Przygody Madiki z Czerwcowego WzgórzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza
Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 58,80  47,04 
Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza
Przygody Madiki z Czerwcowego Wzgórza
Audiobook
Czyta Waldemar Barwiński
26,90  19,64 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Astrid Lindgren

PRZYGODY MADIKI

Z CZERWCOWEGO WZGÓRZA

Przełożyła Anna Węgleńska

Wersja elektroniczna książki nie zawiera ilustracji


Wydawnictwo

NASZA KSIĘGARNIA

PRZYGODY MADIKI Z CZERWCOWEGO WZGÓRZA

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

MADIKA Z CZERWCOWEGO WZGÓRZA

LETNI DZIEŃ NA CZERWCOWYM WZGÓRZU

RICKARD

MADIKA i LISABET URZĄDZAJĄ WYCIECZKĘ

CAŁKIEM MIŁY SMUTNY DZIEŃ

LISABET WSADZA SOBIE GROCH DO NOSA

MADIKA PRÓBUJE, CZY JEST JASNOWIDZEM

JUŻ ŚNIEŻNA ZAWIEJA ZACZYNA SWÓJ LOT

BOŻE NARODZENIE NA CZERWCOWYM WZGÓRZU

JÓZEF W STUDNI

MADIKA I BERBEĆ Z CZERWCOWEGO WZGÓRZA

MADIKA CZUJE W SOBIE ŻYCIE

BEZRADNOŚĆ BIEDY, CO TO ZNACZY?

URODZINY MAMY

MIA

LETNI DZIEŃ I WSZY

ŻYCIE NA WSI NIE JEST TAK NIEBEZPIECZNE, JAK UWAŻA MAMA

ALVA NA BALU

MÓJ SYN – BARON LOTNICTWA

MADIKA I LISABET DOSTAJĄ PRAWDZIWE CUDO

O, JAK CUDOWNIE UŚMIECHA SIĘ MAJOWE SŁOŃCE!

Strona redakcyjna

Zajrzyj na strony:

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl


Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia


MADIKA Z CZERWCOWEGO WZGÓRZA

LETNI DZIEŃ NA CZERWCOWYM WZGÓRZU

W dużym czerwonym domu nieopodal rzeki mieszka Madika. Mieszkają tam także jej mama i tata, i mała siostrzyczka Elisabet, i czarny pudel Sasso, i kotka Gosan. No i Alva. Madika i Elisabet mieszkają w dziecinnym pokoju, Alva w pokoiku dla służącej, Sasso w koszyku, a Gosan przy piecu. Mama mieszka niemal w całym domu, tak samo jak tata, z wyjątkiem tych dni, kiedy jest w redakcji gazety i pisze, żeby ludzie mieli co czytać.

Madika właściwie ma na imię Margareta. Ale kiedy była mała, nazywała siebie Madiką. I chociaż teraz jest już duża, bo ma prawie siedem lat, nadal wszyscy mówią na nią Madika. Tylko kiedy coś zbroi i należy ją skarcić, staje się Margaretą. Dość często jest nazywana Margaretą. Do Elisabet można się zwracać Lisabet, bo nie trzeba jej strofować. Ale Madika ma ciągle jakieś zwariowane pomysły i nigdy nie myśli przed… dopiero po… Wtedy żałuje i jest jej smutno. Bardzo chciałaby być miła i grzeczna, aż szkoda, że czasami jej się to nie udaje.

– Temu dziecku pomysły lęgną się w głowie szybciej, niż prosię zdąży mrugnąć – mawia Linus-Ida, i to prawda.

Linus-Ida przychodzi w piątki robić pranie i szorować podłogi.

Dziś jest piątek i Madika siedzi na pomoście do prania nad rzeką i przygląda się, jak Linus-Ida płucze bieliznę. Madika jest zadowolona, kieszeń fartuszka ma pełną słodkich żółtych śliwek i od czasu do czasu zjada jedną. Stopy zanurzyła w wodzie, macha sobie nimi i śpiewa dla Linus-Idy:

ABCD

kotka biegnié,

kotka biegnié, ojej,

bo nie kocha, nie kocha nikt jej!

EFGH

któż serce jej da,

któż serce jej da, ojej,

bo nie kocha, nie kocha nikt jej!

Tę piosenkę Madika wymyśliła prawie sama. Kawałek wzięła ze starego elementarza mamy, a kawałek z piosenki, którą zwykle śpiewa Alva przy zmywaniu naczyń. Madika uważa, że to jest piosenka dobra do śpiewania także wtedy, kiedy się płucze bieliznę i zajada śliwki, ale Linus-Ida jest innego zdania.

– A cóż to za wycie? – mówi. – Nie zna Madika jakichś ładnych piosenek?

– A dla mnie to jest ładna piosenka – odpowiada Madika. – Chociaż te, co Ida śpiewa, są ładniejsze. Kochana Ido, zaśpiewaj tę o pociągu Jezusa do nieba.

Ale Linus-Ida nie chce śpiewać, w każdym razie nie wtedy, kiedy płucze bieliznę. I słusznie. Bo wprawdzie Madika bardzo pragnie posłuchać piosenki o pociągu Jezusa do nieba, zawsze jednak doprowadza ją ona do płaczu. Wystarczyło, że teraz tylko pomyślała o niej, a już zamilkła i jej oczy zaczęły podejrzanie błyszczeć. Piosenka jest taka smutna. Mowa w niej o jednej małej dziewczynce, która myśli, że pociągiem może pojechać do nieba i spotkać tam swoją mamę, która umarła… Nie, Madika nie chce myśleć o tym właśnie teraz. Wszystkie piosenki Linus-Idy są takie smutne. Mamusie tylko umierają i umierają, a tatusiowie nic, tylko siedzą w knajpie i piją tak długo, aż dzieci w końcu także umierają. Wtedy tatusiowie idą do domu i płaczą, i strasznie żałują, i przyrzekają, że nigdy więcej nie będą pić… ale jest już za późno!

Madika wzdycha, potem bierze jeszcze jedną śliwkę. O, jaka jest szczęśliwa, że jej mama żyje i jest tam, w czerwonym domu! Każdego wieczoru, kiedy już leży w łóżku po zmówieniu Ojcze nasz, Madika odmawia dodatkową modlitwę, żeby Lisabet i ona sama, i mama, i tata, i Alva, i Linus-Ida, i Abbe Nilsson mogli pojechać do nieba wszyscy naraz. Jasne, że najlepiej byłoby, według Madiki, żeby nigdy nie musieli tam jechać, przecież tak miło jest tu, w domu. Ale oczywiście nie ośmiela się prosić o to Pana Boga, mogłoby mu być przykro.

Linus-Ida uważa, że to dobrze, gdy ktoś płacze, słuchając jej piosenek.

– Proszę bardzo, Madika może posłuchać, jaki żałosny jest los biednych dzieci. Żeby była wdzięczna, że sama ma tak dobrze jak perła w złocie.

Jasne, że Madika ma dobrze jak perła w złocie. Ma przecież mamę i tatę, i Lisabet, i Alvę, i Linus-Idę, i Abbego Nilssona i mieszka na Czerwcowym Wzgórzu. Nigdzie nie ma chyba ładniejszego miejsca. Gdyby ktoś zapytał Madikę, jak ono wygląda, pewnie odpowiedziałaby tak:

– Och, to jest zwyczajny czerwony dom! W każdym razie sprawia wrażenie zwykłego domu. Najprzyjemniej jest w kuchni. Lisabet i ja bawimy się w schowku na drewno, no i pomagamy Alvie, kiedy coś piecze. Zresztą nie, najmilej to jest na strychu. Lisabet i ja bawimy się w chowanego, a czasami przebieramy się za kanibali i udajemy, że zjadamy ludzi. Na werandzie też jest świetnie. Wyłazimy i włazimy przez okna i bawimy się, że jesteśmy piratami, którzy schodzą ze statku i na niego wchodzą. Wokół domu rośnie mnóstwo brzóz, na które ja się wdrapuję, ale Lisabet nie, bo jest za mała, ma dopiero pięć lat. Czasami włażę też na dach drewutni. Drewutnia, stolarnia, magiel i pralnia stoją koło płotu Nilssonów. Jeśli siądzie się na dachu drewutni, można zaglądać do kuchni Nilssonów i jest to bardzo zabawne. I jeśli się jeździ tam i z powrotem na maglownicy, kiedy Alva i Linus-Ida maglują, to także jest zabawne. Ale i tak najlepsza jest rzeka. Wolno nam przebywać na pomoście, bo woda nie jest tam głęboka, ale trochę dalej jest już głęboko. Z drugiej strony domu jest ulica, a wzdłuż niej rośnie żywopłot z bzów, tak że nikt nie może zobaczyć, co robimy. Ale my za to możemy leżeć za żywopłotem i słuchać, co mówią przechodzący ludzie. To świetne, prawda?

Tak mniej więcej mówi Madika, kiedy się ją pyta, jak wygląda Czerwcowe Wzgórze.

I zdarza się naprawdę, że leży schowana za żywopłotem i słucha, o czym mówią ludzie przechodzący obok.

 

Czasami słyszy:

– Spójrz tylko, jakie urocze dziecko!

Wtedy Madika wie, że zobaczyli Lisabet, która stoi w otwartej furtce i uśmiecha się całą buzią. Siebie samej Madika nie uważa za szczególnie urocze dziecko, ale jest bardzo zadowolona, kiedy mówią tak o Lisabet. Wszyscy twierdzą, Linus-Ida także, że Lisabet jest śliczna.

– Mówię to i powiadam, ona jest piękna, że aż strach – powtarza często Linus-Ida.

– I dobra także – dodaje Madika i leciutko gryzie Lisabet w ramię. Wtedy Lisabet śmieje się, zupełnie jakby Madika ją połaskotała. Prawie cała Lisabet jest pulchniutka, gładziutka i miękka, ale ma małe ostre ząbki i gryzie Madikę w policzek całkiem mocno.

– A ty jesteś dobra jak ogórek – mówi i śmieje się jeszcze radośniej.

Madika wcale nie jest pulchniutka, gładziutka i miękka. Ale ma sympatyczną, opaloną drobną twarzyczkę, szczere błękitne oczy i gęste brązowe włosy. I jest wysoka, szczupła i zwinna jak kociak.

– Coś tu się poplątało, że ona jest dziewczynką – powtarza Linus-Ida. – Mówię to i powiadam, ona miała być chłopcem, to jasne jak słońce.

Madika jest całkiem zadowolona ze swego wyglądu.

– Ja jestem podobna do taty. I to jest świetne. Bo wtedy na pewno wyjdzie się za mąż.

Lisabet natychmiast staje się niespokojna. Pomyśleć, a jeśli ona nie wyjdzie za mąż, jest przecież podobna do mamy, wszyscy to mówią. Nie żeby tak bardzo obchodziło ją wyjście za mąż, ale jeśli Madika to zrobi, to Lisabet chce także. Chce mieć wszystko dokładnie tak samo jak Madika.

– Jesteś jeszcze za mała, żeby o tym myśleć – mówi Madika i głaszcze Lisabet po głowie. – Poczekaj, aż będziesz duża i zaczniesz chodzić do szkoły, tak jak ja.

To niezupełnie prawda, że Madika zaczęła chodzić do szkoły, ale jest już zapisana, a pozostał jeszcze tylko tydzień wakacji, tak więc jest prawie uczennicą.

– Zresztą może ja wcale nie wyjdę za mąż – stwierdza Madika, żeby pocieszyć Lisabet.

W głębi duszy nie do końca rozumie, co takiego zabawnego jest w wychodzeniu za mąż. Ale jeśli musi tak być, to wyjdzie za Abbego Nilssona, to już postanowiła. Chociaż Abbe jeszcze o tym nie wie.

Linus-Ida skończyła płukać bieliznę, a Madika zjadła śliwki. Wtedy nadchodzi Lisabet i gramoli się na pomost. Była na werandzie i bawiła się z Gosan. Ale znudziło jej się, teraz chce wiedzieć, co zamierza Madika.

– Madika – odzywa się Lisabet – co będziemy robić?

Co robić będziemy?

Z parą kotów popłyniemy

przez jezioro i wszędzie,

koci ogon sterem będzie

– odpowiada Madika. Tak właśnie się odpowiada, tak odpowiada zawsze Abbe.

– Cha, cha, cha! Ja już to zrobiłam – mówi Lisabet. – Z Gosan… Trzymałam ogon jak ster… Na werandzie!

– To cię stłukę – oświadcza Madika. – Jeśli ciągnęłaś Gosan za ogon, to cię stłukę, przecież wiesz o tym.

– Wcale nie ciągnęłam – tłumaczy Lisabet. – Ja nie ciągnęłam ani odrobinkę. Ja tylko trzymałam za ogon. To Gosan sama wyrywała się i strasznie ciągnęła.

Nawet Linus-Ida spogląda surowo na Lisabet.

– A to nie wie Lisabet, że aniołowie boscy płaczą w niebie, kiedy dzieci są niedobre dla zwierząt?

– Cha, cha! Ale wtedy pada – odpowiada Lisabet. – A teraz nie pada.

Nie, teraz nie pada. Słońce rozlewa ciepły blask, a od strony klombu dochodzi słodki zapach pachnącego groszku, trzmiele brzęczą tuż nad trawą, a obok Czerwcowego Wzgórza płynie rzeka, leniwie i cicho. „Całym ciałem czuje się, że jest lato” – myśli Madika i wymachuje nogami w wodzie.

– Mówię to i powiadam, ten upał to jakieś dziwy – stwierdza Linus-Ida i ociera pot z czoła. – To jakby płukać bieliznę w Nilu w Afryce, a nie w Szwecji.

Nic więcej Linus-Ida nie mówi, ale Madice już błysnęła pewna myśl. W jej głowie przecież pomysły lęgną się szybciej, niż prosię zdąży mrugnąć.

– Lisabet, wiem, co zrobimy – mówi Madika. – Będziemy się bawić w Mojżesza w sitowiu.

Lisabet podskakuje z zachwytu.

– A ja będę Mojżeszem?

Linus-Ida śmieje się.

– Tak, to będzie śliczny Mojżesz.

Po chwili Linus-Ida idzie wieszać pranie, a Madika i Lisabet zostają same nad brzegiem Nilu.

Wieczorami, kiedy lampka w pokoju dziecinnym jest zgaszona i wszędzie panuje cisza, Madika zwykle opowiada coś Lisabet. Czasami opowiada o „duchach, mordercach i wojnie”, choć wtedy Lisabet musi leżeć w łóżku Madiki, ponieważ boi się słuchać takich historii. Ale czasami Madika powtarza opowieści z Biblii, które usłyszała od Linus-Idy. Dlatego teraz Lisabet wie, kto to był Mojżesz. Wie, że leżał w koszyku i wtedy przyszła córka faraona, która była księżniczką egipską, i go znalazła. Mojżesz w sitowiu! To będzie znakomita zabawa! Na brzegu rzeki stoi pusta balia, świetnie się nada dla Mojżesza… Lisabet włazi do niej natychmiast.

– Nie – protestuje Madika. – Ona nie może stać na lądzie, bo to nie będzie Mojżesz w sitowiu. Wyłaź z balii, Lisabet!

Lisabet wychodzi posłusznie i Madika spycha balię na wodę. Balia jest ciężka, ale Madika to silna dziewczynka. Nie ma wiele sitowia w rzece, ale tuż za szczytową ścianą pralni rośnie duża kępa. Gdyby jej nie było, to z pomostu Czerwcowego Wzgórza można by widzieć pomost Abbego Nilssona, a tak to nie można. Zdaniem Madiki to wielka szkoda, ale zdaniem mamy to dobrze. Mama uważa, że im mniej widać od Nilssonów, tym lepiej, ale dlaczego, nikt nie wie. Po to się chyba ma oczy, żeby widzieć, ile tylko się da. No ale teraz to akurat dobrze, że jest ta kępa. W przeciwnym razie przecież nie byłoby żadnego sitowia, w którym mógłby się znaleźć Mojżesz.

To nie takie proste zaciągnąć tam balię. Madika i Lisabet ciągną tak, że są całe czerwone z wysiłku, w końcu jednak balia znajduje się w samym środku kępy. Lisabet włazi natychmiast do balii i sadowi się wygodnie, ale nagle patrzy niespokojnie.

– Madika, wiesz co? – pyta. – Całe majtki mam w wodzie.

– Ech, zaraz wyschną – odpowiada Madika. – Wyschną, jak cię uratuję.

– To ratuj mnie szybko – mówi Lisabet i Madika jej to przyrzeka.

Właściwie mogłaby zacząć od razu. Ale patrzy na swoją bawełnianą sukienkę w paseczki. Niemożliwe, żeby tak była ubrana córka faraona.

– Zaczekaj chwilę, Lisabet! – woła Madika. – Zaraz wracam! Muszę tylko powiedzieć coś mamie!

Ale mamy nie ma w domu, poszła na rynek, a Alva jest w piwnicy. Madika musi więc sama wynaleźć sobie coś odpowiedniego na suknię księżniczki. Rozgląda się dookoła. Na haczyku w sypialni wisi mamy szlafrok. Jedwabny, jasnobłękitny. Madika wkłada go, och, jaki jest cudowny! Może prawdziwa córka faraona miała właśnie taki, kiedy schodziła do rzeki wtedy, dawno temu.

Może miała też welon na włosach… Madika szpera w bieliźniarce i znajduje cieniutką białą firankę z kuchni, kładzie ją na głowę. Potem przygląda się sobie w lustrze w sypialni. Jest tak piękna, że aż przenika ją dreszcz. Tak, tak musiała wyglądać córka faraona.

Tymczasem Lisabet jest całkiem miło w balii, choć dość mokro. Wiatr kołysze sitowiem tam i z powrotem, ważki latające między łodygami są takie błękitne, a w wodzie dookoła balii pływają malutkie, malutkie ukleje. Lisabet przygląda się im przechylona nad brzegiem balii.

Wtem zbliża się Madika, krocząc przez wodę w mamy szlafroku i przytrzymując go rękami. Lisabet także uznaje, że Madika wygląda zupełnie jak córka faraona, i śmieje się radośnie. Zaczyna się prawdziwa zabawa.

– Tu sobie leżysz, mały Mojżeszku? – odzywa się Madika.

– Aha, tu leżę – odpowiada Lisabet. – Mogę zostać twoim małym chłopczykiem?

– Tak, możesz – wyraża zgodę Madika. – Ale najpierw uratuję cię z tej balii. Kto cię w niej położył?

– Sama się położyłam – mówi Lisabet, ale Madika rzuca jej ostre spojrzenie i szepcze:

– To uczyniła moja mama, żeby faraon mnie nie zabił.

Lisabet posłusznie powtarza.

– W takim razie jesteś chyba zadowolony, że możesz zostać u mnie, tak pięknie ubranej?

– Tak, bardzo – zapewnia Lisabet.

– Ty także będziesz pięknie ubrany – obiecuje Madika. – Bo dostaniesz nowe ubranie.

– I suche majtki – dodaje Lisabet. – Madika, wiesz co? Myślę, że w balii jest dziura.

– Cicho! – strofuje ją Madika. – Wkrótce przypłyną krokodyle, wiesz, Mojżeszku, a one zjadają dzieci. Najlepiej uratuję cię natychmiast.

– Apselutnie – mówi Lisabet.

Ale Madika szybko uświadamia sobie, że ratowanie dzieci z Nilu wcale nie jest takie łatwe. Lisabet wisi jej na plecach jak kloc, a szlafrok ciągle zsuwa się do wody.

– Dość dużo tu krokodyli – stęka Madika i zatacza się w kierunku brzegu. – Myślę, że zaniosę cię do pomostu Nilssonów, bo jest bliżej.

– Tam stoi Abbe – oznajmia Lisabet.

Madika staje jak wryta.

– Co? – pyta. – Złaź, Lisabet, możesz iść sama.

Ale Lisabet protestuje:

– Jasne, że nie mogę, przecież jestem Mojżeszem.

I zaciska ramionka wokół szyi Madiki tak mocno, jak tylko potrafi.

– Ja się boję kroketilów – oświadcza.

– Tu nie ma żadnych krokodyli – mówi Madika. – Już się nie bawimy, złaź!

Ale Lisabet nie chce zejść, a wtedy Madika robi się zła. Lisabet jeszcze mocniej zaciska rączki na jej szyi. Uwolnić się od nich nie byłoby dla Madiki wcale takie trudne, gdyby nie mamy szlafrok. Madika musi podtrzymywać go obiema rękami, bo ciągle zsuwa się do wody. Dlatego może zrobić tylko kilka niewielkich, pełnych wściekłości podskoków, żeby strącić z siebie Lisabet. Na pomoście Nilssonów stoi Abbe i ma niezłą zabawę.

– Nie skacz prosto w Wielką Głębię – mówi i spluwa do wody.

Madika dobrze wie, że w jednym miejscu przy pomoście Nilssonów od razu robi się głęboko. Ale teraz jest zła i chce tylko pozbyć się Lisabet. Dlatego skacze i wierzga niczym dziki źrebak i nie patrzy wokół siebie.

– Ja się boję kroketi… – piszczy znów Lisabet.

Potem słychać tylko niewielki plusk. Madika i Lisabet zniknęły w Wielkiej Głębi.

Może pozostałyby tam, może nie byłoby już żadnych dziewczynek na Czerwcowym Wzgórzu, gdyby przypadkiem Abbe nie stał tam, gdzie stał.

Z całkowitym spokojem podnosi bosak, który leży na pomoście, i wkłada go do wody, w miejscu Wielkiej Głębi. I od razu czuje, że ma niezły połów. Kiedy podrywa bosak, wiszą na nim mocno uczepione dwie małe mokre dziewczynki. Szybko wdrapują się na pomost, a Lisabet wyje, jakby ją ktoś obdzierał ze skóry.

– Cicho – uspokaja ją Madika. – Bądź wreszcie cicho, bo nigdy więcej nie pozwolą nam bawić się nad rzeką.

– To dlaczego skoczyłaś ze mną w Wielką Głębię? – zawodzi Lisabet.

I wcale nie myśli tak zaraz przestać płakać, dopiero przecież zaczęła. Ze złością spogląda na Madikę.

– Wszystko powiem mamie.

– Tego bym ci nie radził – mówi Abbe.

– Skarżypyta bez kopyta! – woła Madika.

Ale w tym momencie dociera do niej, że to mokre, co ma na sobie, to przecież mamy szlafrok. Jak tylko mama go zobaczy, i tak wszystkiego się domyśli, Lisabet nie musi nic mówić.

– Chodźcie, dostaniecie po obwarzanku – zaprasza Abbe.

Abbe jest cudowny nie tylko dlatego, że ma piętnaście lat i umie wyławiać ludzi bosakiem, ale piecze też słodkie obwarzanki i sprzedaje je na rynku. Właściwie to jego tata powinien piec obwarzanki, a mama sprzedawać je na rynku, ale najczęściej Abbe sam musi zadbać o wszystko. Madice bardzo jest żal Abbego. Abbe chce być marynarzem i pływać po morzach, gdy sztorm szaleje. Wcale nie chce piec ciastek. Ale musi, bo jego tata też wcale nie chce piec ciastek. Kiedy Linus-Ida śpiewa swoje piosenki o biednych dzieciach i o tym, jak „ich ojcowie do knajpy tylko ciągną”, Madika czasami myśli, że to o wujku Nilssonie. Chociaż wujek Nilsson tylko w soboty do knajpy ciągnie, ale i tak Abbe musi piec obwarzanki przez cały tydzień, zamiast pływać w tym czasie po morzach, gdy sztorm szaleje. Biedny Abbe!

Ale jeśli wpadło się w Wielką Głębię, słodki obwarzanek jest dokładnie tym, czego potrzeba. Lisabet milknie. Gryzie obwarzanek i naburmuszona przygląda się swojej mokrej sukience.

– Madika, powiedziałaś, że zaraz wyschnę, kiedy tylko mnie uratujesz… Tak mówiłaś…

Kiedy mama chwilę później przychodzi do domu, znajduje swoje dwie małe córeczki zupełnie suche, przebrane w kuchni u Alvy. Wsadziły Sassa do schowka na drewno i bawią się, że jest on lwem cyrkowym. Madika prezentuje go Alvie i Lisabet. Żeby przyglądać się cyrkowemu lwu, trzeba zapłacić dwa öre. Oczywiście to nie są prawdziwe pieniądze, tylko guziki od spodni.

 

– Bo to nie jest prawdziwy lew cyrkowy – mówi Lisabet – więc wystarczą guziki od spodni.

Na dworze, na sznurze do wieszania bielizny, między jabłoniami Linus-Ida powiesiła poszewki i ręczniki, a także dwie małe sukieneczki i niebieski szlafrok.

Mama całuje Madikę i Lisabet, po czym zaczyna wyjmować z koszyka zakupy.

– Myślę, że ugotujemy dziś na obiad zupę – mówi do Alvy i wykłada na stół pęczek marchwi, kalafior i por. – A na drugie zrobimy naleśniki.

Potem zwraca się do swoich córeczek:

– Coście robiły przez cały dzień?

W kuchni zapada cisza. Lisabet z przerażeniem patrzy na Madikę. A Madika spuszcza oczy i wpatruje się w swój duży palec u nogi, jak gdyby nigdy przedtem go nie widziała.

– No, co robiłyście? – pyta znów mama.

– Prałyśmy i płukały swoje ubrania – odpowiada Madika niechętnie. – I twój szlafrok też… to dobrze, prawda?

– Margareta! – mówi mama.

Na dworze w łagodnym letnim wietrze powiewa uprana bielizna, a od strony Nilssonów dobiegają wesołe słowa:

Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal,

Gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal!

To Abbe sobie śpiewa, piekąc słodkie obwarzanki.