram ćwiczeń nie pozostawiał czasu na romanse.

– Przeszkadza ci to? – spytała.

– Nic podobnego.

– Wzdrygnąłeś się.

Prychnąłem.

– To przez te nowe mięśnie. Cały czas mam takie tiki.

Przesunęła dłonią po moich ramionach, zaciskając na nich palce, i zawędrowała wyżej, aż po barki.

– Masz tutaj szorstką skórę, otarcia – powiedziała. – Gdzieniegdzie brakuje też włosów.

– Przykro mi, że zawiodłem twoje oczekiwania.

Zaśmiała się cicho.

– Wcale nie jestem zawiedziona. Przybyło ci mięśni. Harris naprawdę cię zajeżdża, co?

– Jak pożyczoną szkapę – przyznałem.

– James – powiedziała po dłuższej chwili milczenia. – Jak przyjdzie co do czego, co zrobisz, jeśli każą ci strzelać do cywili?

Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Wysiłkiem woli udało mi się nie spiąć ramion, którymi ją ciasno obejmowałem.

– Nie zrobię tego – odparłem.

Pokiwała głową.

– Tak właśnie myślałam. Mogą cię stracić za niesubordynację. Wiesz o tym, prawda?

Wzruszyłem ramionami, kołysząc przy tym jej głową.

– E, już raz mnie rozstrzelali – powiedziałem. – To nic takiego.

Zachichotała na moje słowa. Nie wiedziała, że mówiłem prawdę. Już kiedyś zostałem stracony – Harris zastrzelił mnie na rozkaz primus Turov. Miałem zresztą umrzeć na zawsze… Ale wyszło jakoś inaczej.

– Rozmawialiśmy o tym między sobą – ciągnęła Natasha – i obstawialiśmy, że spora część żołnierzy otworzyłaby ogień. Ale nie ty.

Uśmiechnąłem się. Uznałem, że jeśli już trzeba mi przypiąć jakąś łatkę, to może to być reputacja jedynego faceta w jednostce, który nie jest zimnym mordercą niewiniątek.

Spędziliśmy w obserwatorium jeszcze prawie godzinę, ale wychodząc, szliśmy już za rękę. Poszliśmy do zieleńca, gdzie kochaliśmy się pod gałęziami pachnącej sosny. Dla mnie ten wieczór był najlepszą częścią całej podróży.

* * *

Sprawy wzięły kompletnie w łeb jakoś po czwartej nad ranem czasu okrętowego. W sumie spędziłem na pokładzie „Corvusa” przeszło rok mojego krótkiego życia i przez cały ten czas nie wydarzył się żaden wypadek, nie było żadnej czkawki maszynerii. Wszystko to miało się właśnie zmienić.

Wytoczyłem się z pryczy i gruchnąłem na zimne, twarde płyty pokładu. Był to dość piorunujący sposób na pobudkę, ale nie stanowił dla mnie zupełnej nowości. Rozejrzałem się dokoła półprzytomnym wzrokiem i zebrałem się na czworaki, spodziewając się, że to weteran Harris wykopał mnie z łóżka.

Zamiast tego przygniótł mnie wielki owłosiony ciężar. Carlos wypadł z górnej pryczy i wylądował prosto na mnie. Gdy już odzyskaliśmy oddech, wymieniliśmy kilka soczystych epitetów.

Kiedy w końcu udało się nam wstać, chwialiśmy się na nogach. Takie było moje pierwsze wrażenie, ale byłem w błędzie – to statek się kołysał.

Przez cały czas, jaki spędziłem na pokładzie, „Corvus” nigdy się nie zatrząsł. Nigdy też mną nie rzuciło z powodu nagłego przeciążenia. Dzisiejszy dzień zapowiadał się zupełnie inaczej.

– Co jest, do cholery…? – syknął Carlos, próbując utrzymać równowagę.

Wyciągaliśmy ręce, żeby dosięgnąć krawędzi pryczy i czegoś się złapać. Przez pokład przetoczyła się teraz niska wibracja. Swędziały mnie od niej stopy.

– Ta pieprzona łajba zaraz wybuchnie, co? – zawołał Carlos. – Wiedziałem, kurwa, wiedziałem! Nienawidzę tych Skrulli. Zasrane ufoludy, pewnie już prysnęli ze statku. Wpakujemy się prosto w tą Zeta-cośtam i spłoniemy żywcem.

– Morda w kubeł – warknąłem i raz mnie usłuchał. – Chodź lepiej zebrać nasze graty.

Carlos obserwował, jak wygrzebuję swój pancerz z szafki. Ruszył w moje ślady. Wciśnięcie się w ciężką zbroję było znacznie trudniejsze niż założenie kombinezonu próżniowego lekkiego piechura. Zamiast sekund doprowadzenie się do stanu gotowości zajęło nam pełną minutę.

Przez cały ten czas statek nie przestawał drżeć, a po chwili zabrzmiał alarm nakazujący nam założenie skafandrów i zgłoszenie się do punktu zbiórki. Na podłodze błyskały niebieskie strzałki.

– Niebieskie? – spytał głośno Carlos. – To kolor na ewakuację. Co się tu odpierdala? Czy oni serio oczekują, że wskoczymy do kapsuły ratunkowej przy nadświetlnej? Rozerwie nas na strzępy, zanim…

– Po prostu załóż ten cholerny złom. Naciągnij moje rękawice, mocno, ja zrobię twoje. Sargon mi pokazywał, tak jest szybciej.

Carlos mruczał coś pod nosem, ale poszedł za moją sugestią. Służył teraz w ciężkiej piechocie – jak my wszyscy. Nie był natomiast bombardierem, więc w przeciwieństwie do mnie nie miał działa plazmowego. Musiał się przejmować tylko swoimi karabinkami laserowymi i siłowymi ostrzami wysuwanymi z ramion pancerza.

 

Nim upłynęła minuta, dudniliśmy już buciorami po korytarzach wraz z resztą ekipy. Niebieskie strzałki rozdzielały nas według numerów i zbieraliśmy się w drużyny przy większych skrzyżowaniach. Staliśmy tam w napięciu, rozglądając się na wszystkie strony. Póki co weteran Harris i reszta oficerów jakby zapadli się pod ziemię. Nawinęło się nam tylko kilku równych mi rangą specjalistów, ale nie byliśmy mądrzejsi niż reszta trepów.

– Ostatnim razem po takim alarmie – rzuciła stojąca obok mnie Kivi – zalała nas fala jaszczurów i zeżarła pół jednostki.

– Poprawka – oświadczył Carlos – zeżarły wszystkich poza tym tutaj McGillem. Jego wysadzili w powietrze.

Niezbyt podobały mi się te wspominki. Chociaż siliłem się na pozory spokoju, serce tłukło mi się w piersi jak oszalałe. Bardzo, bardzo chciałem, żeby zjawił się tu Harris albo centurion Graves i zrobili, co do nich należy.

Na szczęście statek przestał już wibrować. Wszystko zastygło w bezruchu, a światła były dziwnie przyćmione. W nocnych godzinach tak właśnie miały wyglądać, ale normalnie podczas ćwiczeń kryzysowych świeciły pełną parą.

– Wszyscy gotowi na próżnię? – spytał nagle ochrypły głos centuriona Gravesa.

Ulżyło mi, że w końcu słyszę oficera, i odwróciłem się w jego stronę.

– Sir, drużyna w rynsztunku – oznajmiłem. – Ale nie wydano nam zbiorników z tlenem. Na czym polega problem, sir?

Graves zaklął i wynurzył się z zacienionego przejścia.

– Musisz zdobyć tlen. To rozkaz, specjalisto. Obejmujesz dowództwo i masz znaleźć zapas dla całej drużyny. Zakładajcie hełmy i opuśćcie wizjery. Powietrze w skafandrach na razie wam wystarczy, pamiętajcie tylko, żeby je otwierać i złapać oddech, jak będzie okazja. I nie zatrzymywać się. Zrozumiano?

– Tak jest, sir. Przepraszam, sir, ale gdzie weteran Harris?

– Harris pewnie nie żyje. A teraz ruszać się, do cholery! I uwaga na wrogi kontakt.

Prawie zadzwoniłem szczęką o kombinezon.

– Wrogi kontakt? Jak…?

– Nie ma czasu na pogadanki. Wciągam cię na kanał dowodzenia. Słuchaj i ucz się.

Odwrócił się na pięcie i zostawił nas samym sobie, pewnie, żeby ogarnąć innych maruderów. Pobiegł w głąb dudniących echem korytarzy i nie oglądał się za siebie.

Nie mając lepszego pomysłu, założyłem hełm, opuściłem wizjer i włączyłem wewnętrzne radio. Mój identyfikator trafił do kanału dowodzenia. Pewnie mógłbym też na nim nadawać, ale pierwsze, co zrobiłem, to zablokowałem mikrofon. Wszyscy z mojej ekipy chcieli wyjaśnień, co tu jest, u licha, grane – jakbym ja miał to wiedzieć.

Sięgnąłem w bok i złapałem Natashę za rękę, obracając ją tak, by stanęła ze mną twarzą w twarz.

– Szkolisz się na technicznego. Gdzie trzymają butle z tlenem podczas lotu?

Patrzyła na mnie z przejęciem.

– Tak, jasne. Niedaleko mesy. Będą przy reszcie sprzętu pomocniczego. Pamiętasz te małe składziki? Są w tamtą stronę, na przedzie.

Nie bardzo sobie przypominałem jakiekolwiek schowki, ale w końcu nie byłem technikiem. To ich zadaniem było utrzymanie całego wyposażenia, dzięki któremu nasze siły mogły przetrwać i walczyć na innych planetach.

Wystawiłem Natashę na szpicy i wszyscy ruszyliśmy truchtem w ślad za nią. Starałem się ignorować narzekania drużyny i skupić się na tym, co przychodziło na dowódczym.

Póki co nie miało to wszystko sensu. Była mowa o wrogich siłach i zniszczeniach na mostku.

Zniszczeniach na mostku? Kto byłby tak głupi, żeby uszkodzić mostek statku znajdującego się wewnątrz bańki czasoprzestrzennej?

Znaleźliśmy butle z tlenem dokładnie tam, gdzie wskazała Natasha. Rozdzieliliśmy je między siebie, podłączyliśmy do kombinezonów i uruchomiliśmy aparaty oddechowe. Nasze skafandry były dosyć nowoczesne.

Po jakimś czasie skończyłoby się im zasilanie, ale póki to nie nastąpiło, były w stanie rozkładać dwutlenek węgla i odzyskiwać z niego tlen, zużywając przy tym tylko niewielką ilość świeżego tlenu ze zbiorników. O ile nie wyczerpiemy baterii podczas walki, powinniśmy być zabezpieczeni na całe dnie.

Aż trudno wyrazić, o ile lepiej czuje się żołnierz w kosmosie, kiedy wie, że ma pewne źródło tlenu. Przestrzeń kosmiczna to bezlitosne miejsce, a zabójcze środowisko może przetrzebić szeregi bez jednego wystrzału. Brak tlenu, ekstremalne temperatury czy stare dobre promieniowanie są równie mordercze jak wrogi karabin.

Kiedy skończyliśmy ze zbiornikami, miałem już nowe rozkazy na kanale dowodzenia. Poprowadziłem drużynę na spotkanie z Gravesem i resztą oddziału na głównym pokładzie szkoleniowym. Ci, którzy nie wzięli ze sobą broni, znaleźli tam uzbrojenie – ale były to jedynie trachy. Z całego oddziału tylko ja miałem miotacz plazmowy.

Graves przeszedł wzdłuż szeregu, sprawdzając nasz sprzęt. Zauważył, że razem z Carlosem byliśmy w pełnym rynsztunku bojowym.

– Kto kazał ci wziąć karabinek laserowy, Ortiz? – rzucił w stronę Carlosa.

– Ten oto McGill. Paranoik z niego.

Graves pokiwał głową.

– Ze mnie też. Ortiz, zostajesz z McGillem. Twoim zadaniem jest utrzymać naszego jedynego ciężkiego bombardiera przy życiu. Swoje życie możesz spisać na straty.

– Dziękuję, sir! – ogłosił Carlos. – Rzucę się w paszczę pierwszego napotkanego wroga, sir!

– Nie trzeba. I zdaje się, że nie mają zębów… przynajmniej niezupełnie.

Zmarszczyłem brwi.

– Z czym mamy do czynienia, sir?

– Intruzi. Wrogi okręt zagrodził nam drogę do docelowej planety. Za kilka godzin dokonalibyśmy zrzutu, ale wpadliśmy w pułapkę, która skutecznie nas zatrzymała.

Wszyscy wymienili niespokojne spojrzenia. Pułapka? Na statek w bańce czasoprzestrzennej?

– Ale są też i dobre wieści – ciągnął Graves. – Wróg zajął mostek i pozabijał Skrullów, ale mają tu tylko nieliczne siły i ewidentnie nie spodziewali się, że na pokładzie znajdą cały legion ciężko uzbrojonych żołnierzy. Odbijemy ten statek i będzie po wszystkim. Trudno, żeby było inaczej. Zadzierać ze statkiem Galaktycznych… chyba oszaleli.

– Sir, czegoś tu nie rozumiem – powiedziałem. – Myślałem, że będziemy mierzyć się z jakimiś ludzkimi osadnikami, którym przyśniło się założenie własnej kompanii najemniczej.

– I tu się myliliśmy – odparł Graves. – Sami zobaczcie.

Zastukał w przedramię i przyłożył je do pobliskiej ściany.

Ta natychmiast się rozświetliła, zamieniając w wielki ekran. To była fajna sztuczka, ale rzadko widziałem ją w akcji. Tylko oficerowie mieli stuki o dość wysokich uprawnieniach. Nawet technicznym nie pozwalano zamieniać statku w objazdowe kino.

– Przyjrzyjcie się uważnie – uprzedził Graves. – W przelocie widać tu naszego przeciwnika. Pobraliśmy ten plik z kamer na mostku, zanim rozwalili monitoring.

Spoglądaliśmy na pusty korytarz. Przez kilka sekund nic się nie działo, ale potem zatańczyły tam cienie – dziwne cienie.

– Co to, u diabła, jest? – zaklął Carlos.

Tym razem nikt nie kazał mu się zamknąć. Wszyscy zastanawialiśmy się nad tym samym.

Na granicy zasięgu kamery przemknęła jakaś postać. Nie należała do człowieka, tego byłem pewien. Poruszała się dziwnie, takimi falującymi skokami. Pod tym kątem mogliśmy zobaczyć tylko część sylwetki. Mignęły tam grube, wężowate wypustki i zazębiające się w rombowe wzory płytki.

– To coś ma łuski – powiedziała Natasha, podchodząc bliżej. Uniosła dłoń ku ekranowi jakby z fascynacją. – Zupełnie egzotyczne.

– Wygląda jak snopek żywych węży – stwierdził Carlos. – Nie wiem, co to, ale jest wielkie jak skurczybyk!

– Mniejsze od bydlaków ze Świata Stali – odparła Kivi.

Carlos pokręcił głową i zaśmiał się pod nosem.

– Kosmici. Pokręceni kosmici. Po prostu cudnie. Jak dobrze, że to skończone przygłupy. Chyba nie mają pojęcia, jak działa Imperium. Przylecą tu Galaktyczni i przerobią ich na skwarki. Na pewno ułatwili nam robotę. Wystarczy, że przeżyjemy dość długo, żebyśmy zdążyli zgłosić to władzom. Popatrzcie ostatni raz na Zeta Herculis. Galaktyczni zetrą to wszystko w proch, kiedy się o tym dowiedzą. Niedługo wróg przejdzie do historii. Ha, może i nawet zgaszą tę całą gwiazdę. Słyszałem, że czasem tak robią.

– Możesz mieć rację – przyznał Graves. – Ale to bez znaczenia, bo mogą minąć lata, zanim dotrze tu flota bojowa. Wtedy zostaną tu same trupy. Nasze lub ich.

Wpatrywaliśmy się w monstrum na ekranie, bo Graves puścił nagranie w pętli. Pełzanie było okropne. Widziałem już swoje, jeśli chodzi o obcych – i na Świecie Stali, i na filmach egzoprzyrodniczych w domu. Ale te stwory to były prawdziwe dziwadła. Na Ziemi nie było niczego podobnego. Od samego patrzenia miałem ciarki.

Zdawało się, że wszyscy mają podobnie – z wyjątkiem Gravesa, Carlosa i Natashy.

Graves wyglądał, jakby go to nie obchodziło. Podchodził do sprawy całkowicie rzeczowo. Carlos był cały w zachwytach, że obcy spierdolili, atakując nasz statek. Z kolei Natasha… ona wpatrywała się w ekran jak zahipnotyzowana.

Potem Graves zaserwował nam małą przemówkę, jak to najpierw okrążymy pokład dowodzenia, a potem przyciśniemy otoczonych obcych. Brzmiał, jakby był pewien zwycięstwa.

Jakoś mnie to nie pocieszało. Nie dawała mi spokoju myśl, że mierzymy się z nieznanymi obcymi napastnikami, którzy byli dość sprytni, żeby dokonać abordażu na statek w nadświetlnej i skutecznie go unieruchomić.

Znów podzieliliśmy się na drużyny i ruszyliśmy przed siebie. „Corvus” był dużym statkiem – ogromnym w porównaniu do ziemskich jednostek. To nie było jak zwiedzanie morskiego statku: bardziej przypominało błądzenie po labiryncie wielkości drapacza chmur. Na całe szczęście Skrullowie byli wyjątkowo praktyczni i racjonalni. Konstrukcję statku oparli na wzorach geometrycznych.

Pokład dowodzenia otaczały korytarze, które zbiegały się w tym punkcie niczym szprychy w starodawnych kołach. Osiem punktów dostępu – ni mniej, ni więcej.

Według Gravesa wystarczyło, żebyśmy obsadzili wszystkie drogi ucieczki. Jeśli uda się nam zamknąć wroga w ten sposób, nie będzie mógł nas tknąć bez szturmowania długich korytarzy pod gradem ognia.

Nasza ekipa dostała w przydziale szczęśliwy korytarz numer siedem. Zajęliśmy pozycje wokół wejścia. Właz był wielki, miał z dziesięć metrów średnicy. Wszystkie przejścia prowadzące na mostek wyglądały tak samo. Kiedy byliśmy już gotowi, Graves podszedł do panelu i wyłączył blokady swoim stukiem. Cieszyłem się, że jest z nami. „Corvus” nie słuchałby nikogo innego z naszej jednostki.

Już miał otwierać właz, ale sygnał z komunikatora sprawił, że zastygł bez ruchu. Mogłem podsłuchiwać, bo wciąż byłem na kanale dowódczym. Jeszcze raz upewniłem się, że niczego nie nadaję. Uznałem, że Graves pewnie cofnie mi uprawnienia i odetnie dostęp, kiedy mu się przypomni, że podpiął mnie do grupy.

– Graves? – spytał kobiecy głos. – Jaka sytuacja pod siódemką?

Znałem go. Należał do primus Turov, ukochanej dowódczyni naszej kohorty.

– Właśnie zamierzaliśmy otwierać, sir – powiedział.

– Wstrzymajcie się. Mamy problem.

Spojrzałem na Gravesa. Nachmurzył się, ale to akurat nic nadzwyczajnego.

– Mogę spytać, jakiego rodzaju? – spytał.

– Centralny torus przestał się obracać. Straciliśmy grawitację na rufie i mamy trudności z przemieszczaniem się w waszym kierunku. Wyprzedziliście nas.

– Czekamy na pozycjach – odpowiedział.

Teraz, kiedy głos Turov przestał mu brzęczeć wewnątrz hełmu, Graves zaczął się rozglądać po okolicznych korytarzach. Zawołał adiunkta Leesona, który był moim bezpośrednim przełożonym i kilka minut wcześniej sprowadził na imprezę resztę mojego plutonu. Z ulgą zauważyłem, że towarzyszyli mu weteran Harris i bombardier Sargon. W rejonie skrzyżowania kłębiła się już bez mała setka żołnierzy. Grawitacja była tu symboliczna i trzymaliśmy się ścian na wysokości nawet i trzech metrów. Zwisaliśmy niczym rozleniwione małpy, ściskając wystające tu i ówdzie szczeble, które strategicznie zamontowano na całym statku.

– Leeson, bierz swoje drużyny i rozproszcie się! – zawołał nieoczekiwanie Graves. – Przesuń ludzi w kierunku sąsiednich skrzyżowań.

Leeson wyglądał na zbitego z tropu, ale nie dyskutował. Nawet nie prosił o wyjaśnienia.

Każdy, kto służył pod Gravesem, szybko się tego uczył. Adiunkt machnął do mnie ręką, więc zacząłem iść za nim.

– Zaczekaj – powstrzymał go Graves. – Zostaw mi tu dwóch bombardierów, McGilla i Sargona.

Graves porozsyłał jeszcze kolejne plutony w każdą stronę pierścieniowego korytarza. Rozstawiły się ledwie sto metrów od nas, ale nie mieliśmy kontaktu wzrokowego.

Carlos podszedł bliżej i przystawił swój hełm do mojego. Dla kosmicznych laików mogło to wyglądać dziwnie, ale było to pospolite zachowanie, kiedy żołnierze byli w pełnych skafandrach. Gdy przytykaliśmy jeden wizjer do drugiego, nasze głosy nie były tłumione przez warstwy pancerza. Dzięki temu żadne z nas nie musiało krzyczeć albo przestawiać się na radio. Ta sztuczka sprawdzała się szczególnie w próżni, gdzie nie rozchodził się dźwięk.

 

– Graves kazał się rozproszyć – zauważył Carlos. – To oznacza kłopoty.

– Nie narób w skafander – zakpiłem. – On po prostu chce nas ubezpieczyć, zanim otworzymy te drzwi i zajmiemy się wrogiem. Jesteśmy za bardzo ściśnięci w tym korytarzu.

Nie podzieliłem się tym, co podsłuchałem z rozkazów primus Turov. Opóźnienie posiłków zmierzających na naszą pozycję mogło nie znaczyć nic – albo bardzo wiele. Dla mnie brzmiało to tak, jakby obcy przewidzieli nasze posunięcie i teraz robili wszystko, co w ich mocy, żeby utrudnić kontratak. Wbrew naszym nadziejom ta walka mogła okazać się trudniejsza, niż się nam wydawało.

Kiedy Graves był już usatysfakcjonowany rozmieszczeniem oddziału, zgłosił się do Turov.

– Proszę o zgodę na otwarcie drzwi, sir – powiedział.

Odpowiedziała mu cisza. Na kanale dowodzenia panowało grobowe milczenie.

– Primus Turov? Tu centurion Graves. Odbiór.

Dalej cisza.

Przyglądałem się twarzy Gravesa przez jego zamknięty wizjer. Była pozbawiona wyrazu, choć wydawało mi się, że dostrzegłem gniewny tik na jego policzku.

Dlaczego nikt nie odpowiadał? Do głowy przychodził mi z tuzin możliwych powodów. Pierwsza na liście była awaria łączności. Czyżby intruzi zdołali wyłączyć pokładowe przekaźniki, odcinając nas od siebie?

Graves podjął jeszcze jedną próbę, po czym uniósł wzrok.

– Dobra, ludzie – powiedział stanowczym tonem, przełączając kanał na lokalny. – Słuchajcie, będziemy otwierać te włazy. Bądźcie czujni, przygotujcie się na zmianę ciśnienia i trzymajcie broń w gotowości.

Przypięliśmy liny do ścian i włączyliśmy magnetyczne obuwie. Potem unieśliśmy broń i wymierzyliśmy ją w masywny, wklęsły dysk włazu.

Graves przyłożył swojego stuka do panelu i ciężkie wrota stanęły otworem.