GangTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Artur Górski

Gang

Saga

Gang

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2013, 2021 Artur Górski i SAGA Egmont

ISBN: 9788726788723

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od autora

Pewnego dnia do redakcji magazynu Andrzej P, który siedział

zadzwonił Janusz Cz. i zasypał mnie lawiną dat, nazwisk i pseudonimów, którą często przerywał zapewnieniem: „Ale ja z tym morderstwem nie mam nic wspólnego”. Potem znów do mnie dzwonił, i znów, i znów... Kiedy w końcu postanowiłem odwiedzić go w areszcie na Rakowieckiej, sprawę morderstwa w Wólce Radzymińskiej znałem już dość dobrze, choć głównie ze źródeł nieprzychylnych skazanemu.

W sierpniu 2000 roku w podwarszawskim lesie miała miejsce okrutna egzekucja – jej ofiarami padły dwie osoby związane z tak zwanym gangiem młodego Wołomina, który kontynuował działania mafii wołomińskiej. Kierował nim znany przestępca Jacek Klepacki. Za to podwójne zabójstwo sąd skazał na dożywocie Janusza Cz. – jednego z najbardziej wpływowych członków tej grupy, bohatera wielu reportaży kryminalnych. Rzecz w tym, że Cz. był wcześniej świadkiem koronnym i jego zeznania miały pogrążyć wołomińskich bandytów. Gdy odebrano mu ten status, niemal od razu przypisano mu morderstwo. Janusz Cz. do dziś nie przyznał się do winy.

Kiedy przebrnąłem przez setki stron akt tej sprawy, gdy odbyłem dziesiątki godzin rozmów z „aktorami” tego ponurego spektaklu, zorientowałem się, że zebrałem materiał nie tylko na artykuł prasowy. To kanwa do wstrząsającej (choć także porywającej) opowieści o polskiej przestępczości przełomu wieków – o ludziach, którzy ją tworzyli, i ofiarach, których los był na dobrą sprawę przesądzony już na początku spotkania ze złem.

Przestępczość zorganizowana w naszym kraju ma niewiele wspólnego z rzeczywistością kreowaną przez film i literaturę. Owszem, są wielkie fortuny i blichtr życia w luksusie, ale przede wszystkim ponura egzystencja ludzi z marginesu, potworna przaśność mafijnych machinacji i obyczajów oraz atmosfera nieustającego, zwierzęcego wręcz, strachu.

Narracja niektórych świadków i oskarżonych jest chaotyczna – pewne sytuacje czy transakcje niełatwo więc zrozumieć, szczególnie Czytelnikowi słabo zorientowanemu w mechanizmach rządzących bandyckimi interesami. Nie wszystkie zeznania zostały też w dokumentach dokładnie opisane, a jedynie zasygnalizowane, bo nie miały wielkiego związku ze sprawą.

Większość osób tego dramatu występuje w książce pod pierwszymi literami nazwisk lub pod zmienionymi nazwiskami. Mam świadomość, że to utrudni odbiór tekstu, ale z różnych względów nie mogłem postąpić inaczej. Zresztą nie o nazwiska tu chodzi, ale o wiwisekcję rodzimej „gangsterki”, która w tej sprawie pokazała swoje prawdziwe oblicze.

Artur Górski

Nie pamiętam, czy las był zielony

Wólka Węglowa. W lesie pojawiła się najpierw alfa romeo, zaraz potem mercedes, kilka minut później – lancia. Zgasły reflektory. Z alfy wyskoczyli Janusz Cz., Tadeusz Sz. i Dariusz R. Ten pierwszy podniesionym głosem kazał wysiąść z alfy dziewczynie. Świadek Andrzej R, który siedział w mercedesie przy otwartych drzwiach, mówił, że 23-latka była roztrzęsiona – szlochała i powtarzała: „Za co? Zostawcie mnie!”. R. i Sz. wzięli ją pod ręce i zaprowadzili w głąb lasu. Andrzej P. ciekawy rozwoju wypadków wysiadł z samochodu, oparł się o dach pojazdu i zapalił papierosa. Widział, że zarówno Cz., jak i Sz. mieli pistolety wetknięte za paski – ten pierwszy z tyłu, drugi z przodu. Świadek zaznaczył, że broń Janusza Cz. była koloru czarnego. Pistolety zobaczyła też na pewno dziewczyna, a wtedy już nie mogła mieć wątpliwości, po co ją tu przywieziono.

Trzy postacie niknęły w mroku. Do pozostałych przy samochodach dobiegał płacz dziewczyny oraz krzyki mężczyzn. Andrzej P. chciał podejść bliżej, by usłyszeć, o czym tak rozprawiają, ale nie zauważył rowu, potknął się i upadł. Być może dzięki temu – przynajmniej w jego mniemaniu – nigdy nie przekroczył cienkiej linii oddzielającej sprawców od świadków. A raczej – narratorów. Zresztą kiedy wysiadał z samochodu, Janusz Cz. powiedział do niego: „Na chuj żeś tu przyjechał?”, co oznaczało, że nie był tu potrzebny. Plan, którego kulminacja miała nastąpić chwilę później, nie przewidywał jego udziału – być może nie nadawał się do tego zadania. W pewnym sensie znalazł się na skraju lasu zupełnie przypadkiem, przez czyjąś pomyłkę. Równie dobrze mógłby siedzieć w swym domu w Falenicy i popijać piwo.

Padły dwa strzały. Wtedy P. wrócił do mercedesa i czekał na egzekutorów. Po niespełna dziesięciu minutach z lasu wyłonił się Cz. Trzymał w ręku reklamówkę. Włożył ją do bagażnika lancii. Potem została przekazana konkubinie Andrzeja P. – Wioletcie C., która także była na miejscu zdarzenia. Miała spalić zawartość reklamówki, tak, by nic z niej nie zostało. Pewnie nie do końca jej ufano, bo zrobiono to w obecności kilku gangsterów.

Kiedy jakiś czas po zabójstwie P. zapytał Wiolettę, co znajdowało się w reklamówce, odparła, że damskie rzeczy. Były to ubrania zamordowanej – po zabiciu wrzucono ją do dołu nago, co potwierdza policyjny protokół oględzin znajdujący się w aktach sprawy nr VK 61/07: „Zwłoki kobiety leżą ułożone w pozycji na wznak w wykopie ziemnym na głębokości jednego metra. Głowa w kierunku południowym. Twarz zwrócona nieco w kierunku prawego barku (...). Zwłoki są całkowicie obnażone, pokryte od przodu białą sypką substancją o wyglądzie wapna”.

Z kolei Wioletta C., której zeznania także obciążyły Cz., z dużym trudem wyławiała z pamięci fakty dotyczące tamtej nocy. W czasie rozprawy powiedziała: „Dziewczyna miała włosy do ramion, nie mogę sobie przypomnieć, czy była w spódnicy. Nie wiem, ile nas mogło być, było dosyć szarawo. Nie pamiętam, jaki był las. Nie pamiętam, czy las był zielony czy jesienny, nie wiem nawet, czy na drzewach były liście. Tam był gęsty las. Jeden samochód miał włączone tylne światła. Dokładnie widziałam, że to jest kobieta, bo przystawili ją do samochodu, a światła były z tyłu tego samochodu. Światło było koloru jasnego”. Wydaje się, że sędzia miała wątpliwości co do wiarygodności zeznań Wioletty C., bo w pewnym momencie poprosiła ją, by określiła odległość między drzwiami wejściowymi na salę a stołem sędziowskim. Kobieta odparła bez wahania: „nie mogę...”. A jednak przypominała sobie kolejne wydarzenia.

Potem los zastrzelonej dziewczyny podzielił jej partner. Przynajmniej tak zeznała Wioletta C.: „Po tych strzałach był wyprowadzony z samochodu jeszcze jeden mężczyzna. Zaprowadzili go do lasu. Nie pamiętam, ile osób prowadziło go w głąb lasu. Jak usłyszałam tamte strzały, to bałam się, że może mnie spotkać to samo, co ją”.

Nadkomisarz Robert Wysmułek z Wydziału Kryminalnego KPP w Legionowie zanotuje potem: „Realizując czynności w niniejszej sprawie, ustalono, że denatem jest S. Andrzej Krzysztof syn Józefa i Danuty z domu K., ur. 18.10.1967 r. (...) Dane potwierdzono badaniami daktyloskopijnymi przez CRD (Centralna Registratura Daktyloskopijna – przyp. ag)”.

Po tej egzekucji część grupy (całość liczyła 11 osób) udała się do motelu w pobliskim Wyszkowie, by obgadać alibi.

* * *

Tak w relacji dwóch świadków wyglądała głośna w swoim czasie mafijna egzekucja, która miała miejsce nocą z 23 na 24 sierpnia 2000 r. w podwarszawskiej Wólce Radzymińskiej. Ich zeznania pogrążyły kilka osób. Pozostali świadkowie twierdzili, że ta wersja nie ma nic wspólnego z prawdą. Sugerowali nawet, że mogła zostać stworzona na policji i w prokuraturze, żeby szybko zamknąć sprawę. Tak utrzymuje też skazany prawomocnym wyrokiem Janusz Cz. Ma nadzieję, że ktoś wreszcie zechce wysłuchać prawdy. I uwierzyć, że on nigdy nikogo nie zabił. Twierdzi, że tych dwoje prawie nie znał. A jeśli nawet trochę znał, to nic mu nie zrobili, przynajmniej nie na tyle, żeby musiał dokonywać na nich krwawej zemsty.

Zarzut, jaki postawiła prokuratura, brzmiał: „Januszowi Cz. podejrzanemu o to, że w nocy z 23/24 sierpnia 2000 r. w miejscowości Wólka Radzymińska, działając wspólnie i w porozumieniu z innymi osobami, dokonał zabójstwa przy użyciu broni palnej w postaci pistoletu kal. 6.35 mm wz. Browning Ilony P. poprzez oddanie dwóch strzałów w głowę pokrzywdzonej, powodując w ten sposób obrażenia w postaci dwóch ran postrzałowych w bocznej części lewej okolicy podoczodołowej kanałem kierującym się poprzez kości twarzoczaszki ku tyłowi, dołowi i ku stronie prawej z pociskiem tkwiącym w obrębie prawej okolicy przedopolitycznej oraz w bocznej części łuku brwiowego i kanałem biegnącym przez zatokę czołową lewą do jamy czaszki, lewy płat skroniowy, prawy płat ciemieniowy z pociskiem tkwiącym w obrębie kanału skutkujące zgonem w/wym”.

Po lekturze tego opisu wydawałoby się, że strzały natychmiast zabiły kobietę. Jednak nie – sekcja wykazała, że została zakopana żywcem. Wprawdzie na pewno znajdowała się w stanie totalnej nieświadomości, ale w jej płucach odnaleziono grudki ziemi. Próbowała więc oddychać...

Oskarżenie dotyczące zamordowania Andrzeja S. brzmi podobnie. Wydaje się napisane z taką samą pozornie bezduszną prokuratorską precyzją. Januszowi Cz. zarzucono: „...oddanie trzech strzałów w głowę pokrzywdzonego powodując w ten sposób obrażenia w postaci trzech ran postrzałowych głowy z wlotem w środkowej części potylicznej kanałem kierującym się od tyłu ku przodowi nieco ku górze i ku stronie prawej z pociskiem tkwiącym w prawym mięśniu skroniowym oraz wlotem w lewej okolicy skroniowej i kanałem kierującym się od strony lewej ku prawej i nieco ku dołowi poprzez piramidę kości skroniowej i pociskiem tkwiącym w okolicy kąta prawego żuchwy oraz wlotem w lewej okolicy jarzmowej z kanałem kierującym się ku dołowi poprzez lewą kość jarzmową, tylną część twarzoczaszki z rozerwaniem błony śluzowej gardła górnego po stronie tylno-boczno-prawej skutkujące zgonem w/wym”.

 

Na tych wydmach zakopali ciała

Wólka Radzymińska to niewielka osada, leżąca przy drodze 631 prowadzącej z Marek do Nieporętu. Szosa biegnie przez lasy i dociera nad Zalew Zegrzyński. Te okolice upodobali sobie grzybiarze, ale także amatorzy szybkiej miłości z przydrożnymi prostytutkami – stoją tu od lat, czujnie obserwowane przez młodzieńców w rozklekotanych limuzynach, które sprowadzono zza zachodniej granicy. To oni są ochroną dziewczyn z Ukrainy czy Bułgarii. Inna sprawa, czy określenie „ochrona” jest tu najwłaściwsze, ale dla niniejszej historii to raczej bez znaczenia. Lasy koło Nieporętu były też często odwiedzane przez gangsterów – to tu, w mrocznej gęstwinie, prowadzili „biznesowe” negocjacje i wyrównywali rachunki z nierzetelnymi partnerami, co nierzadko wymagało uprzedniego wykopania głębokiego dołu. Co najmniej na jeden metr...

Druga połowa sierpnia to czas, kiedy wychodzą na jaw rozmaite ponure sprawy, których świadkiem był las. Dlaczego? Bo wtedy pojawiają się w nim szukający maślaków grzybiarze. Nieustannie wpatrując się w ziemię i rozgarniając kępy traw, czasami zamiast grzyba znajdują coś, co będzie się im przypominać w koszmarnych snach przez następne lata.

Marianna S., mieszkanka Wólki Radzymińskiej – rankiem 24 sierpnia, z koszykiem i nożykiem ruszyła na grzybobranie. Jak zeznała – na maślaki właśnie. Wprawdzie notatki policyjne nie wspominają o maślakach, tylko o świeżym kopczyku ziemi, na który kobieta natrafiła. Okazał się mogiłą Ilony P. Być może nie zwróciłaby na niego uwagi, gdyby nie to, że na pobliskich krzakach dostrzegła ślady krwi. A że na temat tych lasów od dawna krążyły mroczne legendy, postanowiła zawiadomić policję. W odległości około 40 metrów od pierwszego kopczyka wkrótce odnaleziono drugi.

Oto fragment zeznania, jakie złożyła pechowa grzybiarka: „Weszłam w takie wydmy, były tam kopalnie piasku. Nie dochodzi tam żadna ścieżka. Tam są krzaki, tam na tych wydmach, nie ma lasu, tylko krzaki”.

Właśnie na tych wydmach mordercy zakopali ciała.

I nie pozostawili po sobie żadnych śladów. Leżał tylko jeden papierosowy pet, chociaż w relacji Andrzeja P. więcej uczestników zdarzenia paliło papierosy. On sam, jak zeznał, palił marlboro. Policyjne psy nie podjęły żadnego tropu. Zupełnie jakby ktoś posprzątał po egzekucji. A raczej – jakby miejsce samo się posprzątało.

W kryminalistyce istnieje siedem złotych pytań, na które muszą odpowiedzieć śledczy, żeby postawić sprawcę przed sądem. Z pierwszymi pięcioma: co się zdarzyło, gdzie, kiedy, w jaki sposób i za pomocą czego? – nie było problemów. Gorzej z ostatnimi: dlaczego i kto to zrobił?

Od początku było raczej wiadomo, że chodzi tu o gangsterskie porachunki. Bo tak z reguły wygląda albo uciszanie niewygodnych świadków, albo karanie osób, które się nie rozliczyły z przestępczą strukturą. Ale jaka była ta struktura, kto stał na jej czele i kto wykonał robotę cyngla – stanowiło wielkie wyzwanie. Dopiero po kilku latach okazało się, że chodzi o niezwykle wielowymiarową i bulwersującą sprawę, która odsłania mechanizmy rządzące tak zwaną zorganizowaną przestępczością III RP.

I choć niby wszystko zostało wyjaśnione, skazani, na czele z Januszem Cz., wciąż próbują przedstawić wersję alternatywną wobec ustaleń prokuratury i sądu.

Ale ci, którzy stawiali zarzuty, twierdzą, że o żadnej pomyłce mowy być nie może.

Czasem Jest płaczliwy, mówi ściszonym głosem

Strażnik warszawskiego więzienia przy Rakowieckiej prowadzi mnie za spotkanie z Januszem Cz. Co chwila otwiera kolejną bramę – dojście do niewielkiego budynku, gdzie mieści się „enka”, czyli oddział dla więźniów niebezpiecznych, zajmuje sporo czasu. Pawilon, w którym wielu pozostanie do końca swego życia, stoi pośrodku całego obiektu – może dlatego, by osadzeni tam więźniowie zrezygnowali z marzeń o ucieczce.

– Czy komuś udało się stąd wydostać „przed czasem”? – pytam strażnika.

Uśmiecha się wymownie i opowiada: – Ja wiem, że w innych zakładach karnych miały miejsce ucieczki. Są więzienia lepiej i gorzej pilnowane, lepiej i gorzej zabezpieczone. Tutaj – wskazuje na wysoki mur zwieńczony kłębowiskiem drutu kolczastego – nikt nawet nie próbował.

Okazuje się, że nie tylko ucieczka jest tu niemożliwa, ale nawet przekazanie czegokolwiek osadzonemu poza wiedzą strażników. Dlatego przed rozmową z Cz. zostałem przeszukany lepiej niż na lotnisku – zabrano mi nawet dyktafon, co z dziennikarskiego punktu widzenia jest katastrofą. Będę musiał zapisywać i zapamiętywać relacje więźnia, a już z rozmów telefonicznych wiem, że mówi bardzo szybko, niekiedy chaotycznie. No, ale takie są tu reguły gry – jeśli mi się nie podobają, mogę o Cz. poczytać sobie w sądowych aktach albo w kilku opublikowanych przez media reportażach.

Czekając na doprowadzenie skazanego, przyglądam się kilkunastu monitorom, znajdującym się w pomieszczeniu strażników. Ci, którzy deklarują się jako zwolennicy kary śmierci i głoszą tezy o wygodnym życiu osadzonych na koszt państwa, z pewnością nie widzieli tych monitorów. Jedna cela – jeden ekran. W każdej jeden, najwyżej dwa czerwone punkty, czyli więźniowie ubrani w czerwone uniformy, przeznaczone dla niebezpiecznych. Punkty pozostają nieruchome – nie ma w nich życia, a jedynie beznadziejne trwanie. Pomiędzy nimi nie zachodzą żadne relacje – są jak osobne planety we wszechświecie.

Z pewnością kara długoletniego (nierzadko dożywotniego) więzienia na oddziale o tzw. podwyższonych standardach ochronnych jest zasłużona. Ale twierdzenie, że osadzeni żyją wygodnie i przyjemnie jest jednak mocno przesadzona. Przez malutką izbę widzeń przebiega granica – stanowi ją masywna krata. Rozmowa z więźniem jest więc niby bezpośrednia, a jednak obie strony czują, że są oddalone od siebie o całe lata. Nie lata świetlne, lecz lata zasądzone.

Wreszcie otwierają się drzwi i ukazuje się w nich wysoki, chudy mężczyzna, któremu strażnik zdejmuje kajdanki z rąk. To Janusz Cz. Po chwili zostajemy sami.

– Obiecano mi trzy godziny widzenia – zaczyna i dodaje: – A teraz okazuje się, że będzie tylko godzina. Przez tak krótki czas nie zdążę panu opowiedzieć wszystkiego. Ale oni wiedzą, co robią, to celowe...

Jednak podejmuje wyzwanie. Jego relacja jest sprintem przez fakty, a raczej biegiem na orientację, gdzie jedynie osoby wtajemniczone i dysponujące dokładną mapą dotrą do celu. Wtedy jeszcze wiele spraw, nazwisk czy pseudonimów nic mi nie mówiło, dlatego to pierwsze spotkanie z Cz. było dla mnie wyjątkowo trudne. Potem były kolejne, znacznie już łatwiejsze.

– Panie Januszu, skoro to nie pan zabił tych dwoje, to jaka naprawdę była tamta noc w Wólce Radzymińskiej?

– A skąd ja mam wiedzieć? Ani nie zabiłem, ani w ogóle nie było mnie wtedy w tym lesie. Niech pan mnie uważnie posłucha, udowodnię to panu. Nie będę panu plótł jakichś głupot, a jedynie przedstawię fakty, które znajdują się w aktach mojej sprawy.

– A może w ogóle nie miał pan nic wspólnego ze zorganizowaną przestępczością, z przekrętami finansowymi, wyłudzeniami, z napadem na bank? Wszystko to wymyśliła prokuratura, żeby mieć winnego? Sztuka dla sztuki...

Cz. wzrusza ramionami: – Oczywiście, że byłem przestępcą. Wyznam panu wszystko, szczerze, nie zamierzam się wybielać. Byłem przestępcą, ale nigdy nikogo nie zabiłem. Nie jestem mordercą.

Mój rozmówca zapala się, wyrzuca z siebie słowa coraz bardziej emocjonalnie. Zupełnie inaczej niż przed psychologiem, który na zlecenie prokuratury okręgowej przeprowadzał testy na Cz. Ekspert psychologii napisał wówczas w raporcie:

„Opiniowany (...) na początku rozmów sam, spontanicznie kontaktu werbalnego nie nawiązuje, odpowiada jedynie na zadawane pytania. Wypowiedzi badanego rzeczowe, logiczne, często ogólnikowe. Proszony o uściślenie adekwatnie wyjaśnia. Przez większość czasu mówi ściszonym głosem, spontanicznie nie nawiązuje kontaktu wzrokowego. W prezentowanym zachowaniu spokojny, stonowany. Na twarzy badanego słabo zaznaczone emocje, sprawia wrażenie smutnego, czasem jest płaczliwy”.

Tymczasem jego rozmowa ze mną jest tak naprawdę monologiem. Cz. sam stawia sobie pytania i udziela na nie odpowiedzi, nie bacząc na to, że co jakiś czas gubię kontekst. Ta gra toczy się według jego reguł: dowiaduję się tego, czego – w jego mniemaniu – powinienem się dowiedzieć. Kiedy pytam o coś, co wykracza poza główny nurt jego narracji, sugeruje, bym dał sobie z tym spokój. Wręcz irytuje się. Trudno się dziwić – podczas gdy psycholog był reprezentantem strony, która odebrała mu wolność, ja w jakimś sensie jestem jego sojusznikiem, potencjalnym sprzymierzeńcem. Przyszedłem wysłuchać wersji, według której on został niesłusznie skazany na śmierć za życia (dopiero po 35 latach może ubiegać się o zwolnienie) i być może jego argumenty zdołają mnie o tym przekonać.

– Miał pan motyw – Andrzej S. i Ilona P. podobno sprzeniewierzyli sporą sumę pieniędzy, które należały do grupy. Słyszałem wręcz o 300 tysiącach. Potem, jak ustaliła policja, zamierzali wyjechać, prawdopodobnie do Irlandii.

– Nawet jeśli to prawda, to przecież to nie były moje pieniądze, tylko szefa – Jacka Klepackiego. Ale ja o żadnych pieniądzach nic nie wiem. Na pewno S. nie miał u mnie żadnych długów. W czasie procesu powiedziałem, że wersja o długu została oparta na zeznaniach Andrzeja P. To on twierdził, że pożyczyłem Andrzejowi S. i Ilonie P. pieniądze na kaucję dla tego pierwszego (był w areszcie w Grudziądzu) oraz na spłatę ich krakowskich długów. A jak było naprawdę, nie mam pojęcia – być może faktycznie zadarli z tymi, z którymi nie powinni. I skończyli, jak skończyli. Ja tych dwoje prawie nie znałem.

– Sąd uznał pana nie tylko za winnego podwójnego morderstwa, ale także za szefa grupy przestępczej. Miał pan kierować nią twardą ręką. To zresztą wynika z zeznań, które można przeczytać w aktach pana sprawy. Witold W., pana współpracownik, zeznał, jakoby wszyscy w firmie bali się pana, niektórzy wręcz panicznie.

– Bo to bardzo pasuje do wizerunku człowieka, któremu stawia się zarzut morderstwa. Tyle że to nieprawda.

Po skończonym spotkaniu Janusz Cz. zostaje ponownie zakuty w kajdanki i wraca do celi, a ja czekam przez kilkanaście minut na strażnika, który mnie odprowadzi do dyżurki.

– Nie sprawia kłopotów? – pytam funkcjonariusza wpatrującego się w ekrany.

Kręci głową: – Nie, raczej spokojny jest. Ale on i tak w końcu zeświruje. Już ma lekkie odloty.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?