Al Capone w WarszawieTekst

Z serii: Seria Al Capone #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Artur Górski

Al Capone w Warszawie

Powieść kryminalna

Saga

Al Capone w Warszawie

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2007, 2021 Artur Górski i SAGA Egmont

ISBN: 9788726788778

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Moim rodzicom, dziadkom, pradziadkom, prapra..., i tak dalej.

Od autora

Czy Al Capone był kiedykolwiek w Warszawie? Raczej nie. Dokumenty historyczne milczą o tym. Załóżmy, że ów słynny gangster nigdy nas nie odwiedził. Gdziekolwiek teraz jest, niech żałuje – Warszawa międzywojenna, a szczególnie Warszawa lat trzydziestych, była jednym z najbardziej rozrywkowych miast Europy. Może nie aż tak jak Chicago czy Nowy Jork, ale przed Berlinem czy Paryżem nie mieliśmy się czego wstydzić. Nocne kluby, kasyna, dansingi czy kabarety stolicy Polski z pewnością przypadłyby do gustu krwawemu Alowi. Poza tym u nas nie było prohibicji... No tak, i może dlatego Capone omijał metropolię nad Wisłą szerokim łukiem. Bądź co bądź swoje przestępcze imperium zbudował właśnie dzięki zakazowi produkcji i sprzedaży alkoholu. W Polsce mógłby co najwyżej otworzyć knajpkę z włoskimi specjałami. A i to pół wieku później, bo warszawiacy czasów sanacji gustowali raczej w rodzimych smakach.

Zresztą w 1938 roku, w którym toczy się akcja niniejszej powieści, Al Capone odbywał zasłużoną karę więzienia w pensjonacie Alcatraz, a kiepski stan zdrowia nie skłaniał go do myślenia o warszawskich hulankach. Jednak mimo że znajdował się za kratkami, cały czas kierował swoim gangiem i nadal wydawał wyroki na swoich przeciwników. Być może także na polskich emigrantów, którzy weszli mu w drogę w Chicago. Jeśli więc przyjmiemy, że nakazał zgładzić Polaka ukrywającego się w Warszawie, a jego ludzie udali się nad Wisłę, by wykonać mokrą robotę, to czy nie jest to namiastka obecności Ala u nas? Może nie ciałem, ale przynajmniej złowrogim cieniem. Jeśli nakazał... Nie uprzedzajmy jednak biegu wydarzeń.

Ktokolwiek stoi za zabójstwem, które za chwilę się dokona, musi się liczyć z natychmiastową reakcją polskiej policji. Instytucja ta przeszła w 1938 roku gruntowną reformę, stając się formacją skuteczną i nowoczesną, współpracującą z najlepszymi służbami świata, także z FBI.

Ale nie jest to opowieść o policji, lecz o Warszawie – mieście, którego legendarna przeszłość wywołuje wciąż wielkie namiętności i dyskusje. Co nie powinno dziwić, bo to ładne miasto było... Teraz jest trochę gorzej, lecz nie traćmy nadziei: z czasem odbudujemy wszystko, co warto odbudować.

W powieści „Al Capone w Warszawie” starałem się, na ile to możliwie, odtworzyć stolicę sprzed siedemdziesięciu lat. Pisałem, opierając się na wspomnieniach mojej zasiedziałej w tym mieście rodziny, na dostępnych w archiwach dokumentach, na starych gazetach i mapach oraz książkach autorstwa tuzów stołecznej „sanacyjnej” rozrywki: Ludwika Sempolińskiego, Kazimierza Krukowskiego, Mieczysława Fogga czy Jerzego Zaruby. Nieocenionym źródłem wiedzy o przestępcach i stróżach prawa tamtych lat był też dla mnie „Pitaval” Andrzeja Gassa, drukowany przez lata na łamach „Życia Warszawy”. Takich źródeł było o wiele więcej.

Zaznaczam też, że w kilku miejscach nagiąłem fakty do moich potrzeb. Oto przykład: akcja powieści rozgrywa się we wrześniu 1938 roku, a jednym z jej wątków jest występ słynnej Josephine Baker w Warszawie. Czarnoskóra piękność rzeczywiście tańczyła w stolicy Polski, ale kilka miesięcy wcześniej. No i co z tego? Powieść nie jest podręcznikiem szkolnym, ale bytem rozrywkowym i jako taki może zawierać nieścisłości. Za które przepraszam.

Ale bicie się w piersi już sobie daruję...

Jeszcze jedno na koniec: para moich bohaterów to Mieczysław Wars i Ludwika Sawicka. Ktoś powie, że brutalnie idę na całość i odcinam kupony od legendy o założycielach miasta. To prawda, odcinam, i nie zamierzam na tym poprzestać. Już dziś zastanawiam się, jak uwspółcześnić legendę o bazyliszku, i chyba mam pomysł. Ale to innym razem.

Artur Górski

Rozdział I

Ostatnie tango na Woli

Nie mów mi, że już wszystko jest stracone, że minęły dni szalone, że już nic nie łączy nas... Zna pan to tango, majorze?

Komisarz Mieczysław Wars skrzywił się, ale pominął milczeniem tego „majora”. Był funkcjonariuszem Policji Państwowej, a nie wojskowym, i w ogóle nie przepadał za tego typu niby-dowcipnymi poufałościami. Reprezentował Komendę Główną, IV wydział, referat do spraw kryminalnych, i temu urzędowi należał się szacunek. Poza tym mężczyzna, którego przesłuchiwał, nie zjawił się tu celem rozegrania partyjki wista, ale miał dokładnie opisać wszystko, co widział przedwczorajszego popołudnia.

– Chyba gdzieś słyszałem, ale to nie ma nic do rzeczy – burknął i pochylił głowę nad biurkiem zawalonym stosem papierów. – Proszę mówić dalej, panie Gaskoń.

– Ależ ja cały czas mówię! Taki już jestem, że jak mnie zapytać, to gadam i gadam. Przeważnie z sensem. To tango to może być jakiś ślad, jakaś ścieżka, która doprowadzi do drania.

– Drania?

– No, tego zabójcy Sakowskiego. Proszę sobie wyobrazić: idę korytarzem do swojego mieszkania, a trzeba panu wiedzieć, że mieszkam przy samym końcu, drzwi obok nieboszczyka Sakowskiego, patrzę i co widzę? Do sąsiada otwarte. A sąsiad ani nie wchodzi, ani nie wychodzi. Niby to nic takiego, każdy może sobie otworzyć drzwi, szczególnie jeśli smażył rybę na patelni i chce przewietrzyć mieszkanie... A pan major lubi ryby?

– Znów pan zbacza z tematu – Wars uniósł się nad biurkiem, jakby szykował się do skoku na świadka Maurycego Gaskonia, po czym opadł na krzesło. – Ale jeśli pan pyta, grzeczność nakazuje odpowiedzieć: tylko śledzie. Wszystko jedno: w occie, w oliwie, po hambursku...

– Po hambursku? – Gaskoń wybałuszył oczy, dając do zrozumienia, że słyszy o czymś takim po raz pierwszy.

– A tak, z musztardą francuską i listkami bobkowymi...

Komisarz rozmarzył się. Przepis na śledzie po hambursku odziedziczył po babce, która wycięła go z tygodnika dla pań „Bluszcz” gdzieś na początku stulecia i trzymała razem z innymi recepturami gromadzonymi przez lata. Zresztą jej zeszyt, do którego wklejała kolejne przepisy, był dla niego paszportem do świata marzeń – dawnych zapachów, smaków, obyczajów. Ech, gdzie się podziała tradycyjna kuchnia, wyparta przez te niestrawne nowości z konserwy? Mógłby długo o tym rozmawiać, ale teraz przesłuchiwał świadka w sprawie zamordowania Wincentego Sakowskiego.

– Co mi pan tu o śledziach? Proszę mi opowiedzieć, jak to było...

– Toteż cały czas mówię, złociutki, i samą prawdę – skwapliwie zapewnił Gaskoń. – Drzwi do Sakowskiego otwarte, ja stoję trzy kroki dalej i nie wiem: wejść do mieszkania czy poczekać, aż sąsiad się pojawi. A może to napad? Wie pan, w takich sytuacjach do głowy przychodzą różne pomysły.

– Tak, tak, różnie pomysły – powtórzył odruchowo Wars, próbując sobie wyobrazić tę w sumie niezbyt skomplikowaną scenę.

Gaskoń kiwnął głową, jakby chciał potwierdzić, że wyobrażenia śledczego pokrywają się z opowieścią świadka.

– I wtedy myślę sobie: raz kozie śmierć. Przeżegnałem się, bo wie pan, jeśli to napad rabunkowy, to i mnie się przecież coś może stać, i wszedłem do środka. Nie wiem, co było pierwsze: czy najpierw zobaczyłem szanowne zwłoki mojego sympatycznego sąsiada, czy też... A tak naprawdę to on wcale nie był sympatyczny, skryty jakiś, żaden warszawiak, raczej gość z ciemnej prowincji, jak na mój gust... No więc, nie wiem, czy najpierw zobaczyłem zwłoki, czy usłyszałem Fogga. Niech pan pomyśli: taka tragedia przy takiej piosence: Nie mów mi, że twe życie to katusze, nie mów mi, że odejść muszę, że już nic nie łączy nas. Ja myślę, że gdyby Sakowski był nieszczęśliwie zakochany, toby się targnął na swoje życie przy tym tangu. Zresztą czytałem w „Ikac-u”, że pod Fogga młode chłopaki, zdesperowane co się tyczy życia miłosnego, podcinają sobie żyły albo strzelają w łeb. Jak kto ma pistolet, oczywiście. Ale co to za problem kupié sobie brauninga?

– Może i tak, ale denat raczej nie popełnił samobójstwa. Kto sam sobie strzela w tył głowy? Cyrkowiec chyba. Nieważne. I wtedy pobiegł pan na komisariat?

– Od razu, chwili nie czekałem.

– A bałagan był w pokoju?

– To już wy lepiej wiecie, byliście na miejscu niedługo po mnie. Ja niczego nie dotykałem. Poza tym bałagan rzecz względna: ja tam nie wiem, czy Sakowski lubił porządek, czy wręcz przeciwnie. Nie wiem, jak miał u siebie za życia. Nie zapraszał mnie na karty.

Komisarz Wars pokiwał głową – faktycznie, nie wszystkie pytania mu się udają, czasami przesłuchiwani łapią go na rozmaitych niekonsekwencjach i nielogicznych wywodach. Na szczęście jest policjantem z kilkunastoletnim stażem i wie, jak wybrnąć z kłopotliwych sytuacji. Gdy przesłuchiwany patrzy na niego z tryumfem w oczach, odpowiada mu: „Tak pytam, żeby sprawdzić, czy mnie nie nabieracie”. I uśmiecha się znacząco, jakby chciał powiedzieć: „Nie wam łapać mnie za słówka”.

Ale Gaskoń nie patrzy z tryumfem – on chyba naprawdę chce pomóc. Trudno się dziwić, bądź co bądź sąsiaduje z mieszkaniem, w którym popełniono straszliwą zbrodnię. A jeśli „tamci” znowu przyjdą i tym razem lufy swych rewolwerów skierują przeciwko Gaskoniowi? Niemożliwe? W działaniach bandytów jest nieubłagana logika, za którą porządny człowiek nie jest w stanie trafić. Zresztą Gaskoń, jako świadek, może być dla zbrodniarzy niepożądany na tym świecie.

 

– Tak jak mówię, Sakowski leżał na podłodze z głową w kałuży krwi. Brrr, co za widok! – głos Gaskonia wyrwał Warsa z zadumy. – Nie sprawdzałem, czy żyje. Panie komisarzu, ja się śmierci boję, wszystkiego, co się z nią wiąże. Nawet na pogrzeby nie chodzę, bo potem muszę godzinami czyścić buty, żeby nie została na nich ani odrobina cmentarnej ziemi. No więc, jak zobaczyłem, co się święci...

– Dobrze pan zrobił, panie Gaskoń – odparł komisarz, kiwając głową i uwieczniając w swym notesie osobliwą fobię świadka.

– ...to od razu pobiegłem do urzędu śledczego – dodał świadek. – Nawet za siebie nie popatrzyłem, aby przypadkiem licha nie zobaczyć.

Po godzinie przesłuchania, gdy Wars zamierzał skończyć spotkanie z Gaskoniem i podpisać mu przepustkę, nagle otworzyły się drzwi i do środka weszła podkomisarz Ludwika Sawicka. Nie, ona nie weszła: wpłynęła, jakby niosły ją jakieś niewidzialne fale. „Ona tak zawsze”, pomyślał z niesmakiem Wars. „Zdaje jej się, że biuro to scena rewiowa, jakieś cholerne Morskie Oko czy inne Qui pro Quo, na której gwiazda zjawia się niczym bogini”.

Gaskoń także popatrzył ze zdumieniem na Sawicką, jakby policyjny urząd odwiedziła sama Jadwiga Smosarska, gwiazda kina. Pani podkomisarz, czując na sobie zdziwiony wzrok, wzruszyła ramionami i rzuciła od niechcenia:

– Czy pan kończy, komisarzu Wars?

– Właściwie pan Gaskoń już wychodzi – odparł.

– Ależ niekoniecznie! Mogę zostać, jeśli pani ma ochotę zadać mi kilka pytań – zapewnił skwapliwie świadek, po czym dodał: – Chyba że zaszło qui pro quo i mam przyjemność z panią stenografistką...

– Komisarz Sawicka także zajmuje się tą sprawą – oznajmił Wars, rezygnując z „pod” w stopniu przybyłej, po czym zwrócił się do koleżanki: – Ma pani jakieś pytania do pana Gaskonia?

Pokręciła głową. Nie miała żadnych pytań, i to nie tylko w tej sprawie. No, oprócz jednego. Dręczyła ją mianowicie następująca kwestia: czy ostatniej nocy nie przesadziła z winem w Cafe Clubie? No, prawdę mówiąc, oprócz wina było kilka kieliszków likieru, bodaj dwa wódki, chyba parę łyków piwa. Wprawdzie tylko ciemnego dubeltowego Haberbuscha, bardzo lekkiego, ale jednak... I za dużo papierosów. Zawsze na rauszu pozwalała sobie na wybryk nadmiernego palenia ulubionych sfinksów bez filtra. Bo w ciągu tygodnia nie przekraczała limitu pięciu papierosów. I to płaskich, o wiele lżejszych.

Lubiła Cafe Club – lokal na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu – i czasami bywała tam w towarzystwie przyjaciół. Skłonność do tego miejsca tłumaczyła sobie faktem, że bywają w nim rozmaite indywidua prowadzące nieczyste interesy i należące do przestępczej elity tego miasta, a ona, jako policyjny komisarz, ma je pod kontrolą. Prawda jednak była taka, że Sawicka dobrze się czuła w atmosferze luksusu, a Cafe Club należał do lokali dla bogatszej klienteli.

– Nie... Nie mam pytań – powiedziała i ziewnęła, siadając na niezbyt wygodnym fotelu w kącie, obok żelaznej szafy.

Gaskoń, nie spuszczając wzroku z Sawickiej, wyszedł z pokoju.

Rozdział II

Jazz i tajemnicza butelka

Gdy za Gaskoniem zamknęły się drzwi, Sawicka podeszła do biurka Warsa, nachyliła się i spytała:

– Dowiedział się pan czegoś ciekawego?

– Owszem – odparł komisarz, na którego twarzy pojawił się cierpki grymas.

– No więc?

– Za dużo alkoholu i zbyt wiele papierosów.

– Och, wielkie mi rzeczy – żachnęła się policjantka, zrozumiawszy aluzję do swojej osoby, i jak oparzona odskoczyła od biurka Warsa. – Święty się znalazł. Policja to właściwe miejsce dla dżentelmenów z... z... – zabrakło jej efektownego zakończenia zdania, ale po chwili syknęła: – dżentelmenów z ołtarza. Każdy ma prawo robić, co chce, w wolnym czasie, a tak się składa, że ja uwielbiam spędzać wieczory w dobrym towarzystwie i na szampańskiej zabawie.

– Dżentelmen z ołtarza – Wars roześmiał się serdecznie. – A to mi pani dokuczyła! Św. Florianowi też pewnie jakoś nieswojo, że nie może pracować w policji. Że już nie wspomnę o św. Bonawenturze. A tak na poważnie: kiedyś było nie do pomyślenia, żeby młoda panienka...

– Niech się pan liczy ze słowami!

– No dobrze, młoda dama... A zatem było nie do pomyślenia, aby młoda dama wałęsała się po jakichś szemranych spelunkach, upijała się i jeszcze wyzywająco paliła papierosa, jak jakaś kurtyzana.

Sawicka ponownie zbliżyła się do komisarza, wbiła harde spojrzenie w jego oczy i odparła:

– Czasy bardzo się zmieniły i przyznam, że nie rozumiem, jak czterdziestoletni mężczyzna może ciągle mówić cytatami z „Bluszcza”, i to jeszcze z tamtego wieku. Takie przemówienia proszę rezerwować dla nastoletnich podlotków, a nie osoby, hm, no, przed trzydziestką. Wcale nie byłam w szemranej spelunce, a w eleganckim lokalu. Cafe Club, mówi to coś panu? Nie mówi? Oczywiście, przecież pan nigdzie nie bywa. Ja panu powiem, pan jesteś samotny dziwak, kobiety panu brakuje, i dlatego masz pan poglądy pustelnika. Fakt, na Aleksandra Żabczyńskiego pan nie wygląda, ale to nie znaczy, że jest pan już dla kontaktów damsko-męskich zupełnie stracony.

– Pani też dość daleko do Smosarskiej – odparł urażony Wars i trafił w sam środek tarczy.

Sawicka, która stylizowała się na wielką gwiazdę kina, zacisnęła drobne pięści, spąsowiała i odwróciła głowę w stronę ściany.

– Cham – szepnęła i podeszła do drzwi.

– Ależ niech pani nie odchodzi. Ostatecznie jesteśmy tu nie dla przyjemności...

– Oczywiście, że nie dla przyjemności. Przyjemność z komisarzem Warsem, cha, cha, a to dobre – Sawicka próbowała się roześmiać, ale z mizernym skutkiem.

– Dlatego porozmawiajmy o sprawach zasadniczych – w głosie komisarza pojawił się urzędowy ton, a on sam zaczął wertować stertę papierów piętrzących się na biurku.

– Toteż pytam: czy dowiedział się pan czegoś nowego?

– Nie, ten Gaskoń, zdaje się, był tak przerażony tym, co zobaczył, że oprócz trupa jego wzrok nic innego nie zarejestrował. Ciekawe, że zapamiętał, jakie tango towarzyszyło zbrodni. Nie mów mi czy coś takiego.

– No, znam, nie przepadam za Foggiem... – westchnęła Sawicka i spytała: – Było włączone radio?

– Nie, to z patefonu...

– Mój Boże, co za muzeum osobliwości. Kto dziś słucha patefonu? Kiepsko słychać, ciągle trzeba zmieniać płytę, kręcić tą cholerną korbką. Ja to tylko uważam radio, pan rozumie: swing, Glenn Miller, Lorenzo Hart, jazz-band Figla...

Wars wzniósł oczy ku sufitowi, jakby spodziewał się pomocy niebios. Nie był w stanie znieść tych pseudo-nowoczesnych popisów swojej koleżanki, na każdym kroku demonstrującej swą odmienność i uwielbienie dla postępu. Jak zresztą wiele panienek, no, podstarzałych panienek z bogatych domów, które stać było na rozmaite ekstrawagancje.

– Dobrze, dobrze, ja mam inne upodobania, ale to bez znaczenia. Gaskoń nie zauważył butelki, a według mnie ona może mieć jakieś znaczenie.

– Butelki, o czym pan mówi? – zdziwiła się Sawicka.

Wars tryumfował: wiedział o czymś, o czym ona nie miała pojęcia. Niech się przemądrzała pani podkomisarz głowi, niech milczy, udając, że przeszła do porządku dziennego nad czymś, co tak naprawdę nie daje jej spokoju. Pozostawało pytanie: czy owa butelka, o której wcześniej czy później będzie musiał powiedzieć swej wspólniczce (bo jakkolwiek to brzmi, Sawicka była jego wspólniczką), ma rzeczywiście jakiekolwiek znaczenie dla sprawy.

– A tak... Butelka powiedział.

– Panie Mieczysławie drogi... – w głosie Ludwiki Sawickiej pojawiła się nuta pokory. – Nie będzie pan chyba miał sekretów przede mną?

– No, nigdy nic nie wiadomo – odparł niemal wesoło, wznosząc nóż do otwierania kopert.

Ten bibelot był jego, nie służbową, własnością. Nożyk wyprodukowany przez firmę Frageta, z warszawską syrenką jako rękojeścią, dostał w prezencie od wuja. Podarunek nie był, oczywiście, zbyt kosztowny, jego cena z pewnością nie przekraczała pięciu złotych, ale krewny znany był z niechęci do wydawania pieniędzy na rzeczy, które nie są niezbędne do życia. A prezent dla bratanka z pewnością należał do tej kategorii. Co nie zmienia faktu, że bibelot został przyjęty z wdzięcznością i stanowił dla Mieczysława Warsa coś w rodzaju amuletu.

Tymczasem Sawicka zagotowała się ze złości, co w znacznej mierze wynikało z rosnącego bólu głowy.

– Panie Mieczysławie, ja nie zamierzam indagować pana na okoliczność życia prywatnego, ale chcę wiedzieć o wszystkim, co się tyczy zabójstwa Sakowskiego.

– No już dobrze, dobrze – odparł komisarz, po czym wbił nożyk w jabłko, które już od dwóch dni dopraszało się, by je zjeść. Ale nie zdążył wyjaśnić tajemnicy butelki, bo wezwał ich naczelnik. Chciał wiedzieć, czy są jakieś postępy w śledztwie.

Rozdział III

Biesiada brutalnie przerwana

Gdy kelner zbliżył się do jego stolika, doskonale wiedział, że to koniec biesiady.

– Pan komisarz Wars? – spytał mężczyzna w białym uniformie, z zawadiacko zatkniętym za ucho papierosem.

– A czego oni znowu chcą? – mruknął policjant, mając pewność, że kelner zaraz oznajmi: „Telefon do pana”.

– Telefon do pana – dopełnił formalności intruz, który jeszcze kilka chwil wcześniej nie był intruzem, a dobroczyńcą. Przewodnikiem po skomplikowanym labiryncie specjałów słynnej restauracji Simon i Stecki, mieszczącej się przy Krakowskim Przedmieściu, między Karową a kościołem Wizytek. Niegdyś była to składnica win węgierskich i francuskich, teraz to lokal dla elity warszawskich smakoszy. Zagraniczny turysta z pewnością szerokim łukiem ominąłby odrapaną kamienicę, zupełnie niepasującą do pobliskich hoteli: Bristolu i Europejskiego, ale znawcy gastronomicznej mapy stolicy doskonalę wiedzieli, że warto tu przyjść z większą gotówką. Zresztą brzydota kamienicy, w której znajdowała się restauracja, dodawała komisarzowi pewności siebie i budziła jego zaufanie.

Wars z reguły unikał niepotrzebnych wydatków i stołował się raczej w tańszych barach, no, czasem wpadał na śledzia pod coś mocniejszego do baru Pod Setką, a nawet do plebejskiego Retmana. Ale dziś świętował dwa grzyby w jednym barszczu: czterdzieste urodziny oraz piętnastolecie pracy w Policji Państwowej. Ta okoliczność przypadająca pierwszego września 1938 roku domagała się specjalnego uczczenia, a wizyta u Simona i Steckiego wydawała się odpowiednim hołdem złożonym samemu sobie.

– Co pan szanowny raczy? Może skoczę po piwko na apetyt, polecam jasne Lwowskie, a potem przejdziemy do poważniejszych zamówień? Na pana miejscu skosztowałbym zupy z raków...

– A coś, no..., tak bardziej dla ludzi, coś zwyczajniejszego?

– Wobec powyższego, co pan klient powie na czerwony barszczyk? – kelner puścił oko do policjanta.

Ten przez dłuższą chwilę rozważał tę propozycję – wszak miały być dwa grzyby w barszczu. Ale to nie był wystarczający argument. Owszem, chciał w miarę hucznie (ale w granicach rozsądku) obejść swój jubileusz, ale żeby od razu barszczyk? I to jeszcze w perspektywie drugiego dania? Pewnie bez deseru też się nie obejdzie... Spojrzał błagalnym wzrokiem na kelnera, który w lot pojął rozterki funkcjonariusza.

– Ale ma być dla ludzi czy jedynie coś tańszego? – zapytał.

– Tak, prawdę mówiąc... Stawiając sprawę najzupełniej jasno – mamrotał Wars – wołałbym coś prostszego. Jakiś rosół wołowy albo coś z warzywami. A w ogóle to ja nie jestem amator zup, więc możemy od razu przejść do drugiego dania.

Wars zamówił zrazy „nalesońskie w sosie własnym z kartofelkamy”, jak powiedział kelner, sugerując, że czytuje modne w ostatnim czasie felietony Stefana Wiecheckiego „Wiecha”, pod duże jasne, czyli Haberbuscha. Oczywiście, nie były to wcale zrazy „nalesońskie”, a wołyńskie, nakładane kapustą. Ale cóż szkodzi pożartować? Praca w policji kryminalnej nie dostarcza zbyt wielu okazji do śmiechu. A kabarety Wars omijał z zasady – nie przepadał za dekadencką publicznością, która noce spędzała w Cyruliku czy Morskim Oku (zresztą już nieistniejących, ale wiadomo, że w tak rozrywkowym mieście jak Warszawa musiały pojawić się kolejne świątynie satyry), a rankiem leczyła kaca. Dobra książka – tak. Śpiewy chóralne – tak. Nawet ballady podwórkowe, byle wzruszające – tak. Ale kabaret? Nie jesteśmy wszak w Berlinie...

 

Uśmiechnął się więc, składając zamówienie, a potem jeszcze raz, widząc talerz, który spoczywał na tacy niesionej przez kelnera. I ten litrowy kufel zimnego piwa z piękną koroną bielutkiej piany. Nie każdy browar umiał zrobić tak porządną pianę – tylko warszawski. Celowo zamówił jasne pełne: należało bowiem do piw słabszych, a więc można było sobie bezkarnie pozwolić na kilka kufli.

Potem pierwszy kęs delikatnego, rozpływającego się w ustach mięsa, smak świeżo wyjętego z wody ziemniaka, łyk piwa i... ten głos, wyrywający z zadumy: „Telefon do pana”.

Dzwonił sam szef referatu do spraw kryminalnych, inspektor Franciszek Śledź, i Wars nie miał złudzeń, że przełożony pragnie mu złożyć gratulacje i życzyć dalszej wierności firmie.

– Na Obozowej 62 jest trup. Dziwna zbrodnia, nie wiadomo, na jakim tle. Przejmujemy sprawę, może się okazać całkiem ciekawa. Denat nazywa się Wincenty Sakowski, i prawdę powiedziawszy, niewiele więcej o nim wiemy. Rozejrzyj się na miejscu, a potem przesłuchaj świadka. Sam się zgłosił, to od niego dowiedzieliśmy się o wszystkim. Mieszka niemal drzwi w drzwi z Sakowskim. A raczej mieszkał. Nasi chłopcy już wykwaterowali pana Wincentego, teraz oglądają go lekarze w szpitalu na Oczki. Aha, świadek nazywa się Gaskoń, Maurycy Gaskoń. Ale nie jest Gaskończykiem, żaden z niego d’Artagnan.

Mieczysław Wars jęknął, choć tak naprawdę miał ochotę zapłakać. Nad sobą i nad niedokończonymi zrazami. Bo stało się jasne, że każdy kolejny kęs będzie torturą – być może nie tak okrutną jak ta, która spotkała Sakowskiego (swoją drogą, skąd przyszło mu do głowy, że śmierć ofiary poprzedziły dłuższe cierpienia?), ale jednak dokuczliwą. Miało być pięknie, a będzie jak zwykle.

„Ale piwo wypiję. Nie, dwa piwa. Ostatecznie jestem na służbie i skoro mam oglądać trupa, to muszę się pokrzepić” – pomyślał Wars i zamówił jeszcze jednego Haberbuscha. Mimo tylu lat w policji kryminalnej jakoś nie mógł się przyzwyczaić do widoku ludzkich zwłok.