Pippi na Południowym Pacyfiku

Tekst
Z serii: Pipi pończoszanka #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Astrid Lindgren

Pippi na Południowym Pacyfiku

Przełożyła

Teresa Chłapowska

Wersja elektroniczna książki nie zawiera ilustracji

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Pippi na Południowym Pacyfiku

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

PIPPI DALEJ MIESZKA W WILLI ŚMIESZNOTCE

PIPPI PODNOSI NA DUCHU CIOTKĘ LAURĘ

PIPPI ZNAJDUJE SPUNKA

PIPPI ORGANIZUJE ZGADUJ-ZGADULĘ

PIPPI DOSTAJE LIST

PIPPI WCHODZI NA POKŁAD

PIPPI SCHODZI NA LĄD

PIPPI PRZEMAWIA DO ROZUMU REKINOWI

PIPPI PRZEMAWIA DO ROZUMU JIMOWI I BUCKOWI

PIPPI MA DOSYĆ JIMA I BUCKA

PIPPI OPUSZCZA WYSPĘ KURREKURREDUTT

PIPPI POŃCZOSZANKA NIE CHCE BYĆ DUŻA

Strona redakcyjna

Zajrzyj na strony

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PIPPI DALEJ MIESZKA W WILLI ŚMIESZNOTCE

Małe, malutkie miasteczko, gdzie wzdłuż uliczek wybrukowanych kocimi łbami stały niskie domki z ogródkami kwiatowymi, wyglądało bardzo schludnie i przytulnie. Każdy, kto je odwiedzał, musiał pomyśleć, że w tej miejscowości żyje się spokojnie i beztrosko. Nie było tu jednak zbyt wielu ciekawych rzeczy do oglądania: tylko muzeum regionalne i stary kurhan. Nic więcej. Chociaż owszem, było jeszcze coś. Ludzie w tym małym miasteczku ustawili wyraźne i porządne tablice wskazujące drogę tym, którzy by chcieli te ciekawe obiekty zobaczyć. „Do Muzeum Regionalnego” głosił napis dużymi literami, a pod spodem znajdowała się strzałka. „Do kurhanu” – widniało na drugiej tablicy.

Ale stała tam jeszcze jedna tablica, na której był napis: „Do Willi Śmiesznotki”.

Tablicę tę ustawiono całkiem niedawno. Zdarzało się bowiem ostatnio dość często, że ludzie pytali o drogę do Willi Śmiesznotki – prawdę mówiąc, znacznie częściej pytali o nią niż o muzeum czy kurhan.

Któregoś pięknego, letniego dnia do miasteczka przyjechał samochodem pewien pan. Mieszkał w znacznie większym mieście i dlatego wyobrażał sobie, że jest bardziej wytworny i godny uwagi niż mieszkańcy owej małej mieściny. A ponadto miał niezwykle elegancki samochód. No i sam był wspaniałym mężczyzną, w błyszczących butach, z grubym, złotym pierścieniem na palcu. Nic więc dziwnego, że uważał siebie za kogoś wyjątkowego.

Jadąc ulicami małego miasteczka, głośno trąbił, żeby ludzie słyszeli, że przyjechał.

Ujrzawszy tablice, elegancki pan wykrzywił usta w szerokim, szyderczym uśmiechu.

– „Do Muzeum Regionalnego”, no tak, dziękuję bardzo – mruknął do siebie. – Nie skorzystam. „Do kurhanu” – przeczytał na drugiej tablicy. – Coraz lepiej, jak mi się zdaje.

– A cóż to znowu za głupoty – powiedział, dostrzegając trzecią tablicę. – „Do Willi Śmiesznotki”, co za nazwa!

Namyślał się przez chwilę. Willa nie mogła być osobliwością godną oglądania, w rodzaju lokalnego muzeum czy kurhanu. Tablica została widocznie ustawiona z jakiegoś innego powodu. W końcu wpadł na właściwe wytłumaczenie. Willa była oczywiście na sprzedaż. Tablicę postawiono po to, by wskazać drogę osobom, które ewentualnie chciałyby ją kupić. Wytworny pan od dawna już myślał o tym, że powinien sprawić sobie dom w jakiejś małej miejscowości, gdzie nie byłoby takiego hałasu jak w dużym mieście. Nie mieszkałby tam stale, rzecz jasna, przyjeżdżałby tylko od czasu do czasu, żeby odpocząć. Poza tym w małym miasteczku znacznie lepiej byłoby widać jego niezwykłą wytworność i elegancję. Postanowił natychmiast obejrzeć Willę Śmiesznotkę.

Wystarczyło jechać tak, jak wskazywała strzałka. Lecz dopiero na skraju małej mieściny znalazł to, czego szukał. Na rozlatującej się furtce ogrodowej widniał napis ołówkiem: „Willa Śmiesznotka”.

Za furtką ciągnął się zapuszczony ogród ze starymi drzewami obrosłymi mchem, z niestrzyżonymi trawnikami i sporą ilością kwiatów, które rosły, jak chciały. W głębi ogrodu stał dom, ojej, co za dom! Wyglądał tak, jakby się miał zawalić lada moment. Wytworny pan przypatrywał mu się. Wtem jęknął cicho. NA WERANDZIE STAŁ KOŃ. Elegancki pan nie był przyzwyczajony do widoku koni na werandzie. Dlatego jęknął.

Na schodach werandy, w pełnym słońcu, siedziało troje dzieci. W środku bardzo piegowata dziewczynka z dwoma rudymi warkoczykami sterczącymi w górę. Po jednej jej stronie siedziała bardzo milutka dziewczynka o jasnych lokach, w sukience w niebieską kratkę, po drugiej porządnie uczesany chłopiec. A na ramieniu rudej dziewczynki siedział makak.

Wytworny pan się zastanawiał. Chyba źle trafił. Chyba nikt na świecie nie wyobrażał sobie, że można sprzedać rozpadający się dom.

– Słuchajcie, dzieci! – krzyknął. – Czy ta nędzna chałupa to rzeczywiście Willa Śmiesznotka?

Dziewczynka w środku, ta z rudymi włosami, wstała i ruszyła ku furtce. Tamtych dwoje powoli dreptało za nią.

– Zapomniałaś języka? – spytał elegancki pan, zanim ruda dziewczynka zdążyła dojść do furtki. – Ta rudera to ma być Willa Śmiesznotka?

– Niech no pomyślę – odparła ruda dziewczynka i zmarszczyła czoło. – Muzeum Regionalne – nie! Kurhan – nie! Mam! – wrzasnęła. – To jest Willa Śmiesznotka!

– Odpowiadaj jak człowiek – rzekł elegancki pan, wysiadając z samochodu. Postanowił w każdym razie przyjrzeć się trochę bliżej temu miejscu.

– Można by, rzecz jasna, zburzyć tę budę i postawić nowy dom – mruknął sam do siebie.

– Ach, tak, tak, zacznijmy od razu! – zawołała rudowłosa dziewczynka i natychmiast wyrwała parę desek z narożnika domu.

Wytworny pan nie słuchał jej. Nie interesowały go w ogóle małe dzieci, a zresztą chciał się teraz nad czymś zastanowić. Ogród mimo zaniedbania wyglądał w słonecznym blasku dość zachęcająco i sympatycznie. Gdyby wybudować nowy dom, przystrzyc trawniki i wygracować ścieżki, a także zasadzić porządne kwiaty, mógłby tu zamieszkać nawet ktoś bardzo elegancki. Więc wytworny pan zdecydował się kupić Willę Śmiesznotkę.

Rozejrzał się, szukając, gdzie i co można by ulepszyć. Stare omszałe drzewa trzeba oczywiście powycinać. Jego nadąsany wzrok spoczął na dębie o grubym pniu i sękatych konarach sięgających aż nad dach Willi Śmiesznotki.

– To drzewo wyrąbię – powiedział stanowczo.

Mała, sympatyczna dziewczynka w sukience w kratkę zawołała przerażona:

– Pippi, słyszałaś?!

Tymczasem ruda dziewczynka, niczym się nie przejmując, ćwiczyła skakanie żabką na ogrodowej ścieżce.

– Jak mówię, wyrąbię ten stary, spróchniały dąb – mruknął elegancki pan.

Dziewczynka w sukience w niebieską kratkę błagalnie wyciągnęła ku niemu ręce.

– Ach, nie, nie rób tego! – prosiła. – To jest… to jest takie dobre drzewo do włażenia. I ma dziurę w środku, więc można w nim siedzieć.

– Głupstwa – rzekł wytworny pan. – Ja nie łażę po drzewach, sama chyba rozumiesz.

Porządnie uczesany chłopiec też podszedł do furtki. Wydawał się zaniepokojony.

– W tym drzewie rośnie lemoniada – powiedział proszącym głosem. – I czekolada też, w czwartki.

– Słuchajcie, zdaje się, żeście za długo siedzieli w słońcu – rzekł elegancki pan. – I chyba wam się w głowach coś pokręciło. Ale mniejsza z tym. Zamierzam kupić tę posiadłość. Możecie mi powiedzieć, gdzie znajdę właściciela?

Mała dziewczynka w sukience w kratkę rozpłakała się, a porządnie uczesany chłopiec podbiegł do rudej dziewczynki, która wciąż skakała żabką.

 

– Pippi – powiedział – słyszysz, co on mówi? Dlaczego nic nie robisz?

– Nie robię? – odpowiedziała rudowłosa dziewczynka. – Ciężko pracuję. Skaczę żabką, jakby chodziło o życie, a ty twierdzisz, że nic nie robię. Sam poskacz, to zobaczysz, jakie to przyjemne!

Podniosła się wreszcie i podeszła do eleganckiego pana.

– Nazywam się Pippi Pończoszanka – powiedziała. – A to są Tommy i Annika. – Pokazała na swoich towarzyszy. – Czy możemy panu w czymś pomóc? Może trzeba zburzyć jakiś dom? Albo wyciąć drzewo? Albo może trzeba coś zmienić? Proszę tylko powiedzieć słowo.

– Nie obchodzi mnie, jak się nazywacie – odparł wytworny pan. – Chcę tylko wiedzieć, gdzie jest właściciel tego domu. Mam zamiar go kupić.

Rudowłosa dziewczynka, ta, która nazywała się Pippi Pończoszanka, znów zaczęła skakać żabką.

– Właściciel jest akurat trochę zajęty – rzekła, nie przerywając skakania. – Nawet szalenie zajęty – dodała, wciąż skacząc dookoła wytwornego pana. – Ale niech pan usiądzie i poczeka trochę, ona na pewno przyjdzie.

– Ona? – ucieszył się elegancki pan. – A więc ta rudera należy do kobiety. Tym lepiej. Płeć żeńska nie rozumie się na interesach. Miejmy nadzieję, że uda się to wszystko dostać za grosze.

– Nadzieję można mieć – powiedziała Pippi Pończoszanka.

Ponieważ nie było pod ręką innego miejsca, wytworny pan usiadł ostrożnie na schodach werandy. Mała małpka skakała niespokojnie tam i z powrotem po balustradzie. Tommy i Annika, dwoje grzecznych i porządnie uczesanych dzieci, stali nieco dalej, patrząc na niego z przerażeniem.

– Mieszkacie tu? – spytał elegancki pan.

– Nie – odpowiedział Tommy. – Mieszkamy w willi obok.

– Ale codziennie przychodzimy się tu bawić – dodała Annika nieśmiało.

– No, z tym to teraz będzie koniec – oświadczył wytworny pan. – Nie chcę tu mieć żadnych dzieciaków biegających po moim ogrodzie. Dzieci to najgorsze, co znam.

– Ja też tak uważam – powiedziała Pippi, przerywając skakanie. – Powinno się je wszystkie powystrzelać.

– Jak możesz tak mówić! – powiedział Tommy urażony.

– Owszem, wszystkie dzieci powinno się wystrzelać – powtórzyła Pippi. – Ale tego nie można zrobić, bo wtedy nigdy by nie wyrośli mili, sympatyczni wujaszkowie. A bez nich nie można się obyć.

Elegancki pan przyglądał się rudym warkoczom Pippi i postanowił trochę pożartować.

– Wiesz, jakie jest podobieństwo między tobą a palącą się zapałką? – spytał.

– Nie – odparła Pippi. – Zawsze się nad tym zastanawiałam.

Elegancki pan pociągnął ją mocno za warkocz.

– Aha, widzisz, obie palicie się na czubku, cha, cha, cha!

– Czego to się nie słyszy. Aż dziw! – powiedziała Pippi. – Że też wcześniej na to nie wpadłam!

Wytworny pan spojrzał na nią i powiedział:

– Wiesz co, jesteś – słowo daję – najbrzydszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziałem.

– Och – odparła Pippi – ja też nie uważam, żebyś ty był takim cudem natury, że nic, tylko podskoczyć z zachwytu.

Elegancki pan wyglądał na obrażonego, ale się nie odezwał. Pippi przez chwilę milczała i przypatrywała mu się z przekrzywioną głową.

– Słuchaj – powiedziała w końcu. – Wiesz, jakie jest podobieństwo między tobą a mną?

– Między tobą a mną? – powtórzył elegancki pan. – Mam nadzieję, że między nami nie ma żadnego podobieństwa.

– Owszem – rzekła Pippi. – Oboje się przechwalamy. Z wyjątkiem mnie.

Tommy i Annika zachichotali cichutko. Wytworny pan zrobił się czerwony.

– Jesteś bezczelna! – krzyknął. – Ale ja cię tego oduczę.

Wyciągnął grubą rękę, chcąc ją uderzyć, lecz ona natychmiast odskoczyła w bok, a w sekundę później siedziała wysoko na dębie. Elegancki pan otworzył usta ze zdumienia.

– Kiedy zaczniemy bicie? – zapytała Pippi, sadowiąc się wygodnie na gałęzi.

– Mam czas, poczekam – odparł wytworny pan.

– To świetnie – powiedziała Pippi. – Bo właśnie namyślam się, czy nie zostać tu na górze do połowy listopada.

Tommy i Annika śmiali się i klaskali w dłonie. Tego jednak nie powinni byli robić. Bo teraz elegancki pan był już strasznie rozzłoszczony i nie mogąc dosięgnąć Pippi, chwycił Annikę za kark i powiedział:

– Wobec tego ciebie zbiję. Wygląda na to, że i tobie należy się lanie.

Annika jeszcze nigdy nie dostała w skórę, krzyknęła więc przerażonym, rozdzierającym głosem. Pippi zeskoczyła z drzewa, aż zadudniło. Jednym susem znalazła się obok wytwornego pana.

– O nie! – powiedziała. – Nie będziemy się bili, raczej sama się z tobą rozprawię.

I zrobiła to. Chwyciła eleganckiego pana wpół i kilka razy podrzuciła wysoko w powietrze. A potem zaniosła na wyciągniętych ramionach do samochodu i wepchnęła na tylne siedzenie.

– Zaczekamy raczej ze zburzeniem domu do następnego razu – powiedziała. – Wiesz, ja burzę domy raz w tygodniu. Ale nigdy w piątki. Bo wtedy trzeba się zająć cotygodniowym sprzątaniem. Dlatego przeważnie w piątek odkurzam cały dom, a w sobotę go burzę. Każda rzecz w swoim czasie.

Elegancki pan z wielkim mozołem przepełznął do kierownicy, po czym odjechał na pełnym gazie. Był wystraszony i równocześnie wściekły, że nie udało mu się porozmawiać z właścicielem Willi Śmiesznotki. Koniecznie chciał ją kupić i wygnać te paskudne dzieci.

Po chwili zauważył jednego z miejscowych policjantów. Zatrzymał samochód i spytał:

– Czy może mi pan pomóc odnaleźć tę panią, która jest właścicielką Willi Śmiesznotki?

– Z największą przyjemnością – odparł policjant. Wskoczył do samochodu i powiedział:

– Proszę jechać do Willi Śmiesznotki.

– Ale jej tam nie ma – rzekł wytworny pan.

– Jest, na pewno – odparł policjant.

Elegancki pan czuł się bezpiecznie, mając ze sobą policjanta, wrócił więc do Willi Śmiesznotki. Bo bardzo chciał porozmawiać z jej właścicielką.

– To jest ta pani, do której należy willa – powiedział policjant, pokazując na dom.

Wytworny pan spojrzał we wskazanym kierunku. Złapał się za głowę i jęknął. Otóż na schodach werandy stała owa ruda dziewczynka, ta okropna Pippi Pończoszanka, i na wyprostowanych rękach trzymała konia. Małpa siedziała jej na ramieniu.

– Hej, Tommy i Anniko! – krzyknęła. – Chodźcie, przejedziemy się trochę, zanim się zjawi następny spikulant.

– Spekulant – poprawiła Annika.

– Czy to… czy to właścicielka willi? – zapytał elegancki pan zmęczonym głosem. – Przecież to tylko mała dziewczynka!

– Tak – odparł policjant. – Tylko mała dziewczynka. Najsilniejsza dziewczynka na świecie. Mieszka tu całkiem sama.

Koń z trojgiem dzieci na grzbiecie przygalopował do furtki. Pippi spojrzała w dół na eleganckiego pana i powiedziała:

– Wiesz co, całkiem było zabawnie, kiedyśmy niedawno rozwiązywali zagadki. Znam jeszcze jedną. Możesz mi powiedzieć, jaka jest różnica między koniem a małpą?

Wytworny pan nie czuł się absolutnie w nastroju do zabawy w zgadywanie, ale nabrał takiego respektu dla Pippi, że nie miał odwagi odmówić.

– Jaka jest różnica między koniem a małpą? Nie, nie mam pojęcia.

– No tak, to rzeczywiście nie jest łatwe – rzekła Pippi. – Ale powiem ci coś, co cię może trochę naprowadzić. Gdybyś zobaczył ich dwoje razem pod drzewem i jedno z nich zaczęłoby włazić na drzewo, to NIE BĘDZIE koń.

Wytworny pan nacisnął pedał gazu do deski i odjechał wielkim pędem. I już nigdy, nigdy więcej nie wrócił do tego małego miasteczka.

PIPPI PODNOSI NA DUCHU CIOTKĘ LAURĘ

Któregoś popołudnia Pippi chodziła po ogrodzie, czekając na Tommy’ego i Annikę. Ale nie przyszedł żaden Tommy ani żadna Annika, więc Pippi postanowiła zobaczyć, gdzie się podziewają. Znalazła ich w altanie, w ich własnym ogrodzie. Nie byli jednak sami. Była tam ich mama, pani Settergren, a także bardzo sympatyczna starsza ciocia, która przyszła w odwiedziny. Siedziały przy kawie. Dzieci piły sok.

Tommy i Annika wybiegli do Pippi.

– Jest ciocia Laura – powiedział Tommy. – Dlatego nie przyszliśmy do ciebie.

– Sympatycznie wygląda – stwierdziła Pippi, zerkając przez listowie. – Muszę z nią porozmawiać. Bardzo lubię stare, miłe ciotki.

Annika wydawała się trochę zaniepokojona.

– Może… może… byłoby lepiej, żebyś za dużo nie mówiła – powiedziała. Przypomniała sobie bowiem, jak to kiedyś Pippi na jednym podwieczorku tak strasznie dużo mówiła, że mama Anniki była bardzo z tego powodu niezadowolona. Annika nie chciała, by ktokolwiek był niezadowolony z Pippi, którą ona tak bardzo lubiła.

– Mam z nią nie mówić? – spytała Pippi urażona. – A właśnie że będę, wyobraź sobie. Trzeba być uprzejmym, jak ludzie przychodzą w odwiedziny. Gdybym tylko siedziała i w ogóle się nie odzywała, ciocia mogłaby pomyśleć, że mam coś przeciwko niej.

– Dobrze, ale czy na pewno wiesz, jak się rozmawia z ciociami? – Annika nie dawała za wygraną.

– Podnosi się je na duchu, po prostu – powiedziała Pippi z naciskiem. – I właśnie zamierzam to zrobić.

Weszła do altany. Najpierw dygnęła przed panią Settergren. Potem popatrzyła na starszą panią, podnosząc brwi.

– Ach, spójrzcie no na ciocię Laurę! – powiedziała. – Ładniejsza niż kiedykolwiek! Mogę dostać trochę soku? Żeby mi nie zaschło w gardle, jeżeli może wdamy się w rozmowę.

To ostatnie powiedziała do mamy Tommy’ego i Anniki. Pani Settergren nalała jej szklankę soku, mówiąc jednak przy tym:

– Małe dzieci może być widać, ale nie słychać.

– Ha – rzekła Pippi. – Ludziom nie brak chyba oczu i uszu, mam przynajmniej taką nadzieję. Więc jeżeli cieszę czyjeś oczy, to i jego uszy powinny mieć zajęcie. Ale niektórzy są zdania, że uszy ma się TYLKO PO TO, żeby nimi machać.

Pani Settergren, nie słuchając paplania Pippi, zwróciła się do starszej pani.

– Jak się, kochana ciocia, ostatnio miewa? – zapytała z zainteresowaniem.

Ciotka Laura wydawała się zmartwiona.

– Wciąż źle – powiedziała. – Taka jestem nerwowa, wszystkim się niepokoję.

– Dokładnie jak babcia – włączyła się Pippi, maczając energicznie sucharek w szklance z sokiem. – Ona też robiła się nerwowa i podniecona o byle co. Jak szła ulicą i przypadkiem spadła jej na głowę dachówka, to zaczynała podskakiwać i krzyczeć, i taki robić rwetes, jakby stało się jakieś nieszczęście. A kiedyś, wiecie, była z tatusiem na balu i tańczyli hambo1. Tatuś jest dość silny i nagle przerzucił babcię na drugą stronę sali balowej, tak że wylądowała na kontrabasie. I oczywiście jak zwykle zaczęła krzyczeć i się awanturować. Wtedy tatuś schwycił ją i na wyprostowanych ramionach wystawił przez okno na czwartym piętrze, tylko po to, żeby się trochę uspokoiła i przestała być taka nerwowa. Ale nie myślcie, że to jej pomogło! „Puść mnie natychmiast!” – krzyczała babcia. I tatuś oczywiście usłuchał. No i – wyobraźcie sobie – to też nie skończyło się dobrze! Tatuś mówił, że nigdy czegoś podobnego nie widział, żeby stara baba aż tak kaprysiła z powodu drobiazgów. Oj tak, nie jest łatwo, jak ludzie cierpią na nerwy – powiedziała Pippi ze współczuciem i umoczyła następny sucharek.

Tommy i Annika wiercili się niespokojnie na krzesłach. Ciotka Laura kręciła niezdecydowanie głową, a pani Settergren szybko powiedziała:

– Miejmy nadzieję, że ciocia wkrótce poczuje się lepiej.

– Ach, na pewno – powiedziała Pippi pocieszająco. – Tak było z babcią. Zrobiła się zdrowa jak nigdy. Bo brała środki uspokajające.

– Jakie środki? – zainteresowała się ciotka Laura.

– Truciznę na lisy – objaśniła Pippi. – Płaską łyżkę stołową trucizny na lisy. I to podziałało, możecie mi wierzyć. Po tej nauczce przez pięć dni siedziała idealnie cicho, jak mysz pod miotłą, i nie odezwała się słowem. Spokojna jak trusia. Po prostu całkiem zdrowa! Żadnego już podskakiwania ani krzyków. Dachówki mogły spadać jej na głowę jedna po drugiej, a ona siedziała sobie, bardzo zadowolona. Więc oczywiście ciocia Laura też może być zdrowa. Bo – jak mówiłam – babcia wyzdrowiała.

Tommy ukradkiem przysunął się do ciotki Laury i szepnął jej do ucha:

– Nie zwracaj na nią uwagi, ciociu. Ona tylko tak zmyśla! Pippi nie ma babci.

Ciotka Laura kiwała głową wyrozumiale. Ale Pippi miała dobre uszy i dosłyszała, co Tommy powiedział.

 

– Tommy ma rację – przyznała. – Nie mam babci. Ona po prostu nie istnieje. Ale właściwie dlaczego ciocia musi być taka nerwowa?

Ciotka Laura zwróciła się do pani Settergren:

– Wiesz, wczoraj zdarzyło mi się coś tak dziwnego…

– Na pewno nie mogło być aż takie dziwne jak to, co mnie się przydarzyło przedwczoraj – zapewniła ją Pippi. – Jechałam pociągiem i akurat jak pociąg był najbardziej rozpędzony, przez okno wleciała krowa z dużą walizką, która wisiała jej na ogonie. Usiadła na ławce naprzeciwko mnie i zaczęła czytać rozkład jazdy, żeby się dowiedzieć, o której godzinie będziemy w Falköping. Ja właśnie jadłam kanapki – miałam mnóstwo kanapek z wędzonym śledziem i kiełbasą – i pomyślałam, że może krowa jest głodna, więc ją poczęstowałam. Wzięła kanapkę ze śledziem i zjadła ją z apetytem.

Pippi zamilkła.

– To rzeczywiście dziwne zdarzenie – powiedziała uprzejmie ciotka Laura.

– Tak. Długo by szukać równie dziwnej krowy – rzekła Pippi. – I pomyśleć, że wzięła kanapkę ze śledziem, kiedy było mnóstwo z kiełbasą.

Pani Settergren z ciotką Laurą napiły się jeszcze kawy, dzieci dostały jeszcze soku.

– A więc, chciałam właśnie opowiedzieć, jak mi przerwała nasza mała przyjaciółka – ciągnęła ciotka Laura – o niezwykłym wczorajszym spotkaniu…

– Skoro mowa o niezwykłych spotkaniach – wtrąciła się Pippi – na pewno zabawi was historia o Agatonie i Teodorze. Pewnego razu, jak statek tatusia zawinął do Singapuru, okazało się, że potrzebujemy jeszcze jednego marynarza na pokładzie. I wtedy przybył nam Agaton. Miał dwa i pół metra wzrostu i był taki chudy, że kości mu grzechotały jak ogon rozzłoszczonego grzechotnika. Miał włosy czarne jak węgiel i długie do pasa, i tylko jeden ząb. Ale ten ząb był o wiele większy niż normalnie i sięgał mu daleko za brodę. Tatuś uważał, że Agaton jest tak brzydki, że już nie można bardziej, i z początku nie chciał go przyjąć, ale potem powiedział, że może się przydać, gdyby trzeba było wypłoszyć jakieś konie, żeby poniosły. No i przypłynęliśmy do Hongkongu. A tam okazało się, że potrzebujemy jeszcze jednego marynarza. I wtedy znalazł się Teodor. Miał dwa i pół metra wzrostu, włosy czarne jak węgiel i długie do pasa, i jeden wielki ząb. Agaton i Teodor byli strasznie do siebie podobni. Zwłaszcza Teodor. Byli po prostu tak podobni jak dwaj bliźniacy.

– To dziwne – powiedziała ciotka Laura.

– Dziwne? – powtórzyła Pippi. – Co w tym dziwnego?

– To właśnie, że byli tacy do siebie podobni – rzekła ciotka Laura.

– Ach nie – odparła Pippi. – To nie było ani trochę dziwne. Bo oni BYLI bliźniakami. Obaj. Nawet od samego urodzenia.

Spojrzała na ciotkę Laurę niemal z wyrzutem.

– Nie rozumiem, o co cioci chodzi, ciotuniu – powiedziała. – Czy to jest powód do sprzeczania się i zastanawiania, że dwaj nieszczęśliwi bliźniacy są do siebie trochę podobni? Nic na to przecież nie mogą poradzić, to nie ich wina. Nie myśl, ciotuniu, że ktoś z własnej woli wygląda jak Agaton. Albo jak Teodor, jeśli o to chodzi.

– Dobrze, ale dlaczego w takim razie mówisz o niezwykłych spotkaniach?

– Gdybym miała choćby najmniejszą możliwość dojścia do głosu na tym przyjęciu – powiedziała Pippi – to dopiero byście usłyszeli o niezwykłych spotkaniach. Ale wyobraźcie sobie, że obaj, Agaton i Teodor, chodzili w bardzo dziwny sposób, bo stawiali stopy do środka i przy każdym kroku duży palec u prawej nogi zaczepiał o duży palec u lewej. Czy to nie były dziwne spotkania, co? W każdym razie duże palce u nóg uważały, że tak.

Pippi wzięła sobie jeszcze jeden sucharek. Ciotka Laura wstała, żeby się pożegnać.

– Przecież ciocia miała opowiedzieć o tym jakimś przedwczorajszym niezwykłym spotkaniu – powiedziała pani Settergren.

– Poczekam z tym chyba do następnego razu – odparła ciotka Laura. – Zresztą, jak się nad tym zastanowić, nie było ono takie znów niezwykłe.

Pożegnała się z Tommym i Anniką. Potem pogłaskała Pippi po rudej głowie.

– Do widzenia, moja mała – rzekła. – Masz rację. Zdaje mi się, że zaczynam się czuć trochę lepiej. Wcale już nie jestem taka nerwowa.

– Ach, jak się cieszę! – powiedziała Pippi i mocno ją uściskała. – Wiesz co, ciotuniu? Tatuś był bardzo zadowolony, jak w Hongkongu przybył nam Teodor. Mówił, że teraz będzie mógł płoszyć dwa razy więcej koni.

1 Hambo – ludowy taniec szwedzki. [wróć]

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?