Czarna GóraTekst

Z serii: Światy Pilipiuka #12
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czarna Góra
Czarna Góra
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 87,33  69,86 
Czarna Góra
Czarna Góra
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Światy Pilipiuka

Czarna Góra

Decha

Dwie czaszki

GROM

Jesienny sztorm

Karta redakcyjna

Okładka


Światy Pilipiuka

1 2586 kroków

2 Czerwona gorączka

3 Rzeźnik drzew

4 Aparatus

5 Szewc z Lichtenrade

6 Carska manierka

7 Reputacja

8 Litr ciekłego ołowiu

9 Wilcze leże

10 Zły las

11 Przyjaciel człowieka

12 Czarna Góra

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Czarna Góra

Październik 1871, Antonowka, gubernia permska

Wiatr ciągnący ze wschodu pachniał ostro mrozem i nadchodzącą zimą. Kolejne podmuchy swobodnie hulały uliczkami miasteczka. Paweł Skórzewski, nie zwalniając kroku, ominął błotnistą kałużę i zaciągnął pas o dwie dziurki. Od razu zrobiło mu się jakby odrobinę cieplej. Wicher cisnął wędrowcom w twarze jakieś paździerze, poderwał na chwilę poły znoszonych płaszczy, próbował zerwać czapki, a potem, jakby zawstydzony własnymi wybrykami, pomknął gdzieś dalej.

Czy przyjemniej umierać w ładny dzień, czy w taki jak ten? – zadumał się chłopak.

Zakręcili. Szli opłotkami osady. Domy, które mijali, były, o ile to możliwe, coraz brzydsze i bardziej zapuszczone. Za krzywym chruścianym płotem ponuro zawył pies. Od strony stacji dobiegł ich gwizd parowozu. Jakiś staruszek wbił wzdłuż ściany chaty tyczki i teraz upychał za nie snopki ogaty. Na ich widok w milczeniu uchylił czapki. Odpowiedzieli tym samym.

– Zima idzie – mruknął pan Seweryn. – Da nam się we znaki, oj, da...

– Młody jesteś – uśmiechnął się pan Piotr. – Ja pamiętam z dzieciństwa lato roku szesnastego i zimy, które po nim przyszły. W Polsce były wówczas gorsze mrozy niż dziś na Syberii. Powiadali, że to od pyłów wulkanicznych w atmosferze. Żółte mgły i zachody słońca tak krwawe, że nigdy już potem podobnych nie widziałem.

Umilkli, bo znów dmuchnęło im w twarze.

Co za dziura, westchnął w duchu Paweł. Jakby wynurzyła się z błota i teraz ponownie zapada się w błoto.

Wszystkie ściany, które widział, były krzywe. Wszystkie dachy zapadnięte, poszarzałe, porośnięte mchem. Tylko nieliczne domostwa miały rynny. Każda deska w zasięgu wzroku zdawała się popękana, spaczona albo wypróchniała, a często jednocześnie popękana, spaczona i wypróchniała.

Doszli do szerszej uliczki, wymoszczonej resztkami dranic, gontów oraz grudami polepy i kawałkami gruzu z rozebranych domów. Tu szło się łatwiej, ale buty i tak mieli już przemoczone.

Drewniany zajazd, pamiętający zapewne czasy cara Pawła, głęboko wrósł w glebę. Przed bramą kilka lat temu ugrzęzła zniszczona arba. Zapadła się w ziemię niemal po osie, dyszle smutno sterczały ku niebu.

W głównej sali gospody trwała zabawa. Trzej Polacy skrzywili się, słysząc knajacką piosenkę, wywrzaskiwaną przez kilku pijanych rzezimieszków.

Zaszli od tyłu głównego budynku. Drzwi były niskie, musieli schylić głowy, by nie uderzyć czołami w belkę naproża. W sieni cuchnęło stęchlizną i przekiszoną kapustą. Właściciel musiał ich oczekiwać, bo zaraz zszedł po krzywych schodach ze świeczką w ręce. Nawet się nie przywitał.

– Na lewo – zakomenderował.

Przerobiony ze starej komory pokoik był ciasny i ciemny. Niewiele światła wpadało przez okno przeszklone mętną szybą, pełną purchli, nierówności i przebarwień. W pokoju czuć było zastarzałym potem, stęchlizną, mysim siuśkami i pluskwami. Szpary w deskach ścian polepiono jakimś kitem, ale to raczej nie powstrzymało inwazji robactwa. Podłoga spróchniała, od dawna wymagała wymiany.

Pijacka piosenka docierała aż tutaj.

We wnętrzu było niewiele sprzętów. Łóżko, kulawe krzesło, stołek z wpuszczoną miską, półka, na której stała poczerniała ze starości ikona oraz leżał kawałek zeschniętego mydła.

Przybyli stali przez chwilę w milczeniu z obnażonymi głowami. Nieboszczyk leżał na sienniku, spod cienkiego koca sterczały bose stopy, z dawno nieobcinanymi paznokciami. Prześcieradła ani obleczenia pledu najwyraźniej nie miał. Poduszka była poprzecierana, z dziur sterczały kłaczki sfilcowanej wełny.

– Ot, pochorował trochę i przekręcił się... Był Polakiem, tak jak wy. – Gospodarz żuł słomkę kącikiem ust. – To i pomyślałem, że wy go powinniście pochować wedle waszych zwyczajów i odmówić nad grobem wasze modlitwy... Uriadnika zawiadomiłem.

Po prostu nie chce zająć się pogrzebem, przeleciało Pawłowi przez myśl. Ale, z drugiej strony, pogrzebać rodaka to faktycznie nasze zadanie. Ciekawe, czemu sienniki i materace zawsze robią w paski – pytanie pojawiło się znikąd i zaraz uleciało, pozostając bez odpowiedzi.

– Ubranie jakieś do trumny by się przydało – odezwał się pan Piotr.

– Rzeczy w zasadzie nie zostawił, ot tyle, co tam leży. – Gospodarz wskazał kupkę łachów przewieszonych przez oparcie krzesła. – A w tej kapocie przybył... – Spojrzał na złachaną kurtkę, smętnie zwisającą z kołka, i pokiwał frasobliwie głową. – No i torba jeszcze, ale w środku ani grosza, tylko papierów trochę. Chorował dłuższy czas, do pracy nie chodził, to i nic dziwnego, że kończyły mu się pieniądze. Tydzień temu położył się i już nie wstał. Czynsz mi był dłużny za trzy miesiące. – Zrobił zbolałą minę, ale wyszło sztucznie.

Oczy Rosjanina łypnęły chytrze, widocznie liczył, że poczują się w obowiązku uregulowania za nieboszczyka ostatnich długów. Nikt jednak nie podjął tematu.

– Pawle – odezwał się wreszcie Piotr – idź do stolarza po trumnę. Dobrze by było, gdyby na wieczór zrobił. Daj mu rubla zadatku, resztę potem dopłacimy. Czuwanie przy zwłokach urządzimy u mnie, tu za mało miejsca. Weź tę torbę z papierami. Przejrzyj wszystko, trzeba napisać list, zawiadomić rodzinę, o ile takową miał... Ja wiem tyle, że miał na imię Antoni.

– Antoni Kowalski – powiedział gospodarz. – Tak przynajmniej miał wpisane w paszporcie, ale czy to aby jego paszport?

– Pokażcie.

Książeczka była wymięta i poplamiona, jakby kiedyś przemokła wraz z właścicielem. Wynikało z niej, że Antoni Kowalski urodził się w 1830 roku w Płocku. Rysopis mniej więcej się zgadzał. Wbito też pieczęć i umieszczono adnotację o zwolnieniu z katorgi po odbyciu kary.

– Że niby ma mieć niespełna czterdzieści lat? – Pan Piotr spojrzał w zadumie na nieboszczyka. – Hmm...

– Jest niewiele starszy ode mnie, ale dałbym mu trzy dekady więcej – rzucił milczący dotąd pan Seweryn. – Z drugiej strony, jeśli był na katordze... Za każdy rok w warzelni soli albo w garbarni można śmiało trzy liczyć. Zobacz nadgarstki. Takie blizny zostają, gdy się kilka lat tyra przykutym do taczek w kopalni.

– Tak, masz rację. Ano cóż, godzi się oddać rodakowi ostatnią posługę. Myślę, że trzeba sprowadzić tu wózek i trumnę, przełożymy ciało, zawieziemy do mnie. Tam się je obmyje i ubierze. Tych szmat nie ma co brać, damy biedakowi jakąś koszulinę i spodnie. Buty...

Pod łóżkiem stały zniszczone ciężkie trepy. Skóra rozeschła się i popękała. Wierzchy i cholewki były kompletnie zdefasonowane, pogniecione w harmonijkę. Podeszwa odchodziła. Chłopak spojrzał na sterczące z przyszwy pordzewiałe gwoździki.

– Jak najeżona zębami paszcza krokodyla... – mruknął.

– No ale jak to tak, do trumny bez butów? – pokręcił głową pan Seweryn.

– Są jeszcze łapcie z brzozowego łyka gdzieś głębiej pod łóżkiem – podpowiedział gospodarz. – Bida z nędzą, niech się cieszy, że trumnę mieć będzie.

– Jutro go pogrzebiemy – rzekł pan Piotr. – Bez księdza, bo i skąd...

– A ten wasz, co to pieszo po Syberii chodzi? – burknął Rosjanin. – Był u was w zeszłym roku. Gdybyście go zawezwali telegraficznie... Zimno teraz, zmarły może i tydzień poleżeć.

– Ojczulek Józef Szwermicki? On jest proboszczem w Tobolsku. Może za dwa lub trzy lata znów ruszy w podróż duszpasterską. Kto wie, może wtedy i nas odwiedzi. Ale może chociaż u siebie w kościele mszę za nieboszczyka odprawi? To dobry pomysł, zaraz rano napiszę.

Ilu jeszcze naszych tak umrze, w skrajnej biedzie, chorobie i samotności. Z dala od domu, z dala od kraju, bez towarzystwa bliskich, bez ostatniego namaszczenia, na wygnaniu... – myślał Paweł, brnąc przez błoto do warsztatu stolarza. Ilu zostanie tak pogrzebanych, bez księdza, w miejscu, gdzie nigdy nie dotrą ich bliscy, by pomodlić się na mogile? W Polsce na pewno też bywa czasem podobnie, jednak... To co innego. To, co w kraju stanowi smutny wyjątek, na Syberii jest powszechne.

 

*

Do wieczora zostało niewiele. Trumnę wniesiono do głównego pomieszczenia, oparto na dwóch krzesłach, przygotowano świece. Na nocne czuwanie przy zwłokach zapowiedzieli się niemal wszyscy Polacy z Antonowki i jeden Niemiec, inżynier z Bawarii, też katolik.

Przy obmywaniu ciała odkryli przypuszczalną przyczynę śmierci. Nieznajomy miał na udzie dwie paskudne rany. Jedna zagoiła się dużo wcześniej i pozostała po niej tylko ohydna blizna. Druga najwyraźniej nie mogła się wygoić, jakiś czas temu znów się zaogniła i otworzyła. Wypełniała ją żółta cuchnąca ropa, skóra wokoło poczerniała. Żyły i tętnice biegnące od rany były sine i nabrzmiałe.

– Gangrena poszła – ocenił pan Seweryn. – Albo coś podobnego. Gruczoły w pachwinie napuchły, pewnie gdyby je rozkroić, i tam znajdziemy zgniliznę.

– Sekcji robić nie będziemy, bo i po co – odrzekł pan Piotr. – Wygląda, jakby przed kilku miesiącami coś wycinał z mięśnia. Może guz jaki? Albo coś mu się wbiło. Potem zaszył ranę, opatrzył, ale nie oczyścił należycie albo i bakcyle wlazły...

– Wiosną albo wczesnym latem – uzupełnił obserwacje Paweł. – Ten przeklętnik gospodarz mówił, że trzy miesiące chorował.

– Czemu nie poszedł z tym do felczera?

– Może i poszedł, może nawet sprowadzono mu jakiegoś konowała... Nie wiemy. Gangreny trudno się pozbyć. Można wycinać chorą tkankę, można spróbować ją wypalić spirytusem, jodem, preparatami z siarki, a niektórzy próbują nawet rozżarzonym pogrzebaczem. Podręczniki wojskowe wspominają o wrzącym oleju lub prochu strzelniczym i podobnych sposobach.

– Tak czy inaczej, nie udało mu się.

Skończyli i przygotowali wszystko, po czym przeszli do kuchni. Umyli dokładnie ręce ługiem. Paweł siadł w kącie pomieszczenia. Grzał plecy o kafle pieca. Za oknem wył wiatr. Poza nimi trzema i nieboszczykiem nikogo jeszcze w chacie nie było. Skórzewski obserwował towarzyszy spod oka. Pan Piotr, nieformalny przywódca polskiej kolonii, krzątał się dziarsko jak zwykle. Choć przekroczył już siedemdziesiątkę, trzymał się prosto, widać było po nim resztki oficerskiego sznytu. Pan Seweryn był o połowę młodszy. Trzy lata w kopalni rudy żelaza bardzo zniszczyło mu dłonie. Regularnie czytywał gazety, szukając wzmianek na temat zdrowia cara i powiększania się jego rodziny. Bywało wcześniej, że kolejny władca z okazji koronacji ogłaszał amnestię. Bywało, że ogłaszano ją z okazji narodzin następcy tronu. Ale na razie na nic podobnego się nie zapowiadało.

Dmuchnęło mocniej. Przez izbę od nieszczelnego okna przeciągnął chłodny powiew. Szyby wymagały nowego kitu, pora też była ściągnąć ze strychu i wstawić wewnętrzne okna. Tyle dobrze, że latem wymienili drzwi i pokryli belki nową polepą. Wokoło chaty wzdłuż ścian nabito już tyczki na snopki ogaty.

– W Polsce, kiedy tak duje, mówi się, że ktoś się powiesił – westchnął pan Seweryn, przelewając wódkę z baniaka do mniejszej butelki.

Gospodarz dolał świeżej wody do samowara i teraz próbował rozdmuchać ogień. Wreszcie, znużony bezowocnymi wysiłkami, nabrał z paleniska pieca szufelkę żaru i wsypał od góry w rurę grzewczą.

Jesteśmy rozbitkami, pomyślał chłopak. Rozbitkami na dalekiej egzotycznej wyspie, nieliczną garstką rozproszoną wśród dzikich i prymitywnych tubylców. Europejczykami, światłymi i inteligentnymi, rzuconymi w odległy dziki świat i poddanymi władzy lokalnych kacyków. Nasza ojczyzna istnieje gdzieś tam, za bezkresnymi przestrzeniami, ale nie mamy możliwości się do niej dostać... Starsi jeszcze pamiętają ojczysty kraj. Chodzili ulicami polskich miast, odwiedzali sanktuaria, cieszyli oczy skarbami sztuki i gmachami będącymi dziełem minionych pokoleń. Znają przysłowia, powiedzonka. Ja mówię tym samym językiem, ale wyrosłem tu, tysiące wiorst od rodzinnych stron. Wiele pojęć to dla mnie puste dźwięki. Lepiej mówię po rosyjsku, każde potrzebne słowo przychodzi na myśl od razu.

Piotr walczył przeciw carskim z bronią w ręku, raz już uciekł z zesłania... Ułaskawienie go nie obejmie. Seweryn? Nie był nawet powstańcem, ot, poszedł do teatru, wynikła scysja, dał na oczach ludzi w mordę carskiemu oficerowi. Wyrok był surowy, bo i szarża sponiewieranego wojskowego wysoka... Sąd wlepił trzy lata katorgi i dożywotnie osiedlenie. Swoje w kopalni odcierpiał, ale wrócić do kraju mu nie wolno. Amnestia? Może i ma szansę się załapać. Tylko kiedy? Car Aleksander jest jeszcze młody i podobno końskiego zdrowia, a Polaków nie lubi. Koronacja następcy może być za dwadzieścia lat. No chyba że ktoś będzie tak miły i umówi cara na wcześniejsze spotkanie z kostuchą.

Zamach przeprowadzony cztery lata wcześniej w Paryżu przez Antoniego Berezowskiego był nieudany. Czytali o tym w gazetach. Były powstaniec próbował zastrzelić cara z ciężkiego pistoletu kawaleryjskiego. Strzał był piękny, niestety, w ostatniej chwili między zamachowcem a karetą znalazł się koń jednego z żołnierzy eskorty.

Chłopak zagryzł wargi. Sięgnął po torbę nieboszczyka. Właściciel kwatery rzecz jasna przeszukał ją zaraz po śmierci lokatora. W bocznej kieszonce było kilka wygładzonych przez wodę kolorowych kamyczków. Natomiast papiery najwyraźniej oberżysty nie zainteresowały, pewnie nie znał polskiego, może nawet nie czytał w alfabecie łacińskim. Chłopak zabrał się do ich przeglądania.

Listy po polsku z datą sprzed przeszło dziesięciu lat. Żadnej koperty, żadnego adresu zwrotnego, tylko w górnym rogu każdego nazwa miasta i data.

Płock... Nigdy nie słyszałem o takiej miejscowości, pomyślał Paweł. Muszę kogoś z naszych zapytać. Jeśli to wioska albo małe miasteczko, może listonosz znałby rodzinę tego Kowalskiego? Z drugiej strony, skoro nie ma późniejszych, może wszyscy umarli i tyle? Trzeba by przeczytać...

Papier kilka razy zawilgł, litery rozmazały się, rozpłynęły. Dawało się odcyfrować tylko pojedyncze słowa. Skórzewski dłuższą chwilę przeglądał pozostałe dokumenty. Decyzja o zwolnieniu z katorgi, zaświadczenie o prawie swobodnego przemieszczania się po terytorium na wschód od Uralu, świadectwa pracy w jakichś fabryczkach, przepustka na wyjazd do Moskwy, prawo osiedlenia się na terenie Rosji europejskiej z wyłączeniem miast będących siedzibami guberni. Szukał koperty albo kartki z adresem... Niestety. W bocznej kieszeni był jeszcze cienki notes. Ostatnia szansa – ale i tu nie było żadnych wskazówek.

Przeglądał uważnie kolejne karty. I tu litery rozpływały się, strony poznaczone były plamami tuszu i zaciekami, jakby nieznajomy forsował wpław Kamę. Przy grzbiecie papier upstrzyły czarne plamy, grzyb przeżerał na wylot kartki. W jednym miejscu poświęcono stronę i narysowano ołówkiem mapkę. Jakieś miasteczko, rzeka lub strumień, zaznaczony kwadracik, podpisany „ruiny klasztoru”, a powyżej, w miejscu zetknięcia się dwóch cieków wodnych, wyraźnie nakreślony znak X, nad nim jeszcze rosyjska litera F.

Paweł rozłożył notes na stole, bliżej świecy, i ujął w dłoń lupę. Badał tekst, usiłując odczytać rozmazane znaki. W kancelarii ziemstwa nieraz musiał odcyfrowywać podania i listy pisane przez półanalfabetów. Zagryzł wargi, gdy uświadomił sobie, że lepiej radzi sobie z cyrylicą niż z łacińskimi literami.

Obruszczyłem się, pomyślał ze smutkiem. Starsi ubierają się w miejscowe stroje, chodzą do bani, piją herbatę z samowara, ale pozostali Polakami. Ja? Kim właściwie jestem? Nie, nie dam się.

– No i co tam masz? – zapytał pan Piotr.

– Mapa... Ale nie wiem czego – odparł Paweł. – Żadnych opisów, tylko nazwy miejscowości i jakieś hieroglify.

– Kółko i dwójka z przekreślonym ogonkiem... Gdy dawno temu w Polsce uczyłem się chemii, profesor mojego gimnazjum opowiadał nam trochę o niegdysiejszych uczonych, alchemikach, astrologach. Oni pisali symbolami, żeby postronni nie mogli odczytać ich notatek. Kółko z kropką to złoto. Dwójka z przekreśloną dolną beleczką to niebezpieczeństwo.

– Złoto? – uśmiechnął się Paweł. – Znalazł skarb?

– Może skarb, może żyłę złota... – zadumał się pan Seweryn. – Syberia jest wielka i kryje wiele skarbów. Rudy metali, cenne kopaliny, zwierzątka futerkowe, zioła o dużej mocy... Gdy odbywałem zesłanie w pobliżu chińskiej granicy, zaniemogłem. Kopalniany felczer już na mnie krzyżyk postawił, ale miejscowi podali mi wywar z korzenia żeń-szenia. Trzy dni leżałem w malignie, targany gorączką, z głową pełną dziwnych wizji, ale potem wstałem zupełnie zdrowy. Gdzie to jest?

– Wedle opisu Jelizawietsk Uralskij, jakieś czterdzieści wiorst na północ od miasta Niżnyj Tagił.

– To nie tak znowu daleko stąd. Trzysta wiorst mniej więcej. Dziesięć dni marszu, a żeś młody, to może i w sześć dojdziesz – powiedział gospodarz. – Pytanie tylko, czy warto.

Pochylili się we trzech nad notesem. Oglądali rozmazane bazgroły. Odcyfrowali pojedyncze słowa. „Czarna”, „zagrożenie”, „rzeka”, „pewna śmierć”, „rudy”, „larwy”. W tekście trzy razy użyto symbolu złota. Na kolejnej stronie widniał szkic przedstawiający patelnię zanurzoną w wodzie oraz oskard oparty o skałę. Obok były jakieś notatki maczkiem, ale kompletnie już nieczytelne. Paweł spróbował obejrzeć jeszcze strony pod kątem, do światła lampy. Niewiele to pomogło.

– Mapa odkrytych pokładów złota – rozważał pan Seweryn. – Tak się je wydobywa ze strumieni. Złoto jest ciężkie, pięć razy cięższe niż woda. Zawsze opadnie w dół. Trzeba zaczerpnąć z rzeki piasku, ale nie byle gdzie. Tam, gdzie nurt zwalnia albo uderza o przeszkodę... Taki ciężki czarny piach z mułem. Rzucasz na patelnię i płuczesz...

– Jak w książkach przygodowych o amerykańskim Dzikim Zachodzie? – spytał pan Piotr.

– Dokładnie tak. Prosta robota. Trzeba tylko trochę czasu dla nabrania biegłości. Robiłem to na Dalekim Wschodzie, gdy mi się katorga skończyła. Całe lato szedłem na zachód przez tajgę. Trafiałem na strumień, płukałem. Najczęściej nic z tego nie miałem, ale dwa razy potoki niosły złoto. Uzbierałem tyle drobin kruszcu, że zimę przetrwałem.

– Przyjdzie wiosna, jedź tam – doradził Piotr. – Do tego Jelizatwietska. Może akurat koło fortuny się obróci i trafisz na skarb. Będziesz miał na podróż do Europy i studia. Masz czyste papiery. Paszport bez wpisanej kategorii czy nakazu osiedleńczego. Nie jesteś zesłańcem. Nie potrzebujesz zezwolenia na wyjazd. Nic cię tu już nie trzyma. Pluń na tę dziurę i jedź do domu. Do Polski, do swoich krewnych. O groby twoich rodziców zadbamy.

– Łatwo powiedzieć... – westchnął Paweł. – Z drugiej strony, jeśli mi się nie powiedzie, zawsze mogę wrócić tutaj.

Raz jeszcze przejrzał papiery nieboszczyka, odkładając je kolejno na stół.

– Czekaj, pokaż no mi to! – Pan Piotr podszedł i niemal wyrwał mu dokumenty.

Przejrzał je sam. Widać było, że z trudem tłumi podniecenie.

– Panowie... – odezwał się cicho i zarazem jakby uroczyście.

W jego głosie było coś takiego, że towarzysze podnieśli głowy.

– Co ci się stało? Jesteś blady jak ściana – zaniepokoił się pan Seweryn.

– Swoją drogą, tak pomyślałem... – Przywódca kolonii spojrzał na przyjaciela uważnie, badawczo. – Gdyby tak... Mówię czysto teoretycznie... Po prostu mam naturę skłonną do poetyzowania i fantazjowania, ale... Jesteś w wieku nieboszczyka, podobnego wzrostu i postury. Zgadza się kolor oczu i inne szczegóły rysopisu podanego w paszporcie. Gdybyś tak wsadził to w kieszeń, poszedł do Permu i kupił bilet na pociąg...

– Ale... – Pan Seweryn przechylił głowę.

– Uriadnik nie zatrzymał paszportu Kowalskiego po jego śmierci. Zapomniał! Albo właściciel zajazdu, jak szedł zawiadomić o zgonie, nie zabrał go ze sobą. Jest tu komplet dokumentów. A to, jak mniemam, oznacza, że możesz uciekać na jego papierach. Jest tu dokument o możliwości zamieszkania gdziekolwiek w Rosji. Do samej granicy z Prusami czy cesarstwem austro-węgierskim.

– Wielki hazard – szepnął pan Seweryn. – Ale...

– Może się udać... Uriadnik sobie przypomni albo i nie. Jak sobie przypomni, wdroży śledztwo. Będzie się zastanawiał, kto mógł buchnąć dokument. Zapyta nas. Powiemy, że listy i inne papiery po zmarłym spaliliśmy, ale paszportu nie było. Uwierzy albo nie. Kiedy masz się meldować w cyrkule?

– Raz w tygodniu, w piątek. A dziś sobota dopiero. Sześć dni.

– Uriadnik może wcześniej zauważyć, że nie ma w aktach paszportu. Najpierw odwiedzi właściciela zajazdu. Ten zezna, że wszystkie papiery oddał nam. Wtedy zacznie nas przesłuchiwać. My oczywiście żadnego paszportu nie widzieliśmy na oczy. Potem żandarmi mu zameldują, że się nie stawiłeś. Nie zameldują w piątek, poczekają dzień lub dwa, potem będzie niedziela. Zapewne w poniedziałek dopiero wyślą żandarma na twoją kwaterę. Na drzwiach powiesisz kartkę, że chory jesteś i pojechałeś do szpitala w Permie. Najpierw wyślą depeszę do Permu, żeby to sprawdzić. Zyskasz dodatkowy dzień.

 

– Przy odrobinie szczęścia mam tydzień... Może nawet dziesięć dni. W ciągu dziesięciu dni mogę faktycznie dotrzeć między naszych. Perm, Moskwa, Brześć, Warszawa, a potem koleją warszawsko-wiedeńską w stronę granicy. Szmat drogi.

– Przełączka do Kijowa już zbudowana, pisali o tym w gazetach – rozważał gospodarz. – Ale nie wiem, jak dalej. Może lepiej na północ? Na Litwę i do Prus? W Moskwie musisz zasięgnąć języka. Masz pieniądze?

– Około dwudziestu rubli.

– Mało. Ja mam czterdzieści...

– Mogę dołożyć dwanaście – zaofiarował się Paweł.

– Siedemdziesiąt dwa. Mało, mało, ale od biedy musi wystarczyć. Nikogo więcej wolałbym nie wtajemniczać. Ludzie są różni.

Pan Seweryn pobladł, mimowolnie zacisnął pięści. Zmarszczył czoło i przechadzał się po kuchni nerwowym krokiem. Kalkulował ryzyko.

– Swirepyj plan, wariactwo... – bąknął wreszcie. – Jak mnie złapią...

– Było w rozporządzeniu, które przepisywałem w biurze. Samowolne oddalenie z miejsca zesłania to dwa lub trzy lata rot aresztanckich i zaostrzenie warunków odbywania kary – powiedział Skórzewski. – Pańska zsyłka była przypisana do katorgi na Dalekim Wschodzie, po odbyciu kary z dożywotnim osiedleniem przymusowym na terenie wschodnich guberni Rosji europejskiej. Jeśli pana złapią, potrzymają w więzieniu albo na katordze, a jak skończy się wyrok, dostanie pan osiedlenie za Uralem. W jeszcze gorszej dziurze niż ta.

– I pewnie dodatkowy wyrok za posługiwanie się fałszywymi dokumentami – dodał Piotr. – Sam wiesz, jak to jest. Pięć lat w kopalni może z siłacza zrobić wrak człowieka. Albo i zabić.

– Furda! Tu się chyba nie ma nad czym zastanawiać! – Pan Seweryn poderwał się z zydla. – Pokażcie te papiery!

Studiował je przez chwilę, przeczytał rysopis, poruszając samymi wargami.

– Wzrost się zgadza, kolor oczu, postura, kształt twarzy i wiek... Bardziej jestem podobny do tego opisu niż nieboszczyk... Szaleństwo, ale to naprawdę może się udać!

– Tu, w Antonowce nie możesz wsiadać do pociągu, zbyt wiele osób cię zna. Pakuj plecak i w drogę – instruował go przywódca kolonii. – Noc jest księżycowa. Na rano będziesz w Permie, to tylko dwadzieścia kilka wiorst. Idź od razu na dworzec kolejowy, kup bilet do Moskwy. Jest przepustka umożliwiająca ci przejazd do starej stolicy. Ruch na trasie panuje spory, nawet trzy pociągi dziennie. Przy odrobinie szczęścia jeszcze tego samego dnia pojedziesz na zachód. Do Moskwy pociąg będzie jechał trzy albo cztery dni. Jeśli uriadnik się zorientuje, wyśle depeszę. Wiadomości po drucie biegną szybciej niż najszybszy parowóz. Musisz uważać, bo na każdej stacji do pociągu mogą wsiąść żandarmi. W Moskwie raczej unikaj hoteli, postaraj się w ogóle nie zatrzymywać w mieście, tylko jak najszybciej ruszaj dalej.

– Jak mi się uda, napiszę list i jak najszybciej odeślę choć część pieniędzy.

– Jak się uda, niczego do nas nie pisz! Uriadnik nie jest idiotą, będzie podejrzewał wszystkich Polaków w miasteczku. Wpadnie na pomysł, żeby kontrolować nasze listy, może rewizje urządzi i tak dalej. Zdradziłbyś nas!

– No tak... – bąknął speszony pan Seweryn. – To może napiszę do pani Łukowskiej? Tylko nie wprost... Napiszę, że jej kuzynka urodziła bliźnięta. I dług oddam też przez nią. Przekazem pocztowym.

– Dobry pomysł. Młody, biegnij po gotówkę. Potem się jakoś rozliczymy.

– Mam przy sobie!

Brzęknęły srebrne monety, grubsze i drobniejsze. Przeliczyli je. Wyszło łącznie siedemdziesiąt cztery ruble i osiemnaście kopiejek.

– Zwrócę wam dziesięciokrotnie, stukrotnie może. – Towarzysz niedoli uścisnął ich.

Wykrztusili jeszcze jakieś słowa pożegnania i przepadł w mroku. Stukot butów ucichł. I tylko wiatr wył w ciemności, a po niebie sunęły szare chmury. Paweł zatrzasnął drzwi, by nie tracić cennego ciepła. Pan Piotr poszedł do głównej izby, a chłopak znów oparł się o piec w kuchni. Gospodarz ominął zaimprowizowany katafalk, zdjął ze ściany bałałajkę i popatrując na zwłoki spoczywające w trumnie, trącił struny palcami.

Morze przesławne ten święty Bajkał

Beczko dziurawa, płyń burzy na przekór

Starą kapotę zawieszam na maszt

Już niedaleko do brzegu.

Kajdan i głodu poznałem ja dość

Lata katorgi ciążyły milczeniem

Wierny przyjaciel odmienił mój los

Dopomógł w ucieczce z więzienia...

W górach żarłoczny nie pożarł mnie zwierz

Kule strażników chybiły w zamieci

Mróz mnie nie złamał, ni ogień, ni głód

Wolą oparłem się śmierci...

– zaśpiewał dźwięcznym barytonem.

To tylko sen, myślał Paweł, słuchając, jak polana trzeszczą w palenisku. Idiotyczny sen. Przecież z zesłania ucieka się właśnie tak jak w piosence. Tnąc kajdany przemyconym pilnikiem. Dusząc strażnika własnymi okowami. Wymykając się pościgowi dzięki szczwanym fortelom. Do ojczyzny wędruje się tygodniami i miesiącami. Nocami, w śnieżycy, przedzierając się przez lasy pełne dzikiego zwierza i przez niedostępne pasma górskie. Brodząc w trzęsawiskach. Przeprawiając się na kłodach przez rwące rzeki. Opowiadali mi historie o katorżnikach, którzy po roku lub dwóch wędrówki docierali do Chin czy Indii. Ale żeby tak po prostu wziąć cudzy paszport, iść na dworzec i kupić sobie bilet na pociąg? Tak się po prostu nie robi!

Pomysł był tak dziwaczny, że chłopak poczuł wręcz zażenowanie. Jakby ich przyjaciel uchybił niepisanym regułom jakiejś szlachetnej sztuki. Jakby zdeptał tradycję wielu pokoleń polskich zesłańców i katorżników. Ale zarazem spostrzegł, że gdzieś w głębi serca zaczęło kiełkować jakieś nowe uczucie. Uśmiechnął się krzywo.

Tak jest po polsku, pomyślał. To nasze cechy. Umiłowanie wolności, zadziorność, odwaga, twórcza improwizacja, niepojęta dla innych ludów. Swirepyje Lachy. Poljaki – miatieżniki... Wpadamy na pomysły tak dzikie, niezwykłe i szalone, że Rosjanie czy Rusini, nawet tylko słysząc o nich, już z przerażenia wtulają głowy w ramiona. Carat niewoli dziesiątki narodów. Większość potulnie kroczy w wielkim kieracie losu. Ale nie my. Jesteśmy ziarenkiem piasku w precyzyjnym mechanizmie. Przyjdzie czas, a okaże się, że przez lata wyłamaliśmy trybom tyle zębów, że cała machina rozsypuje się na kawałki.

Szyłka i Nerczyńsk niestraszne nam dziś

Słoną wolności zapłaciłem cenę...

Gospodarz urwał w połowie zwrotki, bo ktoś zapukał w szybę. Schodzili się pierwsi żałobnicy. Zawstydzony, odwiesił instrument. Nie czas i nie miejsce na piosenki. Nawet takie opisujące ciężki los katorżników.

W pomieszczeniu z trumną rozjarzyły się świece.

Nienawidzę śmierci, dumał chłopak. Nienawidzę i boję się jej... A tu paradoks, ze śmierci jednego człowieka zrodziła się nadzieja, a być może nowe życie dla kogoś innego... Może nawet dla dwóch, bo chyba warto ruszyć śladem tej mapy. Pójdę na wschód. Pieszo. W kilka dni będę u celu. To jest Syberia. Własne nogi najpewniejsze. Pan Piotr przyszedł tu z moim ojcem, niemal czterdzieści lat temu, po powstaniu listopadowym. Nie złożyli broni, bili się, aż zostali schwytani. Z Warszawy szli tu zakuci w kajdany, pieszo, etapami. Droga z Polski zajęła im ponad rok. Katorżnicy po powstaniu styczniowym przyszli tu podobnie, pieszo, pod konwojem... Mały byłem, a przecież pamiętam. Też szli ponad rok, a czekało ich chyba jeszcze drugie tyle, bo zesłano ich do Kraju Zabajkalskiego. Taki szmat ziemi do przemierzenia własnymi nogami... Takie morze czasu.

I naraz pomyślał o panu Sewerynie, który właśnie maszeruje na zachód, do Permu, by rankiem wsiadać w pociąg.

Carscy inżynierowie kładą kolej, już są po tamtej, azjatyckiej stronie Uralu. Pociągi śmigają w tę i we w tę, może już do Niżnego Tagiłu można dojechać? A w drugą stronę? Aż do Polski!?

Potrząsnął głową, oszołomiony.

– Niemożliwie – szepnął. – Z Antonowki do Moskwy jest półtora tysiąca wiorst! Lokomotywa pędzi dwadzieścia pięć do trzydziestu wiorst na godzinę. Sześćdziesiąt godzin? To mniej niż trzy dni! Zawsze byłem przekonany, że Polska jest niewyobrażalnie wręcz daleko. Czy rzeczywiście tylko tydzień jazdy koleją dzieli nas od kraju? Na to wygląda... Czy naprawdę dzięki pociągom świat stał się taki... mały?!

Wiosna 1872, Jelizawietsk Uralskij

Wiatr ciągnący od szczytów zakołysał czubkami świerków. Mały pasiasty burunduk wspiął się na słupek podtrzymujący płot, rozejrzał ciekawie i smyrgnął po pniu brzozy w górę. Staruszek obsługujący pocztę i stację telegrafu wystawił samowar na stolik przed urzędem. Rozdmuchał żar. W takie słoneczne, wiosenne dni lubił powygrzewać się na ławeczce. Obok samowara postawił talerzyk z pokrojonym ciastem i położył oprawiony rocznik „Sowriemiennika” sprzed piętnastu lat. Nie spodziewał się dziś klientów, a gdyby przypadkiem nadeszła depesza, usłyszy przez uchylone okno. W imbryku zaszumiała woda. Uchylił wieczko i wsypał dwie łyżki stołowe herbaty. Będzie zapas esencji na długie godziny. Usiadł, poprawił okulary i zaczął przekładać kartki. Odnajdował ulubione ustępy i czytał je, mrucząc pod nosem.