Breaking love. Broken love. Tom 4

Tekst
Autor:B.b. Reid
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4
Willow

Miałam jasny cel. Nigdy jednak nie zrozumiem, jak mogłam w ogóle coś takiego zrobić.

Rozejrzałam się po pomieszczeniu i zobaczyłam na twarzach cały wachlarz emocji: zaskoczenie, niepewność, strach i złość. Rozumiałam je, bo wszystkie miały rację bytu. Od niemal czterech lat nie rozmawiałam i nie widziałam się z tymi ludźmi, więc moje wejście smoka mogło ich wytrącić z równowagi.

Na razie się cieszyłam, że żyję.

Później zajmę się konsekwencjami.

– Czy ktokolwiek zamierza coś powiedzieć, czy jednak ja mam zacząć?

– Wydaje mi się, że tak będzie sprawiedliwie – oświadczył powoli Keenan. – To ciebie ktoś właśnie wyrzucił z pędzącego vana.

– Tak… hmm… to wcale nie było takie przyjemne, jeśli ktoś by się zastanawiał.

– A możesz nam wytłumaczyć, jak do tego doszło?

– Chciałam wbić na wesele. Moje zaproszenie musiało się gdzieś zapodziać, a nie chciałam się zjawić z pustymi rękoma, więc postanowiłam zapewnić wam rozrywkę.

– Willow – ostrzegł Keiran. Widać było, że w ogóle się nie zmienił. Grożenie ludziom nadal było jego ulubioną taktyką. Obok niego stała Lake, moja przyjaciółka, z którą przyjaźniłam się dziesięć lat. Jej widok uderzył mnie najbardziej, bo pierwszy raz w życiu w tych turkusowych oczach nie dostrzegłam żadnych emocji. Były puste, choć czujne.

– No dobrze. Przedstawię wam krótszą, mniej interesującą wersję: złapałam stopa i wkurzyłam jakichś ludzi. To mnie nauczyło, że nie należy jeździć z obcymi.

– Po co to zrobiłaś? – odezwał się ostrym tonem jedyny chłopak, którego kiedykolwiek kochałam. Poczułam dreszcze przebiegające mi po plecach, a następnie kumulujące się w najbardziej unerwionych miejscach mojego ciała. W jego oczach dostrzegałam gniew, ale bardziej przerażała mnie moja reakcja na to. Nie spodziewałam się, że jeszcze go kiedyś zobaczę.

– Ale co?

– Zabrałaś się z obcymi.

– Bo nie miałam innego wyboru.

To przynajmniej nie było kłamstwem.

– Dlaczego nie?

– Bo nie miałam jak tu przyjechać.

Tutaj akurat skłamałam.

Żadne z nich nie wiedziało, że od czterech lat w każdą trzecią sobotę miesiąca odwiedzałam matkę. Udało nam się dochować tej tajemnicy aż do dzisiaj.

Po prostu nie wiedziałam, jak im odpowiedzieć.

– A nie mogłaś do kogoś zadzwonić?

– Przykro mi… mam nowy telefon.

– Kłamiesz – warknął Dash.

– Zapomniałam, że jesteś ekspertem w kłamaniu. Nic dziwnego, że potrafisz to wyczuć.

– A co z twoją matką? Z bratem?

– Nie mogłam się do nich dodzwonić.

– Jaki dziwny zbieg okoliczności.

– Posłuchajcie, przepraszam, że zepsułam wam radosną chwilę, ale to nie wasza sprawa.

– Pozwól, że się, kurwa, nie zgodzę. Zniszczyłaś ślub mojej kobiety. Jeśli nie zaczniesz gadać, zadbam o to, byś zaczęła śpiewać.

Zanim ktokolwiek zdążył się ruszyć, Keenan zerwał się z krzesła i przemierzył pokój. Wyraźnie dostrzegałam agresję w jego oczach. Zdziwiło mnie to – wcześniej zawsze był wyluzowanym żartownisiem.

Jego furia przypomniała mi, że już nie znam tych ludzi.

To już nie są moi przyjaciele.

Keenan się zbliżał, ale ja się nie ruszyłam, chociaż niepokój spiął wszystkie moje mięśnie. Dash szybko zasłonił mnie własnym ciałem, ale wiedziałam, że nie zrobił tego po to, by mnie chronić.

Sheldon, która do tej pory nie odezwała się jeszcze ani słowem, zdążyła go złapać. Keiran i Lake również rzucili się w jego stronę, ale martwili się o niego, nie o mnie.

Powinnam stąd wyjść, żeby zebrać myśli.

Kiedy wylądowałam dzisiaj po południu, nie spodziewałam się takiego rozwoju wydarzeń. Trafiłam do jaskini lwa, ale w tym momencie już nie wiedziałam, kto jest lwem, a kto ofiarą.

Byłam sama i będę sama już zawsze, jeśli nie zrobię tego, co mi kazano. Nie tylko moja przyszłość była tutaj stawką, ale również życie mojej matki i brata.

– Chyba powinnam już sobie iść. – Wcale nie byłam suką, za którą wszyscy mnie tutaj mieli, więc spojrzałam Sheldon w oczy i starałam się odnaleźć właściwe słowa. Kiedyś była moją przyjaciółką, a ja właśnie zniszczyłam najprawdopodobniej najpiękniejszy dzień w jej życiu. – Sheldon, nie…

– Co tu się dzieje? – Do biblioteki wpadli państwo Chambers, a za nimi podążała ciemnowłosa dziewczynka. Doskonale wiedziałam, kim była. Podobieństwo było wręcz uderzające. – Goście zaczynają się martwić.

– Mamusiu, tatusiu, będę rzucać kwiatki. – Dziewczynka uniosła koszyk z płatkami, niemal podskakując z ekscytacji. Była uosobieniem niewinności.

– Kennedy. – Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to ja się odezwałam. Wszyscy spojrzeli na mnie pytająco. Wiedziałam, że Sheldon zaszła w ciążę w dniu balu, ale nigdy nie widziałam tego dziecka. Pamiętam, że zawsze lubiła imię Kennedy, więc założyłam, że właśnie tak nazwała swoją córkę.

– Cześć – przywitała się wesoło dziewczynka. Wyciągnęła w moją stronę rękę i otworzyła dłoń, w której trzymała pomarańczowe płatki kwiatów.

– Och… eee… dziękuję. – Czułam się tutaj bardzo nie na miejscu, jak nieproszony gość, za wszystko odpowiedzialny, chociaż wcale się o to nie prosiłam.

Nie mogłam pozwolić, by poczucie winy przyćmiło mój zdrowy rozsądek. Nie miałam wyboru, co oznaczało, że nie powinnam mieć również wyrzutów sumienia.

– Przepraszam, a kim pani jest? – zapytał ojciec Dasha.

– Tato, pamiętasz Willow? Była przyjaciółką Sheldon – wyjaśnił Dash.

Byłam. Jakbym już nie była.

Kurde, zabolało.

Zabolała mnie też pogarda wobec mnie, ale i naszego związku. Kiedyś byłam również jego przyjaciółką.

Więcej – ja go kochałam.

Tak naprawdę miłość sama w sobie nigdy nie była problemem. Bycie z nim oznaczałoby jednak, że muszę poświęcić znacznie więcej, niż miałam. Oznaczałoby, że muszę zaryzykować i uwierzyć, że pewnego dnia on przestanie mnie postrzegać jako błąd.

– Ach, tak – odpowiedział z zadowoleniem, ale spojrzenie mężczyzny sugerowało, że moja obecność mu się nie podoba i że w ogóle mnie nie pamięta. Bo niby skąd? Byłam przecież wstydliwym sekretem Dasha i już zawsze bym nim była, gdybym uwierzyła w jego kłamstwa.

– Ślub powinien był się zacząć dwadzieścia minut temu. Dlaczego wszyscy są tutaj? Sheldon, czemu jeszcze nie jesteś ubrana?

– Mieliśmy mały problem, który musieliśmy rozwiązać.

– A o co chodzi? – zapytała ich matka, rzucając mi pełne dezaprobaty spojrzenie. Wyraźnie miała mnie za intruza.

– O nic, co mogłoby cię zmartwić. Wymyśl jakąś wymówkę dla gości.

– O BOŻE. Ona chyba nie jest jednym z „problemów” Keenana, prawda? O co chodzi? Chce pieniędzy?

– Mamo, dość tego. Nic w tym stylu. A teraz proszę, zostaw nas na chwilę.

Ich matka wyglądała, jakby chciała zaprotestować, ale postanowiłam się wtrącić, bo już nie mogłam znieść kolejnych przytyków wobec mojej osoby.

– W porządku. I tak miałam wychodzić. Przepraszam, że przeszkodziłam.

Udało mi się opuścić bibliotekę i nikt mnie nie zatrzymał, więc skierowałam się do najbliższego wyjścia. Mięśnie bolały mnie po tym, jak zostałam wyrzucona z vana, ale zignorowałam ból i skupiłam się na ucieczce.

Słyszałam, że ktoś w oddali woła mnie po imieniu. Gdy głos stał się wyraźniejszy, przyspieszyłam.

– Nie – powiedział, zaciskając rękę na moim ramieniu. – Jeśli masz zamiar stąd wyjść, to odwiozę cię tam, gdzie chcesz.

– Dzięki, ale nie potrzebuję twojej pomocy. Sama sobie poradzę.

– Jasne – mruknął sarkastycznie. Nie miałam szansy odpowiedzieć, bo pociągnął mnie w stronę swojego samochodu. To wszystko działo się tak szybko, że dosłownie zakręciło mi się w głowie. Teraz widziałam ich dwóch i nie wiedziałam, którego miałabym błagać, żeby zostawił mnie w spokoju. Dudniło mi w głowie i zwolniłam, musiał mnie dosłownie ciągnąć.

– Dash, zaczekaj.

Spojrzał na mnie i wyczuł mój opór. Wszystko mnie nagle przytłoczyło: stres po porwaniu i szantażowaniu, a także to, że znowu zobaczyłam przyjaciół, których opuściłam, i osobę, której nie powinnam kochać.

Nogi się pode mną ugięły i upadłabym, gdyby w ostatniej chwili mnie nie złapał.


– Wysłałam gości do domu. Myślisz, że powinniśmy zabrać ją do szpitala?

– Doktor Carson już tutaj jedzie, żeby ją obejrzeć.

– Co się stało? – spytała Sheldon.

– Nie wiem. – Dash westchnął. – Zaproponowałem jej podwózkę, a ona zemdlała. – Wyczuwałam stres w jego głosie. Gdybym otworzyła oczy, na pewno zobaczyłabym jego zmarszczone czoło. Zamartwianie się problemami innych bardziej niż swoimi było typowe dla Dasha. On żył dla innych, a nie dla siebie.

– Jesteś pewien, że jej to zaproponowałeś? Czy raczej zażądałeś, że ma z tobą pojechać? – Gdybym nie udawała, że wciąż jestem nieprzytomna, tobym się roześmiała. Sheldon zawsze lubiła wiercić dziurę w brzuchu i nigdy nie miała przed tym oporów.

– A czy to ma jakieś znaczenie? – W jego głosie wyraźnie słyszałam frustrację, która z każdą sekundą przybierała na sile. – Jak miałem przewidzieć, że zemdleje?

– Może uderzyła się w głowę. Może ma wstrząśnienie mózgu. Nie powinniśmy spróbować jej obudzić?

Dash nie odpowiedział. Po chwili wyczułam, że przysunął usta do mojego ucha. Wyszeptał:

– Ty już jesteś przytomna, prawda?

Mimowolnie otworzyłam oczy i zobaczyłam, że Dash rzeczywiście się nade mną pochyla. Jedną rękę oparł obok mojej głowy, a drugą przeczesywał mi włosy, jakby miał do tego prawo.

 

Miałam ochotę uciec, ale to, że nade mną wisiał, skutecznie mnie powstrzymywało. Sądząc po jego zarozumiałym uśmiechu, domyśliłam się, że zrobił to specjalnie.

– Muszę stąd wyjść.

– Ja pierdolę, w końcu. A więc nic ci nie jest! – pisnęła Sheldon. Na szczęście odepchnęła swojego brata, więc przestaliśmy patrzeć sobie w oczy. Nagle mnie przytuliła. Tego się nie spodziewałam, myślałam, że raczej nie będzie się do mnie odzywać, a nie przytuli, jakbyśmy wciąż się przyjaźniły.

– Muszę stąd wyjść – powtórzyłam.

Nie mogłam tego znieść. Poczucie winy było zbyt przytłaczające.

Nie odepchnęłam jej, po prostu się odsunęłam, nie udało mi się jednak zamaskować moich intencji. Widziałam, że ją to zabolało. Że ubolewała nad naszą utraconą przyjaźnią.

Odchrząknęła i odwróciła wzrok. Moja nieobecność ją bolała, ale odepchnięcie raniło jeszcze bardziej.

– J-jak się czujesz? – wystękała. Wyglądała, jakby nie mogła się po tym spotkaniu pozbierać. Zerknęłam na Dasha i domyśliłam się, że to zauważył. Wyglądał, jakby chciał mnie zabić.

– Wszystko w porządku.

– Nie wyglądasz, jakby było w porządku – zauważył ktoś.

Zwróciłam się w stronę głosu dobiegającego z drugiej części pokoju. Zauważyłam Lake, która opierała się o ścianę. Na twarzy miała tę samą beznamiętną maskę co wcześniej.

– Ale jest okej.

– Hmm – mruknęła.

Z czym ona, do cholery, miała problem?

Och, no tak, Willow. Przecież odeszłaś.

Ona jednak zrobiła to pierwsza.

Żeby być z nim.

Nigdy w życiu nikogo nie nienawidziłam, ale po tym, jak mnie zostawiła, nie potrafiłam inaczej opisać tego, co czułam.

Z jednej strony życzyłam mu śmierci, chociaż wiedziałam, że to lekka przesada. Lake i ja się przyjaźniłyśmy, a oni byli zakochani. Niestety dziewczyna, która wierzyła w tego typu bzdury, została zastąpiona kimś, kto życzył mu jak najgorzej, i po czterech latach w końcu nadarzyła się okazja.

Chciałam włożyć rękę do kieszeni kurtki i wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mam jej na sobie. Zaczęłam się rozglądać spanikowana.

– Gdzie jest moja kurtka?

– Uspokój się, zanim znowu zemdlejesz. Tutaj jest. – Dash podniósł ubranie z najbliższego krzesła i rzucił je w moją stronę. Złapałam kurtkę w powietrzu i włożyłam.

– Gdzie ci się tak spieszy?

– Po prostu chcę się znaleźć jak najdalej stąd. – Już przekręcałam klamkę, gdy usłyszałam:

– Zanim znowu uciekniesz, mogłabyś chociaż przeprosić moją siostrę za to, że zniszczyłaś jej ślub. Nie jestem pewien, czy zauważyłaś, ale przez ciebie dzisiaj nie doszło do ceremonii.

– Nie, Dash. Naprawdę nic się nie stało.

– Gówno prawda. Przecież ona nawet nie chce wytłumaczyć, po co tutaj przyjechała.

– Mówiłam ci, że…

– Chodziło mi o wiarygodne wyjaśnienie – przerwał mi.

– Pożegnaliśmy się dawno temu, Dash. Tobie akurat nic nie jestem winna. – Obróciłam się w stronę Sheldon, ignorując podejrzliwy wzrok Lake. – Naprawdę bardzo cię przepraszam, Sheldon. Nie chciałam, żeby tak wyszło.

Nie poczekałam, aż przyjmie przeprosiny, bo na to nie zasługiwałam.


Biegłam tak szybko, jak tylko mogłam. Nieważne, jak daleko bym się znalazła, i tak nie byłabym bezpieczna. Wciąż czułam na sobie oceniający, oskarżycielski wzrok Dasha. Niedługo potem dotarło do mnie, że jestem w połowie drogi – domy moich rodziców i Dasha dzieliło jakieś osiem–dziesięć kilometrów. W płucach mnie paliło, nogi bolały, ale to nie miało znaczenia. Chciałam tylko znowu się poczuć bezpiecznie.

A nie ma jak w domu. Nie ma jak w domu. Nie ma jak w domu.

Pozostałe kilometry pokonałam marszem, aż w końcu dotarłam do celu. Na podjeździe stał zniszczony brązowy samochód mojej mamy.

– Gdzieś ty była? Czekałam na ciebie na przystanku. Co się stało z twoimi ubraniami?

Ruszyłam na górę do swojego starego pokoju, a mama podążyła za mną, jak zwykle zasypując mnie pytaniami i nie dając mi dojść do słowa. Charles skinął mi głową na powitanie, siedząc na wózku inwalidzkim ustawionym naprzeciwko telewizora.

– Upadłam.

– Ale gdzieś ty była?

– A ty gdzie? – warknęłam ostro i z wyrzutem. Przez całą drogę powrotną myślałam o tym, że gdyby matka chociaż raz pomyślała najpierw o swoich dzieciach, a potem o sobie samej, to nigdy nie zobaczyłabym się znowu z Dashem i resztą.

– Cóż, gdybym wiedziała, że wrócisz tak późno, to w ogóle nie pozwoliłabym ci się tu zjawić i robić tyle hałasu. A co, gdyby Charles spał? Przecież wiesz, że ma problemy z zasypianiem.

– Coś ty powiedziała?

– Trzeba było zostać tam, gdzie byłaś, a nie truć nam dupę.

Zacisnęłam zęby i wypuściłam powietrze przez nos, żeby opanować gniew i wykrzesać z siebie resztki cierpliwości.

– Sama się upierałaś, że powinnam przyjechać, pamiętasz?

– Co za córka nie odwiedza rodziców w święta? Nie wiem, jakie życie teraz wiedziesz, Bóg jeden wie, co cię teraz zajmuje, ale masz mnie szanować.

– Tak, mamo. – Tylko udawałam pokorną. Już jako dziecko się nauczyłam, że z matką lepiej nie dyskutować.

– Willow? – Na piętrze rozległ się głęboki, teraz już zdecydowanie bardziej męski głos mojego braciszka, który nie był dłużej pryszczatym wypierdkiem. Nie widziałam go od sześciu miesięcy. Był jeszcze większy niż wcześniej, jeśli to w ogóle było możliwe. Ciemne blond loczki dodawały mu chłopięcego uroku, ale ogólnie był już dorosłym facetem.

– Cześć, Buddy! – Zignorowałam mamę i weszłam na górę, żeby przytulić brata. Otoczył mnie szerokimi ramionami i obrócił.

– Przyszłaś minutę temu i już się kłócisz z mamą?

– Tak, to mój życiowy rekord. Co ty tu jeszcze robisz? Myślałam, że będziesz na uczelni. – Zazwyczaj Buddy przyjeżdżał do domu tylko na chwilę, tak jak ja. Nasza matka była nieznośna nawet wtedy, gdy miała dobry dzień, a z Charlesem nigdy nie łączyła nas bliska relacja.

– Mama powiedziała, że wracasz, więc nie mogłem przegapić okazji do spotkania z moją siostrzyczką. – Poczochrał mi włosy, a ja próbowałam mu się wyrwać.

– Ale to słodkie. Czyli dziewczyny jeszcze nie wróciły na uczelnię?

– Obecnie nie ma żadnych atrakcyjnych. Jutro wyjeżdżam, ale skoro już mowa o nieatrakcyjny dziewczynach, to co ci się stało?

Uderzyłam go w ramię, a on jęknął.

– Upadłam.

– Jak? Wyglądasz okropnie.

– To nie jest teraz ważne. Chodź, opowiesz mi o szkole i swoich najnowszych podbojach, co?

Rozdział 5
Dash

Nie powinienem był dopuścić do jej odejścia. Ta myśl nieustannie kołatała mi się w głowie. Odkąd Willow zniknęła wczoraj wieczorem, nie byłem w stanie przestać o niej myśleć.

Pragnąłem jej jak nikogo na świecie i dopiero kilka godzin temu postanowiłem, że ją odzyskam.

Ale najpierw musiałem ją znaleźć.

Patrzyłem na miasto za oknem i zastanawiałem się, gdzie była przez te wszystkie lata. Najbardziej nurtowało mnie to, dlaczego się pojawiła tak nagle. Mogła co najwyżej odwiedzić rodziców, którzy twierdzili, że nie utrzymują z nią kontaktu.

Albo to było kłamstwo, albo oni sami się nie spodziewali jej wizyty i byli teraz w ciężkim szoku. Do niedawna jeszcze sam myślałem, że może być martwa, chociaż moje serce nie chciało jej opłakiwać.

Nagle odezwał się telefon leżący na moim biurku. Zerknąłem na wyświetlacz i zobaczyłem, że dzwoni ochroniarz mojego ojca, który teraz pracował dla mnie.

– Mów.

– To nie było trudne – odezwał się Fisher, szef ochrony. – Namierzyliśmy ją w domu matki, tak jak pan zakładał. Właśnie stamtąd wyszła.

– A teraz kieruje się na lotnisko, prawda?

– Wkrótce się dowiemy. Nadal jest w drodze, ale ją śledzimy. Mamy ją zatrzymać?

– Nie. Macie za nią jechać. Sprawdźcie, dokąd poleci samolot, do którego wsiądzie, a potem dajcie mi znać.

– Przyjąłem.

Po niemal czterech latach w końcu się dowiem, dokąd uciekła, gdzie się przede mną ukrywała. Połączyłem się ze swoją asystentką, która natychmiast odebrała, mimo że była niedziela.

– Celesha, przygotuj odrzutowiec do lotu. Masz na to pół godziny.

Po dotarciu wraz z ochroną na lotnisko zmieniłem zdanie i odwołałem lot. Gdy odpinałem pas i wysiadałem z samochodu, nie mogłem nad sobą zapanować.

Stwierdziłem, że nie dam jej nigdzie wylecieć.

Udało mi się tu dotrzeć krótko po niej. Musiałem dać asystentce podwyżkę, bo się postarała.

Pędziłem chodnikiem w stronę lotniska, stąpając ciężko. To cud, że droga pode mną nie pękała. Gdy wszedłem głównym wejściem na lotnisko, dotarło do mnie, że nie zostało mi wiele czasu. Chciałem, żeby moja twarz była pierwszym, co Willow zobaczy, gdy zrozumie, że nie udało jej się znowu uciec.

Moi ludzie obstawili wszystkie wejścia. Podszedłem do bramki, gdzie ludzie w kolejce czekali na odprawę. Wkrótce potem zauważyłem jej miedziane włosy, tylko że tym razem nie tworzyły na głowie artystycznego nieładu – były ściągnięte w ciasny kok. Gdy ludzie się przesunęli, zobaczyłem jej ubrania.

Jej apetyczna sylwetka skrywała się pod schludnym i nudnym strojem. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom – obcisła kremowa spódnica do kolan, nieskazitelna biała bluzka z głębokim dekoltem pokazującym fragment piersi i te rozsypane po nich piegi.

Dobrze pamiętałem te pieprzone piegi.

Skupiłem wzrok na kremowych szpilkach i poczułem, że mój fiut robi się twardszy, bo właśnie sobie wyobraziłem, jak Willow w tych butach zaciska wokół mnie nogi, a ja wchodzę w jej mokrą szparkę.

Tak bardzo pochłonęły mnie te wizje, że nawet nie zauważyłem, kiedy przede mną stanęła.

– Co ty tutaj, do cholery, robisz? – zapytała jadowitym głosem, co dla mojego zboczonego umysłu zabrzmiało zajebiście seksownie.

– Najwyraźniej popełniam jeszcze jeden błąd. Wyglądasz… inaczej. – Wczoraj nie była tak ubrana… a może była? Ze względu na okoliczności nie miałem okazji się jej przyjrzeć.

– Musiałam dorosnąć. Jak wszystkie dzieci, prawda? Dorastamy, zapominamy o marzeniach i zajmujemy się obowiązkami.

– To twoje słowa czy twojej matki?

– A czy to ma jakieś znaczenie? Już nie mamy po siedemnaście lat, Dash.

– A więc w końcu jej się to udało. Zmieniła cię w córkę, której zawsze chciała, i zmusiła cię, żebyś zapomniała o tej części siebie, której ona nie mogła zdzierżyć.

– Nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz bladego pojęcia. Minęły cztery lata, Dash. Ty już w ogóle mnie nie znasz.

– To nie do końca prawda.

– Słucham?

– Nie minęły dokładnie cztery lata.

– A co, liczyłeś?

– Nie. Ale najwyraźniej jestem lepszy z matematyki. – Podobało mi się to, że udało mi się ją urazić, choć szybko ukryła swoją reakcję.

– Dlaczego mnie śledzisz?

– Chciałem sprawdzić, gdzie znowu się zaszyjesz.

– To nie twoja sprawa, a teraz wybacz. – Próbowała mnie obejść, ale położyłem jej rękę na ramieniu i powstrzymałem ją. – W razie gdybyś nie zauważył, na lotnisku jest pełno ludzi. Odsuń się albo zacznę krzyczeć.

– To nic nie da. Trafię do aresztu, a ty uciekniesz albo… tak będzie ci się zdawać. – Uśmiechnąłem się drwiąco, bo widziałem, jak para niemal bucha z jej uszu. – Wystarczy jeden telefon, a zostanę wypuszczony… – Nachyliłem się, jakbym chciał ją pocałować, ale się powstrzymałem. – I wtedy się dowiem, gdzie jesteś.

– Nie mam na to czasu. – Puściłem ją, kiedy szarpnęła ręką. Patrzyłem, jak kieruje się do wyjścia zamiast do bramki. Miała tylko niewielką torbę na ramieniu, w której zmieściłyby się ubrania na jeden dzień. Nie wiem, z jakiego powodu zjawiła się w Six Forks, ale nie planowała zostać tutaj długo, co zaintrygowało mnie jeszcze bardziej. A także zirytowało.

Kiedy opuściła lotnisko, podążyłem za nią, trzymając się tuż za szefem mojej ochrony, któremu kazałem ją śledzić. Willow się obróciła, jakby mnie wyczuła. A może to był zwykły instynkt? Zobaczyła mnie, zaklęła pod nosem i przyspieszyła.

Skierowała się w stronę kolejnego czekającego ochroniarza i wtedy dałem znak.