Masa o życiu świadka koronnego.Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Artur Górski, 2017

Projekt okładki

Prószyński Media

Zdjęcie na okładce

Jarosław Wygoda

Zdjęć w książce nie traktujemy jako ilustracji do konkretnych rozdziałów,

ale jedynie jako uzupełniający materiał reporterski.

Dlatego też nie zostały podpisane.

Z uwagi na dobro instytucji świadka koronnego

w opisie niektórych zdarzeń realia zostały zmienione.

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-962-8

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

OD NARRATORA

Jarosław Sokołowski „Masa”

Nie chcę być nieskromny, ale uważam, że wokół mojej osoby narosło tyle mitów, legend i niestworzonych historii, że można by nimi obdzielić całą armię. I to bardziej Armię Czerwoną niż Gwardię Szwajcarską.

Przy czym mam na myśli ten etap mojego życia, w którym funkcjonuję jako świadek koronny, nie zaś jako znany pruszkowski gangster.

A mity, jak to mity, prowokują do rozmaitych spekulacji. Dlatego moja skromna osoba jakoś nie znika z mediów i wciąż jest analizowana na nowo – z przodu, od tyłu, z boku, z góry i z dołu. Teoretycznie już dawno zostałem dokładnie prześwietlony, a moje życie nie powinno stanowić tajemnicy. A jednak stanowi. Być może dziennikarze nie starają się tak, jak należy, a może wręcz przeciwnie – podsycają ciekawość czytelników, szukając sensacji tam, gdzie jej nie ma. Nie wiem, nie znam się. To nie mój fach.

W ostatnim czasie ogromne zainteresowanie wywołuje inicjatywa moich spotkań z czytelnikami serii Masa o polskiej mafii. Piszą o niej i gazety, i portale internetowe. Wypowiadają się i „znawcy tematu”, i zwykli hejterzy, którzy nie pozostawiają na mnie suchej nitki.

Im więcej chętnych do wzięcia udziału w takich spotkaniach – wiem, że zainteresowanie nimi jest olbrzymie – tym więcej moralistów, którzy oburzają się, że Masa pcha się przed kamery i mikrofony i jeszcze chce na swojej popularności zarabiać (chociaż, jak się okazuje, udział w biletowanych spotkaniach biorą nawet politycy). A przecież skoro podatnik płaci gigantyczne pieniądze, żeby go chronić, świadek koronny powinien siedzieć w głębokim ukryciu i biczować się na znak pokuty za gangsterską przeszłość.

Mam wrażenie, że niektórym ludziom nie podoba się to, że staram się żyć normalnie. To, że nie unikam obowiązków, ale również to, że zapewniam sobie jakieś tam przyjemności.

W jednym z tygodników pojawiło się moje zdjęcie ze świątecznego wypadu, na którym stoję tyłem do paparazzo pod luksusowym hotelem w Dubaju. I choć nie potępiono mnie wprost za ten wyjazd, przekaz był jasny: Masa pławi się w luksusach, także za twoje pieniądze, a jednocześnie drwi z państwa, które z narażeniem budżetu chroni go z uporem godnym lepszej sprawy (ciekawe, że nierzadko za artykułami, które podważają moją wiarygodność, stoją dziennikarze piszący konkurencyjne książki z raczej mizernym rezultatem). Oczywiście, z państwowej pensji nie wystarczyłoby na takie życie. Ale przecież – jak pisze autorka okraszonego fotografią artykułu – majątek Masy oceniany jest na 20 milionów złotych.

Skąd ta kasa? Jak to skąd? Z wymuszeń rozbójniczych i haraczy, odpowiada sama sobie, powołując się na wypowiedź prokuratora Jerzego Mierzewskiego. Miał on rzekomo przyznać, że zeznania Masy były warte tego, aby nie konfiskować mu zdobytych nielegalnie pieniędzy.

Oczywiście, ten cytat został wyrwany z kontekstu, a użyto go wyłącznie po to, żeby mi przywalić. Choć tak naprawdę obrażono prokuratora, z którego zrobiono człowieka zamiatającego pod dywan niewygodne sprawy w imię jakiejś wyższej racji. Zapewniam, że prokuratura, w zamian za pomoc w walce z mafią, nigdy nie oferowała mi możliwości zachowania pieniędzy pochodzących z przestępstwa. Pomocy udzieliłem jej za gwarancję bezpieczeństwa mojego i mojej rodziny. Tyle!

Nie chcę się tu wdawać w polemikę z autorką, bo najodpowiedniejszym miejscem do wyjaśnienia sobie spornych kwestii jest sąd. I tam się spotkamy, bo ja nie odpuszczę. Powiem tylko tyle, że wchodziłem do programu świadka koronnego jako człowiek zamożny, z pieniędzmi zdobytymi jak najbardziej legalnie. Fakt, byłem gangsterem, ale z biegiem lat coraz częściej moje biznesy były legalne. I to one przynosiły największe zyski. Byłem właścicielem jednej z największych dyskotek w tej części Europy, a moje dzienne (!) dochody przekraczały 100 tysięcy złotych. Działałem na rynku gastronomicznym, kulinarnym i w jeszcze kilku innych sektorach. Kiedy w 1998 roku prokuratura zleciła Urzędowi Kontroli Skarbowej prześwietlenie mnie, inspektorzy – po nadzwyczaj wnikliwej analizie – uznali, że mój majątek został zdobyty legalnie. I mam na to stosowne dokumenty.

Ale jak atak, to zmasowany.

W tym samym czasie, co wspomniany artykuł, ukazał się paszkwil na mój temat w jeszcze innym tygodniku, nawiasem mówiąc, tej samej opcji polityczno-towarzyskiej. Autor ten sam co zawsze – dziennikarz, który zrobił karierę dzięki temu, że o mnie pisał. Cóż, tym razem próbuje podtrzymać dobrą passę, próbując ataku. W dość badziewnym tekście Jak hasa pan Masa (czy naprawdę koniecznie trzeba rymować, żeby skokietować czytelników?) pan autor zagląda mi do kieszeni. I powołując się na bliżej niezidentyfikowanych informatorów (komorników?), ujawnia moje niecne praktyki: hajs za książki z serii Masa o polskiej mafii trafia w całości do Artura Górskiego, który potem, pewnie w zaciszu lasu, odpala mi dolę. Oczywiście za plecami fiskusa.

W tym miejscu prośba do pana dziennikarza o ujawnienie źródła. Bo z mojego punktu widzenia jego artykuł to pomówienie, które nie ma nic wspólnego z prawdą. Co mogę łatwo udowodnić.

Robi przestępcę nie tylko ze mnie, ale i z Artura Górskiego. Skoro pisze, że współautor naszej serii uczestniczy w takim procederze i płaci mi pod stołem, oznacza to, że także dopuszcza się poważnego naruszenia prawa.

Podobno Artur pracował kiedyś w jednej redakcji z autorem tego paszkwilu i byli kolegami. Co się stało, że stał się obiektem ataku tego pana? Koledzy tak nie postępują.

Zazdrość boli? Pewnie, że boli. I to jak!

Dziennikarz pisze dalej, że pewna gazeta ujawniła moje zyski z książek. Chodzi o sumę dwóch milionów złotych i brak mojego dementi na Facebooku. Tylko czy ja muszę odnosić się do każdej bzdury? Czy gdyby jakaś gazeta napisała, że mam oko na plecach, to też musiałbym się do tego ustosunkować i dostarczyć dowodu w postaci zdjęcia? Odpisuję wtedy, kiedy mam na to ochotę, i temu, z kim polemikę uważam za stosowną.

O tym, jak bardzo wiarygodne było pismo, które ujawniło moje dochody z książek, niech zaświadczy fakt, że przestało istnieć wkrótce po pierwszym numerze. No tak – łatwiej puścić bąka, niż zarobić na puszczanie kolejnych.

We wspomnianym artykule dużo miejsca poświęcono mojemu procesowi z Andrzejem Gołotą. Jak wiadomo, powiedziałem kiedyś w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”, że według mojej wiedzy jego walka z Michaelem Grantem w 1999 roku była ustawiona i że na tej ustawce kilka milionów dolarów zarobił Andrzej K. „Pershing”. Autor tekstu Jak hasa pan Masa, jak zawsze, powołuje się na pewnego komentatora boksu, który podważa moje kwalifikacje moralne, bo przecież byłem gangsterem. Ale o tym, że komentator kiedyś publicznie chełpił się tym, jakoby pijał whisky ze wspomnianym Pershingiem, już nie wspomina. Bo, oczywiście, Pershing był profesorem na uniwersytecie i ogromnym autorytetem moralnym, a znajomość z nim nie dyskwalifikuje. Tylko ja jestem trefny, tak?

Przykładów dotyczących obracania się dziennikarzy w bardzo wątpliwych kręgach mogę podać sporo. Tylko czy warto?

A jednak to, o czym napisałem powyżej, nie jest w artykule-paszkwilu najważniejsze. Sprawa podstawowa to fakt, że ujawniono część mojej nowej tożsamości oraz podpowiedziano, jak i gdzie mnie szukać – na podstawie danych z Krajowego Rejestru Sądowego. Komu podpowiedziano? Kogo interesuje, gdzie można mnie spotkać? Na pewno nie przeciętnego Kowalskiego. Może powinienem zapytać raczej: komu próbuje mnie pan dziennikarz wystawić? O ile się nie mylę, taki proceder jest ścigany z urzędu.

„W innych krajach świadkowie koronni stają się niewidzialni. Nie istnieją publicznie, nie wypowiadają się dla mediów, a po zakończeniu swojej misji wtapiają się w tłum, korzystając ze zmiany wizerunku i nowych danych osobowych”, ubolewa autor.

Skoro tak, czemu ujawnia on, jak do mnie dotrzeć?

Zapewniam, że w mojej działalności publicznej zawsze dbam o to, aby nie została ujawniona moja nowa tożsamość, mój wizerunek czy miejsce zamieszkania. Ludzie wiedzą o mnie tyle, ile sam im mówię, po wcześniejszych konsultacjach z moją ochroną. Udzielam się publicznie, bo mam poczucie, że jestem chętnie słuchany i czasami mam coś istotnego do powiedzenia. Ale wszystko odbywa się w zgodzie z regułami gry. Nie ja je łamię, lecz ponoć doświadczony dziennikarz, który powinien wiedzieć, co mu wolno, a czego nie.

On doskonale wie, co robi i dlaczego.

Nie chcę wchodzić w zbyt szczegółową polemikę z mediami, bo we wstępie do książki jest na to zbyt mało miejsca. Zwłaszcza że artykuły o mnie pojawiają się jak grzyby po deszczu i nie warto komentować każdego.

 

Zastanawia mnie tylko, że istnieją pewni dyżurni piszący, którzy zawsze są gotowi mi dokopać. A im bardziej łamią sobie nogi na moim tyłku, tym bardziej są zawzięci. Pytanie, jak długo tę walkę z wiatrakami będzie znosił czytelnik. No, chyba że moja osoba gwarantuje gazetom dobrą sprzedaż…

Aha, o ile się nie mylę, wspomniane artykuły pojawiły się podczas promocji nowej książki autora Jak hasa pan Masa. Może wreszcie będzie jakiś sukces?

Tak czy inaczej, ci, którzy rozgłaszają bzdurne informacje na mój temat, narażają się zarówno na śmieszność, jak i na konsekwencje prawne. Ale to ich problem. Ja śpię spokojnie. Do medialnych ataków zdążyłem się już przyzwyczaić.

* * *

Od początku mojego funkcjonowania jako świadek koronny miałem przeciwników wśród przedstawicieli mediów. W głośnym serialu Alfabet mafii pojawiły się sugestie, że organy ścigania wcale nie były przekonane do mojej kandydatury na skruszonego. Dopiero po długim namyśle ktoś postanowił dać mi szansę i podpisał stosowny glejt. Owszem, taka wersja jest być może atrakcyjna w przypadku filmu sensacyjnego, ale w moim było zupełnie inaczej – to ja miałem wątpliwości, a przedstawiciele państwa przekonywali mnie, że dla dobra sprawy powinienem się zgodzić. I powiem jedno: gdyby nie informacja, że pruszkowska góra zaczęła terroryzować moją rodzinę, raczej nigdy bym się na koronę nie zdecydował. Szerzej wyjaśniam to w dalszej części tego tomu.

Państwo bardzo dużo skorzystało na tym, że zostałem świadkiem koronnym. Przekazałem policji i prokuraturze wiedzę, jakiej sami, metodami operacyjnymi, nigdy by nie zdobyli. Tak naprawdę rozłożyłem im podziemie kryminalne na czynniki pierwsze, dzięki czemu mogli precyzyjnie (i bezpiecznie) uderzać w określone punkty. Jeden z wysokich funkcjonariuszy CBŚ wyznał mi kiedyś: „Jarek, dzięki tobie przeskoczyliśmy dziesięć lat do przodu”. I nie ma w tym przesady. Ze stróżów porządku, skutecznie (choć nie zawsze) łapiących drobnych złodziejaszków, stali się trybami potężnej machiny, mogącej stawić czoła silnej mafii o międzynarodowych powiązaniach.

Być może dlatego często przypisuje mi się możliwości, jakich zwyczajnie nie posiadam. „Jak Masa na kogoś zezna, to – winny czy niewinny – problemy ma jak w banku. Zawiną go, zapuszkują i będzie się musiał tłumaczyć”, powtarza się jak mantrę.

Nie, tak to nie działa. Świadek zeznaje, co wie, a policja i prokuratura to sprawdzają. I to na wielu płaszczyznach. Jeśli zeznania przeciwko komuś się potwierdzają, wówczas rzeczywiście gość ma problemy. Jeśli jednak nie, nic mu nie grozi.

Świadek korony czy świadek incognito są od tego, żeby dzielić się swoją wiedzą na temat środowiska przestępczego. Więc nie ma co się dziwić, że czasami ta wiedza doprowadza kogoś do więzienia.

Nie ma jednak rady na wiarę niektórych dziennikarzy, że świadek koronny jest wszechmogący. Czasami wynikają z tego przekonania żenujące sytuacje.

Oto przykład: kilkanaście dni przed oddaniem tego tomu do druku zadzwoniła do mnie dziennikarka z portalu bardzo wpływowej codziennej gazety. Wiecie, o co mnie poprosiła? O to, żebym wycofał swoje zeznania przeciwko pewnemu kilerowi grupy pruszkowskiej. Ba, skontaktowała się nawet z moim znajomym z czasów gangsterskich, aby lobbował u mnie w tej sprawie.

Pani najwyraźniej bardzo chciała widzieć kilera na wolności. Właściwie trudno się jej dziwić, bo to przystojny mężczyzna, za którym kiedyś szalały bardzo piękne kobiety. Najwyraźniej lata spędzone w puszce nie odebrały mu dawnego uroku, a może nawet uszlachetniły. Gangster jak wino…

Oczywiście, odmówiłem. Gdybym dzisiaj odwołał swoje zeznania sprzed lat, straciłbym wiarygodność. A prokuratura i tak nie wszczęłaby nowego śledztwa. Tylko dlatego, że Masa miał taki kaprys? Wolne żarty! Dziennikarka, która, nawiasem mówiąc, zajmuje się problematyką kryminalną, powinna wiedzieć takie rzeczy.

Choć bywa, że toksyczna fascynacja przesłania właściwe postrzeganie rzeczywistości.

Przed czym przestrzegam.

* * *

PS Gdy kończyłem pisać wstęp, dotarła do mnie informacja o aresztowaniu pruszkowskich bossów – Parasola, Słowika – oraz ich współpracowników. Zarzuca im się, że próbowali odbudować stare struktury mafijne. To paradoksalnie dobra wiadomość, bo oznacza, że organy ścigania nie machnęły ręką na przeszłość (i teraźniejszość) tych panów. A dla mnie powód do satysfakcji, bo zawsze powtarzałem, że ich winy nie zostały do końca rozliczone i że oni wciąż pozostają groźni. Nawet jeśli wielu – także dziennikarzy – uważa, że Masa konfabuluje i wrabia niewinnych ludzi.

OD AUTORA

Artur Górski

Moje pierwsze spotkanie z Masą – kilka lat temu – odbyło się w popularnej restauracji w pewnym dużym mieście. Kiedy padła propozycja, abyśmy porozmawiali właśnie tam, byłem mocno zdziwiony. Przeważnie zatłoczone, gwarne miejsce było, w moim przekonaniu, ostatnim, które powinien odwiedzić świadek koronny, jedna z najlepiej strzeżonych osób w kraju.

Przecież w tłumie gości mógł się znaleźć ktoś, kto zna Masę i nie ma wobec niego przyjaznych zamiarów.

A nawet gdyby je miał, mógłby niechcący ujawnić innym, kim jest potężnie zbudowany mężczyzna, który właśnie wkroczył do lokalu. Wystarczy, że krzyknąłby: „Jarek, kopę lat, dobrze zrobiłeś, rozwalając ten cały Pruszków!”, i dla wielu wszystko byłoby jasne.

Znacznie lepszy, z punktu widzenia bezpieczeństwa świadka koronnego, wydawał mi się na przykład parking w jakimś lesie.

Tak czy inaczej, stawiłem się w określonym miejscu o umówionej porze. A po wejściu do środka przetarłem ze zdumienia oczy. Restauracja, zawsze pełna gości (było popołudnie, pora obiadowa), tym razem świeciła pustkami.

No, prawie…

Przy dwóch stolikach, znajdujących się w sporej odległości od siebie, siedzieli ubrani na czarno mężczyźni, którzy ani nie wertowali jadłospisu, ani tym bardziej nie delektowali się daniami. Być może mieli przed sobą filiżanki z kawą, być może butelki wody mineralnej. Tego nie pamiętam. Było jednak jasne, że nie czekają na kelnerkę.

Na mnie? Chyba tak.

Dyskretnie spoglądali w moją stronę, lecz gdy kierowałem ku nim wzrok, odwracali się. Jakbym ich w ogóle nie obchodził.

A potem przyszedł Masa.

Gdy po kilku minutach rozmowy zapytałem go, czy posępni panowie przy stolikach należą do jego ochrony, uśmiechnął się tajemniczo. Ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył i szybko zmienił temat. A że jego opowieści o czasach polskiej mafii były dla mnie jak wkroczenie do Sezamu, zapomniałem o intrygującym wątku facetów w czerni.

Dziś nie mam wątpliwości, że byli to oficerowie z Zarządu Ochrony Świadka Koronnego, którzy zabezpieczali miejsce spotkania (na wypadek gdybym jednak okazał się kimś innym niż zwykłym dziennikarzem). Ostatecznie ani oni, ani Masa nie znali mnie i nie mieli powodów, aby być pewnymi moich intencji. Dopiero z biegiem czasu przestali być stałym elementem naszych spotkań w lokalach gastronomicznych.

Nawiasem mówiąc, widywałem się z Masą również na leśnych parkingach…

Ciągle słyszę pytania: czy on naprawdę jest dobrze chroniony i czy zbliżenie się do niego może wywołać gwałtowną reakcję ochrony?

Ludzi interesuje to, jak Masa żyje, jaka jest jego aktualna tożsamość, czy przeszedł operację plastyczną, czy mieszka na jakimś strzeżonym osiedlu i czy w ogóle osiedle to znajduje się w Polsce. Ba, od czasu do czasu na forach internetowych pojawiają się sugestie, że osoba, z którą przeprowadzam wywiady, wcale nie jest Masą, tylko jego sobowtórem podstawionym przez służby specjalne. Prawdziwy Masa jest schowany tak głęboko, że dziennikarze nie mają szansy, aby do niego dotrzeć. Podsuwany jest im „towar zastępczy”.

Pewien użytkownik sieci napisał wręcz: „Prawdziwy Masa leży w piachu, a ten to podstawiony jest, do usuwania niewygodnych ludzi”.

Cóż… Znam prawdę, ale napiszę tylko jedno: rozmawiam z prawdziwym Masą, a nie z żadnym sobowtórem. Który w piachu leżał, fakt, ale na plaży w Afryce. Sam byłem tego świadkiem.

Zapewniam, że żadnego podstawionego gościa nie dałoby się tak dobrze przygotować do roli byłego gangstera. Owszem, można by go wyposażyć w dużą wiedzę na temat Polski mafijnej, ale nie udałoby mu się wgrać do pamięci całej olbrzymiej encyklopedii o ludziach, powiązaniach między nimi i wydarzeniach, jakie miały miejsce przez prawie ćwierć wieku (w latach 80., 90. i kilku w nowym stuleciu).

Większość kwestii związanych z bezpieczeństwem Jarosława Sokołowskiego pozostanie moją tajemnicą. Jako że znamy się bardzo dobrze, a nasze spotkania nie ograniczają się wyłącznie do monitorowanych restauracji, sporo wiem na ten temat, ale tak naprawdę nie ma się czym fascynować. Lepiej zagłębić się w lekturę wspomnień Masy i jego kolegów, niż drążyć wątek: czy to on, czy nie on? Ma zmienioną twarz czy nie?

Poza tym ja też nie wiem wszystkiego. Ba, daleko mi do pełnej wiedzy na temat życia Masy. Ale skoro nawet prokurator przesłuchujący Jarka nie miał pojęcia, gdzie został on zakwaterowany przez policję (o czym piszemy w tym tomie), trudno, żebym ja wiedział więcej niż śledczy. Przyznam, że pewnymi rzeczami wręcz nie jestem zainteresowany – chcę wiedzieć wyłącznie tyle, ile jest mi potrzebne do pracy nad naszymi książkami. I nie aspiruję do roli współpracownika ZOŚK-i.

W tomie Masa o życiu świadka koronnego ujawniamy z Jarkiem bardzo wiele. Myślę, że informacje w nim zawarte zaspokoją ciekawość czytelników, tym bardziej że wiele z nich ujrzy światło dzienne po raz pierwszy. Codzienność świadka koronnego to fascynujący świat służb specjalnych, komandosów i prokuratorów z jednej strony, z drugiej zaś – podziemie kryminalne. To ciągłe balansowanie pomiędzy tymi żywiołami, gdzie każdy ma swój interes do ugrania.

Czy w książce tej ujawniamy wszystko? Oczywiście, że nie. Przyznam uczciwie, że nigdy wcześniej nie pracowaliśmy nad tekstem tak bardzo, jak tym razem. Z jednej strony chcieliśmy pokazać prawdę o programie ochrony świadka koronnego, z drugiej natomiast – nie zaszkodzić mu podpowiadaniem przestępcom (i ich adwokatom), jak go podważać. Dlatego na analizowaniu i korygowaniu poszczególnych fragmentów tekstu spędziliśmy więcej czasu niż na ich spisywaniu.

Co wcale nie znaczy, że rezygnowaliśmy z przedstawiania faktów. Po prostu podawaliśmy je w takiej formie, w jakiej podać mogliśmy.

To był zdecydowanie najtrudniejszy do napisania tom z serii, ale satysfakcja, że powstał, także jest spora!

Zapraszam zatem czytelników do świata, do którego rzeczywisty dostęp ma niewielu.

I niech tak pozostanie.

* * *

Nie ma sukcesu książki bez odpowiedniej promocji. Na szczęście na brak zainteresowania serią Masa o polskiej mafii nie mam prawa narzekać. Chciałbym jednak w tym miejscu złożyć szczególne podziękowania tygodnikowi „Polityka” za wsparcie, którego udziela mi od chwili, gdy kolejne tomy zaczęły podbijać rynek. Jako że jest to pismo inteligencji, promocja owa ma charakter nieco osobliwy, powiedziałbym wręcz – perwersyjny, lecz ja potrafię docenić redaktorski kunszt. Kiedyś na łamach „Polityki” ukazał się artykuł pióra pewnej autorki kryminałów, z którego wynikało, że promuję gangstera, a on wodzi mnie na pasku. Kiedy jednak poprosiłem o umożliwienie mi polemiki z nią w dziale „Kawiarnia literacka”, zostałem odesłany z kwitkiem. Rozumiem przewrotność tej decyzji – tygodnik zechciał zrobić ze mnie męczennika, a tym samym wpłynąć na wysokość nakładu. Ostatecznie obrazy przedstawiające poprzebijanego strzałami Świętego Sebastiana sprzedają się bardzo dobrze…

W lutym 2017 roku „Polityka” poszła jeszcze dalej. Otóż w artykule Jak hasa pan Masa pojawiła się teza, że… jestem przestępcą. Bo kimże innym jest człowiek, który dokonuje obrotu pieniędzmi poza kontrolą służb fiskalnych (autor zasugerował, że zgarniam całą pulę zysków z serii, a później odpalam działkę Masie, oczywiście po cichu)?

Nie zamierzam polemizować z tym artykułem, tym bardziej że kilka słów poświęca mu Masa w swoim wstępie. Chcę tylko powtórzyć, że bardzo doceniam tę przewrotną sympatię tygodnika dla mojej twórczości. Nawet jeśli piszący w nim autorzy i ich szefowie nie mają pojęcia, że robią mi dobrze, i kierują się niezbyt przyjaznymi intencjami. Na pewno jednak, jak to inteligencja, pamiętają cytat z Goethego: „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”.

Przecież to nieważne, czy dobrze, czy źle. Ważne, żeby pod nazwiskiem. A „Polityka” pisze o mnie otwartym tekstem… Ale czy naprawdę Specom od Dobrego Smaku wypada grzebać w cudzej kieszeni?