Wilczy hak

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Uwaga Autora

RENDEZVOUS 1. Londyn

CZĘŚĆ 1

ROZDZIAŁ 1. Front Mius we wschodniej Ukrainie

ROZDZIAŁ 2. Berlin

ROZDZIAŁ 3. Oslo

ROZDZIAŁ 4. Uznam, Niemcy

ROZDZIAŁ 5. Oslo

ROZDZIAŁ 6. Berlin

ROZDZIAŁ 7. Oslo

ROZDZIAŁ 8. Berlin

ROZDZIAŁ 9. Oslo

ROZDZIAŁ 10. Berlin

ROZDZIAŁ 11. Oslo

ROZDZIAŁ 12. Berlin

ROZDZIAŁ 13. Oslo

ROZDZIAŁ 14. Berlin

ROZDZIAŁ 15. Oslo

ROZDZIAŁ 16. Göteborg

ROZDZIAŁ 17. Oslo

RENDEZVOUS 2. Londyn

CZĘŚĆ 2

ROZDZIAŁ 18. Berlin

ROZDZIAŁ 19. Uznam

ROZDZIAŁ 20. Berlin

ROZDZIAŁ 21. Berlin

ROZDZIAŁ 22. Swinemünde

ROZDZIAŁ 23. Peenemünde

ROZDZIAŁ 24. Uznam

ROZDZIAŁ 25. Berlin

ROZDZIAŁ 26. Berlin

ROZDZIAŁ 27. Oslo

ROZDZIAŁ 28. Berlin

ROZDZIAŁ 29. Berlin

RENDEZVOUS 3. Londyn

CZĘŚĆ 3

ROZDZIAŁ 30. Eberswalde

ROZDZIAŁ 31. Eberswalde

ROZDZIAŁ 32. Swinemünde

ROZDZIAŁ 33. Peenemünde

RENDEZVOUS 4. Londyn

Posłowie Autora

Podziękowania


Tytuł oryginału

Ulvefellen/Wolfsangel

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Tomasz Jendryczko

Redakcja

Magdalena Szczęsny-Mrówczyńska

Korekta

Ewa Grabowska

Copyright © Aslak Nore

First published by H. Aschehoug & co. (W. Nygaard), 2017

Published in agreement with Oslo Literary Agency

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Frątczak-Nowotny, 2021

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2021

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Laguna

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki

ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9849-7

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

UWAGA AUTORA

Wilczy hak to powieść, jej bohaterowie są postaciami fikcyjnymi, ale przedstawione w niej wydarzenia polityczne i wojskowe są prawdziwe. W książce pojawiają się też postacie historyczne. Pisząc o nich, opierałem się na wiarygodnych źródłach. Zainteresowanych odsyłam do ich listy zamieszczonej na końcu książki.

Aslak Nore

„Dopiero w stolicy Hitlera można w pełni zrozumieć, że powieści detektywistyczne mogą być niezwykle pożyteczną i pouczającą lekturą. Ich klimat jest bowiem tak podobny do atmosfery na Wilhemstrasse, że ma się wrażenie, iż właśnie takie książki, a nie dzieła naukowe, są kluczem do zrozumienia istoty epoki Hitera. Tematem dnia wśród dziennikarzy pracujących na Wilhelmstrasse są przestępstwa. Jesteśmy przestępcami – wszyscy. Ludzie wrażliwi zawsze mają wyrzuty sumienia”.

Theo Findahl, Undergang. Berlin 1939–1945

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

RENDEZVOUS 1
Londyn

Piątek, 8 września 1944 roku

Śmierć nadeszła z prędkością większą od dźwięku. Rakieta uderzyła w Londyn o 18.43. Cassandra w swoim wynajmowanym pokoju na poddaszu usłyszała potężny huk, jeden i zaraz potem drugi: pierwszy, kiedy pocisk przekroczył barierę dźwięku, drugi, gdy nastąpiła eksplozja.

Chwilę później przyszła wiadomość z Berlina. Odszyfrowała ją, używając starej maszyny kodowej.

POTRZEBUJĘ WSPÓŁRZĘDNYCH EKSPLOZJI GAZU.

SPRZECZNE INFORMACJE.

PRZEPROWADZIĆ RENDEZVOUS 1.

Przeczytała ponownie wiadomość. Zaczęło się.

„Eksplozja gazu” oznaczała uderzenie rakiety. Od kiedy Luftwaffe w połowie czerwca rozpoczęła naloty latającymi bombami, Cassandra pracowała dniami i nocami, by je zlokalizować. Ale rakieta, która przed chwilą uderzyła w miasto, to było coś innego niż V-1 czy doodlebugs, jak Brytyjczycy nazywali latające bomby. Przed nową ponaddźwiękową rakietą V-2 nie można się obronić. Poruszała się tak szybko, że można było ją usłyszeć, dopiero gdy już trafiła w cel.

Zadaniem agentki Cassandry było szukać ognia, taką instrukcję otrzymała przed wyjazdem z Berlina. Zlokalizowanie miejsca uderzenia było decydujące dla precyzji kolejnych ataków, które miały zmusić Wielką Brytanię, by padła na kolana, następnie zakończyć wojnę i ogłosić Niemcy zwycięzcą.

Problem stanowił „Rendezvous 1”.

Był to stary kod alarmowy Abwehry. Oznaczał, że Cassandra miała się spotkać z innym niemieckim agentem na rogu Coventry Street i Rupert Street w Soho o dziewiątej wieczorem po odebraniu wiadomości. Jeśli jedno z nich nie mogłoby się stawić, należało powtórzyć procedurę dwanaście godzin później.

Przeżyła, bo się nie wychylała. Londyn był metropolią, nie można było kontrolować wszystkich. Dotąd udawało jej się zachować anonimowość. Teraz jednak poczuła się zagrożona. Dlaczego wywiad w Berlinie wprowadził kod właśnie w tym momencie? Co znaczyły sprzeczne informacje?

Cassandra sprzątnęła pokoik na poddaszu, postawiła filiżanki do herbaty na okrągłej drewnianej tacy i posłała łóżko. Postanowiła najpierw spotkać się ze swoim agentem prowadzącym, jedyną osobą, której ufała. Jeśli ktoś wiedział, czy operacja Rendezvous 1 rzeczywiście została uruchomiona, to właśnie on. W łazience włożyła białą koszulę, kardigan z owczej wełny i niebieską zamszową kurtkę. Przyjrzała się sobie w lustrze. Miała bladą, zmęczoną cerę. Tak Londyn działał na ludzi. Usłyszała głosy dochodzące z mieszkania na pierwszym piętrze: dozorczyni, pani Hurst, rozmawiała oburzona z sąsiadką. Wszyscy słyszeli wybuch, ale nikt nie wiedział, co oznaczał ani skąd dochodził. Miasto huczało od plotek. Czyżby bitwa o Anglię weszła w kolejną fazę?

W powietrzu czuć było zbliżającą się jesień. Szarpane wiatrem korony drzew rysowały się wyraźnie na tle nieba. Z budki telefonicznej Cassandra zadzwoniła do swojego prowadzącego i używając szyfru, umówiła się na spotkanie w ustalonym miejscu. Słyszała, że wzdrygnął się, gdy dotarło do niego, że chodzi o Rendezvous 1. Przy Hammersmith wsiadła do metra jadącego na wschód, do Leicester Square. Wagony były zaciemnione, tak samo jak w Berlinie. To jej odpowiadało.

 

Na peronie prowadzącej na północ linii Piccadilly nie było tłumu. Kilku młodych chłopców flirtowało głośno z pryszczatymi, wyzywająco umalowanymi dziewczętami, byli też żołnierze w mundurach oraz grupa pielęgniarek i ochotniczek pomocniczej służby kobiecej FANY – najwyraźniej wracały do domów. Będą mogli spokojnie porozmawiać, nie przekrzykując się, ale będą też mogli usiąść obok siebie na ławce, nie zwracając niczyjej uwagi.

Idealnie.

Prowadzący czekał na nią w umówionym miejscu: na ostatniej ławce tuż przed tunelem. Miał przed sobą rozłożony egzemplarz „The Times”, znad gazety widziała jedynie jego kapelusz. Usiadła obok z egzemplarzem „Daily Mirror” w ręku.

– A więc Rendezvous 1 – odezwał się cicho. W tunelu pod nimi jechał pociąg, ściany lekko zadrżały.

– Podobno są sprzeczne informacje odnośnie do współrzędnych miejsca uderzenia.

Cassandra patrzyła na tory. Ich spojrzenia wciąż jeszcze się nie spotkały.

– To musi być Otto – powiedział mężczyzna. – Nikt inny nie wchodzi w grę.

Ze względów bezpieczeństwa rozmawiali po angielsku.

Agent Otto.

Legenda niemieckiego wywiadu. Najzdolniejszy człowiek Berlina w Wielkiej Brytanii, agent, który zawsze stosował wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa. W przeciwieństwie do innych nigdy nie przesyłał wiadomości drogą radiową. Wszystkie sprawozdania dostarczał przez kurierów, najpierw do kraju neutralnego, a dopiero stamtąd do Berlina.

O co mogło chodzić?

– Nasi wrogowie mogą chcieć zmylić nas fałszywymi informacjami o miejscu uderzenia rakiety – powiedział powoli mężczyzna. – Agent Otto może być jednym z nich. Pojedź do niego i dowiedz się, co on wie. Jeśli to, co ci powie, nie będzie się zgadzać z tym, czego sama się dowiesz, należy go unieszkodliwić.

– Nie mam współrzędnych miejsca uderzenia. Poza tym nie wiem, gdzie on mieszka.

Mężczyzna wyjął pęk kluczy przytwierdzonych do rzemyka przypominającego pętelkę i potrząsnął nimi.

– W tym pęku jest plastikowa zaczepka z kartką. Na niej zapisane są współrzędne, które należy wysłać do Berlina.

– 51.505273, -0.010910 – odczytała Cassandra.

– To klucze do jego mieszkania. Najmniejszy jest do drzwi kuchennych. Zapamiętaj adres: Finsbury Park Road 17. Drugie piętro. Są tylko jedne drzwi. Pojedź metrem do Finsbury Park, potem będziesz musiała jeszcze przejść trzy przecznice w kierunku północno-wschodnim.

– A jeśli nie będzie go w domu?

Spod gazety wyłonił się sportowy zegarek.

– Na pewno go nie będzie. Dochodzi ósma, zanim tam dotrzesz, on zdąży wyjść. Na rendez-vous z tobą.

Cassandra wzięła do ręki klucze. Pętelkę można było zaciągnąć. Klucze, informacja i broń w jednym. Sprytne.

Wagony metra wjechały na stację.

– Idź, to twoje metro. Viel Erfolg.

W metrze jadącym na północ próbowała wyobrazić sobie, co się wkrótce wydarzy. W idealnym świecie zaplanowanie wszystkiego zajęłoby jej dużo czasu. Na pewno obserwowałaby miejsce, żeby zlokalizować kłopotliwych sąsiadów i wykluczyć nieprzyjemnie niespodzianki, które mogły ją zaskoczyć.

Ale świat nie był idealny.

Za dwadzieścia dziewiąta skręciła w Finsbury Park Road. Idąc ze stacji, zastanawiała się nad możliwymi drogami ucieczki. Po obu stronach chodnika rosły niskie drzewa, a niewielkie ogródki były otoczone żywopłotami i drzewami owocowymi. Ulica była pusta. Szła chodnikiem, zerkając na numery domów po przeciwnej stronie, kontrolowała sytuację.

Wzrok przyzwyczaił się do ciemności i wkrótce dostrzegła tabliczkę z numerem siedemnastym. Po tej samej stronie ulicy stał dom zniszczony przez bombę. Takich domów w Londynie było wiele. Minęła go, dotarła do końca ulicy, przeszła na drugą stronę i zawróciła. Otworzyła drzwi do zniszczonego budynku. Ryzykowała, ale uznała, że prawdopodobieństwo, że ktoś obserwuje dom, jest minimalne. Weszła do środka. Zatrzymała się. Czekała. Próbowała wyłapać jakieś podejrzane ruchy na ulicy, w oknach. Niczego nie zauważyła. Słyszała tylko własny oddech. Szybki, ale pod kontrolą. Ciśnienie raczej 140, nie 170.

Jak się spodziewała, ogrody na tyłach domków łączyły się ze sobą, co było dość powszechne w przypadku angielskiej szeregówki. Powoli zaczęła posuwać się wzdłuż muru w stronę numeru siedemnastego. Obok tylnych drzwi stał męski rower. Sprawdziła: nie miał zamka. Przyda jej się, gdyby musiała uciekać. Nie miała żadnego szczegółowego planu. Na wojnie tylko głupiec planowałby wszystko w szczegółach.

Zamek do drzwi otworzył się z trzaskiem. Pchnęła je i ostrożnie weszła do środka. Podłoga lekko zatrzeszczała. Pomieszczenie było ciemne, zapach tranu mieszał się ze słodkim zapachem środka do mycia. Strome schody po lewej stronie prowadziły na górę, minęła podest, szła dalej. Skosy dachu upewniły ją, że dotarła do ostatniego piętra. Czyżby słyszała jakieś dźwięki? Odległy hałas miasta, nic poza tym. Wyjęła pęk kluczy. Otworzyła drzwi i weszła do mieszkania.

Niewielka kawalerka składała się z dużego pokoju, który pełnił funkcję salonu i sypialni, po prawej stronie drzwi znajdował się niewielki kącik kuchenny. Łóżko zasłane było starannie wzorzystą kapą, płyta kuchenki wyglądała na świeżo wyszorowaną. Agent Otto najwyraźniej cenił sobie porządek. Zegar na ścianie zaczął wybijać godzinę. Wzdrygnęła się, zanim się zorientowała, co to za dźwięk. Była dziewiąta. O tej godzinie mieli się spotkać. Jeśli został przeszkolony tak samo jak ona, odczeka dziesięć minut, po czym odejdzie. Pięć minut zajmie mu droga na stację, kwadrans podróż metrem. Cztery minuty drogi z Finsbury. Teoretycznie powinien wrócić o 21.34.

To znaczyło, że miała do dyspozycji nieco ponad pół godziny.

Zdążyła przeszukać pokój, kiedy nagle usłyszała trzeszczenie schodów. Zamarła. Ktoś zapukał. Jeden, dwa, trzy razy.

– Jesteś tam?

W głosie pobrzmiewał wyraźny akcent. Cockney.

Gospodyni? Kochanka? I jedno, i drugie?

– Mam wrażenie, że cię słyszałam. Zostawię herbatę przed drzwiami. Dobranoc.

Kroki umilkły. Cassandra wzięła głęboki wdech, musi zachowywać się ciszej. Najwyraźniej dom był bardzo akustyczny i wszystko było słychać. Może powinna włączyć stojące na nocnym stoliku radio, żeby odwrócić jego uwagę, kiedy się zjawi, ale skutek mógłby też być odwrotny. Zastanawiała się, w jaki sposób go obezwładnić. Drzwi do pokoju otwierały się do środka, co znaczyło, że po lewej stronie znajdował się martwy punkt, mogłaby się ukryć za wysokim fotelem uszakiem. Problem pojawi się, jeśli Otto skręci w prawo. Wtedy będzie zmuszona podbiec do niego. A to da mu czas na reakcję.

Nie, musi sprawić, by skierował się w drugą stronę. Tylko jak? Obok miejsca, w którym stała, była szafa ścienna. Cassandra włączyła radio i wstawiła do niej odbiornik. Zamknęła drzwi. Z wnętrza szafy dochodził teraz niewyraźny dźwięk. Niesłyszalny z korytarza na klatce. Sprawdziła, czy miała wszystko, czego potrzebowała. Stanęła w martwym punkcie.

I czekała.

Zjawił się chwilę po dziesiątej. Usłyszała jego kroki na schodach. Mocne, zdecydowane. Tętno jej przyspieszyło, serce waliło jak młotem. Był już na górze. Słyszała, jak przekręca klucz w zamku. Stanął na progu. Dzieliło ich kilka centymetrów grubego drewna.

Jedynym dźwiękiem była cicha muzyka dochodząca z szafy. Rozpoznała melodię How Deep is the Ocean Binga Crosby’ego. Otto ruszył ostrożnie w kierunku muzyki. Zauważyła, że jest dobrze zbudowany.

Człowiek, który poczuje pętlę na szyi, instynktownie łapie za nią ręką. Ktoś, kto został przeszkolony, wie, że musi dotrzeć do jej początku, czyli do napastnika.

Kiedy Otto schylił się, żeby otworzyć drzwi szafy, Cassandra zarzuciła mu pętlę na szyję i gwałtownie pociągnęła.

Tak jak przewidywała, Otto rzucił się do tyłu, spodziewając się, że właśnie tam stoi napastnik. Odskoczyła, trzymając w ręku rzemień, i pociągnęła go w przeciwnym kierunku. Otto wylądował na podłodze, przycisnęła go kolanem do podłogi i uniosła jego głowę.

– Masz tylko odpowiadać na moje pytania. Nie wolno ci wydać żadnego innego dźwięku, bo cię zabiję – wyszeptała po niemiecku.

Mimo że w pokoju było ciemno, zauważyła, że z braku powietrza nabrzmiały mu twarz i szyja.

– Skiń głową, jeśli mnie rozumiesz.

Otto zaczął nerwowo kiwać głową.

Cassandra poluzowała pętlę o kilka milimetrów, żeby mógł zaczerpnąć powietrza.

– Gdzie spadła rakieta?

– Na południowym zachodzie… Przy Chiswick Road – wycharczał.

– Wiedziałabym o tym.

– Byłem tam… Powstał ogromny lej.

– Pracujesz dla wroga – wyszeptała mu do ucha i ponownie zacisnęła pętlę.

Pokręcił głową.

– Jesteś zdrajcą.

– To… kłamstwo – wycharczał.

– Prawda zawsze jest nieprzyjemna – wyszeptała Cassandra i ponownie zacisnęła pętlę. Mężczyzna przestał stawiać opór i osunął się martwy na podłogę.

CZĘŚĆ 1

ROZDZIAŁ 1
Front Mius we wschodniej Ukrainie

Grudzień 1941roku

Trupy nie cuchnęły. To była jedyna zaleta zimy na wschodzie.

Przed nimi ciągnął się w nieskończoność step, horyzont przecinało jedynie łagodne zbocze wzgórza, na zachodzie niskie popołudniowe słońce barwiło niebo fioletem. Lekkie powiewy wiatru podrywały z zasp płatki śniegu. Czekała ich kolejna noc z trzydziestostopniowym mrozem. Henry Storm poprawił rzemyki wojskowej kurtki, którą włożył na futro z norek. Przywłaszczył je sobie kilka tygodni wcześniej, gdy paczki z Winterhilfe dotarły na front. Jeden z żołnierzy, kawał chłopa, miał nawet mufkę, ale co było ważniejsze: umrzeć, ubierając się zgodnie z regulaminem, czy przeżyć?

Pochód wojsk został zatrzymany przed rzeką Mius, gdzie Dywizja Pancerna SS „Wiking” okopała się na zimę. W natłoku mglistych informacji propagandowych, które towarzyszyły przemarszowi, należało zachować trzeźwość myślenia. Zgodnie z planem operacja Barbarossa powinna już się dawno zakończyć, a bolszewicy skapitulować. Ale to było pobożne życzenie. Iwan walczył jak ranne zwierzę.

Henry nie dzielił się z nikim swoimi myślami, nie chciał ryzykować, że zostanie zastrzelony za sianie defetyzmu. Zostali wciągnięci w głąb terytorium Rosji i otoczeni, nie przez dywizje pancerne czy te rezerwowe z Syberii, ale przez zimę. Z informacji zawartych w tajnym raporcie wynikało, że od czasu październikowych mrozów dywizje zmotoryzowane zostały zdziesiątkowane. Wszyscy znali historię Napoleona z 1812 roku, co nie przeszkadzało oddawać się pobożnym życzeniom. Wojskowe prawo ciężkości nie zostało zniesione. Henry to rozumiał, ale Wódz i większość Niemców zdawała się w to wierzyć.

To nie mogło się udać.

Jeśli nie podejmie żadnych kroków, zakończy tu życie.

Drobna sylwetka Johansena, jednego z trzech Norwegów w jego oddziale, pojawiła się na szczycie wzgórza.

– Chodź, Henry!

Henry ruszył po śladach swojego kolegi w puszystym śniegu. Zelówki skrzypiały na skrzącym się śniegu. Lekkie drżenie w głosie kolegi sprawiło, że się zaniepokoił: Johansen był dzielnym wojakiem i nigdy nie narzekał. Henry wspiął się na wzgórze i położył obok niego.

W zagłębieniu u stóp niewielkiego wzgórza kilkaset metrów dalej znajdowała się płaska przestrzeń mniej więcej wielkości boiska do piłki nożnej, ogrodzona drutem kolczastym. Teren patrolowali pojedynczy strażnicy, wewnątrz znajdowali się ludzie: zbity tłum.

– To Stalag czterysta trzydzieści sześć – oznajmił Johansen. Sprawiał wrażenie nieobecnego.

– Trzymają tam rosyjskich jeńców – wymamrotał Henry.

– Spójrz – powiedział drżącym głosem Johansen, podając mu lornetkę.

Początkowo Henry widział jedynie śnieg. Po chwili zobaczył drut kolczasty, a potem rosyjskich jeńców. Siedzieli w długich rzędach, niektórzy obejmowali się, inni leżeli obok siebie. Były ich tysiące, niekończący się tłum.

– Nie mają dachu nad głową – powiedział Henry. – Siedzą na ziemi w letnich mundurach przy trzydziestostopniowym mrozie. Boże drogi!

– Przyjrzyj się im dokładniej – wtrącił Johansen cicho.

 

Henry skupił się na grupie jeńców mniej więcej w środku tłumu. Wokół jednego z mężczyzn siedziało czterech innych, dwóch zdjęło kurtki, ich blade ręce zlewały się w jedno ze śniegiem. Nie ruszali się. Henry powiódł wzrokiem po obozie. Żaden z więźniów się nie ruszał! W napadzie paniki zapragnął uciec, biec przed siebie aż do Morza Czarnego. Przed sobą miał cmentarz bez grobów, chłodnię na wolnym powietrzu, cmentarz pozbawiony boskiego miłosierdzia.

– Wszyscy zamarzli na śmierć – powiedział Johansen. – Rozumiesz? Kilka tysięcy ludzi!

Trupy nie cuchną.

– To nie może tak dłużej trwać – wymamrotał Henry. – To też są ludzie, do diabła!

Ledwie skończył zdanie, uświadomił sobie, że wypowiedział je na głos.

– Skoro tak myślisz, to może jesteś w niewłaściwym miejscu. I co w związku z tym zamierzasz, mądralo? Porwiesz messerschmitta i wrócisz do domu? Zaciągnąłeś się w imię narodowego socjalizmu, Henry, ale umrzesz za swoich towarzyszy.

*

Następnej nocy zostali obudzeni o 04.30.

Norwegowie spali jeden obok drugiego pod brezentowym namiotem. Strzelec Grande leżał między Henrym i Johansenem. Co trzecią noc zamieniali się miejscami. Świadczyli sobie nawzajem przysługi, dzięki czemu mogli przeżyć. Mróz zamieniał przyjaciół w hieny. Pewnej lodowatej listopadowej nocy ta trójka postanowiła dzielić się wszystkim, także ciepłem swoich ciał. Ci, którzy zostali w domu, w Norwegii, pewno nazwaliby to sodomią, ale oni nie wiedzieli nic ani o Ukrainie, ani o tym, co stało się ich udziałem, a już na pewno nie wiedzieli, jak to jest stać na warcie w nocy w letnim mundurze przy czterdziestu stopniach mrozu.

W kieszeni polowych spodni Henry znalazł tabletkę pervitinu[1], popularnie zwanego „pancerną czekoladą”. Połknął ją, niczym nie popijając. Senność i chłód zaczęły powoli opuszczać jego ciało. Poczuł się rześki, rozgrzany aż po czubki palców. Niepokój zniknął, ale dobrze wiedział, że powróci, silniejszy niż poprzednio.

Scharführer Biermann tłumaczył im z zawziętym wyrazem twarzy, że ich zadaniem jest wyczyścić pobliską osadę, gdzie Iwan umieścił strzelców wyborowych, którzy mieli powstrzymać oddziały napastnika. To była powszechna taktyka: dzięki snajperom czerwoni potrafili tygodniami utrzymywać swoje pozycje. Luftwaffe była zajęta na przedmieściach Sewastopola. Baterie artyleryjskie, które mogły zrównać osadę z ziemią, były zajęte w innych miejscach. Wschodni front ciągnął się w nieskończoność, był jak fala. Ale o losie wszystkich wojen, także tych, w których walczą miliony żołnierzy, mając do dyspozycji najnowsze osiągnięcia techniki, zawsze rozstrzygają pojedynczy ludzie. Żołnierz, który zasypia na warcie, daje początek ruchowi, który przewraca domek z kart.

Dowódca tłumaczył dalej: niemieccy strzelcy mieli ruszyć do ataku przez zamarznięty las bukowy, podczas gdy grupa norweska wyposażona w karabiny maszynowe, zwane potocznie „piłą Hitlera”, miała zmiażdżyć Rosjan na proch, ruszając na nich z pobliskiego wzgórza na wschodzie.

Henry sięgnął po schmeissera, pistolet maszynowy MP-40. Upewnił się, czy w magazynku jest amunicja, a granaty, które miał za pasem, są zabezpieczone. I czy manierka z wodą była pełna. Oprócz pistoletu, walthera P-38, miał przy pasie też saperkę i maskę gazową. Na koniec sprawdził, czy ma medalion ze zdjęciem Astrid. Był jego amuletem, zawsze nosił go na piersi w lewej kieszeni munduru polowego. Miał wszystko, był gotowy do walki.

W ciemnościach pojawił się nagle Johansen z pasami z amunicją na ramionach.

– Miałem cię za rozsądnego człowieka – powiedział. – Studiowałeś na uniwersytecie, znasz kilka języków. Nie przekonasz mnie, że wierzysz w amulety.

– Daj spokój. Nie jestem w nastroju do żartów – wyszeptał Henry.

– Mam złe przeczucia – odezwał się Johansen po chwili milczenia. – Atakować bez wsparcia artyleryjskiego, to jak startować w mistrzostwach świata bez Arnego Brustada.

Johansen był najmłodszy w ich oddziale. Jego mózg tak działał, że braki wiedzy ogólnej uzupełniał niekończącymi się zasobami informacji na temat nierozwiązanych zagadek kryminalnych i wyników sportowych.

– Na szczęście mam amulet – powiedział Henry, próbując się uśmiechnąć.

Pisał do Astrid tak często, jak tylko mógł. Pisał o kolegach z oddziału, o poczuciu więzi, o ładnej pogodzie i marszu na wschód, który wkrótce się zakończy, i o tym wszystkim, co będą razem robić po jego powrocie. Wszelkie inne informacje i tak zostałyby ocenzurowane. Poczta polowa działała kiepsko, ostatni list od niej dostał we wrześniu. Uderzył go jego formalny charakter. Astrid pisała, że w Norwegii wprowadzono stan wyjątkowy, cokolwiek to znaczyło. Pisała też, żeby wracał jak najszybciej.

Henry pojechał, by walczyć z bolszewikami, co samo w sobie było chwalebne. Długo usprawiedliwiał to, co się działo. Czerwoni nie przestrzegali konwencji genewskiej, więc czemu siły napastnika miałyby to robić? Partyzanci sprawiali, że rozróżnienie między cywilami a wojskiem stało się bezsensowne. Ale po jakimś czasie pojawiły się wątpliwości. Propaganda Quislinga i innych koryfeuszy narodowych socjalistów brzmiała tu na froncie jak puste słowa. Wątpliwości narastały. Kolumny ludzi w łachmanach prowadzone do lasu. Co ci ludzie im zrobili? I co o n i robili tu, na tym obcym stepie?

*

Ruszyli w kierunku miasteczka. Początkowo szli wszyscy razem, potem jednak podzielili się na dwie grupy: w jednej szli żołnierze z lekką bronią, w drugiej żołnierze z karabinami maszynowymi. Jako jedyny Norweg mówiący po niemiecku Henry Storm został mianowany Unterscharführerem odpowiedzialnym za całą akcję. Słońce jeszcze nie wstało, ale z mroku wyłaniały się już zabudowania. Budynki nie różniły się od siebie: miasteczko było niewielkie, w głębi wznosiła się wieża kościoła, krzywe drewniane domki ciągnęły się wzdłuż kilku ulic, które według mapy miały prowadzić do niewielkiego ryneczku.

Norwegowie zajęli pozycje tuż za wzniesieniem, w niewielkiej szczelinie między wzgórzami.

– Snajper albo snajperzy, bo może ich być więcej, są na wieży kościelnej. Jestem tego niemal pewny – wyszeptał Henry.

– Ale snajper to też człowiek – wypomniał mu Grande, naśladując jego stołeczny akcent.

Henry wzdrygnął się. Grande był jednym z najlepszych ludzi w oddziale, narodowy socjalista z przekonania, łagodnie mówiąc. Henry posłał surowe spojrzenie Johansenowi, który wyraźnie unikał jego wzroku. Dlaczego powiedział Grandemu o ich rozmowie?

Chociaż był wyższy rangą od niego, pominął komentarz milczeniem. Nachylił się nad kolegami.

– Spójrzcie tam – powiedział, wskazując palcem niewielkie wzniesienie jakieś trzydzieści metrów wyżej, tuż obok najwyższego punktu wzgórza. – Zajmijcie pozycje. Otworzycie ogień na mój rozkaz.

Pochyleni zaczęli biec we wskazanym kierunku. Grande trzymał „piłę Hitlera” w prawej ręce, jakby karabin maszynowy był zabawką. Chłopak nawet z wyglądu przypominał Göringa. Johansen znalazł kiedyś stare zdjęcie marszałka Rzeszy z czasów, zanim przestawił się na dietę składającą się z gęsich wątróbek i morfiny. W rozmowach między sobą koledzy nazywali Grandego „marszałkiem powietrznym” albo „Hermannem”. On i Johansen stanowili dziwną parę. Grande był o głowę wyższy od Johansena, jego przedramiona były jak uda jego towarzysza.

Przed inwazją, kiedy w Grazu powstawała ich jednostka, Grande drwił z Johansena, który, łagodnie mówiąc, nie był wzorem Aryjczyka. Jak przeszedł selekcję? Czy ludzie w komisji rekrutacyjnej Waffen-SS przy Parkveien nie znali kryteriów rasowych? Jednak z czasem Johansen stał się dla nich młodszym bratem: im wolno było z niego żartować, ale kiedy pewnego razu jakiś wulgarny volksdeutch też spróbował, olbrzym z Vegårshei wbił go w ziemię. Schütze Johansen zapewne nie mógłby pozować do plakatów werbujących członków SS, ale tu na wschodzie takie rzeczy nie były istotne. Tym mogli się zajmować urzędnicy, którzy przerzucali papierki przy biurkach. Johansen dorastał w Gulset w Skien, często obrywał, i na ulicy, i w domu. Kiedy Grande pewnego dnia musiał udać się do lazaretu, bo zaraził się gorączką zajęczą, jego towarzysz wyposażony w karabin maszynowy sam zatrzymał oddział Rosjan na brzegu Dniepru.

Na wschodzie pojawiło się blade światło dnia. Wciąż jeszcze ciemność była ich sprzymierzeńcem, ale wkrótce to się zmieni.

Grande torował drogę w śniegu, Johansen szedł tuż za nim. Pomagając sobie łokciami, wdrapali się na niewielkie wzniesienie i zajęli pozycje. Grande trzymał karabin maszynowy na wysokości szyi, Johansen leżał obok niego z pasami z amunicją.

Powoli, na ugiętych nogach, Henry ruszył w stronę szczeliny. Kiedy rozbolały go kolana, zaczął się czołgać. Co pięć metrów sprawdzał wyposażenie: pistolet, manierka z wodą, nóż, magazynek, amulet. Wszystko było na swoim miejscu. Kilka metrów dalej natrafił na betonowy blok. Przeskoczył go szybko i ukucnął.

Pierwszy etap został zakończony. Uspokoił oddech. Cichym głosem przekazał informację dowódcy Biermannowi, który odpowiedział, że Niemcy sudeccy czekają już w szyku. Zatrzymał się. Nasłuchiwał. Węszył. Rozglądał się. W walce nasze zmysły się wyostrzają, jakbyśmy wracali do natury. Henry uniósł głowę i nie wychylając się za bardzo, zasygnalizował Grandemu rękami: co się dzieje? Czas ucieka.

– Oszczędzajcie amunicję! – rzucił w stronę ludzi.

Długo przyglądał się zabudowaniom, wypatrując jakiegokolwiek ruchu, który mógłby powiedzieć im, czy w miasteczku są ludzie. Niczego jednak nie zauważył.

W powietrzu rozległ się pojedynczy strzał.

– Jeden padł! – zgłosił Biermann.

– Ognia! – rzucił Henry.

Rozkaz został natychmiast wykonany. Ze szczytu wzgórza usłyszeli terkotanie karabinu maszynowego Grandego: drrr-drrr-drrr, krótkie serie po kilka strzałów są najbardziej skuteczne.

Pod osłoną ognia dwóch żołnierzy i ich dowódca wyszli z lasu i ruszyli przez równinę lewym skrzydłem. Jeden z żołnierzy zaczął biec, dwóch pozostałych strzelało, by utrzymać wroga na dystans.

Rozległ się kolejny strzał, potem jeszcze jeden i kolejny.

Oddano trzy strzały.

Trzech ludzi padło.

Niech to szlag, pomyślał Henry. To regularna egzekucja. Snajper wybierał spokojnie swoje ofiary, znaleźli się w strefie śmierci.

Na łączach rozległy się trzaski.

– Ukryłem się tam, gdzie zaczynają się zabudowania! – krzyczał Biermann zdesperowany. – Wszyscy piechurzy zginęli!

– Idziemy! – odpowiedział Henry.

Sytuacja była krytyczna. Musieli iść po Biermanna. Ilu Rosjan ukrywało się w miasteczku?

– Johansen! – zawołał Henry. – Musimy go odbić. Pójdziesz ze mną! Grande będzie nas osłaniał.

Od miejsca, w którym ukrywał się Henry, szczelina ciągnęła się jeszcze jakieś dobre sto metrów, biegła wzdłuż pokrytego lodem potoku, który kończył się miejscu, gdzie zaczynały się zabudowania. To właśnie tam ukrywał się Biermann. Dadzą radę dotrzeć do niego?

Johansen wyczołgał się z dołka i ruszył w stronę Henry’ego, który zajął pozycję w cieniu wzgórza. Musiał przebiec dystans dziesięciu metrów w otwartym terenie.

I właśnie tam trafiła go kula.

Henry usłyszał, jak przechodzi przez materiał munduru i przeszywa ciało towarzysza. Jakby ktoś przedarł żagiel, pomyślał. Johansen jęknął, leżał bezradny, nie mógł się ruszyć. Iwan musiał mieć sokoli wzrok.