Świat PyłuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– 5 –

– Czyżby coś cię zasmuciło, McGill? – spytał weteran Harris kilka minut później, kiedy byliśmy z powrotem w koszarach.

Nawet się nie obejrzałem.

– Ale chyba kapujesz, że nie płacą ci za to, żebyś miał uczucia, co? – Harris nie zamierzał ustąpić i teraz wepchnął się przede mnie. – Nikomu z nas. Stawka jest za wysoka na takie sranie w banie. Cała Ziemia, wszystko, co kochasz i dla czego żyjesz, jest w niebezpieczeństwie.

– Kapuję, weteranie – odparłem – ale to jakiś zasrany przekręt.

– Aaa, tak gadać nie będziemy. Nawet nie wiemy do końca, o co tutaj chodzi. Musisz ufać przełożonym i swojemu państwu. Nie uczyli was tego na polibudzie?

– Wyleciałem, pamięta pan?

– Żadna wymówka. Ogarnij się. Gdy dam rozkaz, muszę mieć pewność, że pociągniesz za spust, nieważne, w co celujesz.

Westchnąłem i wydałem z siebie bliżej nieokreślone mruknięcie. Harris oddalił się, żeby molestować innych.

Morale leżało na glebie. Byliśmy przekonani, że ruszamy do boju z jakąś obcą rasą, żeby poszerzyć nasze terytorium. Zamiast tego najwyraźniej będziemy musieli zabijać innych ludzi, zanim się rozpanoszą i zaczną z nami konkurować. Trudno było mi to zaakceptować – podobnie jak większości pozostałych.

Jednym z niechlubnych wyjątków był Carlos. Był wręcz w skowronkach.

– Co się tak szczerzysz, Carlos? – spytałem ponuro, gdy umilkł dzwonek obwieszczający dziesięć minut do zgaszenia świateł. – Czujesz jakąś tajemną żądzę mordu?

– Pewnie – odparł radośnie. – Tak jak ty. Ale nie w tym rzecz. Cieszę się, bo to będzie łatwa fucha. W końcu misja, którą można praktycznie przespać. Pomyśl tylko! Garstka mizernych osadników, którzy siedzieli pół wieku w jakieś latającej puszce. Pewnie będą nosili przepaski na biodrach i wozili się starodawnymi rykszami. Nie będą mieli szans z takimi wyjadaczami jak my.

Utkwiłem w nim nieruchome spojrzenie.

– I to cię niby cieszy?

– No ba. A co? Chciałeś się znowu tłuc ze stadami oszalałych jaszczurek?

– Nie – przyznałem – ale to nie znaczy, że chcę strzelać do kobiet i małych dzieci.

– Nie będzie trzeba! – zaprotestował Carlos. – Po prostu wpadniemy tam i trochę ich postraszymy. Zmusimy ich, żeby wymyślili jakiś inny sposób na dogadanie się z Galaktycznymi.

– A co, jak nie mają nic innego, co nadaje się na handel?

Carlos wzruszył ramionami.

– Pojęcia nie mam. Ale hej, myślisz, że będzie tam dużo dziewczyn w tej kolonii? Wiesz… teraz toby chyba już bardzo tęskniły za jakimś prawdziwym facetem, co nie?

W tym momencie zamachnąłem się na niego. Nie był to pierwszy raz, ale zazwyczaj to on zaczynał bójkę. Chyba udało mi się go zaskoczyć, bo uchylił się trochę za późno. Trafiłem pięścią w czubek jego podbródka i zatoczył się do tyłu, miotając przekleństwa.

Wymieniliśmy kilka ciosów, ale ta kulturalna wymiana poglądów szybko przerodziła się w zapasy. Z łatwością zdobyłem przewagę, ale usłyszałem zbliżające się buciory weterana Harrisa, który rozdzielił nas jak dwóch uczniaków.

– Co wam odbiło, pajace? – warknął, piorunując nas wzrokiem, ale zaraz mnie puścił i zamiast tego zaczął szarpać Carlosem. – To ty zacząłeś, co?

– To krzywdzące założenie, weteranie – zaprotestował Carlos. – McGill uderzył pierwszy.

– Nie obchodzi mnie to – odparł Harris. – I tak wiem, że to twoja wina.

– Że jak?! Ale dlaczego?

– Bo McGill to dupek, ale ty jesteś jeszcze gorszy.

Kilka minut później leżeliśmy już na pryczach przy zgaszonym świetle. Pocierałem rozlewającego się na moim policzku siniaka.

– Ale serio – Carlos szepnął z pryczy nade mną – myślisz, że na tej kupie skał będą jakieś dziewczyny?

– Nie bój nic – odparłem. – Zostawię je dla ciebie. Będziesz mógł powystrzelać wszystkich cywilów.

– Kurwa, nie o to mi chodziło – burknął. – Nie było tematu. I sorry, jak cię uraziłem. Nikt tutaj się nie zna na moich żartach.

– Bo żartujesz sobie z rzeczy, które wcale nie są śmieszne.

W końcu zapadłem w ciężki sen. Śnili mi się wrzeszczący osadnicy uciekający przed pościgiem legionistów, koszeni gradem kul i syczących promieni światła. Nie chciałem wierzyć, że tak może się to skończyć, ale Legion Varus miał już na sumieniu wątpliwe moralnie akcje – a Ziemia była coraz bardziej zdesperowana.

* * *

Pod koniec pierwszego tygodnia lotu wezwał mnie do siebie centurion Graves. Spodziewałem się tego. Nadeszła pora, żebym rozpoczął szkolenie na specjalistę. Najwyższy czas zabrać się za naukę, bo podczas desantu, kiedy każą mi wyskoczyć z „Corvusa”, wszyscy będą oczekiwać, że ogarnę swoją nową rolę w oddziale.

W ziemskich legionach funkcjonowały trzy piony podoficerów – cztery, jeśli doliczyć weteranów. Jako specjalista mogłeś zostać biosem, co w legionie sprowadzało się zasadniczo do roli medyka. Było to jednak trochę bardziej skomplikowane niż łatanie rannych. Trzeba było nauczyć się obsługi maszyn odtwarzających, czyli wskrzeszarek. Wzdrygnąłem się na samą myśl o tej robocie. Nie chciałbym pracować z tymi ustrojstwami. Możecie powiedzieć, że jestem przewrażliwiony, ale zalewała mnie fala mdłości na samo wspomnienie, że już kilka razy musiałem się w nich rodzić po śmierci.

Byłem jednak przekonany, że legionowi biospecjaliści czują do mnie niemal jednomyślną nienawiść, więc pewnie zawetowaliby moją obecność w swoich szeregach. Mogłem być spokojny – kariera biosa mi nie groziła. W rezultacie zostawały dwie możliwości: mogłem zostać albo technicznym, albo bombardierem. Obowiązki technicznych były dość oczywiste – zajmowali się dronami, uzbrojeniem i pancerzami. Konserwacja sprzętu była nie lada wyzwaniem w międzyplanetarnej jednostce wojskowej. Wiedziałem, że dałbym radę wykonywać taką robotę, no i miałem wykształcenie w tym kierunku. Podejrzewałem, że to właśnie będzie mój przydział. Okazało się jednak inaczej.

– James McGill – wycedził przeciągle Graves. Zabrzmiało to tak, jakby moje imię i nazwisko pozostawiało dziwny posmak w jego ustach.

– Sir?

Przyglądał mi się przez chwilę.

– Masa z tobą kłopotu. Zdajesz sobie z tego sprawę?

– Tak jest, sir. Mama zebrała sporo rewelacyjnych opowieści z mojego dzieciństwa.

Zaśmiał się cicho.

– Nie wątpię. Widzisz, właśnie skończyłem ponowną lekturę twojej oceny psychologicznej.

Nawet nie drgnąłem. W końcu sami przyjęli mnie do tego legionu. Kiedy zaciągałem się po raz pierwszy, żadne inne legiony mnie nie chciały – a wszystko z powodu kilku zawijasów i wyskoków na moich wykresach. Przypięli mi łatkę awanturnika, tak jak robił to teraz Graves, i po kolei odrzucali mój wniosek. Wszyscy. Ale Legion Varus przyjął mnie z otwartymi ramionami.

– Wydawało mi się, że mam to już za sobą – powiedziałem.

Graves pokręcił głową.

– Ja nie mówię o twoich pierwszych badaniach. Mówię o tych, które przeszedłeś, zanim opuściliśmy Ziemię. Oblałeś, wiesz. Wzorowo. Odbiło ci w tym ciśnieniowym namiocie.

Zerknąłem na niego z zaskoczeniem.

– A tak, jasne – ciągnął. – Wymyśliłeś sobie przykrywkę po rozwaleniu tego robota. Naprawdę myślałeś, że tam nie ma kamer, które wszystko rejestrują? Co gorsza, niejednokrotnie ignorowałeś też rozkazy, robiąc, co ci się żywnie, kurna, podobało.

Znów wbiłem wzrok w przeciwległą ścianę.

– Przepraszam, sir.

– Bez takich. W końcu i tak zabraliśmy cię ze sobą, prawda? Po prawdzie te wyniki nie były dla mnie żadnym zaskoczeniem. Ale tym razem musisz spróbować się opanować, jasne? Zrób mi tę drobną przysługę. Tym razem słuchaj rozkazów i nie zabijaj byle kogo, kto wejdzie ci w drogę… chyba że to wróg. Czy wyraziłem się jasno?

– Jak słońce – odparłem.

Graves westchnął. Widziałem, że mi nie uwierzył.

– Pozwól, że będę szczery, specjalisto. Nie wiem, jak się to wszystko skończy. Tak naprawdę nie mamy większego pojęcia, z czym przyjdzie się nam mierzyć. Według naszych szacunków nie powinno tam być więcej niż dwadzieścia tysięcy kolonistów, zakładając rozsądny poziom ubytku i przyrostu populacji na przestrzeni ostatnich siedemdziesięciu lat. Do tego przy odrobinie szczęścia nie będą mieli nic groźniejszego niż widły.

Zawiesił głos, by spojrzeć na cienką kartę dynamicznie zmieniającego się komputerowego papieru. Odłożył ją po chwili.

– Ale nie kupuję tych prognoz. Nie sądzę, żeby tym razem się nam upiekło. Spodziewam się napotkać tam zorganizowaną i dobrze wyposażoną armię.

Mimowolnie zmarszczyłem brwi.

– Sir, jak to możliwe? Skąd koloniści mogliby wziąć zaawansowany sprzęt? Jest za drogi, a przecież nie mogli zabrać go ze sobą z Ziemi.

– Pożyczki z Imperium – wyjaśnił Graves. – Potwierdziliśmy, że imperialni wiedzą o ich istnieniu. Jeśli oferują im członkostwo, dostaną trochę gotówki na start.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem.

– Naprawdę?

– Tak to działa – odparł. – Tak to musi działać. Pomyśl chwilę. Jak to się stało, że Ziemia nagle stała się międzygwiezdnym mocarstwem już pod koniec lat pięćdziesiątych zeszłego wieku? Praktycznie nie mieliśmy wtedy nawet dwóch badyli, żeby rozpalić ognisko. A nawet jakbyśmy je mieli, nie wolno byłoby nam ich użyć z powodu naruszenia praw autorskich jakiegoś sąsiedniego kosmity. Każdy świeżo upieczony kandydat może pożyczać galaktyczne kredyty, żeby rozkręcić gospodarkę. To w zasadzie taki kapitał początkowy. Z niego właśnie kupiliśmy nasze pierwsze bilety na statki takie jak ten. Zawoziły nas na odległe planety, a koszty pokrywały gwarantowane przez rząd, niskooprocentowane pożyczki, których zwyczajnie nie mogliśmy odmówić. Musieliśmy jakoś opłacić transport, kupić broń i mundury.

Pokiwałem głową, rozważając jego słowa. Niewiele mówiło się o tych wczesnych dniach Hegemonii. Wiedziałem, że historia, którą poznawaliśmy ze szkolnych podręczników, była wygładzona. Było mnóstwo szemranych interesów, wojen domowych i rewolucji, które zwyczajnie zamieciono pod dywan. Najwyraźniej pominięto też takie szczegóły jak pożyczki od Galaktycznych.

 

– Czyli… to może być starcie między dwoma ludzkimi legionami? – spytałem z niepokojem.

– Coś w tym rodzaju, ale o to się nie martw. Powinniśmy mieć przewagę. Oni byli zupełnie odcięci. Kiedy opuszczali Ziemię, mieli oczywiście wprowadzoną dyscyplinę, ale ta ekspedycja miała charakter bardziej naukowy niż militarny. Sądzę, że mają dość zwartą organizację, skoro zdołali dotrzeć do gwiazd i przeżyć. Mimo to nie widzę szans, żeby mogli mierzyć się z naszą wiedzą i doświadczeniem, jeśli dojdzie do walki. Spodziewam się, że Legion Varus wyjdzie z tego konfliktu zwycięsko.

Czułem się nieswojo, ale powstrzymałem się od uwag.

Graves wpatrywał się we mnie przez chwilę.

– Zamierzam właśnie złamać jedną z moich zasad, McGill – powiedział. – Spytam żołnierza o jego zdanie. Nigdy tego nie robię.

– Uważam, że ludzie nie powinni zabijać innych ludzi, sir.

– Widzisz? Właśnie takich pierdół nie chce mi się wysłuchiwać. Czy przypadkiem nie wyklarowaliśmy sobie pewnych podstaw? Ile, ledwie pięć minut temu? Ty w ogóle nie masz myśleć o takich sprawach. Na nic mi się nie przydasz, jeśli kwestionujesz rozkazy, zanim jeszcze zdążyliśmy wylądować.

– Przepraszam, sir. Chciał pan wiedzieć.

– Co prawda, to prawda – mruknął zza biurka, odchylając się w fotelu. – No dobra. Zaczynajmy. Porozmawiajmy o twoim awansie i nowym miejscu w Legionie Varus. Przede wszystkim powinieneś wiedzieć, że zostałem przeniesiony, właściwie nie ja, a primus Turov. Teraz będzie dowodzić ciężką kohortą. Trybun uznał, że nie ma predyspozycji do szkolenia świeżych rekrutów. Turov weźmie ze sobą wszystkich starszych oficerów. W tym mnie.

Przyglądał mi się badawczo, gdy docierał do mnie sens jego słów. Graves miał zniknąć z mojej jednostki? Byłem zaskoczony, ale im dłużej o tym myślałem, tym lepszy miałem humor.

– Gratulacje, sir – odpowiedziałem pospiesznie.

– Tak, to chyba właściwa odpowiedź – stwierdził. – W końcu wynoszę się z przedszkola. Koniec z lekką piechotą. Koniec z pilnowaniem biegających w piżamkach żółtodziobów.

Graves stuknął palcem w rozkazy, które pojawiły się na spoczywającej przed nim tafli giętkiego plastiku. Słowa zawirowały i na ekranie rozkwitła jego odznaka identyfikacyjna. Podpisał dokumenty na czytniku odciskiem palca.

Wypisał się z jednostki! Nawet nie śmiałem o tym marzyć. Byłoby bosko mieć Gravesa z głowy. Doceniałem go jako oficera, ale skurwiel był zimny jak jaszczurka w zaspie.

Zauważyłem na tafli plastiku również swoje imię. Poczułem rosnącą ekscytację, widząc, że również otrzymałem nowe rozkazy.

– A tak przy okazji zabieram twój oddział ze sobą – rzucił Graves po chwili, przekreślając wszystkie moje nadzieje. – Wsadzam cię w ciężki pancerz, specjalisto. Zrobię z ciebie też bombardiera, więc będziesz musiał trochę przybrać na siłowni. Co na to powiesz?

Zastygłem na moment, ale udało mi się ukryć zaskoczenie.

– Dziękuję, sir – odparłem dyplomatycznie.

– Tak myślałem. – Graves prychnął. – Zawsze umiem wyczuć, kiedy żołnierz darzy mnie sympatią. A teraz zmiataj.

Opuściłem gabinet z ciężkim sercem.

* * *

Miesiące mijały szybko. Nauczyłem się, jak obsługiwać zbroję. Diametralnie różniła się od cienkich kombinezonów z inteligentnej tkaniny, do których przywykłem podczas szkolenia. Ta część zmian zdecydowanie przypadła mi do gustu.

Jednak do mojej nowej broni trudniej było się przyzwyczaić. Stare wygi nazywały ją rzygaczem – była to ciężka tuba miotająca plazmę. Miała około półtora metra długości i zdawała się ważyć tyle samo w tonach. Raz już strzelałem z takiego działa podczas walki – w naprawdę podbramkowej sytuacji – i choć teraz wręczono mi je oficjalnie, nie wydawało się przez to prostsze w użyciu.

Tuba plazmowa przypominała gabarytami granatnik rakietowy, tylko była znacząco cięższa i bardziej nieporęczna. Wszystkie nastawy były ręczne, a w pakiecie dostawało się jeszcze moduł zasilający, który taszczyło się na plecach. Sam tubus był uciążliwy pod każdym możliwym względem. Choćby zmiana poziomu mocy i przestawienie ogniskowej z zakresu wąskiego na szeroki wymagało niezłej gimnastyki.

Zgodnie z sugestią Gravesa spędzałem poranki na ćwiczeniach z ciężarkami w tych częściach statku, w których utrzymywano aktywne studnie grawitacyjne. Wziąłem się do tego na poważnie, bo nikt dokładnie nie wiedział, jakie warunki czekają nas na docelowej planecie. Co, jeśli tamtejsza grawitacja jest dwa razy większa od ziemskiej? Nie chciałem targać broni za sobą po piachu w jęczącym i iskrzącym egzoszkielecie, nie nadążając za resztą drużyny.

Trening w pancerzu był kolejnym nowym doświadczeniem. Lekka piechota naprawdę miała najgorzej, teraz widziałem to wyraźnie. Ale najlepsze było to, że weteran Harris nie wykazywał już żadnych ciągotek, żeby mnie zabić podczas szkolenia. Rzecz jasna nie chodziło o to, że z dobrego serca odpuścił sobie tę naszą małą rywalizację – po prostu bał się uszkodzić mój ekwipunek. Żeby powalić opancerzonego piechura z rzygaczem na barkach, trzeba było użyć znacznej siły. To niemal na pewno zrujnowałoby mój pancerz. Fakt, że większość naszego wyposażenia była praktycznie nie do zastąpienia, mocno utrudniał pracę moim instruktorom.

Podczas mojej pierwszej kampanii w kosmosie nic nie było tańsze niż ludzka krew. Oficerowie nieszczególnie przejmowali się też naszym sprzętem. Co się dało, puszczaliśmy we wtórny obieg, ale jeśli jakiś kombinezon przestawał się zapinać albo jakiś trach zaczynał szwankować – lądował w koszu. Legion Varus, przy całej swojej złej reputacji, zawsze dostawał z Hegemonii hojny budżet w galaktycznych kredytach.

Te czasy minęły. Teraz, kiedy mój sprzęt był wart znacznie więcej od mojego ciała, wszyscy rzucali się go sprawdzać po każdym upadku. Przypominało to dowodzenie w wykonaniu działu księgowości. Podzieliłem się tym spostrzeżeniem z weteranem Harrisem, który jakoś wciąż nie przepadał za wysłuchiwaniem moich uwag.

– McGill – powiedział – po prostu uważaj jak wszystkie cholery, żeby niczego nie uszkodzić, jak już wylądujemy. Jesteś teraz specjalistą, wielkim ważniakiem-bombardierem. Ta, aż mnie w dupie ściska z wrażenia. Ale pamiętaj, że jesteś najbardziej zielonym bombardierem na całym pokładzie. Mówię poważnie. Więc patrz i ucz się od lepszych od siebie, chłoptasiu. Są wszędzie dookoła.

Staliśmy w piaszczystym dole otoczonym osmalonymi pastonowymi ścianami. Żeby odpalać działa plazmowe na pokładzie lecącego statku kosmicznego, najpierw trzeba się upewnić pod każdym względem, że nie ma szans na przebicie kadłuba. Legionowi technicy zadbali o właściwy poziom bezpieczeństwa, wznosząc otaczający nas wielowarstwowy bunkier z pastobetonowych modułów. Dzięki temu mogli zwyczajnie dorabiać nowe sekcje za każdym razem, kiedy udało się nam coś rozwalić. W ramach dodatkowego zabezpieczenia technicy pilnowali, żeby kilka dodatkowych warstw pokrywało także zewnętrzną stronę bunkra – wszystko po to, by uchronić przed trafieniem powłokę statku.

Przez kilka chwil przyglądałem się ekipie w bunkrze. Rzeczywiście wyglądało na to, że drużyna ciężkozbrojnych, do której przypisali mnie na szkolenie, składała się z samych ekspertów. Montowali każdy element wyposażenia z wyćwiczoną precyzją. Byli tu chyba wszyscy najbardziej napakowani faceci z całej kohorty.

Weteran Harris całkowicie ignorował pozostałych bombardierów. Czujnym wzrokiem lustrował moje poczynania. Stał podparty pod boki i kiedy zajmowałem się bronią, gapił się na moje dłonie, czekając na choćby najmniejszą pomyłkę.

– Nie, nie, nie! – huknął chwilę później, kiedy wciskałem magazynek do podstawy rzygacza. – Musisz go tam porządnie wbić, młody. Przecież to nie chwyci, jak będziesz się tak pieścił!

Trzasnąłem dłonią w zasobnik, ale najwyraźniej to też zrobiłem źle, bo Harris wyrwał mi broń z rąk i łupnął w magazynek swoim wielkim łapskiem. Odrzucił działo z powrotem do mnie. Złapałem je, z trudem utrzymując równowagę.

Jego spojrzenie mogłoby zabić.

– Jesteś do niczego. Zawiadomię Gravesa, że to jedno wielkie nieporozumienie. Powinien zostawić cię w lekkiej. Tam przynajmniej masz jakieś blade pojęcie, co w ogóle robisz.

– Przepraszam, weteranie – powiedziałem. – Nie wiem, dlaczego nie wysłano mnie na szkolenie, jak byliśmy na Ziemi.

Harris potrząsnął przecząco głową.

– Tak się nie robi. Wychodzi za drogo.

Przemyślałem to naprędce i przytaknąłem. Nie byliśmy jak stała armia, jako najemnicy rządziliśmy się innymi prawami. Nasze finanse opierały się na aktywnych kontraktach, a nie pieniądzach podatników z jakiegoś zadłużonego rządowego funduszu. Legionista w czynnej służbie dostawał jakieś trzy razy tyle co koleś pierdzący w stołek we własnych czterech ścianach. Dlatego nikt nie ściągał nas do jednostki wcześniej niż przed samym odlotem – czyli na nową robotę.

– To dlatego nie przeciągnęliście nas przez obóz za pierwszym razem, tak? Taniej jest zrobić szkolenie podczas lotu na planetę, a potem rzucić nas w ogień walki. Po kilku zgonach i tak ogarnialiśmy, jak być żołnierzem.

Harris wzruszył ramionami.

– Coś w ten deseń. Ale ty właśnie zawalasz w szkółce bombardierów. Nie umiesz się obchodzić ani ze swoim pancerzem, ani z bronią. Co gorsza, w ogóle nie będzie czasu, żeby cię porządnie przeszkolić z systemów artyleryjskich.

Już nabierałem tchu, żeby znowu się pokajać, kiedy podszedł do nas barczysty facet. Był to nie kto inny jak specjalista Sargon. Podczas mojej pierwszej kampanii był dla mnie kimś w rodzaju starszego brata. Przez to należy rozumieć, że dręczył mnie i maltretował, ale gdzieś przy okazji – niemalże przypadkowo – przekazał mi kilka ważnych umiejętności.

– Harris ma rację – powiedział, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów. – Masz źle założoną uprząż. Egzoukłady są przeciążone i ograniczają ci ruchy w rękach. Nie możesz siłować się z własnym pancerzem, on ma pracować z tobą.

Harris spojrzał na Sargona uważnie.

– Specjalisto – zaczął po chwili – dla ciebie to w sumie tylko szkolenie przypominające. Zostaniesz trenerem McGilla.

Sargon był wyraźnie zbity z tropu.

– Czy ja właśnie w coś wdepnąłem?

– Tajest – przytaknął Harris. – Proszę, kontynuujcie.

Z tymi słowami odmaszerował, pobrzękując rynsztunkiem. Wydawało mi się, że słyszę oddalający się chichot. Harris był kapitalnym podoficerem, ale poświęcał wiele wysiłku, by uniknąć jakiejkolwiek roboty.

Sargon spojrzał na mnie i pokręcił głową. Z ciężkim westchnieniem wyciągnął odziane w rękawice łapska, chwycił mnie za bark i zaczął szarpać za paski, przesuwając elementy pancerza.

– To chyba nie tak – zaprotestowałem.

– Wyrywa ci włosy spod pach, co nie? – Sargon wyszczerzył się złośliwie.

– No, chyba tak.

– Dobrze. Tak właśnie ma być. Porobią ci się tam odciski, ale naramienniki muszą być założone ciasno i wysoko. Rozprowadzą ciężar na plecach jak należy.

Przytaknąłem posłusznie, krzywiąc się mimowolnie, gdy Sargon majstrował przy kolejnych nastawach i paskach. Czułem się jak wciśnięty w gorset.

– Przywykniesz. Radzę ogolić się w uciskanych miejscach, przyda się tam też gruba warstwa pudru.

Nie byłem przyzwyczajony do czegoś takiego jak ten sztywny skafander. Całe życie nosiłem lekkie ubrania z inteligentnej tkaniny. Zawsze pasowały jak ulał i same się dostrajały.

– Dobra – powiedział Sargon. – A teraz rozłóż ręce jak najszerzej i klaśnij w dłonie. Potem jeszcze raz.

Zrobiłem, jak kazał, a rezultaty okazały się bolesne.

– Dlaczego te pancerze w ogóle nie leżą jak trzeba? – burknąłem.

Skóra zaczynała szczypać od samego machania rękami.

– Leżą, leżą, ale widzisz, nanity w twoim pancerzu są leniwe – wyjaśnił Sargon. – Lubią wybierać sobie najprostszą ścieżkę, oblekając twoje ciało. A nie o to nam chodzi. Musimy sprawić, żeby skorupa ułożyła się optymalnie dla równowagi i swobody ruchu. Wygoda zostaje na szarym końcu. Ale nie bój nic, jak będziesz tak dalej zamiatał, w końcu się ogarną i zrobią się luźniejsze. Jak już je wytresujesz, możesz je zamrozić w nowym ustawieniu.

Po kilku minutach wygibasów poczułem, że mój skafander rzeczywiście się rozluźnia. Byłem szczerze zdziwiony.

– Dużo lepiej. Ale żałuję, że się najpierw nie nasmarowałem.

Sargon zaśmiał się pod nosem.

– To samo myśli każdy zielony szczypiorek, gdy pierwszy raz założy ciężki pancerz. Ale pamiętaj, u bombardierów dopasowanie liczy się podwójnie. Targamy takie ciężary, że nie możemy sobie pozwolić na rozleniwienie układów. Wspomaganie musi działać z najwyższą wydajnością.

Większość kręcących się w pobliżu żołnierzy mnie ignorowała. Pozdrawiali jedynie Sargona, wychodząc po skończonych ćwiczeniach strzeleckich. Patrzyłem za nimi tęsknym wzrokiem. Marzyłem o tym, żeby walnąć się na pryczę po solidnym prysznicu i nasmarowaniu wszystkim, co uda mi się wyprosić u drużynowego biosa. Spodziewałem się, że moje ramiona i tors to jedno wielkie otarcie.

 

– Zapomnij o innych bombardierach. Zapomnij też na razie o strzelaniu do celu. Jeszcze nie jesteś gotowy. Trzeba najpierw wiedzieć, jak się właściwie złożyć z tą tubą, żeby w ogóle marzyć o celowaniu.

Resztę dnia spędziłem, zasuwając w tę i we w tę w mojej nowej zbroi. Kiedy Sargon mnie zwolnił, umiałem już biegać z bronią ociężałym truchtem.

– Dzięki, Sargon – powiedziałem po skończonej sesji. – Potrzebowałem takich korepetycji.

W odpowiedzi Sargon skinął głową i przywalił mi pięścią w klatę. Najpierw byłem w lekkim szoku… ale nic mnie nie zabolało. Mój trener uśmiechał się od ucha do ucha, więc też się wyszczerzyłem. Cios przestawił mnie o krok do tyłu, ale ledwie go poczułem. Kilka razy byłem świadkiem, jak ciężkozbrojni raczyli się takimi przyjacielskimi kuksańcami. Lubili się kopać i tłuc w tych pancerzach. Na ten widok lekka piechota czuła się naprawdę marnie.

Rozeszliśmy się, a kilka godzin później przyszła pora na gaszenie świateł. Odpłynąłem w sen. W moich niespokojnych nocnych wizjach Sargon doskonale się bawił, młócąc w mój hełm ku zachwytowi całej reszty jednostki.