Fear me

Tekst
Autor:
Z serii: Broken Love #1
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tę książkę poświęcam

każdej pisarce romansów,

która karmi moje serce

romantyczki i fantazje.


Prolog

Dyszałam. Po raz setny w ciągu ostatnich pięciu minut otarłam pot z czoła. Różowy lakier do paznokci, którym ciocia Carissa pomogła mi dzisiaj rano pomalować paznokcie u stóp, mienił się w słońcu.

Wcale nie bawiłam się dobrze.

– Chcesz pograć w klasy? Mam kredę. Różową, jeśli chcesz. Mama mówi, że dziewczyńskie dziewczyny lubią różowy. Masz różową kokardę, więc na pewno jesteś dziewczyńską dziewczyną. Podoba mi się twój kok. Wygląda jak u baletnicy. Jesteś baletnicą? Pokażesz mi parę kroków?

Stojąca nade mną dziewczynka o cichym głosie pospiesznie wyrzuciła z siebie słowa, jeszcze zanim zdążyłam unieść głowę. Gdy to zrobiłam, zobaczyłam błyszczące zielone oczy i pyzatą buzię. Przypominała mi jedną z figurek mamy, które nazywała cherubinami.

– Jestem Willow – oznajmiła.

Nie przestawałam się na nią gapić.

Jej dzika grzywa kręconych, rudych włosów – a właściwie raczej miedzianych – sterczała w każdą stronę, jakby nigdy wcześniej nie miała styczności ze szczotką. Piegi pokrywały każdy centymetr jej twarzy i okalały duże okrągłe oczy. Dziewczynka miała na sobie intensywnie zielone ogrodniczki w żółte stokrotki, a do tego fioletowe trampki.

Wyglądała uroczo.

– Cześć – powiedziałam w końcu, zanim cisza zrobiłaby się niezręczna. Widziałam, że jej pewność siebie zaczyna znikać, bo dalej patrzyłam na nią wyczekująco.

– Jak masz na imię? – zapytała ze zdenerwowaniem. Nie wiedziałam, czy powinnam jej odpowiedzieć. Odniosłam wrażenie, że ciągną się za nią kłopoty, ale nie miałam szansy zareagować, bo wtedy pojawiła się pani o takich samych rudych włosach, tylko schludnie zaczesanych i spływających po plecach.

– Willow – odezwała się pani surowym tonem. – Coś ty zrobiła z włosami? Och, nieważne. Gdzie jest twój brat? Czas wracać do domu.

– Mamoooo – jęknęła mała nieznajoma. – A skąd mam wiedzieć? Buddy ma pięć lat! Jest prawie dorosły.

Byłam niemal pewna, że mówi nieprawdę.

– Willow Olivio Waters – zaczęła matka, robiąc się czerwona na twarzy.

O-o.

– Lake – odezwałam się nagle.

Obie zwróciły się w moją stronę – matka wydawała się zdziwiona, podczas gdy dziewczynka uśmiechnęła się do mnie triumfalnie. To, że poznała moje imię, chyba było dla niej jakimś zwycięstwem. Dziwne.

Przedstawiłam się jej tylko dlatego, że z jakiegoś powodu chciałam odwrócić ich uwagę od sprzeczki, bo nie życzyłam dziewczynce kłopotów, teraz jednak nie wiedziałam, co robić, bo obie się na mnie gapiły.

– Mamo, Lake i ja znajdziemy Buddy’ego i spotkamy się z tobą przy samochodzie – odparła szybko dziewczynka, złapała mnie za rękę i pociągnęła przez plac zabaw.

Minęłyśmy huśtawki, karuzele i drabinki, choć właściwie prawie ich nie zauważyłam, bo dziewczynka ciągnęła mnie zbyt szybko. W końcu zatrzymałyśmy się przy jasnoniebieskich drabinkach. Skoro nawet ośmiolatce wydawały się dość przerażające, to mogłam sobie tylko wyobrazić, jak się czuł młodszy chłopiec w dżinsowych ogrodniczkach, który siedział tam zapłakany. Zastanawiałam się, jak tam wszedł i dlaczego w ogóle się tam znajdował. Te drabinki były przeznaczone dla dzieciaków trzy razy większych od niego.

– Buddy! – krzyknęła Willow.

– Willow, pomóż mi. Nie mogę zejść!

Widziałam, że maluch cały się trzęsie, i zrobiło mi się go żal. Odwróciłam się w stronę jego siostry i spojrzałam na nią wyczekująco, zastanawiając się, co zamierza zrobić, ale ona już nie wyglądała jak żywiołowa dziewczynka, którą poznałam chwilę temu. Wydawała się przerażona. Szturchnęłam ją, co chyba wybudziło ją z transu.

– No i?

– Nie dam rady tam wejść – wyszeptała cicho. Jej zaczerwienione policzki zbladły i spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

Świetnie, ma lęk wysokości…

Obróciłam się, by rozejrzeć się za ich rodzicami, ale zauważyłam, że otaczają nas tylko drzewa, a w pobliżu nie ma żadnego dorosłego, który mógłby nam pomóc. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie lepiej wezwać pomoc, ale chłopiec wydawał się bliski histerii, a Willow ciągle rozglądała się nerwowo po parku.

W czym w ogóle problem? Te drabinki wcale nie wydawały się takie wysokie. Westchnęłam, godząc się z tym, że to ja będę musiała się na nie wspiąć i pomóc jej bratu zejść.

W tej chwili już wiedziałam, że zdradziwszy jej swoje imię, skazałam się na naprawdę długi dzień. Ruszyłam przed siebie i złapałam się pierwszego szczebelka, gotowa się wspiąć, ale wtedy usłyszałam jego głos:

– Stój.

Zamarłam i natychmiast obróciłam się w stronę, z której dobiegał nieznajomy ton. Po raz drugi tego dnia spojrzałam w oczy obcej osobie. Ale te oczy nie błyszczały. Nie… One były mroczne i przypominały mi burzę, której tak bardzo nienawidziłam. Były przerażające i groźne.

W tej chwili wszystko się zmieniło. Nie mogłam przestać patrzeć w jego zaskakujące, szare oczy. Szydziły ze mnie, skłaniały, by odwrócić wzrok, ryzykując konsekwencje.

Nie uciekłam spojrzeniem albo raczej nie mogłam tego zrobić. Nie wiedziałam nawet, czy tego chcę. Chłopak mi się przyglądał i nagle dotarło do mnie, że chciałabym wiedzieć, co o mnie myśli. Musiałam wiedzieć, co widział, gdy na mnie patrzył. Nie byłam pewna, co sama widzę, patrząc na niego, ale nasza reakcja na siebie nawzajem bez wątpienia nie była normalna – była zbyt intensywna. Opierał się swobodnie o drabinkę naprzeciwko miejsca, gdzie zaczęłam się wspinać, ale jego świdrujące spojrzenie dowodziło, że temu spotkaniu brakowało swobody.

Nie potrafiłam stwierdzić, czy był w moim wieku, czy może trochę starszy. Miał zmierzwione ciemne włosy, które częściowo opadały mu na oczy, bo z przodu były trochę dłuższe.

Po jego twarzy o ostrych rysach i kanciastych kościach policzkowych spływały strużki potu. Usta wciąż miał nieco pełniejsze, jak to u dziecka. Przy jego stopach leżała piłka do kosza, więc zgadłam, że dopiero co skończył grać.

– Chcę do domu – usłyszałam stłumiony jęk dobiegający z góry i to wyrwało mnie z odrętwienia. Zdałam sobie sprawę, że grupka dzieciaków zebrała się wokół drabinek i obserwowała, jak Buddy kurczowo trzyma się szczebelków, ale nikt się nie ruszył, by mu pomóc.

Niedaleko stał mniejszy chłopak, który chyba się kolegował z tym groźnym. Patrzył na nas, obserwował naszą cichą wymianę spojrzeń. Nie odpowiedziawszy, postanowiłam iść dalej. Ta dziwna chwila przeminęła, ale wciąż wyczuwałam napięcie. Nie dane mi było postawić stopy na kolejnym drążku, bo on znowu mnie powstrzymał – tym razem kładąc mi rękę na prawej nodze. Z bliska jego oczy wydawały się jeszcze mroczniejsze, aż zamarłam.

Jakim cudem dostał się tutaj tak szybko?

– Nie – powiedział stanowczo, co zabrzmiało niemal jak warknięcie, ale musiało mi się przesłyszeć. Ludzie nie warczą. Chociaż najwyraźniej on to potrafił, bo po chwili ciągnął tym samym tonem: – Sam tam wszedł, to sam może zejść.

Co? To tylko mały chłopiec, pomyślałam gniewnie. Z drugiej strony my też byliśmy mali.

– Posłuchaj, nie wiem, kim ty jesteś ani o co ci chodzi, ale on potrzebuje pomocy i ja mu jej udzielę. Łapiesz? – oświadczyłam pospiesznie, odnalazłszy w sobie odwagę, by się odezwać. Prawdę mówiąc, chłopak śmiertelnie mnie przerażał.

Natychmiast zrozumiałam swój błąd. Ale nie, to nie krzyki otaczających nas dzieciaków sprawiły, że to do mnie dotarło. Chodziło o to, jak chłopak zacisnął rękę na mojej nodze, jak jego oczy pociemniały od gniewu, aż stały się czarne.

Rozejrzałam się i zobaczyłam Willow stojącą w tym samym miejscu, gdzie ją zostawiłam. Przygryzała wargę, a jej twarz wyrażała zdenerwowanie. Założyłam, że bała się o swojego brata, który teraz przestał płakać i przyglądał nam się przerażony.

Mimo to wyrwałam nogę z uścisku chłopaka i wspięłam się wyżej. Szybko dotarłam na szczyt drabinek. Zaczęłam się zbliżać do młodszego chłopca, który potrzebował pomocy.

Nie spojrzałam w dół.

A powinnam była…

Wyciągnęłam rękę w stronę Buddy’ego, a on wytrzeszczył oczy w panice, bardziej niż wcześniej. Powinnam była to uznać za ostrzeżenie, ale tak się nie stało.

Ktoś mnie popchnął i spadłam.

Poczułam taki ból, jakiego jeszcze w życiu nie doświadczyłam. Niemal mnie oślepił po tym, jak upadłam na beton, lądując na lewym boku.

Udało mi się przewrócić na plecy i spojrzeć w górę. Znowu zobaczyłam te burzowe oczy, które patrzyły, jak łzy spływają mi po twarzy. Chłopak już nie wydawał mi się taki piękny. Wyglądał jak potwór, a ja pojęłam, że powinnam się go bać.

– Mówiłam ci, że nie mogę tam wejść – odezwała się Willow gdzieś z oddali. – Keiranowi by się to nie spodobało.

Rozdział 1

• Dziesięć lat później •

Lake!

Wyrwałam się z zamyślenia, gdy rozbrzmiał ostatni dzwonek tego dnia, oznajmiając koniec lekcji i koniec trzeciej klasy liceum.

Przeżyłam.

Wiedziałam dlaczego, chociaż nie byłam na tyle głupia, by odważyć się przyznać to na głos, bo wierzyłam, że powód pojawi się nagle przede mną niczym gradowa chmura.

Bądź poważna, Lake.

Spojrzałam na swoją najlepszą przyjaciółkę, która patrzyła na mnie pytającym wzrokiem. Nie odpowiedziałam, zebrałam swoje książki i stanęłam przy drzwiach. Willow skończyła zbierać liczne kolorowe długopisy, którymi robiła notatki na lekcjach. Taka już była Willow – ekstrawagancka we wszystkim, co robiła, bez wyjątku. Reszta mojej klasy i nauczyciel zdążyli zniknąć, bo wszyscy chcieli już zacząć wakacje. Willow wstała i podeszła do drzwi, a w jej oczach dostrzegłam ten łobuzerski błysk, który nie znikał, odkąd ją poznałam.

 

Na chwilę zamknęłam oczy. Nie myśl o tym.

W milczeniu ruszyłyśmy do fioletowego mitsubishi eclipse zaparkowanego przed szkołą. Oczywiście musiał być fioletowy, inaczej Willow nie byłaby sobą. Obserwowałam ją kątem oka, czekając, aż powie mi, co ją dręczy. Wiedziałam, że nie będę musiała długo czekać, bo była gadułą.

– Słyszałaś już? – zapytała, stając przed drzwiami kierowcy. Czekałam cierpliwie, ale ona zawahała się przed otwarciem drzwi, jakby nie chciała mnie tam wpuścić.

Nie, błagałam ją w myślach. Willow obchodziła się ze mną ostrożnie tylko w przypadku jednego tematu, a raczej w przypadku jednej osoby. Nie wspominaj o nim. Nie wspominaj o nim. Ale ona nie zamierzała mnie słuchać i zupełnie zignorowała mowę mojego ciała. Można by pomyśleć, że po dziesięciu latach będziemy się lepiej rozumieć, ale chyba po prostu czułyśmy się przy sobie zbyt swobodnie, by obchodziły nas takie szczegóły.

– O czym? – Oddychanie stawało się dla mnie coraz trudniejsze. Czasami wydawało mi się, że lubię odczuwać ból, zarówno psychiczny, jak i fizyczny. To chore, prawda?

– Od następnej klasy ma wrócić Mroczny Pan Bainbridge High.

Napotkałam jej zmartwiony wzrok. Chyba nie była tak nieświadoma, jak mi się wydawało. Ona mnie ostrzega.

Oddychaj.

Za każdym razem, gdy o nim wspominano, wykonywałam ćwiczenia na kontrolowanie oddechu, żeby nie zacząć hiperwentylować. Jak na ironię ten problem pojawił się u mnie dopiero po tym, jak on zniknął w zeszłym roku. Po tych wszystkich latach, gdy pozwalałam mu się kontrolować ze strachu, można by pomyśleć, że po jego wyjeździe zacznę skakać z radości.

W końcu udało mi się przywrócić oddech do normy. Uniosłam głowę i zobaczyłam, że przyjaciółka stoi obok mnie i kojąco gładzi mnie po plecach.

– Nic mi nie jest – powiedziałam, ale dopiero gdy się upewniłam, że wzięłam się w garść. – Poza tym mam całe lato, by się przygotować. No i ty zapewnisz mi rozrywkę, bo zawsze masz w planach jakieś lekko nielegalne wygłupy – oznajmiłam, próbując rozluźnić atmosferę. Willow odwróciła wzrok i zaczęła przygryzać wargę. Okej…

Teraz moje serce biło szybko – za szybko. Znowu nie mogłam złapać tchu, gdy czekałam na ostateczny cios, który rozwali mi psychikę.

– Rodzice wysyłają mnie gdzieś na całe wakacje… A poza tym on już tu jest.

Umarłam.


Tak naprawdę wcale nie umarłam – po prostu zemdlałam.

Gdy się obudziłam, stała nade mną szkolna pielęgniarka, przyciskając mi do czoła chłodny okład. Dyrektorka i nauczyciel wuefu siedzieli w kącie z zapłakaną Willow, próbując ją pocieszyć.

– To wszystko moja wina – powtarzała, a dyrektorka Lawrence ją tuliła.

– Obudziła się – oznajmiła pielęgniarka.

Willow rzuciła się w moją stronę, a pozostali na mnie spojrzeli.

– Przepraszam, Lake. Nie powinnam była ci niczego mówić!

Posłałam jej drżący uśmiech, ale nie potrafiłam odpowiedzieć. Nie przy tych wszystkich ludziach. Dyrektorka wtrąciła się, by poinformować nas, że wezwała moją ciocię, która już jest w drodze.

Będzie zadawać pytania. Szybko usiadłam, myśląc, że pora na ucieczkę. Będzie oczekiwać odpowiedzi, a ja nie byłam na to gotowa i właściwie nigdy nie będę. I rzeczywiście bym uciekła, gdyby pielęgniarka nie zniechęciła mnie do tego surowym spojrzeniem.

– Nic mi nie jest. Naprawdę. Willow może mnie odwieźć do domu. – Rozciągnęłam usta w uśmiechu, mając nadzieję, że zaświadczy to o moim dobrym samopoczuciu.

– W przypadku takich sytuacji szkoła jest zmuszona poinformować rodziców lub opiekunów. Postanowiliśmy nie wzywać karetki, bo puls miałaś wyraźny i szybko dochodziłaś do siebie… a potem zaczęłaś mówić.

Mówić? O nie. Co takiego powiedziałam? Było bardzo źle?

Dyrektorka zaczęła coś tłumaczyć, ale się wyłączyłam, bo zastanawiałam się, co takiego mogłam powiedzieć na wpół przytomna. W przeciągu chwili przerobiłam w głowie możliwe scenariusze.

– Lake, słyszałaś mnie? – zapytała ze zniecierpliwieniem.

– Przepraszam, co pani mówiła?

Prychnęła, jakbym marnowała jej czas. Jej irytacja sprawiła, że uśmiech cisnął mi się na usta, ale się powstrzymałam. Nauczyciele w tej szkole byli do kitu, a ja miałam ich wszystkich gdzieś, a było tak głównie dlatego, że postanowili ignorować dręczyciela i jego władzę w szkole. To było tak popieprzone, że brak słów.

– Że powinnaś porozmawiać z panią Gilmore.

Od razu spojrzałam na Willow, zastanawiając się, czy coś im powiedziała, skoro chcieli zaangażować w to szkolną psycholog. Moja przyjaciółka pokręciła głową, wiedząc, o co pytałam.

A więc było bardzo źle.

Na szczęście nie musiałam odpowiadać, bo w tej chwili do gabinetu pielęgniarki wpadła moja ciocia, a za nią zaczerwieniona sekretarka. Moja ciocia miała w zwyczaju panikować.

– Lake! – krzyknęła i rzuciła się w moją stronę, by mnie przytulić. – Co się stało? Dlaczego zemdlałaś? Wszystko w porządku? Niech no cię obejrzę. Nie ruszaj się!

Nawet nie drgnęłam, ale moja ciocia w tym momencie nie zachowywała się zbyt racjonalnie. Byłaby wspaniałą matką, ale nigdy nie miała dzieci ani partnera, mimo że była piękna pod każdym względem.

Bardzo przypominała moją mamę, a swoją siostrę: miała blond włosy, niebieskie oczy, długie nogi, świetne ciało i osobowość. Była też zupełnym geekiem i przepadała za Star Trekiem i wszystkim, co związane z science fiction. Podejrzewam, że właśnie dlatego została bestsellerową pisarką fantasy. Byłam z niej dumna.

Po zniknięciu moich rodziców dziesięć lat temu bardzo się do siebie zbliżyłyśmy. Doszło do tego po… cóż, doszło do tego tamtego lata. Nie wiedziałam, czy rodzice nie żyją, czy zwyczajnie mnie porzucili. Moja ciocia była przekonana, że rodzice nigdy dobrowolnie by mnie nie zostawili. Ale to i tak bolało. Bo zniknęli. Tak po prostu, rozpłynęli się w powietrzu. Dowiedziałam się o tym miesiąc po tamtej sytuacji, do której doszło na placu zabaw. Miałam wtedy urodziny i właśnie wyszliśmy od lekarza po prześwietleniu ręki.

Po tym, gdy ON zepchnął mnie z drabinek, byłam nieprzytomna przez dwa dni i skończyłam ze złamaną ręką. To były dość poważne obrażenia jak na ośmiolatkę. Nigdy nie powiedziałam ani słowa, inni również nie pisnęli. Dorośli po prostu założyli, że spadłam, gdy próbowałam pomóc Buddy’emu. Nawet teraz się zastanawiałam, jakim cudem w tak młodym wieku miał tyle siły i był taki niedelikatny, ale z czasem, po tych wszystkich latach tortur, zrozumiałam, że nie ma w nim niczego delikatnego.

Skup się.

– Kochanie, oni chcą, żebyś porozmawiała ze szkolną psycholog – powiedziała moja ciocia, ale zabrzmiało to bardziej jak pytanie niż stwierdzenie.

Byłyśmy ze sobą blisko, a mimo to nigdy nie powiedziałam cioci o niczym, co przydarzyło mi się w tej szkole, poza nią, w moich koszmarach czy… w moich snach. Znając ciocię, oznajmiłaby, że od razu się przeprowadzamy, ale ja nie mogłam sobie na to pozwolić. Moja ciocia kochała Six Forks. Twierdziła, że to miejsce ją inspiruje. Cokolwiek to znaczy. Po prostu wiedziałam, że nie mogłabym jej tego odebrać.

Więc to wytrzymywałam.

Wytrzymywałam od dziesięciu długich lat, ale wkrótce to się skończy i wtedy będzie po wszystkim, a ja wreszcie odetchnę i będę mogła żyć bez strachu, bez niczyjej kontroli, bez tęsknoty za czymś mrocznym i nieosiągalnym.

Taaa, nie zamierzam teraz o tym myśleć.

Zjawiła się pani Gilmore i od razu przedstawiła się mnie i mojej cioci. Już o niej słyszałam, chociaż nasze drogi nigdy się nie przecięły. Ale jak już mówiłam, do tej pory udawało mi się przeżyć bez jej pomocy.

– Może pójdziemy do mojego gabinetu i tam porozmawiamy na osobności? – zaproponowała.

Nie byłam na to gotowa, ale jaki miałam wybór? Musiałam wiedzieć, co takiego powiedziałam, gdy byłam nieprzytomna.

– Willow, lepiej idź już do domu, co? Dziękuję, że z nią zostałaś, ale jestem pewna, że twoi rodzice się martwią – zasugerowała moja ciocia. Zapomniałam, że Willow wciąż tam była. Pokiwała głową i uśmiechnęła się do mnie nerwowo. Odwzajemniłam ten grymas, ale nie miałam nic więcej do dodania, a przynajmniej nie w tym towarzystwie.

Pani Gilmore zaprowadziła nas do swojego gabinetu, a my podążyłyśmy za nią w milczeniu. Dasz sobie radę. Dotarłyśmy na miejsce i weszłyśmy do środka. Rozejrzałam się. Jej gabinet wyglądał przytulnie, chociaż był nieco zabałaganiony, wszędzie walały się teczki i dokumenty. Ręce mnie świerzbiły, bo poczułam ochotę, by posprzątać w jej gabinecie albo wskazać jej drogę do najbliższego sklepu z artykułami biurowymi, by zakupiła lepsze organizery na dokumenty.

Usiadłyśmy wszystkie i patrzyłyśmy na siebie, nie bardzo wiedząc, co robić dalej. Po kilku chwilach napiętej ciszy moja ciocia odezwała się jako pierwsza:

– Dyrektor Lawrence powiedziała, że Lake coś mówiła tuż przed tym, jak straciła przytomność?

– Tak! Racja. Czasami tak się dzieje, gdy ludzie mdleją, ale chodzi o to, co powiedziała. – Miałam ochotę krzyknąć, by w końcu to z siebie wydusiła, ale musiałam się powstrzymać. – Powiedziałaś… – Na jej policzkach wykwitły rumieńce, a ja poczułam w żołądku jeszcze silniejszy strach. Przełknęłam głośno i poczekałam. – Powiedziałaś… – kontynuowała – „On nie może wrócić”.

Cisza.

W pomieszczeniu znowu nastała zupełna cisza, a ja wręcz czułam ogłuszający ryk upokorzenia i wydawało mi się, że pokój wiruje. Zrobiło się tak cicho, że można by usłyszeć dźwięk spadającej szpilki… na korytarzu. To niemożliwe. Powtarzałam to zdanie w głowie milion razy i prawdopodobnie również na głos.

Ale stało się. Wiedziałam o tym. Moje ciało spięło się tak bardzo, że mogłoby eksplodować. Ale chyba najpierw eksploduje mi głowa, przyznałam. Ciocia wbijała wzrok w szkolną psycholog. Wiedziałam, że się tego nie spodziewała. Ja też nie. Pani Gilmore gwałtownie przycisnęła rękę do ust, jakby nie mogła uwierzyć, że właśnie to powiedziała. To witam w klubie.

– Jest pani pewna… że właśnie to powiedziała? – zapytała moja ciocia.

– Pani Anderson, rozumiem pani zwątpienie, bo sytuacja jest ździebko niepokojąca – odparła. Taaa, no bez jaj. – Ale trener Lyons jest pewien, że dobrze słyszał i że Lake właśnie to powiedziała.

Trener Lyons opiekował się drużyną koszykówki i uczył wuefu. Poza tym należał do fanów mojego dręczyciela, który był również kapitanem drużyny, dopóki w zeszłym roku nie zniknął. Nigdy nie miałam z tym nauczycielem żadnych problemów, ale jemu nigdy nie zależało na niczym poza uszczęśliwianiem swojej gwiazdy koszykówki.

– Muszę więc zapytać… czy w domu są jakieś problemy?

Moja ciocia wyprostowała się, usłyszawszy pytanie i insynuacje kobiety. Chyba nie wiedziała, że moja ciocia miała tendencję do wybuchów, gdy się wkurzy. Nie robiła tak często, ale jeśli ktoś ją sprowokował, to nawet ja się przy niej chowałam.

– Że co proszę? Czy pani sugeruje, że skrzywdziłabym swoją siostrzenicę? Czy pani oszalała?! – krzyknęła. – Idziemy, Lake, bo drga mi prawa ręka.

Wstałam, gotowa do wyjścia, ale pani Gilmore spróbowała szybko naprawić sytuację.

– Pani Anderson, proszę. To tylko rutynowe pytanie, które musimy zadać. To w żaden sposób nie podważa pani roli jako opiekunki. Proszę usiąść – błagała.

Ciocia Carissa nadal wyglądała, jakby zaraz miała się rzucić na tę biedną psycholog, więc postanowiłam się odezwać.

– Pani Gilmore, moja ciocia jest najlepszą opiekunką, o jakiej mogłabym marzyć. Zrobiłaby dla mnie wszystko. Czuję się przy niej bardzo bezpiecznie.

Mina mojej cioci złagodniała po tych słowach.

Sytuacja uratowana.

– Nie wątpię – odparła i uśmiechnęła się przepraszająco do mojej cioci. Obróciłyśmy się, by wyjść, ale jej następne pytanie mnie zatrzymało. – Jeszcze tylko jedno…

Odwróciłam się twarzą do niej.

– Tak?

– Czy to ma jakiś związek z Keiranem Mastersem i jego powrotem od nowego roku szkolnego?