Ruscy Narcos

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Artur Górski

RUSCY NARCOS

Copyright © Black One Media: Artur Górski, Marek Sołek

Projekt okładki: Marek Sołek/ Wojciech Iwanow

Zdjęcie na okładce © Tomasz Lewandowski/ Marek Sołek

Redaktor wydania: Marek Sołek

Łamanie: Grzegorz Depak

ISBN: 978-83-955044-1-9

Warszawa 2019

BLACK ONE MEDIA

www.blackonemedia.com

K

siążka „Ruscy narcos, genesis” różni się od moich poprzednich publikacji z zakresu literatury faktu — w przeciwieństwie choćby do serii „Masa o polskiej mafii” nie jest to ani wywiad-rzeka, ani reportaż, oparty na dokumentach i relacjach różnych osób. Jest to relacja Nazara M., pseudonim Niedźwiedź, napisana językiem bardziej przypominającym powieść niż reportaż śledczy. Początkowo myślałem o formule wywiadu, ale gdy zapoznałem się z historią gangstera zza Buga, wplątanego w wielką awanturę z kartelami kokainowymi, uznałem, że zasługuje ona na epicki rozmach. Taki, który pozwoli czytać „Ruskich narcos, genesis” jak fascynującą książkę sensacyjną. W moim przekonaniu, to, co przeżył Nazar (imię zmienione na prośbę głównego zainteresowanego) nie ustępuje doświadczeniom bohaterów serialu „Narcos”. No, a przede wszystkim — nie ma tu fikcji. Oczywiście, wiele faktów, miejsc czy nazwisk zostało zmienionych — jak to często bywa w wypadku literatury faktu — z powodów, których Czytelnikom nie trzeba chyba tłumaczyć. Materia, którą Nazar i ja relacjonujemy, jest niezwykle delikatna, z kategorii tych „na krawędzi” i nie chodziło nam o to, aby oskarżać czy ujawniać konkretnych ludzi, ale o to, aby odsłonić mechanizmy, napędzające jeden z najpotężniejszych procederów przestępczych na świecie. Postać Tkacza (celowo nie ujawniamy jego tożsamości, a jedynie pseudonim), o której opowiada Nazar, jest autentyczna — ten gangster z Mińska przeszedł na stronę wenezuelskich karteli kokainowych i, z takich czy innych powodów, przypłacił to życiem. Tak samo autentyczny jest Litwin Arunas, — jeden z „rozgrywających” kartelu — który wciągnął Tkacza do współpracy z producentami kokainy. Tyle, że zmieniliśmy mu imię. Podobnie, jak nie ujawniliśmy rzeczywistej tożsamości niezłomnego oficera białoruskiej policji, który w życiu Nazara odegrał bardzo dużą rolę, ratując go od wielu kłopotów. U nas występuje jako Walentin.

A jednak seria „Ruscy narcos” — kolejne dwa tomy już wkrótce! — to publikacja jak najbardziej oparta na faktach.

Trzeba też wspomnieć, że postać Nazara nie jest nieznana polskiemu czytelnikowi — jakiś czas temu, nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, ukazał się mój wywiad-rzeka z nim pod tytułem „Ruska mafia”. Wspomnienia byłego rezydenta mafii z krajów byłego Związku Radzieckiego w Polsce szybko stały się bestsellerem i mam nadzieję, że kolejne książki oparte na relacjach Nazara również zyskają przychylność polskiego Czytelnika.

Artur Górski

Prolog

Wakacje gratis za drobną przysługę.

A

kto by tak nie chciał?

Każdy by się zgodził i to z pocałowaniem ręki. Jedziesz na egzotyczne wakacje gdzieś na drugi koniec świata, byczysz się na słońcu, popijasz kolorowe drinki, obok szumi lazurowe morze, a na wyciągnięcie ręki masz takie panienki, że wydaje ci się, że wskoczyłeś do jakiegoś hollywoodzkiego filmu. I ten urlop nic cię nie kosztuje — dostałeś go gratis od organizatora, a poza tym — uwaga! — do kieszeni wskakuje ci pięć koła papieru za fatygę. Tak, tak — nie poleciałeś tam za piękne widoki, ale za konkretny hajs: pięć tysięcy dolarów. No to ja się pytam: jaki idiota by się nie zgodził?

Ktoś powie: zaraz, zaraz, nikt nie robi takich prezentów za darmo, gdzieś musi być jakiś haczyk. No, to się rozumie samo przez się — organizatorowi trzeba się odwdzięczyć, ale, bądźmy szczerzy, to nie jest jakaś syzyfowa praca, nikt ci nie każe wpychać olbrzymiego głazu pod stromą górę.

To działa tak — wylatujesz na wakacje do Wenezueli albo Kolumbii z jakiegoś europejskiego lotniska. Dajmy na to z Frankfurtu czy z Amsterdamu. Lecisz czarterem, wynajętym przez biuro podróży i podczas lotu jesteś totalnie czysty. Po prostu wyciągasz nogi, zamykasz oczy i już sobie wyobrażasz te piękne plaże i błękitne niebo. Bo nie masz nic innego do roboty. Oprócz ciebie leci jeszcze pięć osób, którym organizator zafundował takie same wakacje życia. Ty oczywiście nie masz pojęcia o tej piątce — wierzysz, że tylko ty złapałeś Pana Boga za nogi. Nikt o nikim nic nie wie — pełna konspiracja.

Pracę do wykonania masz dopiero w drodze powrotnej, po tygodniu, albo i dwóch tygodniach moczenia tyłka w basenie i obżeraniu się krwistym muchacho rotondo. Wchodzisz do samolotu i siadasz spokojnie na swoim miejscu — w schowku bagażowym nad twoją głową znajduje się neseser i to jest twój neseser. Ty go jeszcze nie widziałeś na oczy, ale już wiesz, że jak samolot wyląduje, wyjmiesz go ze schowka i nawet nie będziesz mu się przyglądał. Jest twój, znasz go jak własną kieszeń, nie ma co się gapić. Musisz go tylko bardzo dobrze trzymać — tak cennej rzeczy jeszcze nikt nigdy ci nie powierzył.

No właśnie, kto go powierzył, kto go ulokował w tym schowku? Nazwijmy go przedstawicielem organizatora — musi być bardzo dobrze „poukładany” z wszystkimi, skoro jest w stanie przemycić na pokład coś, czego raczej nie przenosi się przez normalne kontrole graniczne. A może ten przedstawiciel ma coś wspólnego z tymi kontrolami? Może jest częścią układanki, która nazywa się systemem bezpieczeństwa państwa? Kto i co za nim stoi: policja, wojsko, służby graniczne? A może służby specjalne? I do jak wysokiego szczebla sięgają jego macki?

Ale o tym potem. Na razie skoncentrujmy się na tym, co musi zrobić uczestnik darmowej wycieczki. Otóż ma wynieść neseser z samolotu i oddać komuś na lotnisku — jeszcze w strefie tranzytowej. Czyli nawet nie przenosisz go przez granicę — cały czas znajdujesz się w miejscu, w którym nikt nie ma prawa się do ciebie przyczepić.

Jak wiadomo, takie strefy na wielkich lotniskach to prawdziwe miasta: sklepy, restauracje, kaplice a nawet banki. Ruch taki, jak na moskiewskim Arbacie w gorące letnie popołudnie — nieustająca rzeka ludzi, którzy nic o sobie nie wiedzą i nie zwracają na siebie uwagi. Myślą tylko o tym, żeby w końcu dolecieć do tego swojego Nowego Jorku, Dehli czy Kuala Lumpur. Co ich obchodzi jakiś mały chłopaczynka z czarnym neseserkiem, do którego pewnie włożył karton Marlboro, kupiony na lotnisku?

Tymczasem chłopaczynka wie jedno: musi znaleźć restaurację, powiedzmy Deli Bros, zamówić sobie herbatę, a jeśli odrobinę się cyka — szklaneczkę Jacka Danielsa i czekać przy stoliku. Po chwili ktoś się do niego dosiądzie, niewykluczone, że ten ktoś będzie miał na szyi smycz z identyfikatorem pracownika lotniska, i dyskretnie przejmie neseser. Nie zamienią ze sobą ani słowa, no bo o czym tu gadać? Zresztą, im krócej trwa spotkanie tym większa szansa, że obaj panowie nie zapamiętają swoich twarzy. Może, gdyby się spotkali w innych okolicznościach, zaprzyjaźniliby się, ale te okoliczności nie sprzyjają zawieraniu trwalszych znajomości.

I to wszystko, cała robota — ani odrobiny stresu przy przekraczaniu punktów kontroli granicznej. W Caracas ktoś włożył neseser do schowka, we Frankfurcie ktoś go przejął w totalnie bezpiecznym miejscu... Bułka z masłem.

No, to teraz trzeba zrobić wszystko, aby organizator znowu zaproponował taki wypad do Ameryki Południowej — jeśli ze względów bezpieczeństwa miejsce wylotu będzie inne, co za problem kopnąć się choćby na inny kontynent? I znowu zasmakować egzotyki, w zamian za drobną usługę.

Co jest w tym neseserze? Na pewno nie kanapki z szynką, ani kolorowe magazyny. W środku znajduje się coś w rodzaju prostokątnej płyty, niewiele mniejszej od samego nesesera. Można by wręcz powiedzieć, że jest to nieoszlifowany kawałek marmuru, ważący około pięciu kilogramów.

Ale tak naprawdę to jest sprasowana i zakamuflowana kokaina — przesyłka początkowo ma wartość pięciu tysięcy dolarów, ale w miarę upływu czasu suma ta będzie dynamicznie wzrastała i sięgnie kilkudziesięciu tysięcy zielonych. Oczywiście, nie będzie to cena owego prostokąta, ale białego proszku, który z niego powstanie.

Tak się jakoś dziwnie składa, że w ten turystyczny biznes zaangażowanych jest bardzo wielu Ruskich, a także przedstawicieli wszystkich narodów byłego Związku Radzieckiego. To, że kręci się przy tym sporo Rosjan, tak bardzo mnie nie dziwi — duży naród, więc szwenda się po całym świecie i kombinuje, jak tu przytulić jakiś większy hajs. Ale, że jest w nim tylu Litwinów, to dla mnie niepojęte. Skąd oni się biorą? Przecież ten kraj jest niewiele większy od Moskwy. Czy oni wszyscy handlują kokainą?

Jednym z nich; tym, który wyskoczył w narkobiznesie na sam szczyt, był Arunas. Chłopak z Wilna, który z czasem stał się prawdziwym narkotykowym baronem, i za którym uganiały się służby specjalne z wielu krajów świata. Kot z krwi i kości.

On odegrał dużą rolę w historii, którą opowiem. A na pewno rola ta była szczególna w życiu mojego wafla — Tkacza, którego Arunas wsadził na tę karuzelę. No, ale bądźmy sprawiedliwi — nikt Tkacza nie zmuszał — sam się wprosił do tego wesołego miasteczka...

Rozdział 1.

Rarytas dla gwiazd, szajs dla plebsu

G

angsterzy ze Wschodu od samego początku wyznawali zasadę — zarabiać trzeba mniej więcej na wszystkim i ile się da, ale jest kilka obszarów, z których zyski śmierdzą. I tych obszarów nie tykamy. Takim właśnie tematem zakazanym były dragi, bez względu na to, czy to koka czy brown sugar czy choćby zioło — uważano, że zarabianie na nich jest, jakby to powiedzieć, niegodne i nieewangeliczne. Nie wiem wprawdzie, w której ewangelii jest coś napisane o prochach, z używek przypominam sobie tylko wino, ale ta niechęć do czerpania zysków z narkotyków miała w sobie coś z religijnego zakazu. A skoro każdy wor w zakonie nosił na piersi krzyżyk, a nierzadko miał wytatuowane na ciele rozmaite symbole prawosławne, to wszyscy przestrzegali wspomnianej zasady.

 

Ale, bądźmy szczerzy, zasady są po to, aby je łamać. W latach dziewięćdziesiątych narkotyki stały się nieodłącznym towarzyszem broni — chłopcy z mafii wciągali na potęgę, odbijała im szajba, w błyskawicznym tempie tracili kontakt z rzeczywistością i wielu wkrótce trafiało do dołu, wykopanego na cmentarzu. W wypadku niektórych było to prawdziwe błogosławieństwo, bo stawali się agresywni i nieobliczalni i zagrażali nawet swoim najbliższym. W dole jakoś się uspokajali...

A skoro sami gangsterzy brali narkotyki, to czemu nie można by puszczać ich w szerszy obieg? Niech biorą ci, którym ten świat wydaje się szary i beznadziejny, a przynajmniej niewystarczająco kolorowy — wkrótce okazało się, że popyt na prochy jest z gatunku tych, nie do zaspokojenia. Ci, ze świecznika, gwiazdorzy mediów i wszelkiej maści celebryci byli gotowi płacić krocie za najwyższej jakości kokę (to znaczy, im się wydawało, że dostają delikates, podczas gdy w rzeczywistości w porcji nie było nawet trzydziestu procent czystej kokainy), a plebs zadowalał się jakimś syntetycznym syfem. Oferta była dla każdego.

Oczywiście, charakterni, starzy gangsterzy, tacy po kilkunastu latach spędzonych w koloniach karnych za Uralem, cały czas uważali, że handel prochami to gówniarstwo, ale dla młodszych bezprawników liczyły się tylko pieniądze. Bezprawnicy, a więc bandyci nie uznający żadnych uświęconych zasad i lekceważący władzę worów, zarzucili Rosję dragami — od Bugu po Kamczatkę. A jednak towaru ciągle było mało.

Teoretycznie, wszyscy mogli na tym zarobić, ale jak już ktoś położy łapę na torcie, to nie chce oddawać frajerom choćby małego kęska — zaczęły się więc wojny o rynek.

Na początku lat dziewięćdziesiątych nawet nie przyszło mi do głowy, że mógłbym mieć cokolwiek wspólnego z prochami — czy to jako dostarczyciel, czy jako konsument. Czy to z niewinną marychą, czy heroiną.

Wywodziłem się ze sportu, tak zresztą jak zdecydowana większość chłopaków z mojej ekipy, i uważałem, że narkotyki są dla słabych, dla tych, którzy nie potrafią docenić tego, co dostali od Boga, i szukają jakiejś innej, piękniejszej rzeczywistości. Moim narkotykiem był kick-boxing — od dzieciaka uprawiałem sporty walki i tak naprawdę, do dwudziestki, mój świat ograniczał się do sal treningowych i pałaców sportu, w których rozgrywano zawody. Inna sprawa, że w moich treningach był jakiś tam element mistyczny. Nie, nie chodzi mi o mistykę, którą funduje ci przeciwnik, waląc cię centralnie w twarz i wywołując taniec gwiazd przed twoimi oczami. Ten, kto nigdy nie dostał po łbie, nie uwierzy, że dobrze trafiony prawy prosty przenosi cię na drogę mleczną — a jednak to prawda. Chodzi mi po prostu o to, że moja sala treningowa mieściła się... w budynku dawnego kościoła katolickiego, z początków osiemnastego wieku. I to na piętrze — władza ludowa podzieliła wielką przestrzeń na kilka poziomów — blisko sklepienia. Jeśli więc po nokaucie słyszałem jakieś głosy, mogły to być już rozmowy aniołów. Dziś kościół znów służy wiernym — jest katedrą katolicką pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny. Ale ja, choć przecież wierzę w Boga, kiedy przechodzę obok tej świątyni, słyszę dobiegające z wewnątrz uderzenia rękawic bokserskich.

Zresztą, kto powiedział, że Bóg nie lubi boksu?

Wielu chłopaków, którzy uprawiali sporty walki — niekoniecznie kick-boxing, również boks, zapasy czy judo — w naturalny sposób trafiło do gangów. Byli znakomitymi żołnierzami mafii: świetnie wyszkolonymi, odważnymi, nie znającymi słowa strach. Dla nich narkotyki stanowiły jakąś rzeczywistość równoległą, jakieś dziwactwo, którego dobrodziejstw nie byli w stanie pojąć.

Ale z biegiem czasu sportowcy stali się ćpunami, nawet jeszcze bardziej uzależnionymi od narkotykowego kopa niż ci, którzy traktowali dragi jako dobrego towarzysza zabawy. Otarli się o śmierć i prawdziwy świat przestał im się podobać. No, ale to już nie byli sportowcy — to byli przestępcy.

A ja, nawet w chwilach, gdy zdarzało mi się zwątpić w Boga, a przede wszystkim w sens tego, co robię, nie sięgnąłem choćby po skręta. Po prostu jakiekolwiek sztuczne doładowanie tożsamości mnie nie interesowało — patrząc, jak moi przyjaciele pogrążają się w potwornej chorobie, tłumaczyłem sobie, że liczy się tylko ten świat, który widzę. Wszystko inne to równia bardzo pochyła.

No, ale może dlatego niektórzy uważali mnie za dziwaka...

* * * * *

Od samego początku lat dziewięćdziesiątych republiki byłego Związku Radzieckiego spłynęły krwią — wojny gangów były bardziej brutalne niż w innych miejscach na świecie. Sycylijska vendetta może się schować przy krwawej łaźni, jaką sobie urządzały skonfliktowane zespoły. Świat patrzył z przerażeniem na Moskwę i powtarzał, jak w transie, jakieś banialuki o grupie z Sołncewa, która terroryzuje Rosję i pół świata. Tymczasem krew lała się nie tylko w stolicy, ale także w Sankt Petersburgu, Tambowie, Rostowie czy Jekaterynburgu. Po prostu wszędzie, że już o Kaukazie nie wspomnę.

W samym tylko 1994 roku, w porachunkach zginęło ponad 1500 osób, co daje mniej więcej trzy trupy dziennie. Nigdzie na świecie nie było takiej rzezi. No, ale Związek Radziecki to był wielki kraj — jak śpiewał piosenkarz: szeroki — więc i zabitych musiało być najwięcej. Nawet jeśli potem liczba ofiar malała, to i tak do końca wieku każdy rok zamykał się ponurym bilansem. Tylko tam i tylko wtedy możliwe były takie kariery, jak Loszy Żołnierza — być może najsłynniejszego cyngla ruskiej mafii. Losza, wyszkolony w oddziałach specjalnych, walczących w Afganistanie, a potem w Czeczenii, pracował głównie dla grupy Oriechowskiej, dowodzonej przez niejakiego Sylwestra. Boss nazywał się Siergiej Timofiejew, a ksywkę zawdzięczał swojemu umiłowaniu do pakowania na siłowni. Bo niby przypominał Sylwestra Stallone.

Kiedy Losza przyjmował zlecenie, a przyjmował ich więcej niż inni, nie istniało żadne zmiłuj, które mogło oszczędzić skazanego. Podobno dostał zlecenie na słynnego oligarchę — Borysa Bierezowskiego, ale na chwilę przed robotą Losza dostał polecenie, aby odpuścić. Dlaczego? Pewnie Bierezowski był jeszcze komuś potrzebny.

Kiedy w końcu został zatrzymany, przyznał się do trzydziestu egzekucji. Ale jako skromny chłopak, nie lubiący rozgłosu, pewnie przemilczał co najmniej drugie tyle.

Kulminacja wojny nastąpiła pomiędzy 1993 a 1995 rokiem — wtedy to zginęło trzech wielkich bossów „miasta” — Walery Długacz pseudo Globus, Otari Kwandriszwili, zwany pieszczotliwie Otarkiem i sam Sylwester. Podobno w każdej z tych egzekucji maczał palce Losza. Tak, tak — wiele wskazuje na to, że on wysłał do piachu także swojego szefa. Może go nie lubił, a może nie lubili go ci, których Losza polubił? Niezbadane są wyroki mafii.

Białorusin Globus, namiętny karciarz, padł pod znanym moskiewskim klubem „Arlekino”. Ta śmierć wstrząsnęła kryminalną Rosją, bo Globus był worem, a worów nie zabija się, ot, tak, bez zgody wierchuszki.

Śmierć Otariego nie wywołała już takiego oburzenia, bo choć on sam uważał się za wora, wielu prawosławnych odmawiało mu prawa do tego zaszczytu — Gruzin z Kaukazu nigdy nie będzie równy prawilnym worom. Zresztą Kwandriszwili był traktowany z przymrużeniem oka — no bo jak traktować gościa, który kupuje sobie na targu żywą owcę, a następnie paraduje z nią przez Plac Czerwony, by w końcu wejść z nią do eleganckiej restauracji i przekazać kucharzowi.

Wariat, pomyleniec...

Oczywiście, pretekstem do wojen były nie tylko narkotyki — czasami lawinę poruszał malutki kamyczek, niewiele większy od ziarnka piasku. Przeważnie chodziło o pieniądze, ale nierzadko strzelano do siebie z powodów urażonej dumy.

I prawda jest taka, że do wojen parli głównie worowie — tak zwani złodzieje w prawie, którym się wydawało, że sprawują władzę, także moralną, nad całym światkiem, a raczej wszechświatem przestępczym byłego Sojuza. Bo skoro rządzili w więzieniach, gdzie hartowała się ich stal, to czuli się panami także poza ich murami.

* * * * *

Wydarzenie, które miało wywołać kolejną wojnę, a przy okazji trochę odmienić moje życie, rozpoczęło się od „schodki” w Soczi. „Schodki” czyli spotkania bossów w celu omówienia sprawy najwyższej wagi. Czasami „schodka” ma zapobiec wybuchowi jakiegoś konfliktu, ewentualnie zdusić go w zarodku, a czasami ma służyć budowaniu czegoś wspólnie na przyszłość.

„Schodkę” w Soczi skrzyknął Bira — jeden z najpotężniejszych worów w Mińsku, szanowany także na szczytach mafii w Rosji. Bira chciał, aby do grona worów przyjęto niejakiego Mustafę — Aleksandra Mustafiejewa, jego wafla. Tak doniosłą decyzję mogli podjąć jedynie Worowie. Tym razem nie chodziło o „schodkę” kilku worów, ale olbrzymi zjazd kilkudziesięciu bossów — im większa celebra, tym większa ranga podjętej decyzji. Oczywiście, musiała zapaść jednomyślnie, ale gdyby worowie w Soczi zaakceptowali Mustafę w swoim gronie, wówczas jego pozycja w strukturze byłaby niepodważalna i bardzo wysoka.

Niektórzy worowie kręcili nosem, bo jednak Mustafa był mieszańcem — owszem, z matki Rosjanki, ale z ojca Tadżyka, więc nie do końca nadawał się na wora. Ale skoro nosił na piersi złoty krzyż i modlił się w cerkwi, wszyscy byli skłonni przymknąć oko na jego „indiańskie” korzenie.

Ktoś zapyta, czemu Birze tak bardzo zależało, aby jego protegowany stał się worem — to proste: im więcej worów stoi po twojej stronie, tym jesteś silniejszy. A przecież było oczywiste, że Mustafa będzie wierny jak pies i Bira może liczyć na niego w nawet najbardziej dramatycznych chwilach. Bądźmy szczerzy — jednych worów masz po swojej stronie, ale innych po przeciwnej i nigdy nie wiesz, kiedy będą próbowali ci wbić nóż w plecy. Bo to, że wor klepie z pamięci dziesięć przykazań, to jeszcze nie znaczy, że tak do końca zgadza się z Dekalogiem. Owszem, sam ręki nie podniesie, bo mu nie wolno, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby zlecił zabójstwo tym, którzy drwią z Przykazań Bożych.

Bira, aby mieć pewność, że w Soczi zapadną satysfakcjonujące go decyzje, zwrócił się o wsparcie do swego starego wafla, Lowy Bielmo — to właśnie Lowa, ileś tam lat wcześniej, wprowadził Birę do grona worów i wydawał się sojusznikiem na wieczność.

Zadzwonił do niego i mówi: „Bracie, pomóż, trzeba wprowadzić do worów dobrego chłopaka, wiem, że ty mi nie odmówisz, za długo się znamy, za wiele beczek soli razem zjedliśmy, żebyś mnie zawiódł w takie chwili”.

O ile wiem, Lowa nie powiedział ani tak, ani nie — był zaskoczony prośbą Biry i zamiast składać deklarację, obiecał, że przemyśli temat. Jestem pewien, że kandydatura Mustafy w ogóle mu nie leżała, tyle, że musiał mieć trochę czasu na przemyślenie strategii — jak to zrobić, żeby nic nie zrobić, a jednocześnie, żeby ewentualna odmowa nie wywołała poważnych konsekwencji. No, ale skoro ktoś ma ksywkę Bielmo, to znaczy, że niedowidzi przynajmniej na jedno oko — tak jak Lowa — i nie jest w stanie dostrzec nadciągających czarnych chmur. No, ale one pojawiły się na niebie dopiero za jakiś czas.

Póki co, doszło do „schodki” w Soczi — pojawili się najważniejsi worowie z całej Rosji i byłych republik radzieckich. Najpierw były wystawne przyjęcia w luksusowych restauracjach, bo jednak elitę trzeba przyjąć godnie, a potem doszło do spotkania, które miało przypieczętować przyjęcie Mustafy do worów. Tak naprawdę, miała to być tylko formalność, ale cały czas w słynnym kurorcie nie pojawiał się Lowa. A bez jego „tak”, wszystkie inne „tak” oznaczały „no, niestety — nie”.

W końcu Lowa przysłał przez umyślnego swoją odpowiedź. Oficjalnie, nie pojawił się osobiście, bo akurat był na leczeniu w Karlowych Warach, ale podejrzewam, że był w tym element zwykłej ściemy. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak: „O Mustafie nie mogę niczego powiedzieć”. Ani dobrego, ani złego; ani czy powinien być worem, ani czy nie powinien nim zostać. No, ale w praktyce ta wiadomość oznaczała jedno: Bielmo nie godził się, aby Mustafa wstąpił do zaszczytnego grona. I rzeczywiście, pod „schodce” w Soczi krąg worów w zakonie nie powiększył się o kolejnego członka.

Organizator imprezy, czyli Bira, nie miał wyjścia — musiał wypowiedzieć dawnemu kompanowi, czyli Lowie Bielmo wojnę. I nie jakiś pieprzony pojedynek na szpady w Ogrodzie Aleksandrowskim, nie wymianę strzałów z pistoletu jak pomiędzy Onieginem a Leńskim, ale krwawą jatkę z udziałem setek gangsterów.

 

Wojna zaczęła się od prowokacji szytej grubymi nićmi — rzekomo jacyś ludzie związani z Lową ostrzelali w Mińsku mercedesa jednego z wafli Biry i natychmiast zaczął się odwet. Próbowałem ustalić, czy rzeczywiście to był zamach przeprowadzony przez ekipę Bielma, ale wszyscy kręcili głowami najprawdopodobniej Bira kazał jakiemuś swojemu chłopakowi postrzelać do auta Jesiotra (bo taką miał ksywkę), żeby mieć pretekst do rozpoczęcia działań wojennych.

Niestety, wojna pomiędzy Birą a Lową oznaczała kłopoty także dla mnie i moich chłopaków. Wprawdzie my, sportowcy, generalnie mieliśmy kosę z worami, ale Lowa stanowił wyjątek — był naszym waflem, a ja dodatkowo robiłem z nimi interesy. Kupiliśmy mianowicie na spółkę jeden z największych na Białorusi zakładów cukierniczych i interes szedł bardzo dobrze, co tylko pogłębiało naszą przyjaźń. No, bo jednak pieniądze bardzo wiążą ludzi, oczywiście, do momentu aż nie zaczną ich dzielić.

Dlatego, kiedy Lowa poprosił mnie o wsparcie, nie mogłem odmówić. W Mińsku byłem naprawdę grubą rybą, a dodatkowo mogłem liczyć na przyjaciół z Moskwy, między innymi na potężnego bossa, Kostię Szrama. No, ale Bira też miał za sobą potęgę, więc polała się krew.

Tkacz także brał udział w tym konflikcie, ale w pewnym momencie straciłem go z oczu. Nie wiedziałem, czy uciekł, czy może został zatrzymany przez milicję, czy może śpi snem wiecznym gdzieś na dnie jeziora. Próbowałem się dowiedzieć, ale zniknięcie Tkacza było dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Nawet jego dziewczyna, Lena, nie wiedziała, gdzie się podział. Nie wiedziała albo nie chciała powiedzieć...