Pamiętnik więziennyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Słowo wstępne

Decydując się na publikację swoich zapisków więziennych, kierowałem się z jednej strony prośbami czytelników mojej poprzedniej książki, Innej miłości szejka. Chcieli oni się dowiedzieć, jak wyglądała moja wielomiesięczna rzeczywistość zamknięcia w ciasnej, czterometrowej celi. Z drugiej strony chciałem przedstawić moją codzienną walkę o prawdę w islamskim więzieniu – dzień po dniu. Uznałem, że być może będzie pouczające, ważne i potrzebne przedstawić to, jak starałem sobie zorganizować życie na czterech metrach mojej izolatki, jakie prowadziłem rozmowy z Bogiem, jak się z Nim kłóciłem, jak się motywowałem do tego, żeby nie zwariować, jak prowadziłem walkę z głodem, walkę o telefon, walkę o lekarstwo, jaki byłem szczęśliwy, gdy wreszcie mogłem wyjść na spacer, ostrzyc się, umyć zęby, ogolić się. W zapiskach przeczytacie o tym, jak wygląda sytuacja człowieka skazanego na dożywocie w izolacji, zmuszonego skonfrontować się z okrutnymi częstokroć, bezdusznymi władzami więziennymi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Mój pamiętnik mógł powstać tylko dlatego, że otrzymałem od polskich dyplomatów – Jakuba Sławka i Pawła Mączki – ogromne wsparcie. Dzięki naszej ambasadzie w ZEA dostałem nie tylko materac, który zastąpił mi betonową podłogę, na której wcześniej spałem, ale także papier, na którym mogłem spisywać ten pamiętnik. Jeśli nie miałem czym albo na czym pisać, uczyłem się na pamięć tego, co się działo, i przelewałem to na papier, gdy już go dostawałem.

W celi narzuciłem sobie ścisły rygor, jeśli chodzi o porządek dnia: codziennie realizowałem kilkanaście punktów, dzięki którym mogłem kontrolować siebie, swoją psychikę i swój umysł. Jestem przekonany, że tylko dzięki temu nie zwariowałem. Dzięki dyscyplinie umysłu. Każda minuta mogła przynieść niespodziewany obrót wydarzeń z dramatycznym końcem życia włącznie. Nie dlatego, że myślałem o samobójstwie, bo to mi nigdy nie przyszło do głowy, lecz dlatego, że odurzeni często strażnicy mogli robić ze mną, co chcieli. W styczniu 2019 roku na przykład zastrzelili mojego izolatkowego sąsiada zza ściany. W izolatkach obok bito i szydzono z ludzi, a ze mnie dla odmiany uczyniono obiekt masturbacji i gwałtu. Przeżyłem, choć niewiele osób w to wierzyło.

Tak, przeżyłem i dziś jestem wolny, bo walczyłem, walczyli moi bliscy, walczyli ludzie, których nigdy nie znałem, ale walczyły też najwyższe władze państwowe, europejskie czy kościelne. Przeżyłem i zwyciężyłem z władzą, wpływami i nieograniczonymi pieniędzmi jednego człowieka, przez którego się tam znalazłem. Przeżyłem w końcu dlatego, że jestem niewinny.

Zapraszam do lektury Pamiętnika więziennego. Moja historia ma motywować i dodawać siły. Nie chcę litości ani użalania się nade mną. Z ofiary stałem się ZWYCIĘZCĄ.

* * *

Pragnę serdecznie w tym miejscu podziękować panu dyrektorowi Przemysławowi Kazimirskiemu z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich za pomoc w dotarciu do odpowiednich dokumentów ONZ. Wszystko to, co się ze mną działo od chwili aresztowania – najpierw postępowanie prokuratury emirackiej, potem traktowanie mnie przez władze więzienia Al Alwir w Dubaju, a w końcu to, co robiono ze mną w As-Sadr niedaleko Abu Zabi – jest zaprzeczeniem zarówno Konwencji ONZ w sprawie zakazu tortur, jak i Protokołu Fakultatywnego do Konwencji w sprawie zakazu stosowania tortur oraz innego okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania albo karania.

Publikacją niniejszego Pamiętnika chcę też zawalczyć o sprawiedliwe, transparentne procesy w ZEA, godne warunki dla tych, którzy gniją w izolatkach bez opieki medycznej, leków, możliwości kontaktu z prawnikami czy bliskimi. Walczę też o wolność dla ostatniego sprawiedliwego obywatela emirackiego Ahmada Mansoura, którego tam poznałem.

Rozdział I

Nie wracam

24 października 2017 r.

Jest rano, mgliście i zimno. Lotnisko Chopina. Mam bilet w jedną stronę. Wylatuję do Dubaju.

W przeddzień wyjazdu z Polski spędziłem czas z Jus, moją jedyną prawdziwą bratnią duszą... Usłyszałem od niej słowa, które niosą mnie do dziś. Książki, które mi podarowali ona i Maciek, jej mąż, sprawiły, że uwierzyłem w siebie i ruszyłem do przodu. W końcu, przed samym wyjazdem, umówiłem się na rozmowę z księdzem Matteo, Włochem pracującym w warszawskim kościele. Uważam księdza Matteo za anioła, i mówię to z pełną odpowiedzialnością za słowa. Wtedy nie śmiałem nawet przewidywać, że wkrótce zupełnie inny Anioł zjawi się w moim życiu. I będzie chciał to życie ze mnie wycisnąć.

Lecąc do Emiratów, nie uciekałem od odpowiedzialności. Wiedziałem, że w kraju nie znajdę dość sił na to, by stanąć na nogi i zacząć nowe życie. W kraju po prostu nie miałem nic. Niesamowite, jak życie potrafi z dnia na dzień się odmienić, jak z wtorku na środę staje się inne, jakby kompletnie nowe, nieznane. A przecież plan był prosty: miałem pracować do czterdziestki, a potem cieszyć się tym, co udało mi się osiągnąć. Przewrotny los chciał inaczej. Wyjechałem, bo wszystko zaprzepaściłem, wszystko bezpowrotnie straciłem (przeznaczenie czy co?). Wyjechałem – i wbrew temu, co potem słyszałem od innych, nie uciekałem od swoich zobowiązań.

Emiraty dawały mi możliwość szybkiego powrotu do normalności i spłaty tego, co powinienem był spłacić (odpowiedzialność). Wyjechałem, by zacząć tworzyć niezwykły projekt fitness–wellness. Wyjechałem, by się odkochać (miłość jest pierdolnięta, wierzcie mi). Odkryłem przy okazji, że odkochać się prawdziwie jednak się nie da. Wyjechałem wreszcie po to, by zająć się sobą. W ciągu ostatnich piętnastu lat ja sam nigdy nie należałem do moich priorytetów.

Jest październik 2017 roku. Mam do wyboru: albo gnić tutaj (i pewnie skończyć życie w Polsce), albo wylecieć do USA (gdzie czekała na mnie praca), albo wybrać Emiraty Arabskie, gdzie, jak liczyłem, poza pracą będę mógł łatwiej wrócić do równowagi psychicznej, szybciej odzyskam zdrowie i, przede wszystkim, gdzie nie będę miał okazji powrotu do nałogu. Wiedziałem, że prawo w Emiratach przewiduje dla stosujących zioła czy prochy bardzo surowe wyroki. A nie chciałem tego, po pierwsze, ze wstydu, a po drugie, z szacunku do życia, które leciałem przecież ratować.

Ale cofnijmy się na chwilę o kilka miesięcy.

12 marca 2017 r.

Wylądowałem w Dubaju. Po ośmiu latach i sześciu miesiącach harówki udało mi się wreszcie tak zorganizować, by wpaść do Emiratów Arabskich na tygodniowy wypoczynek. Słyszę wkoło szum oceanu, oddycham powietrzem innym od tego, które znam na co dzień. Wieczorem celebruję kolację, spędzam miły czas z najbliższą mi osobą. Jestem jak dzik zaślepiony światłem nadjeżdżającego samochodu. Nie umiem się odnaleźć w tej nowej sytuacji, czuję strach przed jutrem. Przecież dziś przyleciałem, jest niedziela. Lecz co będzie jutro? Poniedziałek, e-maile, telefony, odbierać nie odbierać? Martwię się, mam wyrzuty sumienia. Przecież w Polsce zostawiłem firmę, klientów, mój zespół. Ciężko jest opisać, co się koniec końców dzieje w mojej głowie. Głowie Artura Ligęski, Menedżera Roku 2016, Menedżera Roku 2015, twórcy konceptu fitness, jedynego w Polsce absolwenta Akademii Thomasa Plummera (guru fitnessbiznesu) w dziedzinie business of fitness. Chaos i strach z jednej strony, z drugiej − chęć odłączenia się od tego, co przez ostatnich jedenaście lat było moim życiem, a co w ciągu ostatnich prawie sześciu zastąpiło mi wszystko. Czuję, że moja cudowna firma, moje najpiękniejsze na świecie kluby fitness oraz salony piękności zaczynają mnie DOBIJAĆ.

To były moje ostatnie wspólne wakacje z kimś dla mnie ważnym. Po tym wyjeździe wszystko obróciło się w gruzy, wszystko doszczętnie się rozleciało.

Moje marzenia, które realizowałem dotąd z niezwykłą pasją, zniszczyły mnie. Kiedyś pewna bliska mi osoba powiedziała jedną niezwykłą rzecz: „Pamiętaj, Arturze, im silniejszy będziesz, tym więcej wkoło będzie wrogów, tym więcej ludzi, którzy będą cię śledzić, obserwować i którzy w chwili słabości, potknięcia czy porażki zaczną cię gryźć i niszczyć”. Święta racja. Poczułem to na własnej skórze, ale wyłącznie dlatego, że straciłem wiarę w siebie i zacząłem się oceniać przez pryzmat innych, tego, co inni mówią, czego ode mnie oczekują i jak bardzo są zawiedzeni moją postawą – bo nie mogą już ze mnie doić tak, jak doili wcześniej. Teraz, z perspektywy tych kilku miesięcy, odkąd jestem w Emiratach, śmiem rzec nawet więcej, bardziej dosadnie, podkreślając to, co myślę, bez żalu czy goryczy.

Gdy będziesz wychodzić z kryzysu, ci, którym był on na rękę, będą ci mówić, że jesteś jakiś dziwny, że zrobiłeś się samolubny, że jesteś nie do zniesienia. Z wielką przyjemnością powiem im na to: pierdolę was!

Muszę jednak przyznać, że początki były wielce obiecujące.

Moja przygoda z fitnessem – i sportem w ogóle – zaczęła się dwadzieścia lat temu. Nie byłem wzorem sportowca na lekcjach wuefu. Wręcz przeciwnie. Ze względu na nadmiar kilogramów wstydziłem się siebie, miałem sporo kompleksów, a poza tym po prostu tego nie czułem. Jedynie charyzmatyczna pani Marzenka oraz Jacek umieli mnie (w trudny niekiedy do zrozumienia sposób) zachęcić do ćwiczeń. Pamiętam legendarne: „Ligęska, ty ciapo”, które z czasem zmieniło się w „Ligęska, ty nieciapo”, kiedy byłem pierwszy na szkolnym torze przeszkód (dziś nazwalibyśmy to spartan race albo coś w tym rodzaju). Marzena i Jacek byli pięknie zbudowani, odznaczali się też siłą charakteru. Mieli olbrzymie poważanie w szkole, często wygrywali konkursy na najlepszych nauczycieli ropczyckiej „piątki” [numer szkoły podstawowej – przyp. red.]. Byli też niezwykle surowi, wymagający. Dziś myślę, że był w tym sens, była opieka, była też chęć niesienia pomocy, która zaowocowała dopiero po latach. Ale wtedy cierpiałem na kompleks niższości będący skutkiem otyłości, kompleks, który prześladował mnie potem w wielu momentach życia. Kojarzę go z wiecznym strachem przed podjęciem rozmowy z ludźmi lepiej ode mnie wyglądającymi. Wtedy też rodziło się we mnie, w głowie nastolatka przecież, pragnienie stworzenia miejsca, w którym nieważna będzie sylwetka, nieważny będzie strój, ważne będą osobowość i szacunek. Jeżdżąc autobusem do ogólniaka, do pobliskiej Dębicy, już wtedy mijając ceglany budynek starej mleczarni, wyobrażałem sobie, jak bym ją przekształcił w obiekt sportowo-rekreacyjny.

 

Moja samoocena całkowicie się zmieniła, kiedy podjąłem pracę (będąc studentem) w jednym z klubów muzycznych w Warszawie. Tam poznałem Darka, najlepszego lub jednego z najlepszych autorytetów w świecie fitnessu i kulturystyki, i szerzej: sportu, w Polsce. Darek, który dziś prowadzi katedrę sportu na jednej w warszawskich uczelni wyższych, pokazał mi trening, jego zalety, pilnował mnie i wspierał, kiedy pojawiał się kryzys, i WIERZYŁ – niekiedy bardziej niż ja sam, że jestem w stanie zmienić się w postawnego faceta. Dziś nie ma między nami relacji. Nie posłuchałem Darka wtedy, kiedy mówił, że coś jest ze mną nie tak, kiedy widział, że nie jestem sobą, kiedy wraz z żoną Małgosią chciał mi pomóc. Zawiodłem ich – tak to widzę.

Pewność siebie, której nabrałem podczas pracy nad sylwetką, przyniosła mi niezliczone mnóstwo pomysłów na życie zawodowe. Wymyśliłem sobie profesję. Tak właśnie było. Chciałem być pierwszym w Polsce ekspertem wspierającym inwestorów w realizacji ich marzeń o posiadaniu własnego fitness klubu. Pracowałem jako recepcjonista, instruktor zajęć fitness, trener, zarządzałem klubem. Wiedziałem przy tym, jaka jest różnica między tym, jak wyglądają kluby na Zachodzie, a tym, jak wyglądają kluby w kraju nad Wisłą. Cóż, była ona ogromna. Niestety, brakowało mi wtedy wiedzy. Zdobyłem ją dopiero kilka lat później, kończąc prestiżową National Fitness Business Alliance w Atlancie w Stanach Zjednoczonych.

W czasie studiów miałem możność i wielkie szczęście pracować z Justyną Steczkowską. Od niepamiętnych czasów byłem jej fanem; prowadziłem klub zrzeszający wielbicieli artystki. To, że miałem możliwość spotkania i wspierania Justyny, a później szansę współpracy z nią jako jej partner sceniczny, ugruntowało mnie w przekonaniu, iż nie ma rzeczy i marzeń, których nie można zrealizować. Wiara w marzenia mogła – według mnie – góry przenosić. Justyna Steczkowska stała się też patronką zmian w moim życiu. Moja głowa często aż tętniła od pomysłów, jak wyjechać z mojego maleńkiego miasta, co zrobić, żeby się rozwijać i dokonać czegoś niezwykłego w życiu. Justyna pokazała mi na własnym przykładzie, że nie ma rzeczy niemożliwych, że wszystko jest do osiągnięcia. Trzeba tylko w siebie wierzyć, nie oglądając się na innych, na ich często krzywdzące, niesprawiedliwe opinie. Tak walczyłem z otyłością, tak walczyłem z samym sobą, ze słabościami i chwiejnym jeszcze charakterem. Znajomość – przyjaźń właściwie – z Justyną, która trwa dwadzieścia dwa lata, zaliczam do swoich największych sukcesów życiowych. Justyna traktuje mnie jak członka rodziny, przyjaźnię się też z jej mężem Maćkiem Myszkowskim, który w perfekcyjny sposób przelewa na papier kolejne moje pomysły na kluby (jest architektem, projektuje je). Jest doskonałym rzemieślnikiem, dba o szczegóły i kocha swoją pracę.

Praca i znajomość z Justyną, ogólnie biorąc tempo zmian w moim życiu, sprawiły, że wtedy też pojawił się modeling. Dostałem się do agencji New Age, by kilka lat później pracować dla MOT Models w Wielkiej Brytanii. Mam na koncie pokazy dla Hugo Bossa, Kenzo, Pumy, sesje dla Diesla oraz 5th Avenue. Nie był to dla mnie łatwy czas. Mentalność chłopca – pełnego sprzeczności, pochodzącego z małego podkarpackiego miasteczka – w konfrontacji z wielkim światem mediów, tańca, mody nie zawsze wychodziła mi na dobre. Po rozlicznych perypetiach zawiesiłem studia na Uniwersytecie Warszawskim. Modeling dał mi jednak niepowtarzalną szansę podróżowania po świecie. Poza krajami Europy (nie byłem tylko w Irlandii, Islandii, Norwegii i na Białorusi) pracowałem w USA, Brazylii, południowej Afryce, Izraelu, Hongkongu czy Australii. Pobyt w Australii przyniósł efekt w postaci znajomości z Monicą Wright i Mattem Thomem, wydałem z nimi później książkę Zmień swoje ciało z najsprawniejszą parą świata, która nieoczekiwanie okazała się bestsellerem.

Finał był taki, że wyjechałem do Stanów Zjednoczonych.

Dzięki uprzejmości rodziny mojej kuzynki Marty i jej męża Piotra pierwszych kilka tygodni pomieszkiwałem u nich. Pracę znalazłem od ręki w pobliskim supermarkecie; pracowałem za ladą, na kasie, odpowiadałem też za dostawy w kilku działach sklepu. Postanowiłem uczyć się angielskiego. Ukończyłem program „English as a Second Language” w Wilbur Wright College. Do dziś pamiętam ekstrawagancję prowadzącego zajęcia, który miał zaskakujący zwyczaj trzymania nóg na biurku. Mimo to przemawiał do mnie jego sposób bycia – był pozytywnie pieprznięty, ale angielskiego nauczył mnie wyśmienicie.

Kiedy program w college’u zaczął się zbliżać ku końcowi, postanowiłem się przenieść i zamieszkać w innej dzielnicy Chicago, by mieć lepszy kontakt z językiem. I tak oto trafiłem do „czarnej dzielnicy”. Lata, które tam spędziłem, zaliczam do niezwykle barwnych okresów w swoim życiu. Wstawałem o czwartej rano, myłem się, ubierałem, jadłem śniadanie i na szóstą byłem w pracy. Pamiętam, że gdy jechałem do pracy albo z niej wracałem, często przytrafiały mi się kontrole drogowe, urządzane (całkiem jak na filmach) na maskach radiowozów. Policja w Chicago, była święcie przekonana, że skoro jestem biały i często przejeżdżam przez tę dzielnicę, to muszę być dzieckiem z bogatego podmiejskiego domu, które po prostu kupuje trawkę albo inne niedozwolone środki... Oczywiście nie była to prawda, ale na własnej skórze doświadczyłem wtedy kategoryzowania ludzi. Do dziś mam kontakt z Big Mummy, moją kochaną sąsiadką, która pochodziła z Haiti i która zawsze miała megahumor, pytając mnie, po co tak wcześnie wstaję i dlaczego tak późno wracam. Nie mogła zrozumieć, że pracuję szesnaście godzin na dobę, dodatkowo chodzę na zajęcia i często wracam tylko po to, by zdrzemnąć się kilka godzin, przebrać i od nowa – Polska Ludowa (tylko w innej części świata).

W tym też czasie intensywnie poznawałem kluby fitness, byłem nimi naprawdę zafascynowany. W Polsce nie było wówczas prawdziwych fitness klubów (z wyjątkiem kilku Gymnasionów), to był czas partyzanckich pakerni zlokalizowanych tu i ówdzie po piwnicach. Wiedziałem już wtedy, że będę się rozwijać w tym kierunku i że moim życiem odtąd będzie promocja zdrowia i sportu w kraju.

Wracając do doradztwa biznesowego dla inwestorów chcących uruchomić swój pierwszy klub – znałem się na rzeczy, spędziłem wiele czasu w Stanach Zjednoczonych, gdzie z bliska obserwowałem profesjonalne kluby fitness, widziałem i poznałem od środka również kluby funkcjonujące w Australii. Pracowałem dla środkowoeuropejskiego przedstawiciela producenta maszyn do klubów fitness z USA. Postanowiłem poszerzyć wiedzę, szkoląc się zaocznie u Thomasa Plummera i Ricka Mayo (obaj panowie są guru w dziedzinie fitnessu w USA) łącznie ponad trzy lata. Prawdę powiedziawszy, to dużo się uczyłem i przede wszystkim wierzyłem w to, czego mnie uczono. Pomysł, na który nikt w tamtym czasie nie patrzył serio, przekułem w czyn i tak w roku 2007 powstał pierwszy w Polsce fitness klub, który kompleksowo przygotowałem dla pewnego inwestora.

Plany i marzenia miałem jednak większe...

Jeszcze w czasach pobytu w Stanach sporo rozmyślałem nad tym, jak będzie wyglądać mój własny fitness klub. Zależało mi na tym, by wniósł nową jakość w to, co widziałem w Polsce, zarówno pod względem projektowym, w tym wizualnym, estetycznym, jak i pod względem obsługi klienta, oferty oraz przygotowania merytorycznego oraz praktycznego pracowników. Praca w charakterze doradcy biznesowego inwestora utwierdziła mnie w przekonaniu, że to, co mam do przekazania, jest słuszne, prawdziwe i ma rację bytu.

Projekty dla innych umożliwiły mi pozyskanie funduszy, dzięki którym mogłem uruchomić mój pierwszy własny fitness klub. Projekt SOHO Body Spirit był − i nadal jest − moim oczkiem w głowie. Jego szczegóły dopracowywałem przez bardzo długi czas. Koncept w sferze tego, jak powinien on realnie funkcjonować, to ponad pięć lat przemyśleń, notatek, obserwacji, poszukiwań i weryfikowania tego, co powinno, a co nie powinno się w nim znaleźć. Pamiętam, jak siedziałem niczym kilkuletni chłopiec w dzielnicy Soho w Nowym Jorku i niemal z otwartymi ustami wyczekiwałem tego, w co się zmieni stara hala, magazyn czy jakiś inny opustoszały budynek. A wierzcie mi, zmieniały się w piękne postindustrialne, niezmiernie eleganckie, ponadczasowe, wyjątkowe miejsca. Chciałem tę jakość w jakiś sposób przenieść do Polski. I tak zrobiłem.

Do pracy nad klubem SOHO Body Spirit zaangażowałem Maćka Myszkowskiego, który ma wyjątkowe wyczucie smaku w aranżacji wnętrz. Znakami rozpoznawczymi SOHO Body Spirit były i wciąż są:

 materiały, które bezpośrednio odnoszą się do klimatu nowojorskiej dzielnicy Soho, tj. cegły, beton, stal i szkło;

 proste, uporządkowane wnętrza, pozwalające na optymalne wykorzystanie przestrzeni;

 przemyślane eklektyczne zestawienie architektonicznego minimalizmu z rustykalnymi akcentami w postaci lamp, zasłon, zdjęć;

 stonowana kolorystyka, nadająca wnętrzu ciepły, mniej oficjalny charakter;

 zdjęcia autorstwa Justyny Steczkowskiej, przydające wnętrzom artystycznego klimatu.

By zrealizować marzenia o klubach SOHO Body Spirit, powołałem spółkę akcyjną Twój Fitness. Zgodnie ze swoją wizją na lokalizacje klubów wybrałem małe miasta, które nie miały żadnego zaplecza sportowego. Moje myślenie było niezwykle proste. Skoro w małych miastach są ludzie, to znaczy, że jest i zapotrzebowanie na usługi sportowo-fitnessowe. Mieszkańcy małych miast są w pełni świadomi wpływu aktywności fizycznej na jakość życia. Tak samo jak ci z dużych miast pracują, prowadzą firmy, mają dzieci i je wychowują. I na pewno chętnie skorzystaliby z profesjonalnego klubu fitness w swoim mieście. Są wymagający i bardzo wierni... No i lubią obrabiać dupę, ale to inna historia.

Myślałem tak dlatego, że sam pochodzę z niewielkich, osiemnastotysięcznych Ropczyc położonych na Podkarpaciu. Przyodziawszy swą wizję w stosowne dokumenty, prognozy, biznesplan i strategię marketingową udałem się do kilku banków w celu zaciągnięcia pożyczki i pozyskania środków inwestycyjnych na mój projekt. I tutaj po raz pierwszy zetknąłem się z kompletnym niezrozumieniem tego, w co tak bardzo wierzyłem. Kilka razy nawet mnie wyśmiano, twierdząc, że „straciłem rozum, decydując się na kluby fitness w Brwinowie (województwo mazowieckie) oraz Dębicy (województwo podkarpackie). Z niezrozumieniem i ogólnie „brakiem wrażliwości mojego pokroju w biznesie” miałem okazję spotkać się jeszcze kilkukrotnie przed rozpoczęciem budowy pierwszego z klubów.

Zaczęły się schody. Koniec końców pozyskałem wspólnika, który w trakcie trwania inwestycji nagle zrezygnował. Sytuacja stała się dramatyczna. Oto pięćdziesiąt chłopa na budowie, nieuchronnie przychodzi czas rozliczenia się za wykonane prace budowlane i wykończeniowe, a konto puściuteńkie... Pamiętam jak dziś sytuację, kiedy patrząc na siebie w lustrze, powiedziałem: „Artur, albo zdobędziesz te pieniądze, albo po prostu skończ ze sobą”. Wybrałem tę pierwszą opcję i tak w dwa tygodnie znalazłem innego udziałowca z kapitałem, dzięki któremu mogłem się realizować jako nowy podmiot w branży fitness, poszerzając przy tym ofertę o salony kosmetyczno-fryzjerskie, a w późniejszym okresie także centra squasha.

W grudniu 2012 roku otworzyliśmy klub SOHO Body Spirit Brwinów, a we wrześniu 2014 roku − SOHO Body Spirit Dębica. Dziwiło mnie wtedy, że mojego nowego wspólnika nie było na otwarciu żadnego z klubów czy salonów, by skonsultować, by doradzić, by po prostu z nami być.

Niestety z perspektywy czasu wszystko szlag trafił.

Lata 2015, 2016 i 2017

 

Na to wszystko nałożyły się kłopoty zdrowotne: w roku 2015 musiałem poddać się trudnej operacji wycięcia tzw. martwych komórek. O chorobie wiedziały naprawdę tylko dwie osoby. Nie chciałem niepokoić rodziców, a i znajomym długo nie wyjawiałem prawdy. Moja rzeczywistość wówczas to były ból, silne leki, brak wolnego, ciągła praca. Kilka dni po wyjściu ze szpitala byłem już w pracy... Robot by tego nie wytrzymał. Zawsze jednak pilnowałem firmy, mimo koszmarnego bólu za wszelką cenę starałem się zarządzać nią nawet w sytuacjach skrajnie podbramkowych czy kompletnej niemożności skoncentrowania się na pracy i rzeczach w niej najprostszych. By wzmocnić ciało, zacząłem brać sterydy, co bardzo negatywnie wpłynęło na pracę mózgu, a sytuacją, która całkiem mnie rozłożyła, była ciężka choroba mamy i wieczny strach o jej zdrowie − a potem także o zdrowie taty.

W lutym 2016 roku mama zadzwoniła do mnie z informacją, że coś u niej wykryto i że trzeba szybko operować. W porozumieniu z lekarzami udało się błyskawicznie zorganizować wizytę w szpitalu i jeszcze tego samego tygodnia mama była na stole operacyjnym. Zabieg dotyczył wycięcia komórek nowotworowych i nie należał do łatwych. Ani mi w głowie było zarządzanie spółką, a wiedziałem też, że nikt nie jest w stanie mnie zastąpić. Niestety nie dostałem tak bardzo potrzebnego mi wtedy wsparcia. Do dziś nie wiem dlaczego. Moje relacje biznesowe i osobiste legły w gruzach. Straciłem firmę na rzecz wspólnika, a jej przejęcie wyglądało jak rozbiór Polski. Kto w tym pomógł, nie wiem. Nie mnie oceniać postępowanie innych. Wiem jedno: traktowałem moich ludzi w firmie z szacunkiem i troską. Jeśli faktem jest, że ktoś mnie sprzedał, przyjmuję to do wiadomości, ale nie rozumiem tego i nie chcę rozumieć. A teraz to już nawet nie ma znaczenia. Wniosek, jaki się wysuwa z tej części pamiętnika, jest jeden. Jak masz, człowieku, miękkie serce, to miej twardą dupę, bo wywiozą cię na taczkach albo po prostu usuną z pamięci.

Chcąc zająć się mamą i po prostu spędzić czas z rodziną, poprosiłem moich bardzo zdolnych menedżerów o pomoc. Seba, Mariola i Paweł, a później Dorota, Iwona i Tatiana stali się osobami, które w moim – naszym – imieniu prowadziły spółkę, z oddaniem walczyły o dobro firmy. Ja w pewnym momencie fizycznie przestałem firmę kontrolować, uciekając od wszystkich i wszystkiego w nałóg. Zamknięty w swoim mieszkaniu dochodziłem do siebie, a moje koko dodawało mi chwilowo odwagi i siły do tego, by mierzyć się z rzeczywistością. Błędne koło trwało, a ja podczas kolejnych wizyt w szpitalach dowiadywałem się, że jestem coraz bardziej chory.

W końcu w 2016 roku poddałem się. A kiedy 2 września 2016 roku przyszedł do mnie z niespodziewaną wizytą prawnik wspólnika i stanowczo „poprosił” o oddanie spółki, nie mogłem ani spać, ani funkcjonować, ani żyć... Mimo to próbowałem jeszcze ratować Twój Fitness. Nie chcę wchodzić zbytnio w szczegóły mojej biznesowej relacji z byłym już wspólnikiem poza oczywistym wnioskiem: jest dobrze do momentu, gdy jest dobrze. Jak zaczyna się sypać, to ten silniejszy, mający za sobą sztab dobrych prawników, zawsze bez skrupułów przypuści atak.

Ostatnie miesiące w spółce było pasmem moich potwornych błędów i złych decyzji. Chcąc ratować firmę i ufając ludziom, z którymi do niedawna pracowałem, zapożyczałem się u przyjaciół. Nie róbcie tego nigdy w życiu. Apel do ciebie, czytelniku: choćbyś myślał, że to koniec, nie bierz kasy od osób, które są ci bliskie. Bo stracisz honor, szacunek, a przez nich będziesz wyzwany od najgorszych. Zostałem uwikłany w okrutną grę. Teraz, przypominając sobie 2017 rok, widzę siebie wówczas jako osobę czołgającą się, której nie widzi prawie nikt, a ci, którzy ją widzą, kopią ją i plują na nią. Nie żalę się, bynajmniej. To była konsekwencja kompletnego wypalenia, uwikłania się w nałóg i niewywiązywania się z obowiązków wobec wierzycieli. Jest mi wstyd, bo zawiodłem. Ale nie mam już ani żalu do siebie, ani też nie będę się za nic obwiniał. Wyciągam wnioski. Wierzycieli zaczynam spłacać. Wychodzę na prostą.

Skomentuję to tak: podejmujemy decyzje, które w danym momencie są najlepsze dla nas, dla naszych bliskich, dla biznesu. Jakim prawem zatem krytykujesz, skoro nie masz wiedzy dlaczego, po co. Byłem nieuczciwe osądzony, zanim ktokolwiek zechciał poznać prawdę.

Tymczasem moja sytuacja stawała się coraz bardziej skomplikowana. Zaczynało mi brakować sił do tego, żeby wstać i działać. A działać musiałem... Błędem było początkowe unikanie kontaktu z wierzycielami, błędem była chęć zniknięcia. Nie umiałem jednak znaleźć rozwiązania, szukałem pomocy, ale odbijałem się od drzwi do drzwi, a ludzie, którym pomogłem kiedyś nie raz, nie dwa, zaczęli mnie nagle unikać. To bolało, bolało jak cholera.

„Nałóg łagodzi wszystko”… Paranoja. Jaki nałóg? Nałóg niczego nie łagodzi. Zastanawiam się teraz, jaką trzeba mieć wyobraźnię, by tak myśleć. Ja tak myślałem. Nałóg łagodzi ból po operacji, nałóg dodaje odwagi w życiu, w seksie, kurwa, we wszystkim... Do czasu... Dziś jestem wolny i DUMNY z siebie... Dałem radę z pomocą księdza Matteo i pani Małgosi z Rzeszowa. Ona zawsze powtarzała, że jest pełna podziwu, iż osoba wciągająca tyle była w stanie bez ośrodka, bez szpitala o własnych siłach stanąć na nogi. Nałóg porywa i nie wypuszcza. Trzeba niesamowitej siły i wiary w Boga, w siebie i pomoc Nieba – tak uważam. W moim przypadku ingerencja sił wyższych (nie ważcie się śmiać) zadziałała.

W przeddzień wyjazdu z Polski tato z mamą podarowali mi dziesiątek różańca... Wtedy nie rozumiałem jego siły. Dziś absolutnie tak.

Inne książki tego autora