Świat PyłuTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wtem za mną pojawił się Abhi i rąbnął mnie pięścią po nerkach. Kolejne trzy, cztery ciosy wylądowały na mojej głowie i ramionach. Bolało, ale to było za mało, żeby wyłączyć mnie z gry. Tamten rozłożył szeroko ręce i unieruchomił moje ramiona w niedźwiedzim uścisku.

Fiskus rzucił się ku nitownicy. Nie mogłem pozwolić, żeby ją dorwał. Sam nie zdołałbym jej podnieść, bo na plecach wisiał mi ten cały Abhi, więc kopnąłem ją w stronę automatycznych drzwi. Wyrwałem się Abhiemu i szybkim ruchem złamałem mu szczękę. Żaden z napastników nie był chyba szkolony w walce wręcz. Legioniści zwykle ginęli raz czy dwa jeszcze podczas takiego szkolenia – traktowaliśmy je bardzo poważnie.

Abhi wziął nogi za pas i zniknął w ciemnościach nocy, trzymając się za twarz i szlochając donośnie. Rozejrzałem się i odkryłem, że jednoręki bandzior też wyparował. Trudno się dziwić.

Ale szef jeszcze się nie poddawał. Puścił się biegiem w stronę drzwi. Chciał dorwać nitownicę.

– Odpuść, mówię ci! – zawołałem i schyliłem się po nóż.

Krzywiąc się z bólu, ruszyłem w pościg. Biodro mnie spowalniało. Dopadł broni przede mną i uniósł ją, szczerząc się od ucha do ucha. Jego twarz objawiła się teraz w pełnej krasie, bo kaptur opadł mu na ramiona w trakcie szarpaniny.

– Już nie żyjesz – wysyczał triumfalnie.

– A ty jesteś na wizji – odparłem.

Natychmiast zrzedła mu mina. Jego dłonie odruchowo zacisnęły się na uchwycie nitownicy. Zdawałem sobie sprawę, że w każdej chwili mógł posłać kawał metalu prosto w mój mostek. Nie miałem możliwości wykonać sprawnego uniku, nie było też gdzie się schować.

Przyglądałem się jego wykrzywionej twarzy, gdy ważył za i przeciw – zabić mnie i wylądować w więzieniu, czy może uciekać, żeby i tak wylądować w pierdlu za cały szereg przestępstw, do których teraz można było przypiąć jego mordę?

Gdy tak wpatrywałem się w niego, próbując odgadnąć jego myśli, nieruchome dotąd drzwi nagle zabrzęczały i otwarły się na oścież.

– 3 –

Zaskoczony Fiskus obejrzał się szybko przez ramię. Trudno, żeby było inaczej. Przed sobą miał mnie, ale za plecami coś nowego, co z pewnością zaważy na przebiegu całej akcji.

Nie zamierzałem czekać, aż minie mu zaskoczenie. Nie było czasu, żeby dosięgnąć go kopniakiem czy pięścią. Rzuciłem więc w niego nożem.

Taki rzut nie jest łatwy, nawet jeśli dysponujesz odpowiednio wyważoną i specjalnie przygotowaną do tego bronią. Trenowałem całymi miesiącami na pokładzie legionowego statku, ale takich manewrów właściwie nie było w programie.

Wirujące ostrze minęło zbira o włos i śmignęło dalej, zatrzymując się w drzwiach z donośnym łupnięciem.

– McGill! Ty gnoju!

– Carlos?!

Nie wierzyłem własnym oczom. Stojąca w przejściu krępa sylwetka była jednak nie do pomylenia. Skrzywiłem się na myśl, że prawie trafiłem go nożem, ale nie było czasu na przeprosiny. Rzuciłem się naprzód, skracając dystans do Fiskusa. Odwrócił się już z powrotem do mnie i uniósł nitownicę. Wiedziałem, że mam przesrane. Nie miałem szans go dosięgnąć, zanim pociągnie za spust.

Za bandziorem wyrosła para masywnych ramion, a mocne dłonie zacisnęły się na jego nadgarstku. Carlos zabrał się do roboty. Nitownica huczała raz za razem. Na beton pod moimi stopami posypały się iskry z niewielkich żółtych eksplozji.

Sekundę później razem z Carlosem sprowadziliśmy gościa do parteru, ale on wciąż ściskał w dłoniach tę cholerną nitownicę. Nie chciałem, żeby w tej szamotaninie któryś z nas oberwał w stopę, więc szybko zakończyłem walkę, kilkakrotnie zatrzaskując drzwi na łbie Fiskusa. W końcu zastygł w bezruchu.

Stanęliśmy zdyszani nad nieprzytomnym zbirem.

– Widzę, że masz bogate życie towarzyskie, co, McGill? – wycharczał Carlos.

– Jak zawsze.

W tej chwili na miejscu pojawiła się żandarmeria Hegemonii. Służby musiał wezwać system bezpieczeństwa w drzwiach. Wyjaśniliśmy z Carlosem, co zaszło, i mundurowi zgarnęli herszta bandy spod naszych stóp.

– Co to za jeden? – spytał mnie jeden z żandarmów.

– Przedstawił się jako poborca podatkowy – wyjaśniłem z przekąsem.

Żandarm skrzywił się z niesmakiem.

– A to wesołek. Następne dowcipy będzie opowiadał przed okręgowym autosądem.

Dwójka mundurowych targała Fiskusa między sobą jak wór kartofli.

– On żyje – przypomniałem.

– Tego się domyśliłem.

– Nie trzeba wezwać do niego karetki czy coś?

Żandarm prychnął.

– Żadna tu nie przyjedzie. Dystryktowy szpital pewnie go przyjmie, ale musimy zawieźć go sami. Kwestia jurysdykcji.

Wzruszyłem ramionami i przyglądałem się chmurnie, jak zabierają niedoszłego rabusia.

– Nie nadążam za tobą, McGill – stwierdził Carlos. – W jednej chwili walczysz z tym porąbańcem na śmierć i życie, a moment później martwisz się, że skaleczył się w paluszek.

– Może mieć złamany kark. Powinni go wsadzić na nosze czy coś takiego. On to nie my, to cywil. Nie dostanie nowego ciała, jak to mu spierdolą.

Carlos zaśmiał się w głos i pokręcił głową.

– Jakby mógł, toby cię zabił. Daj sobie spokój.

– Ludzie są zdesperowani, Carlos – zauważyłem ponuro. – Nie wiem, co wydarzyło się w życiu tego gościa, ale na pewno nic wesołego.

– I co niby możemy z tym zrobić?

– Możemy przywieźć do domu trochę szmalu – odparłem. – Możemy zdobyć nowych klientów, nowe planety, gdzie będą służyć nasze legiony.

Carlos parsknął z powątpiewaniem.

– Ta, jasne. Uratujemy Ziemię! Ty i te twoje wielkie, durne pomysły. To chyba przez wzrost. Tam na górze jest za mało tlenu, żeby twój mózg pracował jak należy.

Takie teksty często kończyły się u nas wymianą ciosów. Tym razem zdusiłem w sobie irytację. Carlos miał po prostu taki sposób bycia i właściwie zdążyłem się już do tego przyzwyczaić.

– Co ty w ogóle tutaj robisz, w Izbie? – spytałem.

– Stawiłem się na mobilizację, tak jak ty.

Mówili nam, że po zakończeniu przepustki ktoś się z nami skontaktuje i sprowadzą nas do tej samej Izby Werbunkowej, gdzie się zaciągnęliśmy. Tyle że to jeszcze nie była ta pora.

– Jeśli dobrze liczę, mamy nadal trzy tygodnie wolnego – zaprotestowałem.

– Że co? Nie dostałeś wezwania? Mieliśmy się stawić w tej chwili. To dlatego adiunkt wysłał mnie na górę, kiedy zadzwoniłeś do drzwi. Zaalarmowały go komputery. Dlaczego nie zameldowałeś się na stuku?

– Zepsuł mi się. I nie, nie dostałem żadnego wezwania. Wróciłem, żeby sprawdzić, czy coś wiadomo o następnym kontrakcie.

Przeszliśmy do środka Izby. Wciąż kulałem, ale mogło być gorzej. Liczyłem, że za dzień, dwa będzie po kłopocie – jeśli tylko dopadnę gdzieś drukarkę do tkanek.

Główną część Izby Werbunkowej stanowiła głośna, wypełniona echem hala – wielka prawie jak stadion piłkarski. O tej porze wywalono z niej już wszystkich cywili i kręcił się tu tylko legionowy personel.

– Masz szczęście – stwierdził Carlos. – Jakbyś się nie pojawił do jutra wieczór, uznano by cię za dezertera. W każdym razie rzecz wygląda następująco: tak, straciliśmy nasz kontrakt. Ale mamy za to nową robotę. Wylatujemy za niecały tydzień. Nikt chyba nie wie, gdzie lecimy ani co to za misja.

Pokiwałem głową.

– Słyszałem, że legiony potraciły mnóstwo kontraktów.

– Jakżeby inaczej – odparł Carlos. – Wszyscy mają wakacje, tylko nie my. Nie ma to jak zasrany Varus. Nieważne, co to za nowa robota. Idę o zakład, że będzie do dupy.

Z tym naprawdę trudno było się nie zgodzić.

Po drodze do biur Legionu Varus, które znajdowały się na niższej kondygnacji, wpadliśmy na dwoje legionistów. Stali bezczynnie po obu stronach ruchomych schodów. Od razu poznałem, że to nie nasi. Nosili błyszczące czarne buty, a na legionowej oznace widniał rozjuszony byk. Emblemat jednoznacznie wskazywał, że obydwoje należą do Germaniki – powszechnie szanowanej jednostki. Ich symbol był większy od naszego wilczego łba. Tak po prawdzie ich oznaki był tak wielkie, że trudno było ich nie zauważyć.

Germanica to jeden z najsłynniejszych legionów. Próbowałem się do nich zaciągnąć w zeszłym roku, kiedy pierwszy raz zawędrowałem do Izby Werbunkowej. Nie chcieli mnie u siebie, więc zamiast tego wylądowałem w Varusie.

Razem z Carlosem obrzuciliśmy maruderów przelotnym spojrzeniem i skierowaliśmy się pomiędzy nich, chcąc dostać się na schody. Niespodziewanie zastąpili nam drogę.

– Czego tu, ćwoki? – spytała legionistka z prawej. Była to czarnoskóra dziewucha obdarzona najgrubszymi udami, jakie kiedykolwiek widziałem u wysportowanej osoby.

Legionista z lewej parsknął śmiechem na jej słowa. Stanął z założonymi rękami – musiałem przyznać, że łapska miał solidne. Rudawe, kręcone włosy miał przycięte tak równo, że wyglądały prawie jak czapka. Też był specjalistą, tej samej rangi co moja, ale druga odznaka wskazywała, że to bombardier.

– Wybieracie się na dół, do siedliska szczurów? – spytała kobieta zjadliwie. – Zgadłam, co, szczurku?

– Ta? – odparł Carlos, wypinając nieco klatę. – Wielkie słowa, jak na pajaców z Germaniki. Słyszałem, że zabrali wam ostatni kontrakt. I mam na myśli dosłownie ostatni.

Na ich twarzach, które dotąd wykrzywiał złośliwy uśmiech, nagle zapłonęła wściekłość. Carlos miał szczególny dar wyzwalania w ludziach głębokiego pragnienia, by trzasnąć go w ryj. Wiedziałem, że Germanice również przepadły umowy – z całą resztą było tak samo. Większość ich kontraktów dotyczyła Świata Stali, ale ten rozdział przeszedł już do historii.

– Ty karłowata gnido – warknął rudy bombardier i zrobił krok naprzód, trącając Carlosa wielgachnym paluchem. – Właśnie dlatego tu jesteśmy. Chcieliśmy zamienić kilka słów ze skurwiałym Varusem. W końcu to przez was straciliśmy robotę.

Technicznie rzecz biorąc, jako żołnierze z różnych legionów byliśmy członkami tej samej nadrzędnej formacji, a jednak między poszczególnymi jednostkami istniała silna rywalizacja. W przeszłości wojacy służący w różnych rodzajach sił zbrojnych też nie zawsze się dogadywali, weźmy choćby ostre współzawodnictwo między wojskami lądowymi a marynarką. Ale u nas, legionistów zjawisko przybrało jeszcze na sile. Bardziej przypominaliśmy armie pochodzące z różnych sprzymierzonych krajów. Działaliśmy niezależnie, a nasze wzajemne relacje były dosyć złożone.

 

Może z wyjątkiem Legionu Varus. Cała reszta była wobec nas jednomyślna w swej pogardzie.

Uniosłem ostrzegawczo dłonie. Uznałem, że uda się rozwiązać tę sprawę pokojowo. W końcu właśnie wróciłem z mordobicia, a jedno zwykle wystarczyło mi na cały wieczór. Zanim jednak zdążyłem wygłosić słowa mądrości i pojednania, Carlos znowu rozwarł gębę.

– Nieroby – rzucił i zaśmiał się w głos. – Tak się składa, że my dostaliśmy kontrakt i przeszkadzacie teraz jednej z ostatnich jednostek, które zarabiają dla Ziemi twardą walutę. Ciekawe, dlaczego obcy woleli nasz legion od waszego? Może dlatego, że odwalamy solidną robotę, zamiast biadolić, że nie możemy już grzać dupy na jakichś chałturkach. Cieszę się, że was uwalili, pierdy. Może następnym razem będziecie musieli naprawdę o coś powalczyć.

Rudy wziął zamach, jeszcze zanim Carlos skończył swoją przemowę. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział, jak czyjaś twarz zmienia kolor tak gwałtownie – od bladości po krwistą czerwień. Wywołanie takiej reakcji to dla Carlosa nic nowego, za to jej tempo mogło ustanowić jego nowy osobisty rekord.

– Specjalisto, zostaw go! – rozbrzmiał czyjś zdecydowany głos.

Obejrzeliśmy się na zmierzającą ku nas oficer. Była drobna, ale wyglądała na twardą sztukę. Na ramieniu miała naszywkę z globem Hegemonii, pod którą widniały dwie belki – uniwersalna oznaka stopnia adiunkta.

Dostrzegłem wahanie w oczach rudzielca, a ramię zastygło w powietrzu. Widziałem, jak kalkuluje, czy noc spędzona w pace to dobra cena za rozkosz walnięcia Carlosa prosto w ryj. Był to naprawdę trudny wybór i nie mogłem go winić za tę chwilę zwątpienia. Nie pomagało, że Carlos szczerzył się do niego i stukał w podbródek środkowym palcem, prosząc się o cios.

Sytuację rozładowała legionistka z Germaniki, lekkim ruchem dłoni skłaniając kolegę do opuszczenia zaciśniętej pięści.

– Te wybraki nie są tego warte – rzuciła, uśmiechając się do nas szyderczo. – Wiecie co? Macie rację, rzeczywiście straciliśmy kontrakty. Ale dostaliśmy nowe: gówniane robótki, a wszystko dzięki Varusowi!

Dwójka trepów rozstąpiła się i odeszła, odprowadzana czujnym wzrokiem adiunkt. Gdy bezpiecznie dotarliśmy z Carlosem na dół schodów, już jej nie było.

– Mały włos, a zaraz bym posadził tego rudego buraka – oświadczył Carlos. – Miał szczęście, że była tam dziewczyna, żeby ocalić jego zbolałą dupę.

– Uhm – mruknąłem.

Carlos obejrzał się na mnie w zamyśleniu.

– Jak sądzisz, o co jej chodziło z tą nową, gównianą robotą?

– Nie mam pojęcia. Może muszą brać byle co, tak jak my. Może dlatego tak po nas teraz jadą.

– Zawsze po nas jadą. Ale tak, to ma sens. Idę o zakład, że próbują wygryźć sobie nowy rewir. Ha! Dobrze im tak! Przyda im się w końcu trochę napocić i pozdychać.

– Strasznie zgorzkniały z ciebie człowieczek, Carlos – odparłem.

Spiorunował mnie wzrokiem, ale zaraz znów się zasępił.

– Myślisz, że cała Ziemia wini nas za to, co się stało? Za to, że jaszczury skasowały kontrakty ze wszystkimi legionami?

– Pewnie tak. W sieci forsują właśnie taką wersję. Serwisy nigdy nie oskarżają nas wprost, ale non stop krążą wokół tematu. Wspominają, jak to ostatnią jednostką, która postawiła stopę na Cancri-9, był „owiany złą sławą” Legion Varus. Potem następuje krótka dyskusja o tym, jaka to z nas banda popaprańców.

– Ale to tylko przykrywka, co nie? Znaczy górka z Hegemonii wie, że jesteśmy najlepsi, prawda? Gadałeś, że tak właśnie twierdził trybun.

Zerknąłem na niego i poczułem nagłe ukłucie winy. Prawda była taka, że trybun niczego takiego mi nie powiedział. Owszem – wyjaśnił, że łapiemy się roboty, której nie chce nikt inny, i że nasza praca jest niezbędna. Ale to samo tyczy się też grabarzy czy szkolnych dozorców, którzy dzień w dzień zasypują wywabiaczem plamy po rzygowinach. To, że masz trudną i niezbędną pracę, wcale nie oznacza, że ktokolwiek będzie cię za nią szanował.

Uznałem, że będę ciągnął tę fantazję. To nie była pora, żeby dołować Carlosa jeszcze bardziej.

– Tak – potwierdziłem. – Dokładnie. Jesteśmy najlepsi w całym systemie. To czysta zazdrość.

– Się wie.

W końcu dotarliśmy do siedziby Varusa i przeszliśmy do mesy oficerskiej. Była za mała, by pomieścili się w niej wszyscy obecni żołnierze, musieliśmy więc stanąć ramię w ramię na tyłach. Musiała tu być z setka ludzi – w sali, która z założenia miała pomieścić może połowę tej liczby.

– Jakże się cieszę, że nas odwiedziłeś, McGill – burknął do mnie weteran Harris.

Musnąłem palcami czapkę i błysnąłem do niego nieodwzajemnionym uśmiechem.

– Oczy w przód – rzucił.

Spojrzałem posłusznie przed siebie i dostrzegłem drugą znajomą twarz. Należała do primus Turov. Była dowódcą mojej kohorty, która w większości skupiała ludzi pochodzących z Sektora Północnoamerykańskiego. Nie przepadała za mną, ale szczęśliwie nie patrzyła w moją stronę. Jedyne, co mi się w niej podobało, to jej tyłek, który i tym razem niezawodnie przyciągał moje spojrzenie.

Wysiłkiem woli skupiłem się na odprawie. Przemowa primus musiała trwać już dobrą chwilę.

– Nasza docelowa planeta wciąż stanowi tajemnicę, ale nasza misja już nie. Mamy poszerzyć ziemskie terytorium. Straciliśmy kluczowych klientów i nie mamy szans na ich odzyskanie. Negatywne skutki przetoczyły się przez całą światową gospodarkę.

– „Negatywne skutki”? Raczej zwiędłe fiutki – szepnął teatralnie Carlos.

Weteran Harris chyba czekał na tę chwilę, bo ustawił się strategicznie niedaleko nas. Zupełnie jakby wiedział, że prędzej czy później któryś z nas wygłosi komentarz. Jego bucior pofrunął w bok i grzmotnął Carlosa w goleń. Widziałem już ten ruch w akcji, zazwyczaj wobec rekrutów, którzy nie okazywali należnego szacunku przełożonym. Carlos wydał z siebie dziwny dźwięk, jakby połknął jakiegoś małego zwierzaka. Na twarzach stojących wokół żołnierzy pojawił się prawie niezauważalny uśmieszek, choć żaden ani myślał oderwać wzroku od primus. Muszę przyznać, że i ja wyszczerzyłem się z satysfakcją.

Primus odwróciła się, by obrzucić nas lodowatym spojrzeniem, po czym dalej przechadzała się po sali. Babka naprawdę wiedziała, jak się poruszać. Było coś w kołysaniu bioder i tych oficerskich obcasach. Kurde, sam nie wiem. Gapiąc się na nią i słuchając, czułem się tak, jakby hipnotyzowała mnie jakaś egzotyczna żmija.

– Ta kampania będzie inna – kontynuowała. – Wracając do jednostki, wszyscy będziecie musieli przejść mnóstwo specjalistycznych testów.

Wokół rozległy się jęki. Zerknąłem na Carlosa, ale ten zawzięcie zaciskał usta, opierając się swoim naturalnym impulsom. Dłoń weterana Harrisa świsnęła w powietrzu, przywracając do pionu dwóch rekrutów, którzy odważyli się wyrazić swoje niezadowolenie.

Dyscyplina w nowoczesnym legionie w zdecydowanej większości opierała się na karach fizycznych. Na przepustce poczytałem trochę o rzymskich legionach ze starożytności. Zapiski historyczne zawierały długą listę surowych kar, jakim poddawano żołnierzy w tamtych czasach. Jedna czy dwie wyraźnie utkwiły mi w pamięci. Gdy obywatel rzymski zaciągał się do służby wojskowej i składał przysięgę zwaną sacramentum, dobrze wiedział, na co się pisze. Sacramentum stanowiło, że rekrut będzie wiernie służył Rzymowi pod groźbą ciężkiej kary – z egzekucją włącznie. Dyscyplina była wtedy znacznie ostrzejsza… i w odpowiedzi na wymogi stawiane przez Imperium Galaktyczne Ziemia przywróciła właśnie te dawne wzorce.

W starożytnym Rzymie oficer mógł kazać stracić każdego, kto służył pod jego komendą. Kary różniły się w zależności od przewiny żołnierza oraz temperamentu dowódcy. Za drobne przewinienia pechowca mogła czekać grzywna w wysokości kilku srebrników – albo publiczne biczowanie, dopóki skóra nie zacznie złazić z pleców krwawymi płatami.

Z kolei za poważne przestępstwa, na przykład zdradę, zwyczajową karą było zaszycie delikwenta w skórzanym worze wypełnionym wężami i wrzucenie go do jeziora czy rzeki, żeby utonął pożerany żywcem przez oszalałe z przerażenia gady.

Chociaż nigdy nie słyszałem, żeby kogoś tutaj topili z wężami, jestem przekonany, że niektórzy dowódcy przynajmniej raz to rozważali – szczególnie jeśli mieli do czynienia z kimś takim jak Carlos.

– Zgadza się – potwierdziła głośno primus, biorąc się pod boki.

Przerwała swój spacerek i spoglądała teraz na nas ze śmiertelną powagą.

– Chodzi o kilka badań: krew, próbki rdzeniowe, wszystko jak leci. Będziecie musieli przejść też próby obciążeniowe. W tej kampanii nie ma miejsca dla cherlaków. Stawka jest zbyt wysoka.

Próbki rdzeniowe? Nie miałem bladego pojęcia, ki diabeł, i wymieniłem zaniepokojone spojrzenia ze stojącymi wokół kolegami.

– Czekają nas surowe warunki – Turov kontynuowała, jakby wszystko było już jasne. – Musimy się upewnić, że wszyscy podołają zadaniu. W związku z tym zamiast jechać do portu kosmicznego, spędzicie noc tutaj, w Izbie. Nie mamy możliwości przeprowadzenia testów na transportowcach, a „Corvus” dotrze na orbitę dopiero tuż przed odlotem. Badania wykonamy tu na miejscu, a odpowiadał za nie będzie personel Hegemonii.

Przez salę przetoczyła się kolejna fala jęków i towarzyszących im kuksańców. To nie była dobra wiadomość. Chociaż biospecjaliści z legionu bynajmniej się z nami nie patyczkowali, byli jednak po naszej stronie. Większość z nas była już z nimi w boju, a niektórzy nawet nawiązali osobiste relacje.

Z „hegemonami” było zupełnie inaczej. Nie byli naszymi przyjaciółmi. Jeśli reakcja tych dwóch legionistów z Germaniki miała być jakąś wskazówką, będzie naprawdę źle. Większość ludzi z innych legionów już wcześniej na nas pluła, ale teraz – w swoim przekonaniu – mieli prawdziwy powód do nienawiści.

– Jakieś pytania?

Wiedziałem, że nie powinienem, ale mimo to uniosłem dłoń.

– Do jasnej cholery, McGill… – mruknął Harris.

Wiedziałem, dlaczego tak mu zależało, żebym był cicho. Primus Turov i ja znaliśmy się już kawał czasu – i nie wyszło to nikomu na dobre. Na poprzedniej misji kazała mnie rozstrzelać – dzieła dokonał zresztą sam Harris, który zabił mnie z uśmiechem na ustach. Udało mi się z tego wyratować dzięki nieautoryzowanej reanimacji. Turov nigdy się z tym nie pogodziła. Sam fakt, że wciąż oddycham, był źródłem ciągłej irytacji mojej przełożonej. To nie był najlepszy początek jakiejkolwiek relacji, ale liczyłem, że kiedyś w końcu o tym zapomni.

– Sir? – spytałem, gdy wywołała mnie z tłumu. – Czy legion zamierza coś zrobić, żeby przeciwstawić się naszej złej prasie? Chodzi mi o to, że nienawidzi nas już chyba cała planeta. Ludzie myślą, że samodzielnie sprowadziliśmy na Ziemię finansową katastrofę.

Nie wiem, co spodziewała się usłyszeć ode mnie primus Turov – może coś w stylu „którędy do kibla?” – ale jej zszokowany wyraz twarzy zdradzał, że moje pytanie było dla niej autentycznym zaskoczeniem. Wahała się przez chwilę przed odpowiedzią.

– Tu nie chodzi o reputację Legionu Varus – odparła w końcu. – Pamiętajcie wszyscy! Nie robimy tego dla chwały. W naszej robocie sława tylko przysporzyłaby nam trudności. Opinię publiczną uspokoimy, rozwiązując sam problem, a nie bawiąc się w public relations. Naszym celem jest to, żeby znów o nas zapomnieli. Załatwiamy sprawy jak należy, ale bez żadnych fanfar. To jest nasza misja.

Po tych słowach nas odprawiła. Carlos westchnął ciężko.

– Gdy otworzyłeś tę swoją przerośniętą jadaczkę, całe życie mi przeleciało przed oczami – powiedział. – Ale wzięła cię na poważnie. Chyba też nie daje jej to spokoju.

– No pewnie – odparłem. – Nie ma bata, żeby cała górka przeszła nad tym do porządku dziennego. Jak tobie by się podobało, gdybyś latami dowodził taką jednostką tylko po to, żeby ludzie dzień w dzień obsrywali cię w sieci?

– I to jest właśnie najsmutniejsze.

– To znaczy?

Carlos pokręcił głową.

– Chodzi mi o to, że nawet jak uda się nam to naprawić, nikt nas nie doceni. Ludzie przestaną się wściekać, to jasne, ale pewnie nigdy się nie dowiedzą, czego dokonaliśmy. Ani dlaczego.

Zastanowiłem się chwilę i musiałem w duchu przyznać, że pewnie ma rację.

– Ale ta Turov… co nie? – zagadnął mnie Carlos, kiedy skończyliśmy rozkładać instamaty przy kolejowych ślizgach i wyciągnęliśmy się do spania.

Zwyczajowo zasłoniłem sobie oczy ramieniem – tu na dole nigdy nie wyłączali świateł. Na jego słowa odrobinę uniosłem rękę i utkwiłem w nim półprzytomne spojrzenie.

 

– Co z nią? – spytałem.

– Mówię o jej tyłku – wyjaśnił Carlos, pocierając rozmarzoną gębę z przeciągłym ziewnięciem. – Nie udawaj, że nie zwróciłeś uwagi. Jak to jest, że jednocześnie chcę ją przelecieć i zatłuc na śmierć?

Z trudem stłumiłem śmiech.

– Mój ojciec by ci to wyjaśnił. Mówi, że tak właśnie wygląda cała sprawa z małżeństwem.