Opowiadania japońskie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki z wykorzystaniem obrazu

Qian Xuana (Dynastia Song 960–1279):

Artur Piątek

Wybór ilustracji spośród chińskich i japońskich dzieł sztuki

Katarzyna Alonso

Krzysztof Szpilman

Redaktor prowadzący

Tamara Michałowska

Redakcja

Agnieszka Żuławska-Umeda

Korekta

Iwona Mokrzan

© by Siedmioróg

Wrocław 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment książki nie może być powielany ani reprodukowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-66576-70-4

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Karta redakcyjna

Podziękowania

Od tłumacza

Wymowa głosek i dwuznaków japońskich

Wymowa głosek i dwuznaków chińskich

Ryūnosuke Akutagawa, Du Zichun

Atsushi Nakajima, Opowieść o mistrzu

Atsushi Nakajima, Kronika górskiego księżyca, czyli o poecie, który został tygrysem

Atsushi Nakajima, Człowiek byk

Atsushi Nakajima, Uczeń Konfucjusza

Ryūnosuke Akutagawa, Chrystus z Nankinu

Spis ilustracji

Przypisy

Podziękowania

Dziękuję przede wszystkim Agnieszce Żuławskiej-Umedzie z Wydziału Japonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, która dawno, dawno temu zaproponowała, żebym przetłumaczył coś ciekawego z japońskiego na polski. Agnieszka jest nie tylko redaktorem, lecz także współtłumaczem prezentowanych opowiadań, ale wrodzona skromność nie pozwoliła jej umieścić nazwiska na okładce. Poza Agnieszką jestem wdzięczny całemu Wydziałowi za wsparcie, a szczególnie Profesor Ewie Pałasz-Rutkowskiej, Katarzynie Stareckiej i Henrykowi Lipszycowi.

Szczególnie serdecznie dziękuję Katarzynie Kwiatkowskiej, która wśród wielu zajęć znalazła czas, ażeby przeczytać i skomentować cały tekst. Podziękowania także dla Marysi Dzieduszyckiej za jej poparcie, a szczególnie za pomoc w ostatnim momencie.

Za wsparcie i cenne opinie jestem także wdzięczny Joannie i Maciejowi Buszewiczom, Nawojce Cieślińskiej-Lobkowicz, śp. Mikołajowi Grocholskiemu, Izabeli Grocholskiej, Nathalie i Krzysztofowi Potockim, Lali Rey, Maciejowi Błasiakowi, Adamowi Sandauerowi, Małgosi i Tomkowi Sikorom, Halinie Grzecznarowskiej-Szpilman, Justynie i Zbigniewowi Piotrowskim, Teresie i Pawłowi Tarnowskim oraz Inie i Janowi Tarnowskim.

Profesorowie Tsutomu Wada i Yasunari Ishikawa z Uniwersytetu Kyushu Sangyo udostępnili mi rzadkie prace na temat Atsushiego Nakajimy[1] i literatury chińskiej, za co również chciałbym im gorąco podziękować. Dług wdzięczności wobec Tomasza Michałowskiego za wydanie tego zbiorku oraz wobec Stefana Potockiego jest niemożliwy ani do wyrażenia, ani do spłacenia.

Od tłumacza

Wpływy Dalekiego Wschodu – Japonii, Korei Południowej, a szczególnie Chin – zwiększają się z dnia na dzień. Japonia i Korea Południowa od wielu lat pod względem gospodarczym są światowymi mocarstwami. To wszystko sprawia, że współcześni Polacy nie postrzegają już Dalekiego Wschodu tak jak niegdyś – jako egzotycznego, tajemniczego regionu. Co jest napędem azjatyckiego sukcesu? Chociaż nie ma na to prostej odpowiedzi, nie ma też wątpliwości, że do pewnego stopnia wiąże się to z kulturą omawianego regionu. A jednym z najlepszych sposobów poznania obcej kultury jest literatura.

Czytelnik prezentowanego zbioru opowiadań, po raz pierwszy przetłumaczonych z języka japońskiego na język polski, będzie miał wgląd w kulturę i tradycje Dalekiego Wschodu. Mam nadzieję, że ich bogactwo, głębia i piękno staną się dzięki tym opowieściom bardziej zrozumiałe.

Książka zawiera opowiadania dwóch japońskich pisarzy pierwszej połowy XX wieku – Ryūnosuke Akutagawy i Atsushiego Nakajimy. Należą oni do czołówki powieściopisarzy i ich popularność w Japonii nie słabnie. W Polsce, poza wąskim gronem japonistów, nie są znani.

Opowiadania zostały wybrane z przekonaniem, że zafascynują czytelnika swoim czarem i niezwykłą, zaskakującą tematyką. Wspólnym wątkiem są Chiny. Od razu nasuwają się pytania: Japończycy piszący o Chinach? Jak to?

Warto wiedzieć, że dla Japończyków Chiny stanowiły i stanowią przedmiot szacunku oraz fascynacji. Przez stulecia kultura Chin była wzorem i ideałem, do którego Japończycy aspirowali. Chiny stanowiły też dla Japończyków źródło wiedzy, nauki i kultury. Japończycy w dużym stopniu przejęli z Chin swoje pismo, filozofię, religię, planowanie miast, a nawet system polityczny. Wpływ Chin na rozwój kultury japońskiej można porównać do oddziaływania kultury greckiej i łacińskiej na rozwój cywilizacji europejskiej. Nawet obecnie, mimo zmian społecznych i amerykanizacji Japonii, nieprzemijającą popularnością cieszą się klasyka chińska, a także utwory japońskich pisarzy odwołujące się do chińskich wątków. Do tych ostatnich nawiązują również opowiadania z tego zbioru, choć nie oznacza to, że brak im oryginalności.

Obydwaj autorzy, zarówno Ryūnosuke Akutagawa, jak i Atsushi Nakajima, interpretują tematy chińskie w sposób typowo japoński i nowoczesny: wpisują w nie cechy psychologiczne japońskich bohaterów, których chińskie oryginały nie zawierają, nawiązują do współczesnych problemów społecznych niemożliwych do poruszenia w przedwojennej Japonii z przyczyn politycznych. Takie unowocześnienie sprawia, że opowiadania są bardziej zrozumiałe dla współczesnego czytelnika niż chińskie źródła inspirujące japońskich pisarzy.

Ryūnosuke Akutagawa (1892–1927) urodził się w Tokio. Studiował w elitarnym Pierwszym Liceum oraz na Wydziale Literatury Angielskiej równie elitarnego Cesarskiego Uniwersytetu Tokijskiego. Jako student zwrócił na siebie uwagę nadzwyczajnym talentem literackim. Akutagawa celował w krótkich opowiadaniach opartych na klasyce literatury japońskiej i chińskiej. Bardzo szybko zdobył sławę i popularność. Sukces literacki w owym czasie nie zapewniał jednak niezależności finansowej. Akutagawa był zmuszony do zarabiania na życie jako wykładowca języka angielskiego w Akademii Marynarki Wojennej. W ostatnich latach życia porzucił tematy historyczne na rzecz opowiadań autobiograficznych. Niektóre z nich sugerują, że Akutagawa cierpiał na chorobę umysłową. Prawdopodobnie z jej powodu pisarz w wieku trzydziestu pięciu lat popełnił samobójstwo.

Prozę Akutagawy charakteryzuje wartki rytm, prostota zdań, a zarazem wielka subtelność wyrazu i poczucie humoru. Młodego pisarza fascynowała historia dawnych Chin i Japonii, a także wpływ chrześcijaństwa na kulturę obu krajów.

Większość spuścizny Akutagawy składa się z krótkich nowel. Na podstawie dwóch opowiadań Akutagawy, zatytułowanych Rashōmon i Yabu no Naka (W gąszczu)[1], powstał wybitny film Akiry Kurosawy pt. Rashōmon.

Du Zichun i Chrystus z Nankinu, dwa opowiadania włączone do niniejszego zbioru, zostały napisane przez Ryūnosuke Akutagawę w 1920 roku.

Atsushi Nakajima (1909–1942) urodził się w Tokio, w rodzinie tradycyjnie zajmującej się sinologią, a szczególnie konfucjanizmem. Kształcił się jak Akutagawa w Pierwszym Liceum i na Cesarskim Uniwersytecie Tokijskim, gdzie studiował literaturę japońską. Po ukończeniu studiów przez krótki okres pracował jako nauczyciel, ale astma, na którą cierpiał, zmusiła go do przerwania pracy i ostatecznie w 1942 roku stała się przyczyną jego śmierci. Mimo skromnego dorobku literackiego, który ukazał się w druku na krótko przed śmiercią autora i za życia nie przyniósł mu literackiej sławy (składają się nań tylko powieść o życiu Roberta Louisa Stevensona oraz dwa inne krótkie utwory), Nakajima jest dziś jednym z najbardziej popularnych powieściopisarzy japońskich. Tak jak Akutagawa tworzył krótkie opowiadania, inspirowane klasyką literatury chińskiej.

Wymowa głosek i dwuznaków japońskich

a, i, u, e, o – jak w języku polskim

ū – uu (długie)

y – j

w – ł

j – ź

sh – sz

ch – cz

Przykłady:

Ryūnosuke Akutagawa [Rjuunosuke Akutagała]

Atsushi Nakajima [Atsuszi Nakazima]

 

Wymowa głosek i dwuznaków chińskich

Wymowa słów chińskich jest trudna dla Polaka. W języku chińskim występuje wiele spółgłosek, które nie mają odpowiedników w języku polskim. Ponadto chiński jest językiem tonalnym: słowa wyglądające w transliteracji tak samo Chińczycy wymawiają w różny sposób i brzmią one dla nich zupełnie inaczej. Z tego powodu transliteracja nazw chińskich (istnieje wiele jej systemów) jest skomplikowana.

Tony chińskich słów pisanych w językach europejskich są wyrażane za pomocą znaków diakrytycznych, które mają znaczenie dla sinologów, ale nie byłyby zrozumiałe dla większości polskich czytelników. Z tego powodu w niniejszym wydaniu znaki diakrytyczne w chińskich nazwach zostały pominięte.

Jak czytać słowa chińskie w tej książce? W wielkim uproszczeniu podajemy najważniejsze reguły.

Wymowa samogłosek chińskich jest zbliżona do wymowy samogłosek polskich. Spółgłoski wymawiane są tak jak po polsku, z następującymi wyjątkami:


ch – cz Du Zichun [Du Ziczun]
sh – sz Emei Shan [Emei Szan]
x – s Xi’an [Si’an]
zh – ż Guizhou [Guiżou]
w – ł Feiwei [Feiłej]
j – ż Jichang [Żiczang]
q – ć Qi [Ci]
y – j Yuan [Juan]
ng – ng (dźwięk nosowy – nie wymawia się końcowego g).

RYŪNOSUKE AKUTAGAWA

Du Zichun

杜子春

I

Był to koniec pewnego wiosennego dnia w Luoyangu, stolicy cesarstwa Tang[1]. Pod Bramą Zachodnią miasta stał młodzieniec i spoglądał w niebo. Nazywał się Du Zichun[2]. Pochodził z bardzo bogatego domu, ale roztrwonił odziedziczony majątek i oto znalazł się w beznadziejnej sytuacji. Wydawało się, że nie przeżyje do końca dnia.

Jak wiadomo, w owym czasie nie istniało na świecie wspanialsze miasto od Luoyangu. Było ono u szczytu swojego rozkwitu. Przez ulice i bramy Luoyangu nieustannie przepływał tłum ludzi i pojazdów. W świetle zachodzącego słońca, które błyszczało jak oliwa, jedwabne czapki starców, złote kolczyki Turczynek i kolorowe uprzęże białych koni wyglądały piękniej niż na obrazku.

A Du Zichun, opierając się o mur koło bramy, ciągle patrzył w niebo. Spoza chmur wyglądał cieniutki białawy księżyc, tak niewyraźny, że można go było wziąć za ślad paznokcia.

„Dzień się kończy, czuję coraz większy głód, co gorsza, nie mam gdzie pójść, bo nikt mi nie da noclegu. Jeżeli takie ma być moje życie, to może lepiej utopić się w rzece”, pomyślał.

Od pewnego czasu nachodziły go beznadziejne myśli. Właśnie wtedy nie wiadomo skąd pojawił się przed nim starzec. Jedno oko miał zezowate, a stojąc w promieniach zachodzącego słońca, rzucał na bramę wielki cień. Patrząc nieruchomo w oczy Du Zichuna, ostro zapytał:

– O czym myślisz?

– Ja? Nawet nie mam gdzie spać tej nocy! Zastanawiam się, co ze sobą zrobić. – Du Zichun, zaskoczony niespodziewanym pytaniem, ze spojrzeniem utkwionym w ziemię, bez wahania powiedział prawdę.

– Ach tak? To jesteś bardzo biedny.

Starzec zastanawiał się chwilę i wskazując na słońce, które oświetlało drogę, rzekł:

– Powiem coś, co przyniesie ci pożytek. Kiedy staniesz w promieniach zachodzącego słońca, twój cień padnie na ziemię. Zaznacz miejsce, gdzie znajdzie się cień twojej głowy, poczekaj, aż przyjdzie noc, i zacznij kopać. Znajdziesz tam tyle złota, że wypełni ono cały wóz.

– Naprawdę? – Du Zichun, który wpatrywał się przez cały czas w ziemię, ze zdziwieniem podniósł wzrok na starca.

Dziwne, starzec zniknął bez śladu.

Księżyc jeszcze bardziej zbladł, a nad tłumem przelewającym się ulicami zaczęły krążyć pierwsze nietoperze.

II

I oto Du Zichun miał zostać największym bogaczem w Luoyangu. Tak jak poradził mu starzec, Du Zichun zaznaczył miejsce, w którym cień jego głowy padał na ziemię, i głęboką nocą zabrał się ukradkiem do kopania. Znalazł tam stosy złota tak wielkie, że ledwo zmieściły się na duży wóz.

Du Zichun kupił wspaniały dom i pędził życie w dostatku. Swoim bogactwem w niczym nie ustępował cesarzowi Xuanzongowi[3]. Kupował wino z Lanlingu[4], sprowadzał longany[5] z prowincji Gui[6], sadził w ogrodzie drzewa piwonii zmieniające swój kolor cztery razy na dzień, hodował wiele białych pawi, zbierał klejnoty, kazał haftować brokaty, zamawiał karoce z pachnącego drzewa a krzesła z kości słoniowej. Było tych skarbów tak dużo, że jeżeliby chciałoby się je wszystkie wymienić, ta opowieść nie skończyłaby się nigdy.

Na skutek tego znajomi, którzy do tej pory nawet nie chcieli się z nim witać, teraz, słysząc plotki o jego bogactwie, zaczęli go często odwiedzać. Z dnia na dzień rosła ich liczba. Po pół roku nie można było znaleźć już nikogo z dobrego towarzystwa i spośród znanych piękności w Luoyangu, kto by nie odwiedził Du Zichuna w jego pięknym domu. Du Zichun codziennie wydawał wspaniałe uczty. Trudno je nawet opisać słowami. Bywało, że częstował swoich gości winem sprowadzonym z Europy, a podawał je w złotych kielichach. To znów magik z Indii demonstrował sztukę połykania mieczy. Jednocześnie dwadzieścia dziewcząt – dziesięć z włosami ozdobionymi nefrytowymi kwiatami lilii, a drugie dziesięć agatowymi kwiatami piwonii – pięknie grało na fletach i harfach.

Ale nawet największe bogactwo ma swój kres i fortuna Du Zichuna też nie była wyjątkiem. Wydając pieniądze na prawo i lewo, Du Zichun po roku czy też dwóch znowu znalazł się w biedzie. Wtedy znajomi, którzy na ogół są bez serca, a nawet bliscy przyjaciele, którzy do wczorajszego dnia korzystali z jego gościnności, przestali go odwiedzać, nawet gdy przypadkiem znaleźli się w pobliżu. Kiedy po trzech latach od znalezienia skarbu, znów na wiosnę, Du Zichun tak jak wcześniej został bez grosza w kieszeni, nie znalazł się nikt w całym Luoyangu, kto by mu chciał udzielić schronienia i podać wodę do picia.

W tej sytuacji pewnego wieczoru Du Zichun ponownie poszedł pod Bramę Zachodnią. Stał długo, spoglądał w niebo i nie wiedział, co robić. Wtedy, tak samo jak za pierwszym razem, pojawił się zezowaty starzec i spytał:

– O czym myślisz?

Kiedy Du Zichun ujrzał starca, przez chwilę nie śmiał nawet odpowiedzieć i ze wstydem patrzył w ziemię. Starzec uprzejmie powtórzył swoje pytanie, a Du Zichun nieśmiało odpowiedział, że nie ma gdzie spać tej nocy i zastanawia się, co z sobą zrobić.

– Ach tak? Kiedy staniesz w promieniach zachodzącego słońca i twój cień padnie na ziemię, zaznacz miejsce, w którym znajdzie się twój tors. Poczekaj, aż zapadnie noc, i zacznij kopać. Znajdziesz tam tyle złota, że wypełni ono cały wóz.

Wypowiedział te słowa i zniknął, jakby się rozwiał w powietrzu.

I następnego dnia Du Zichun znowu stał się największym bogaczem w Chinach. I jak poprzednio rozpoczął rozrzutne życie, nie narzucając sobie żadnych granic. Ogrody z kwitnącymi piwoniami i senne białe pawie, i magik z Indii, który połykał miecze – wszystko było tak jak przedtem.

I jak przedtem wielkie góry złota, które wypełniły cały wóz, zniknęły bez śladu w ciągu bez mała trzech lat.

III

– O czym myślisz? – Zezowaty starzec pojawił się przed Du Zichunem po raz trzeci i po raz trzeci zadał mu to samo pytanie. Działo się to w czasie, kiedy Du Zichun znowu stał pod Bramą Zachodnią Luoyangu, spoglądając na światło księżyca, którego słabe promienie próbowały się przebić przez mgłę.

– Ja? Nie mam gdzie spać i zastanawiam się, co z sobą zrobić.

– Naprawdę? Jesteś bardzo biedny. Powiem więc coś, co ci przyniesie pożytek. Kiedy staniesz w promieniach zachodzącego słońca, twój cień padnie na ziemię. Zaznacz miejsce, w którym wypada twój brzuch, i w nocy zacznij tam kopać. Znajdziesz tyle złota, że wypełni cały wóz.

W tym momencie Du Zichun uniósł rękę do góry i przerwał starcowi:

– Nie, już teraz nie chcę pieniędzy.

– Już nie chcesz pieniędzy? Ha, ha, wydaje mi się, że nareszcie znudziły ci się dostatki.

Starzec wpatrywał się w twarz Du Zichuna z powątpiewaniem w oczach.

– Ależ nie! Wcale mi się bogactwo nie znudziło. Straciłem wiarę w ludzi – powiedział bez ogródek Du Zichun z wyrazem smutku na twarzy.

– Ciekawe, z jakiego powodu straciłeś wiarę w ludzi?

– Ludzie są bez serca. Kiedy jesteś wielkim bogaczem, schlebiają ci i prawią komplementy. Ale spróbuj być biedakiem – nikt nawet nie spojrzy na ciebie z przyjaznym wyrazem twarzy. Kiedy o tym myślę, to wiem, że nic nie przyjdzie mi z tego, że jeszcze raz zostanę bogaczem.

Starzec, słysząc te słowa, wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

– Doprawdy? Różnisz się więc od innych młodych ludzi. Doskonale wiesz, jaki jest ten świat. Czy to znaczy, że teraz zgadzasz się spokojnie żyć nawet w nędzy?

Du Zichun się zawahał, ale szybko podniósł oczy, w których było widać zdecydowanie i błagalną prośbę:

– To też jest niemożliwe. Dlatego chciałbym zostać twoim uczniem i studiować sztukę czarnoksięską. Nie da się ukryć, że jesteś czarnoksiężnikiem obdarzonym wielkimi cnotami. Inaczej nie mógłbyś w ciągu jednej nocy zrobić ze mnie bogacza. Proszę, zostań moim mistrzem i naucz mnie swojej przedziwnej magii.

Starzec zmarszczył brwi i zamilkł. Rozmyślał nad czymś. Wreszcie uśmiechnął się i bez żadnych ogródek powiedział Du Zichunowi, że spełni jego prośbę.

– Rzeczywiście jestem czarnoksiężnikiem. Nazywam się Tie Guanzi[7] i mieszkam na górze Emei[8]. Kiedy pierwszy raz ciebie ujrzałem, odniosłem wrażenie, że jesteś wrażliwym człowiekiem, i dlatego dwukrotnie uczyniłem cię wielkim bogaczem. Jeżeli tak bardzo chcesz zostać czarnoksiężnikiem, to przyjmę cię na ucznia.

Nim jeszcze starzec skończył mówić, Du Zichun z radości rzucił się przed nim na kolana i bił czołem o ziemię.

– Nie, nie musisz mi aż tak dziękować. Chociaż przyjąłem cię na ucznia, to tylko od ciebie będzie zależało, czy zostaniesz wspaniałym czarnoksiężnikiem. Udaj się ze mną na górę Emei. Na szczęście jest tu kij z bambusa, siądźmy na niego i lećmy.

Tie Guanzi podniósł z ziemi zielony bambus i mrucząc jakieś zaklęcia, dosiadł go jak konia. Du Zichun usadowił się za nim. Czyż to niezadziwiające? Bambusowy kij niczym prawdziwy smok uniósł się szybko w górę i pofrunął w kierunku góry Emei. Wiosenne niebo robiło się coraz ciemniejsze. Du Zichun, zdrętwiały ze strachu, odważył się jednak zerknąć w dół, ale w zapadającym zmierzchu nie zobaczył niczego poza błękitnymi górami. Mimo że wytężał wzrok, nie mógł dostrzec Bramy Zachodniej miasta Luoyangu (już dawno musiała ona zniknąć we mgle). Po pewnym czasie Tie Guanzi z siwą brodą rozwianą na wietrze zaczął głośno śpiewać:

– Rano bywam nad północnym morzem,

wieczorem w zielonym lesie parasolowych drzew,

Potężny i odważny jest niebieski smok, który kryje się w moim

rękawie,

Choć trzy razy odwiedziłem Yueyang[9], nie znam tam nikogo,

Ze śpiewem na ustach mijam jezioro Dongting[10].

IV

Wkrótce zielony bambus, na którym lecieli, wylądował na wierzchołku góry Emei. Szczyt, płaski i skalisty, kończył się głębokim urwiskiem. Znajdował się tak wysoko, że gwiazdy Wielkiej Niedźwiedzicy, które świeciły na niebie, wyglądały jak duże czarki do herbaty. Emei była bezludna. Dokoła panowała cisza, a wieczorny wiatr nucił w gałęziach małej pokręconej sosny rosnącej nad przepaścią.

 

Tie Guanzi posadził Du Zichuna tuż nad otchłanią i rzekł:

– Teraz lecę do nieba, by spotkać się z Xiwangmu[11], a ty siedź tutaj i czekaj. W czasie mojej nieobecności mogą cię otoczyć demony i płatać różne figle, ale cokolwiek by się działo, zachowaj absolutne milczenie. Jeżeli wypowiesz choć jedno słowo, to wiedz, że nigdy nie zostaniesz czarnoksiężnikiem. Rozumiesz? Siedź cicho, nawet gdyby ziemia pękała pod twoimi stopami.

– Dobrze, na pewno nie powiem ani słowa. Nawet jeżeli miałbym umrzeć, będę cicho.

– Doprawdy? Po twoim zapewnieniu nie będę się martwić. – Starzec pożegnał Du Zichuna, znowu wsiadł na bambus, uniósł się w górę i poleciał w głąb nocy, która okryła już skaliste szczyty. Po chwili zniknął.

Du Zichun został sam. Siedział na skale i spokojnie patrzył w gwiazdy. Po upływie pół godziny, kiedy nocne górskie powietrze zaczęło przenikać przez jego cienkie ubranie, poczuł chłód. Nagle usłyszał z góry gniewne słowa:

– Kto tam siedzi?

Du Zichun nic nie odpowiedział, zgodnie z zaleceniami czarnoksiężnika. Po pewnym czasie znowu usłyszał gniewny głos:

– Jeżeli nie odpowiesz, to zginiesz!

Du Zichun dalej milczał. Nagle nie wiadomo skąd pojawił się tygrys z palącymi oczami i patrząc na Du Zichuna, wydał z siebie okropny ryk. Jak by tego było mało, Du Zichun usłyszał nad swoją głową trzask gałęzi sosny i zobaczył białego węża grubego jak beczka, z językiem jak płomienie. Wąż w mgnieniu oka spełzł ze szczytu skały, która była za plecami Du Zichuna, i zbliżył się do niego.

Ale Du Zichun dalej siedział spokojnie i nawet nie mrugnął. Tygrys i wąż, gotując się do skoku na ten sam łup, czekali na odpowiedni moment. Przez chwilę wlepiali w siebie wzrok i w końcu jednocześnie rzucili się na Du Zichuna. A kiedy Du Zichun już był pewny, że za moment zginie w paszczy tygrysa lub węża, i tygrys, i wąż rozpłynęli się w powietrzu jak mgła i zniknęli razem z nocnym wiatrem. Znów zapadła cisza i tylko było słychać, jak wiatr szepce w gałęziach sosny.

Du Zichun odetchnął z ulgą i czekał dalej w napięciu, nie wiedząc, co mu się znowu przydarzy.

W tym momencie zawiał wiatr i czarna jak atrament chmura pokryła część nieba. Purpurowa błyskawica rozdarła ciemność na dwie części. Rozległ się przerażający grzmot i zaraz potem spadł deszcz tak ulewny jak wodospad, lecz Du Zichun nie okazywał strachu. Świst wiatru, ściana deszczu i nieustające błyskawice były tak potężne, jakby miały za chwilę zwalić górę Emei. Z kłębowiska czarnych chmur prosto na głowę Du Zichuna wystrzelił czerwony słup ognia. Du Zichun odruchowo zatkał uszy obiema rękami i przywarł do skały. Kiedy po chwili otworzył oczy, niebo zrobiło się pogodne jak przedtem i tak jak przedtem ponad wyniosłymi górami, które widniały w oddali, wyraźnie świeciły duże jak czarki do herbaty gwiazdy Wielkiej Niedźwiedzicy.

Du Zichun pomyślał, że i ta okropna burza, i tygrys, i biały wąż były podstępem demonów, które korzystały z nieobecności Tie Guanziego. Uspokoił się, otarł zimny pot z czoła i usiadł znowu na skale. Ale nie zdążył jeszcze odetchnąć z ulgą, kiedy ujrzał przed sobą przerażającego wodza demonów. Mierzył on ponad dziewięć metrów i cały był zakuty w złotą zbroję. W dłoni dzierżył trójzębną halabardę, której ostrze przystawił nagle Du Zichunowi do piersi, i gniewnie wykrzyknął:

– Hej, skąd się tutaj wziąłeś? Góra Emei jest moją siedzibą od stworzenia świata. Ktoś, kto się nie boi tu siedzieć, nie może być zwykłym człowiekiem. Jeśli cenisz swe życie, to mów jak najszybciej, kim jesteś.

Lecz Du Zichun, pamiętając zalecenia starca, zaciskał usta i nic nie mówił.

– Nie odpowiadasz? Dobrze. Nie musisz. Ale za to moi podwładni porąbią cię na drobne kawałki.

Wódz wzniósł wysoko halabardę i zagarnął nią niebo od strony dalekich gór. W tym momencie rozdarła się ciemność i niezliczona liczba demonów wojowników pokryła niebo jak chmura. Cały ten tłum, wywijając dzidami i mieczami, leciał niczym lawina w stronę Du Zichuna.

Kiedy Du Zichun ich ujrzał, o mały włos nie krzyknął z przerażenia, ale przypomniał sobie słowa Tie Guanziego i zmusił się do milczenia. Wódz demonów zobaczył, że Du Zichun się nie boi, i ogromnie się zezłościł.

– Uparty jesteś jak osioł. Uprzedzam cię jeszcze raz, jeśli nic nie odpowiesz, zabiję cię.

Wódz w mgnieniu oka uniósł trójzębną halabardę i jednym ciosem zabił Du Zichuna. I ze straszliwym śmiechem, od którego zatrzęsła się góra Emei, znikł, a niezliczony tłum jego żołnierzy odleciał jak sen przy gwiździe nocnego wiatru.

Gwiazdy Wielkiej Niedźwiedzicy swym zimnym światłem jak przedtem oświetlały skałę i jak przedtem szeleścił wiatr w gałęziach sosny nad przepaścią. A Du Zichun leżał na wznak i nie oddychał.

V

Du Zichun leżał na skale, a jego dusza cicho opuściła ciało i zeszła na dno piekieł. Ze świata ludzi do piekieł prowadzi Droga Jaskini Ciemności. Tam cały rok panuje ciemność i lodowaty wiatr wyje z przeraźliwym świstem. Przez jakiś czas Du Zichun jak liść leciał z podmuchem tego wiatru, aż w końcu opadł przed wspaniałym pałacem. Nad bramą widniał napis: Pałac Obfitości.

Demony, które kłębiły się przed wejściem do pałacu, natychmiast okrążyły Du Zichuna i po schodach zaczęły go wlec do pałacu. Na szczycie stopni stał król w czarnych szatach, z koroną na głowie, i toczył wokół swym groźnym spojrzeniem. To był Wielki Władca Ciemności. Du Zichun słyszał o nim już dawno temu. Rzucił się na kolana ze strachem w sercu przed tym, co go czeka.

– Ha! Coś ty robił na górze Emei? – Głos Wielkiego Władcy Ciemności rozległ się ze szczytu schodów jak grzmot.

Du Zichun już chciał odpowiedzieć, kiedy przypomniał sobie ostrzeżenie Tie Guanziego, żeby w żadnym wypadku nie otwierać ust. Dlatego ze spuszczoną głową milczał jak niemowa. Wielki Władca Ciemności uniósł żelazne berło i z najeżoną brodą wrzasnął:

– A ty myślisz, że gdzie jesteś? Jak natychmiast nie odpowiesz, to wydam cię na piekielne męki.

Lecz Du Zichun nawet nie poruszył wargami. Na to Wielki Władca zwrócił się do demonów i z gniewem wydał im rozkaz. Demony oddały mu pokłon i natychmiast pociągnęły Du Zichuna za sobą, by wznieść się ponad Pałac Obfitości. Jak każdy wie, w piekle, pod czarnym jak smoła niebem, poza Górą Mieczy i Jeziorem Krwi, jest Dolina Płomieni, zwana Piekłem Gorąca, i Morze Lodu, zwane Piekłem Mrozu[12]. Demony wrzucały Du Zichuna kolejno do każdego z tych piekieł. Musiał on przejść wszystkie rodzaje okrutnych mąk: miecze przebijały mu pierś, płomienie opalały twarz, wyrywano mu język, odzierano ze skóry, bito żelaznymi młotami, smażono w oleju, jadowity wąż zżerał mu mózg, niedźwiedzi jastrząb wydziobywał mu oczy. Tych tortur było tak wiele, że nie można wszystkich wymienić. Mimo to Du Zichun nie wydał z siebie głosu.

Nawet demony nie wiedziały już, co robić. Powróciły przez czarne jak smoła niebo do Pałacu Obfitości. Tam rzuciły Du Zichuna pod schody i zakrzyknęły chórem:

– Wielki Władco Ciemności, wygląda na to, że ten grzesznik nic nie powie, cokolwiek by się z nim robiło.

Wielki Władca Ciemności zmarszczył brwi i głęboko się zamyślił. Wreszcie wydał demonom rozkaz, aby natychmiast przyprowadziły rodziców Du Zichuna, którzy przebywali na Drodze Zwierząt[13].

Jeden z demonów natychmiast uniósł się z wiatrem do nieboskłonu piekieł i natychmiast, jak spadająca gwiazda, wrócił, wlekąc ze sobą dwoje zwierząt. Du Zichun z wielkim zdziwieniem zobaczył, że mają sylwetki chudych koni i twarze jego zmarłych rodziców, których przecież nie zapominał nawet we śnie.

– Jeśli natychmiast nie powiesz, co robiłeś na górze Emei, sprawię ból twoim rodzicom!

Mimo takich gróźb Du Zichun nie odpowiadał.

– Ty niewdzięczniku! Zgadzasz się na cierpienia rodziców dla własnej wygody! – zaryczał Wielki Władca Ciemności tak głośno, iż wydawało się, że Pałac Obfitości się zawali.

– Demony, szarpcie i bijcie. Zmiażdżcie im skórę i kości.

Demony zgodnie przytaknęły, złapały żelazne bicze i ze wszystkich stron zaczęły bezlitośnie okładać obie szkapy. Ciosy biczów ze świstem padały wszędzie, rozdzierając koniom skórę. Szkapy, które były przecież jego rodzicami, rżały w strasznych mękach, a z ich oczu płynęły krwawe łzy. Nie dało się na to patrzeć.

– No co, dalej będziesz milczał? – zadał pytanie Wielki Władca Ciemności i na chwilę kazał demonom powstrzymać bicie. Oba konie już leżały u stóp schodów ze zmiażdżonymi mięśniami i połamanymi kośćmi i ledwo oddychały.

Du Zichun był w rozpaczy, ale pamiętał, co mu powiedział Tie Guanzi. Mocno zaciskał powieki, żeby niczego nie widzieć. I właśnie wtedy usłyszał głos, tak cichy, że trudno było to nawet nazwać głosem.

– Nie bądź smutny. Nieważne, co się z nami stanie. Ty masz być szczęśliwy. Bez względu na to, co Wielki Władca Ciemności zrobi, nie mów niczego, czego nie chcesz powiedzieć.

To był głos jego ukochanej matki. Du Zichun mimowolnie otworzył oczy i ujrzał, że jeden z koni wpatruje się ze smutkiem w jego twarz. Oto matka, nawet w takich mękach, troszczyła się o serce syna i nie miała mu za złe, że biją ją demony. Jaka to była wspaniała postawa w porównaniu z tymi zachowaniami, z jakimi się spotykał w świecie, który mu schlebiał, kiedy się bogacił, i odrzucał, kiedy wpadał w nędzę. Jaka dzielna była jego matka. Du Zichun zapomniał o ostrzeżeniu starca, przyczołgał się do półżywego konia, objął go za szyję i ze łzami w oczach wyrzekł jedno słowo:

– Mamo.

VI

Zdał sobie sprawę, że słyszy swój własny głos i nagle okazało się, że znowu w promieniach zachodzącego słońca stoi pod Bramą Zachodnią Luoyangu. Zamglone niebo, biały półksiężyc, nieustanny pochód ludzi i wozów – wszystko było tak jak przed lotem na górę Emei.

– No cóż, nawet jeżeli zostałbyś moim uczniem, też nie miałbyś możliwości stać się czarnoksiężnikiem – rzekł do niego z uśmiechem zezowaty starzec.

– No tak, nie miałbym. Ale jakże jestem szczęśliwy, że nim nie zostałem. – Du Zichun ze łzami, które jeszcze nie zdążyły obeschnąć, odruchowo uścisnął rękę staremu mistrzowi.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?