Al Capone w BerlinieTekst

Z serii: Seria Al Capone #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Artur Górski

Al Capone w Berlinie

Saga

Al Capone w Berlinie

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2008, 2021 Artur Górski i SAGA Egmont

ISBN: 9788726788761

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Paryżowi Północy

Berlinowi Wschodu

Moskwie Zachodu...

Warszawie

Od autora

Widzieliście tę reklamę: piękna, czarna limuzyna sunie szosą, a w jej komfortowym wnętrzu siedzi uśmiechnięta czteroosobowa rodzina – mąż i żona z przodu, zaś na tylnej kanapie przyklejone do szyb dzieci? Świat wokół pędzącego auta mieni się kolorami i cieszy się z tego, że owo motoryzacyjne cudo stanowi jego element.

Hasło reklamowe mogłoby brzmieć: „Niezawodny, silny, dynamiczny i bezpieczny! Stworzony dla Ciebie i Twojej rodziny”. Widzieliście!? Tak mniej więcej wygląda połowa reklam samochodów. Rzecz w tym, że ta, którą mam na myśli, pochodzi z 1939 r. i niestety nie wpłynęła na wzrost sprzedaży zachwalanego auta. Wręcz przeciwnie! Limuzyna, której wspaniałą przyszłość przepowiadała, stała się przez długie lata symbolem upadku człowieka. Dlaczego? Znacie tę historię...

Czy to możliwe, aby na najważniejszym skrzyżowaniu przedwojennej Warszawy pojawił się volkswagen garbus, wiozący uzbrojonych gangsterów z zagranicy? Może nawet wysłanników chicagowskiego króla przestępczego podziemia – Ala Capone? Raczej nie, bo chociaż kilkaset sztuk legendarnego auta (jeszcze bez nazwy i o nieco odmiennych niż po II wojnie światowej kształtach), zaprojektowanego przez Ferdynanda Porsche’a w 1938 r., stało gdzieś na niemieckich fabrycznych parkingach, to nic mi o tym nie wiadomo, jakoby któreś z nich zawitało w Warszawie.

No i co z tego? Przecież mogę mieć nieścisłe informacje. A niby któż miałby mu zabronić przyjeżdżać? Adolf Hitler i jego kompania? Podobnie nie mogę wykluczyć, że ludzie Ala Capone – nawet jeśli on sam w 1938 r. był tylko cieniem siebie samego sprzed dekady – kręcili się pomiędzy Berlinem a Warszawą. Możliwe, że dlatego też nasza policja, podobnie, jak służby Hitlera, musiała się mieć na baczności – bo przecież nigdy nic nie wiadomo.

Poza tym to tylko powieść. Wprawdzie oparta na faktach i dokumentach z epoki, ale jednak, jakby powiedział Wiech – bard Warszawy – „puc, granda, nawalanka”. Dlatego w niniejszej książce będzie nie tylko garbus, ale także kilka innych fajnych sprzętów z lat 30., które i dziś wydają się zaskakująco nowoczesne. W ogóle powieść ta jest poniekąd katalogiem reklamowym rzeczy, których, niestety, nie da się już kupić... Poza tym, jest listą przebojów muzycznych (Ach, ten Fogg...), przewodnikiem po kawiarniach, nocnych klubach i kabaretach tamtego szalonego miasta. Jest spisem dań, książką telefoniczną, afiszem teatralnym i kroniką towarzyską Warszawy – i nie tylko jej. Przede wszystkim jednak jest kryminałem.

Wars i Sawicka – para policjantów, którzy zdążyli już wystąpić w powieści Al Capone w Warszawie – znów tropią przestępców. Ostatecznie po to zostali powołani do życia (fakt, jedynie literackiego, ale lepsze to, niż nic), aby szukać coraz to nowych kryminalnych wyzwań. Tym razem mordercą okaże się... nie wiem, jeszcze nie zdecydowałem. Nie ma wątpliwości jednak, że jakiś trup się znajdzie, zabójca także – to jednak ma znaczenie drugorzędne. Najważniejsze, że swe śledztwo nasi bohaterowie prowadzić będą na ulicach przedwojennej Warszawy, a scenografia jest tu równie ważna, jak intryga. Po reakcjach czytelników „Życia Warszawy” (Al Capone w Warszawie był początkowo drukowany w odcinkach w tej popularnej stołecznej gazecie) stało się dla mnie jasne, że literacka rekonstrukcja klimatu przedwojennego miasta nad Wisłą ma sens. Mówiąc krótko: przeszłość ma przyszłość. Z pomocą przyszli mi znawcy problematyki, między innymi świetny varsavianista Andrzej Gass oraz załoga miesięcznika „Focus Historia”, na czele z redaktorem Michałem Wójcikiem.

Aby nie być posądzonym o warszawocentryzm, postanowiłem, iż losy niektórych bohaterów związane będą także ze Śląskiem, a konkretnie z Katowicami. Dzisiaj dość powszechnie, a niezbyt słusznie, kojarzonym wyłącznie z hutami i kopalniami. Węgiel węglem, a przecież stolica Górnego Śląska zawsze miała do zaoferowania znacznie więcej niż czarne złoto. Przed wojną była to bardzo ładna metropolia, której pięknych kamienic i zielonych skwerów mogłyby pozazdrościć najpiękniejsze miasta Europy. Weźmy np. hotel Monopol, który z powodzeniem mógłby stać na jednej z reprezentacyjnych alej Wiednia, choćby na Kärntner Ring albo w okolicach Karlsplatz. Nie upiększajmy jednak austriackiej stolicy. Tam hoteli–pałaców nie brakuje, a w Katowicach taki Monopol o wiele łatwiej dostrzec i docenić. W realia przedwojennego Śląska wprowadziła mnie jego wielka pasjonatka, Anna Dziewit-Meller. Dziękuję bardzo.

Jedźmy dalej, nikt nie woła. Nasi funkcjonariusze pojawią się także w innej europejskiej stolicy. W mieście, które podobnie jak Warszawa czy Nowy Jork, nigdy nie zasypiało, będąc mekką kabareciarzy, eldorado sybarytów, rajem amatorów płatnej miłości i nową wieżą Babel. Tyle, że w czasie, gdy śledczy ruszają do owego miasta, jest ono już o wiele smutniejsze, a jednocześnie groźniejsze. Wkrótce stanie się metropolią ówczesnej osi zła. Czy Czytelnik już wie, o jakie miasto chodzi?

Jeśli Wars i Sawicka przeżyją starcie ze złem, to jest spore prawdopodobieństwo, że powstanie trzeci (a może i czwarty?) tom z udziałem tych bohaterów. No, chyba, że moda na kryminał retro nagle się skończy, a tym samym zapotrzebowanie na śledztwa z myszką. Ale o tem potem.

Artur Górski

PROLOG

Czyli ponure spotkanie z „Piękną Polką”

Światła zbliżały się z niewiarygodną prędkością. Wyłaniając się z absolutnej ciemności wyglądały jak zjawisko nierzeczywiste, jak dwie gwiazdy, które za chwilę roztrzaskają się o ziemię. Jednak przeraźliwe wycie lokomotywy nie pozostawiało złudzeń: katastrofa nie nadciągała z kosmosu, lecz pędziła po torach, a na imię jej było: Pm36–1. Niektórzy pieszczotliwie mówili na nią „Piękna Polka” – faktycznie lokomotywa ta, zaprojektowana zaledwie kilka lat wcześniej, wzbudzała zachwyt nie tylko inżynierów, ale także estetów, którzy porównywali ją do atrakcyjnej kobiety. Ba! Na światowej wystawie w Paryżu w 1937 r. tej żelaznej miss przyznano nawet Grand Prix! Jednak teraz, kilka minut po północy, na przejeździe kolejowym w okolicach warszawskiego Fortu Bema, nic pięknego w niej nie było. Złowrogo błyszczące reflektory oświetlały drogę śmierci, zbliżającej się do forda, który utknął na przejeździe. Kierowca, mokry od potu, nie wiedział jak zareagować. W normalnych warunkach wcisnąłby pedał gazu i pojechał dalej, gwiżdżąc popularny szlagier „Chóru Dana” (gwizdał go, zbliżając się do niestrzeżonego przejazdu), ale teraz za wszelką cenę chciał się wycofać – stal na torach jedynie przednimi kołami i użycie biegu wstecznego wydawało mu się czymś zupełnie oczywistym. Na decyzję miał zaledwie kilka sekund, więc z całej siły wcisnął gaz i ruszył do tyłu, gdy nagle zatrzymał się na jakiejś przeszkodzie. Drogę blokowało mu stojące za nim inne auto. Przeklinając w duchu kierowcę, którego brak refleksu może stać się przyczyną tragedii, nacisnął klakson. Można było jeszcze uniknąć najgorszego – wystarczyło, by ów pojazd cofnął się o kilka metrów. Tylko tyle i aż tyle. Ale może kierowca tamtego samochodu właśnie chciał wziąć udział w spektaklu, którego największą atrakcją byłoby zgniecenie przez „Piękną Polkę” bezbronnego forda i to z człowiekiem w środku? – gratka dla amatorów mocnych wrażeń. Kierowca, a raczej aktor przedstawienia, jeszcze raz nacisnął klakson nie wierząc już w powodzenie dramatycznej próby uniknięcia pocałunku śmierci. Pędząca na żelaznych kołach „Piękna Pólka” odpowiedziała mu najbardziej przejmującym krzykiem, jaki słyszał w swoim życiu, a następnie gigantyczna masa uderzyła w forda, odrzucając go na bok, niczym samolocik z papieru. Na szczęście, na torach znajdował się jedynie przód samochodu i to on przestał przypominać obiekt, mający cokolwiek wspólnego z motoryzacją. Siła uderzenia wypchnęła kierowcę z siedzenia, powalając go na podłogę. Ale przeżył! Zwyciężył w pojedynku z lokomotywą, która gwałtownie zaczęła zwalniać. Wkrótce cały skład relacji Berlin – Warszawa zatrzymał się. Maszyniści biegnąc w stronę zmasakrowanego forda, wołali:

– Nie żyje! Pewnie nic z niego nie zostało.

Jednak jego kierowca z trudem opuścił pojazd i chwiejąc się niczym pijany, ruszył przed siebie. Wiedział tylko jedno: za chwilę wyciągnie z auta faceta, który nie odjechał do tyłu, narażając go na śmiertelne niebezpieczeństwo – koszmar, który będzie wracał w snach i na jawie. Wyciągnie go i nawet nie zapyta „Dlaczego?”. Po prostu da frajerowi w gębę, powali go na ziemię, skopie mu tyłek, a potem zaprowadzi na policję. Zresztą i tak cała sprawa musi się skończyć na posterunku – innego wyjścia nie ma. Kolejarze poświadczą, jak było naprawdę – przecież widzieli co się stało i kto jest winny. Takiemu skurwysynowi nie wolno odpuszczać! Musi dostać za swoje! Niech wie, że życie ludzkie to najwyższa wartość, a jak się nie umie prowadzić auta, to nie wolno siadać za kierownicą. Bo nieszczęście gotowe!

Szarpnął drzwi od strony kierowcy i spojrzał do środka; był tam znienawidzony szofer, ale – czy to możliwe? – on spał! Tak, spał w najlepsze z głową opuszczoną na piersi, aż dziw, że nie spadł z niej mocno nasadzony kapelusz. Wściekły właściciel forda zaczął szarpać śpiącego, wołając:

 

– Pan tu śpisz w najlepsze, a mnie o mało co lokomotywa nie rozjechała. Budź się draniu, na policję musimy się zgłosić. W areszcie się wyśpisz!

Kolejarze, stojący tuż za plecami człowieka, który cudem uniknął kresu żywota pod kołami „Pięknej Polki”, także starali się pokrzykiwaniami przywrócić śpiącego do świata jawy – ale to nic nie dawało. Sen okazał się o wiele głębszy, niż po narkozie. Mężczyźni spojrzeli na siebie pytającym wzrokiem i, jak na komendę, wzruszyli ramionami. Wtedy sprawca wypadku powoli zsunął się z fotela kierowcy i wypadł z samochodu. Stało się oczywiste, że jego sen jest wieczny.

– Jezu, nie żyje – szepnął maszynista, a jego kolega uczynił znak krzyża. Intensywne światło księżyca rozjaśniło spoczywającą na ziemi sylwetkę. Wówczas oczom mężczyzn ukazało się coś, co z reguły pojawia się wyłącznie na amerykańskich filmach: w pierś nieboszczyka wbity był zdobiony złoty sztylet.

Ten, który przed chwilą cudem ocalał w wypadku teraz spojrzał w niebo, jakby chciał uzyskać od księżyca jakąś odpowiedź, a następnie – jak bywa w filmach także polskich, w zwolnionym tempie – upadł obok zabitego.

ROZDZIAŁ I

Życie prywatne księgarza i jego ford tudor,

reklamowany w niezwykle przekonujący sposób

– Tak było panie komisarzu...

Mieczysław Wars, komisarz z referatu kryminalnego Komendy Głównej Policji Państwowej, krążył wokół swego biurka niczym jastrząb, który upatrzywszy królika, nagle niczym błyskawica, pędzi ku ziemi, by go schwytać. W pobliżu nie było ani królika, ani żadnego gryzonia, a jedynie Stanisław Kołodziej – właściciel niewielkiej księgarni katolickiej w okolicach ulicy Wolskiej. Kołodziej – łysiejący, dość przystojny, postawny mężczyzna pod czterdziestkę, ubrany w szary garnitur, doskonale komponujący się z niezbyt barwnym wnętrzem komendy – siedział na krześle obok wspomnianego biurka i składał wyjaśnienia, dotyczące poprzedniej nocy. Nocy koszmarnej, która o mały włos nie okazała się ostatnią w życiu księgarza.

– Nuciłem sobie w najlepsze, panie komisarzu...

– Nucił pan? – Wars gwałtownie przerwał swój spacer wokół masywnego mebla, za którym pracował już od wielu lat, i spojrzał uważnie na świadka, jakby usłyszał właśnie niesamowicie wartościową informację.

– Tak jest. „Chór Dana”, ma się rozumieć: Więc pijmy wino szwoleżerowie / niech troski zginą w rozbitym szkle, / gdy nas nie będzie – nikt się nie dowie / czy dobrze było nam czy źle. – zaintonował łamiącym się głosem Kołodziej tak, jakby po pierwsze: za gardło chwyciło go wzruszenie, a po drugie: nie był pewien czy w obecności funkcjonariusza policji na służbie w ogóle wypada podśpiewywać.

Komisarz oczywiście znał ten utwór, jednak pomimo jego patriotycznego charakteru (a Wars, który rozbrajał Niemców na ulicach Warszawy w 1918 r. bardzo był podatny na bogoojczyźniany patos) nie przepadał za Szwoleżerami. Dlaczego? Po prostu piosenka ta nie kojarzyła mu się z dzielnymi wojakami, gotowymi przelać krew za ukochany kraj, ale z pijakami wylewającymi wódkę i łzy oraz ryczącymi na cały głos: A gdy cię rzuci luba dziewczyna / to nie rozpaczaj, nie roń lez, / lecz z kolegami napij się wina, / a wszystkie troski pójdą precz.

– A to z pana artysta estradowy – uśmiechnął się komisarz. – Śmierć zagląda panu w oczy, lokomotywa wjeżdża w samochód, a pan, jakby nigdy nic: Więc pijmy wino, szwoleżerowie.

– Ależ ja sobie nuciłem, zanim jeszcze dostrzegłem jakiekolwiek zagrożenie. Jak te ślepia parowozu spojrzały mi w oczy, to już nie do śpiewu mi było. – Kołodziej był wyraźnie oburzony lekceważeniem przeżytego przez niego dramatu.

– Wiem, wiem, tak sobie żartuję. Przepraszam, jeśli powiedziałem coś nie tak – Wars schylił głowę, jakby zaraz miał ją ktoś posypać popiołem, po czym usiadł za biurkiem. Spostrzegł leżącego na blacie papierosa. Odruchowo wziął go do ręki i zaczął ustnikiem drapać się po czole. Kołodziej z zainteresowaniem przyglądał się temu osobliwemu wykorzystaniu papierosa, ale nie śmiał zaproponować komisarzowi ognia. Sam od czasu do czasu popalał, choć nie papierosy. Miał przy sobie zapałki i to nie byle jakie: czeskie Zápalky Komenského, które przywiózł z Pragi. Wars tymczasem odłożył papierosa, tłumacząc:

– Nie, nie palę. Tak się tylko bawię. To koleżanka pewnie zgubiła...

– Koleżanka?

– Tak, pani podkomisarz. Pracujemy razem, dziwi to pana?

– Ależ skąd! Tak tylko zapytałem, żeby okazać zainteresowanie. Pan rozumie... to raczej z uprzejmości. Ja nic do kobiet nie mam. Zapewniam!

Na twarzy Warsa pojawił się serdeczny uśmiech, zupełnie jakby rozbawił go jakiś doskonały dowcip opowiedziany przez kogoś sympatycznego albo przełożonego – choćby przez naczelnika referatu do spraw kryminalnych, inspektora Franciszka Śledzia, któremu Wars podlegał już od kilku dobrych lat. (Tak się jakoś dziwnie składa, że kawały, opowiedziane przez przełożonych bawią nas bardziej niż te, wyrecytowane przez osoby niższej od nas rangi.) Po chwili jednak komisarz znów stał się śmiertelnie poważny i zarządził:

– Wróćmy do sprawy, która nas najbardziej interesuje.

– Powiedziałem już wszystko – odparł niepewnie Kołodziej. – Ledwie uszedłem z życiem. Gdybym bardziej wjechał na tory, nie byłoby co ze mnie zbierać.

– Fakt. A dokąd pan właściwie jechał?

– A czy to ma jakieś znaczenie? Po prostu jechałem. Może chciałem się przewietrzyć? Może lubię nocne przejażdżki?

– No, no... filozof z pana. A raczej smakosz życia! Faktycznie! Nocne eskapady dobrym samochodem muszą być przyjemne znacznie bardziej niż obecność na policyjnym śledztwie i odpowiadanie na niepotrzebne pytania. Ale czy rzeczywiście niepotrzebne? Proszę mi pozwolić decydować o tym, które pytania są przydatne, a które nie.

Kołodziej skwapliwie pokiwał głową uświadomiwszy sobie, że lekko przeholował. Z policją trzeba grzecznie, ostrożnie i precyzyjnie. Tak, żeby najszybciej wypuścili człowieka z komendy.

Wars kontynuował.

– Powiem coś panu. Lata praktyki nauczyły mnie, że nie ma zbędnych pytań, szczególnie, jeśli w grę wchodzi morderstwo. Dlatego ja muszę stawiać niezwykle pytania, a przyzna pan, że kwestia, dokąd pan jechał, nie należy do przesadnie wydumanych, skoro znajduje pan martwego człowieka z pięknym nożem w piersi. Jest to sytuacja, co najmniej, niezwykła.

– Naturalnie, proszę mi wybaczyć. Taki jestem dziś nerwowy, ostatecznie...

– Ostatecznie było to dla pana wstrząsające przeżycie. Nie dziwię się pana rozdrażnieniu. A zatem: dokąd pan jechał i dlaczego o tak późnej porze?

Kołodziej bezradnie rozłożył ręce i odparł:

– Bo ja wiem czy o późnej? Jak się prowadzi firmę, a przecież księgarnia to także firma, to nie ma późnych pór. Czasem, to i do rana muszę zostawać, żeby posprawdzać wszystkie dokumenty, faktury, rachunki. Tak też było wczoraj. Zbliża się koniec miesiąca, a ja lubię mieć pewność, że w papierach panuje porządek. Gdyby nie zmęczenie, pewnie bym posiedział do wschodu słońca. Zresztą ja lubię dłużej posiedzieć w pracy. Nikt mi nie przeszkadza, nikt nie wisi nad głową. Można się oderwać od codzienności, zajmując się nawet tak codziennymi sprawami.

– A co na to żona?

– Nie mam żony. Jestem kawalerem. Przecież pytał mnie pan już o mój stan cywilny.

Wars przygryzł wargi – powoli jego specjalnością stawało się rzucanie kul, które trafiały w płot. Coraz częściej w trakcie przesłuchań zadawał pytania, na które już wcześniej otrzymał odpowiedź. Ale umiał wyjść obronną ręką z takiego ambarasu. Uśmiechnął się tajemniczo i powiedział:

– Doskonale! Widzę, że kontroluje pan przebieg naszej rozmowy. Ale proszę mi wierzyć, że ja też mam niezłą pamięć. Pamięć i notatki – dodał.

– Kontroluje mnie pan? – wyszeptał Kołodziej.

– Powiedzmy, że każdy śledczy ma swoje metody. Ja też mam. Doskonale pamiętam, że jest pan kawalerem. Przecież każdą rozmowę, tego typu, należy rozpocząć od zebrania podstawowych danych.

– Aaa... Rozumiem! Pan chce mieć pewność, że mówię prawdę. Ale przecież ja mam swoje dokumenty... Mogę jeszcze raz pokazać.

– Pod tym względem rzeczywiście wszystko można sprawdzić, ale są fakty, których nie potwierdzi żaden dowód osobisty czy paszport. Trzeba wykorzystać intuicję i wielokrotnie sprawdzić przedstawione wersje – odparł Wars głosem Sfinksa. Wiadomo wprawdzie, że Sfinks głosu nie ma, ale gdyby miał, zapewne brzmiałby tak, jak ten, który dobywał z siebie komisarz Wars. Kołodziej był pod wrażeniem.

– No więc, dokąd pan jechał? – spytał Wars, wiedząc, że tym razem padnie odpowiedź bez jakichkolwiek wykrętów.

– Donikąd, uwierzy mi pan?

– Jeśli pan to sensownie wytłumaczy, to czemu nie?

Kołodziej podrapał się po głowie, jakby w ten sposób uruchamiał dodatkowe moce swego mózgu.

– Tak sobie jeździłem... – wyznał.

– Tak sobie pan jeździł?

– Ano tak. Pewnie nie da mi pan wiary, ale prowadzenie automobilu uspokaja mnie...

– A czym się pan tak zdenerwował? To znaczy, zanim pan wsiadł do wozu, bo po incydencie na torach, faktycznie miał pan, mówiąc delikatnie, powód do niepokoju.

– Dzień był ciężki. To wszystko. Nic specjalnego się nie wydarzyło, ale sam pan rozumie... W pracy nie zawsze jest miło. A jak prowadzę auto, to świat od razu staje się lepszy.

– Taki z pana zapalony miłośnik automobilizmu?

– Faktycznie, poniekąd tak jest. Może głupio się do tego przyznawać, ale ja zawsze marzyłem o samochodzie, a szczególnie o fordzie. Jak zobaczyłem ten „Rysopis nowego automobilu marki Ford”...

– Czego rysopis? Pan wybaczy, ale mnie – policjantowi, rysopis zupełnie nie kojarzy się z autem.

– To taki folder reklamowy.... a więc, jak zobaczyłem „rysopis forda tudora” to zrozumiałem, że muszę go mieć, choćbym miał spłacać bankowi pożyczkę do końca moich dni. A jak przeczytałem opis tego cuda...

– To rysopisowi towarzyszył jakiś opis?

– Ależ tak! Proszę posłuchać, tych kilku zdań nie zapomnę do końca życia: „Nowy wóz Forda odznacza się niezwykłą chyżością, a prędkość 90–95 kilometrów na godzinę może być osiągnięta bez trudu. Nowy samochód Forda trzyma się przy tem doskonale drogi, a długie podróże można nim odbywać z dużą szybkością, doznając uczucia komfortu i zupełnego bezpieczeństwa. Możemy spotykać po drodze najbardziej strome wzniesienia i mieć pewność, że posiadamy dostateczny zapas siły motoru na pokonanie góry bez znaczniejszego zwolnienia tempa”.

Prawdziwa poezja, nieprawdaż?

– Rzeczywiście, poezja. Widzę, że skutecznie pana urzekła.

– Nie tylko to. Pan komisarz rozumie – amerykańskie auto, zupełnie jak w Chicago...

– Taki z pana Al Capone?

– Eee..., jaki tam Capone. Po prostu tęsknota za światem. Mówiąc krótko: lubię sobie pojeździć po mieście tak zupełnie bez celu, bez sensu...

– I o mały włos nie przypłacił pan tego hobby życiem.

– Oj święta racja, panie komisarzu, święta racja.

Przez chwilę pomilczeli. Policjant szukał gorączkowo w myślach kolejnych pytań, ale wydawało się, że Kołodziej powiedział wszystko, co wiedział. Był świadkiem, który ani nie widział samego morderstwa, ani zabójcy. W gruncie rzeczy jego zeznania nie wnosiły do sprawy niczego istotnego.

– Panie komisarzu... – szepnął Kołodziej, jakby obawiał się, że rozeźli pogrążonego w myślach oficera.

– Słucham?

– A czy wiadomo chociaż, kim jest ten zabity?

– Nie tak prędko, panie Kołodziej. Niewiele wiemy, a jeszcze mniej możemy zdradzić.

Powiem panu jedno, dokumentów przy sobie nie miał.

– Incognito, znaczy się?

– Trafił pan w sedno – poszedł do nieba incognito.