Ułuda

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18


Wydawca

Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Jerzy Lewiński

Korekta

Katarzyna Bielawska-Drzewek

Halina Kozłowska

Grafika

Tabuda Y/Shutterstock.com

Copyright © by Artur Cieślar, 2018

Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o.,

Warszawa 2018

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2018

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

włoska robota

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9104-7

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Kim on jest? Tym, kto przerywa twój sen,

kto usuwa twą niewiedzę i egoizm,

kto rozprasza twoje wątpliwości,

przypominając o prawdziwej naturze.

(nie pamiętam, gdzie to usłyszałem)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Kurewski ból. Jedna chwila. Zabetonowanie. Zatrzymanie. Przeszywające nic.

Cholerne zdziwienie, że nie czujesz siebie.

Po bólu, po czuciu. Jakby wszystko odeszło, jakby odkleiło się od kruchych tkanek, nieposłusznych narządów, oniemiałych zmysłów. Jedynie ruch pozostał. Zdecydowanie ruch dookoła trwał. Miotanie się.

Miotam się.

Poszarpane sekwencje, kadry jak w niemym kinie posiekane kreskami. Prawo, lewo, góra, dół, wgięcie, zagięcie, złożenie, przenikanie – istne origami. Obłęd. Przyspieszenie i spowolnienie. I niezwykła, wręcz namacalna cisza, głęboka i lodowata jak ocean. Jakby mnie ktoś wykroił nożem z rzeczywistości. Jakby wyciął z obrazu i odłożył na bok niczym element bliżej nieokreślonego kolażu. Gęsta i oleista cisza niczym zasolona woda, zalewa do marynat, śluz, który czopuje przewody słuchowe. Krew? Nie. To jest morze. Morze Martwe, Morze Bałtyckie. Obrazy z dzieciństwa przecinają przestrzeń umysłu, prężą się przed oczami… ale tylko przez chwilę. Bo oto znów widzę ciało oparte o kierownicę, całkiem nieruchome, przypominające martwy liść po przejściu jesiennego frontu niżowego, to znowu wstrząsane drgawkami. Znamiona życia? W resztkach witalności, w pulsie nadal kurczącego się mięśnia sercowego, który jeszcze nie uległ złowieszczemu migotaniu.

Migoczą światła, nie serce. Fioletowoniebieskie łuny pełne niepokoju płyną jak wstęgi, syreny ambulansów tną przestrzeń. Mnóstwo innych pojazdów, ludzi dłońmi zasłaniających usta. Wychodzą z nich, przystają jak wryci, zastygają w stuporze… Ratownicy niosący nosze. Strażak z długimi jak rogi jelenia obcęgami połyskującymi chromem. Podobnymi do tych, jakimi chirurg rozcina gips, skraca pogruchotaną kość; podobnymi do tych, jakimi dziadek na przedwiośniu przycinał nazbyt wybujałe gałęzie jabłoni. A teraz ten koniec czyjegoś ciała i to pobocze – westybul życia, droga do bramy, za którą nie wiadomo, co się czai. Koniec czyjegoś świata? Czyjego?

Ćwiartowanie karoserii – metal trzaskający jak lód. Łoskot. Lęk falujący napastliwie, sztormowo, nieobliczalnie. Jestem ponad tym wszystkim. U góry.

Góry.

Chciałbym pochwycić poręcz, złapać się jakiejś klamry, natrafić stopami na opór solidnego występu skalnego. Przez chwilę jestem w bardzo wysokich górach. Błękitne śniegi osłaniają granie przed lodowatym wiatrem. Giewont, Maćhapućhare, Aconcagua? Kozica, lama, muflon? Zwierzę stąpa po krawędzi nie szerszej od aksamitnej tasiemki, którą mama wiązała mi w podstawówce do białego kołnierzyka. Góra nieporuszona trwa jak posąg. Jest kolumną, na której opiera się fresk – niebo i dobry Bóg, który wygnał z raju złego człowieka. Góra Budda. Usta aniołów, wydęte, pyszne, dumne, krążą jak osy. Może to tylko obojętność?

Jestem sam? Drżąca trzcina? Nie! Jestem wszystkim. Spokój, wytchnienie, koniec z szamotaniną. I nagle lęk piekący jak po ukłuciu żądła: nie spaść, nie wpaść, nie upaść, nie ześlizgnąć się, nie zjechać w dół, nie uderzyć miękkim, bezbronnym ciałem o występ skalny, o twardą grań ostateczności. Mieć odwagę kozicy, mieć skrzydła anioła. Być!

I nie ma gór. Nie ma nieba. Jest noc i ta droga, i to pobocze… I zdarzenie.

Strażak wycina nożycami kolejne elementy karoserii, przekłada piłę do drugiej ręki, ociera pot z czoła, metal stawia opór. Iskry łukiem szerokim jak tęcza co chwila rozpraszają smolistą przestrzeń nocy, jęzory Boschowskich płomieni piekielnych liżą dookoła metry kwadratowe powierzchni, która niezawiniona gości to zdarzenie. Piekło jest punktem, jedynie tu i teraz się wydarza, w umyśle, przez określony czas. Palący żar, poczucie oddzielenia, żal i trwoga. Niczyje łzy, niczyje lamenty, modlitwy ani zawodzenia, żadnych świadków, żadnej pomocnej dłoni, jeśli nie liczyć ludzi z obsługi karetki i wozu strażackiego uwijających się przy wraku i ciele. Kilku gapiów przypadkiem zassanych przez lej czasu odwraca z przerażeniem głowy. Ktoś wymiotuje ciemną treścią. Po hamburgerach popitych colą? Komuś innemu łamią się kolana. Składa się jak szwajcarski scyzoryk. Klęczy jak desperat podczas Sądu Ostatecznego. Jakiś młody mężczyzna o niebieskich oczach i włosach do ramion trzyma się za głowę, jakby coś chciało mu ją urwać. Nie może wytrzymać tego widoku… Krzyczy, kogoś woła. Boga?

W końcu wydobywają ciało z wraku. We trzech to robią, młodzi mężczyźni. Powoli, metodycznie, niespiesznie chwytając ramiona i nogi jak skrzydła motyla, uważnie, by nie uszkodzić pyłku, który je pokrywa. Układają płynnym ruchem na noszach jak obrus na stole. Wigilijny…

Wigilia.

Biały obrus, rodzina. Obrus na stole w rodzinnym domu… A na nim owoc granatu, kielich z zielonego szkła, talia kart Tarota… Babcia Józefa kochała znać przyszłość. Wielki, zielony dzban i upolowany zając z głową zwieszoną, smutną jak potłuczona ozdoba choinkowa – martwa natura z reprodukcji wiszącej nad sofą. Wszystko to w jej pogrążonym w mroku mieszkaniu na południu Polski. Pod oknem fortepian pachnący starszym, nieznanym mi mężczyzną. Wydobywał z niego nuty, ale ja nigdy tego nie usłyszałem. Widzę natomiast chłopca grającego Wlazł kotek na płotek… To ja. Wygrywam tę nudną melodię aż po zmrok. Z ciemności wyłania się Pieta Rafaela. Czułość matki. Bezwarunkowa miłość matki. Gdzie moja matka?! Jedna sekunda i wyłania się obraz siedzącej w fotelu kobiety wpatrzonej w ekran telewizora. I znowu obrus na stole. Ciało nieprzytomnego mężczyzny. Sala szpitalna, operacyjna, prosektoryjna? Zimne jarzeniówki. Jak zorza polarna. To nie obrus. To całun.

Mamo.

Mamo!!!

Lęk narasta, mój własny, hodowany podskórnie, zmagazynowany w tkankach ciała, zagnieżdżony w zwojach DNA. Lęk kąśliwy jak osa, potrafiący z impetem zalać gardło i mózg, przełyk, wpełznąć do żołądka i wypełnić trzewia. Pęcznieje teraz jak ciasto. Już zarządza kwantami każdego atomu, każdej komórki. A przecież nie wydalam z siebie niczego, nawet nie mam pęcherza moczowego ani ciała w ogóle. Nie płaczę i nie mam oczu, choć widzę i się wzruszam! Nie wymiotuję, bo choć mam poczucie głowy, nie znajduję żadnego naturalnego otworu, jakim są usta, do których miękkości tak bardzo przywykłem, którymi smakowałem i całowałem. Ani dłoni nie mam, którymi próbowałbym to uwierzytelnić.

 

Ja nie mam ciała! Ja nie ma ciała!

A jednak odnoszę wrażenie, jakby ono istniało. Pamięć o nim. Nawyk jego posiadania? W moich płucach latają spłoszone nietoperze resztek oddechu. Setki latających lisów, jakie widziałem przed laty w lankijskiej dżungli, tuż przed tropikalną burzą, gwałtowną jak oddech, który właśnie straciłem.

Ja nie oddycham!

Niewypowiedziane cierpienie, niewypowiedziane słowa, niewypowiedziane JESTEM!

Naprawdę nie oddycham?

Ciało już na noszach owinięte kocem, potem odwinięte, obnażone. Uciskają klatkę piersiową, raz, dwa, trzy… intubują, zastrzyk w mięsień sercowy. Jeden, drugi… Zastygły i nieposłuszny mięsień. Ich pośpiech i niewzruszoność tego ciała. Teraz, szybko, już. Ich gwałtowne ruchy z jednej strony i bezwład tego ciała z drugiej. Ratownicy uwijają się jak owady w mrowisku ogarniętym pożarem. Las płonie. On naprawdę płonie. Kurwa mać! – tak niespodziewany, nieproszony i bez sensu pożar lasu, który od tak dawna sobie rósł. W środku lata!

Nie płoń mi!

Nie płoń mi, życie!!!

Wiatr. Dziwny, głuchy świst.

Noc gęsta jak jarzynowa zaciągnięta zasmażką. Dym z opon smolisty, krematoryjny wręcz. Swąd pleśni, kadzideł z katedry w Albi, którą odwiedzałem dziesiątki razy, by wsłuchiwać się w arcydzieło – niemy krzyk pomordowanych katarów. Chichoty aniołów. Ich oczy i dłonie. Uśmiechy wariatów.

Usta. Nie mam ich, a czuję, jakby były spierzchnięte.

Usta babci Józefy. Stoi przede mną w zielonej sukience, na niej taniec czerwonych maków. A przecież odeszła tyle lat temu. Teraz patrzą na mnie jej oczy – uważne, bezstronne jak tafla morza w bezwietrzny dzień. Są czystą miłością. Soczystą obecnością.

Opadam niżej. Jestem tuż przy ciele, przy nim. Przy kim?! Twarz mężczyzny leżącego na noszach zasłania mi teraz barczysty ratownik. Ociera pot z czoła, poprawia dłonią gęstą brodę, z której kapie ślina i pot. Odchodzi. On odchodzi! – ktoś woła. Machnął ręką. Bezradni są.

Widzę go.

Widzę tę twarz. Jest łagodna jak poranek. Naga i bezbronna.

Czytaj dalej, drogi Czytelniku. Jeśli nie przeczytasz kolejnych stron, nie dowiesz się, jak wszystko w życiu jest niewytłumaczalnie ze sobą połączone, jak bardzo współzależne. Jak konieczne do przeżycia jest nasze życie w takim kształcie, w jakim JEST, mimo licznych zasupłań, zarysowań i blizn, które zdają się nigdy nie goić do końca. Choć pewnie wolałbyś widzieć życie jako prostą, zwięzłą opowieść wyświetlaną na białym ekranie snopem z projektora z końcowymi napisami, po którym, z radością w sercu lub smutkiem, a może nawet niechęcią, chce się opuścić kino. To światło jednak nie odbija się od ekranu, nie sączy z projektora, ale płynie zawsze i wszędzie z serca samego wszechświata, z osierdzia Boga, dla którego nasza wiara czy niewiara nie ma najmniejszego znaczenia.

Szary pył oblepiał moje stopy. Kamienista droga sprawiała, że co chwila się potykałem. Właśnie wracałem z targu. Sonia prosiła, abym kupił papaję. Dużą i dorodną – nalegała. Mimo sporego ciężaru wybrałem największy owoc, z lśniącą skórą, na której zieleń, żółć i czerwień tworzyły zarysy nieistniejących kontynentów – coraz szybciej stawiałem kroki, zmierzając do ich chaty. Co rusz kątem oka spoglądałem na ciężkie, ołowiane chmury, które sunęły z północy. Wreszcie spadnie upragniony deszcz – pomyślałem. Modlitwy do Śiwy, zanoszone podczas pudźi przez braminów, zostały najwidoczniej wysłuchane. Ostatnie dni przed monsunem są najbardziej uciążliwe. Wtedy słońce doskwiera najmocniej, niczym ogromna stalownia wypluwa z siebie żar, który sprawia ciału ból, odbiera siły ludziom, zwierzętom, roślinom, bezlitośnie odwadnia. Jednak już niebawem wszystko się zmieni. Ludzie językiem wróżbitów i magów na targu, u fryzjera, przy hydrancie mówią już tylko o jednym. Bogowie, jak co roku, obdarują wszystkie żywe organizmy upragnionym deszczem, a wraz z nim chłodem, przywracając chęć do życia. Na twarzach i pyskach, dziobach i żuwaczkach, liściach i łodygach znowu pojawią się wyrazy wytchnienia. Już widzę oczami wyobraźni dzieci sąsiadów, zwłaszcza te najmłodsze, których spontaniczności nic jeszcze nie ogranicza, w lichych ubraniach, a raczej łachmanach, zmierzające przed siebie, mknące radośnie w chaosie dzieciństwa indyjskiego biedaka. Widzę też te starsze, w białych koszulach i granatowych spodenkach, kroczące dumnie do szkoły, podskakujące z okrzykami radości, łapiące w dłonie wielkie jak orzechy krople deszczu, ocierające dłońmi swoje mokre twarze.

Dotarłem pod sam ganek chłopskiej chaty, której ściany tworzyły zadziwiające krzywizny, a dach, pokryty skorodowaną blachą, wzbudzał jedynie litość. Papaja była na tyle ciężka, że przed wejściem do domu musiałem przystanąć na chwilę, położyć ją na ziemi, by uspokoić oddech i odprężyć nadgarstki. Nad wzgórzem, które wyrastało kilkaset metrów za domem, kłębiły się na niebie ciemnogranatowe stwory, płynnie przybierając twarze ludzkie i nieludzkie. Z wydętymi ustami i wybałuszonymi oczami, długimi nosami i zmierzwionymi grzywami przypominały smoki, ryby, ptaki, ale też twarze ludzi z kostropatymi nosami i odstającymi uszami. Burza dosłownie wisiała w powietrzu.

Po chwili usłyszałem głos Soni – jej imię brzmiało pięknie i znaczyło „piękna” – Hinduski już niemłodej, ale wciąż zadbanej, szczupłej, żeby nie powiedzieć filigranowej, odzianej w tanie bawełniane sari w kolorze szafranu zdobionego złotą nitką. Z dziesiątkami bransoletek, pobrzękujących na przegubach rąk i nad kostkami, wydawała się tańczącym bóstwem, które zstąpiło z jedwabnego batiku, by ożyć w realnym świecie. Każdy jej ruch, bez względu na to, czy były to kroki prowadzące do obory, czy też zgarnianie okruchów ze stołu po skończonym posiłku, niósł ze sobą melodię, niepowtarzalny i dyskretny rytm tamburynu. Sonia musiała mieć tego świadomość. Niekiedy gesty jej dłoni stawały się bardziej wyszukane, żeby nie powiedzieć teatralne, jakby chciała przekazać nimi coś więcej niż tylko to, co wydarza się przy niezbędnych czynnościach związanych z codzienną krzątaniną. A może jej gracja łączyła się z mudrami, gestami, jakie wykonywała każdego ranka i wieczoru, kiedy po skończonym dniu odprawiała dziękczynną pudźę? W modlitwie dziękowała wtedy bogom za spokojny dzień, za uśmiechy i życzliwość ludzi, których spotykała na swej drodze, za dorodne warzywa do curry, które udało się jej kupić na targu w rozsądnej cenie, za zdrowie rodziny i zwierząt w obejściu, za plony, za deszcz, który miał wnet wypełnić życiem popękane pola, za pieszczotę męża, którą obdarzył ją mimochodem dzisiejszego popołudnia, gdy na chwilę oparła się na jego ramieniu i wtuliła głowę w ciepły, tętniący tors.

Szepnął jej wtedy: „Kocham nasz dom”. Wiedziała, że to wyznanie było czymś więcej, niż mogłaby oczekiwać. Dom tworzyli bowiem oni i ich miłość.

Wszedłem do sieni. Uderzył mnie charakterystyczny zapach kurzu, słodkich kadzideł i olejku kokosowego, który Sonia wcierała każdego ranka w swoje gęste, czarne włosy i w skórę ciała po porannej toalecie przy studni. Bukiet zapachów, którego na próżno szukałbym w moim kraju, wywoływał we mnie jakąś bliżej nieokreśloną tęsknotę, poczucie, że jest się gdzieś tam, ale na pewno nie u siebie, że mieszka się w innym domu, nie w swoim, a mimo to bezpiecznym i pełnym ciepła, i w tym sensie swojskim. Podobnie jak muzyka zapachy mogą nam się przyśnić, zanim rozpoznamy je na jawie. W intensywnym śnieniu jest miejsce na każde doznanie, jakie odbieramy na jawie poprzez wszystkie zmysły. Pamięć zapachów, zwłaszcza tych przywiezionych z podróży, w jednej sekundzie wyzwala wspomnienia i obrazy minionych chwil, przenosi nas w każde miejsce, do każdego spotkanego niegdyś człowieka, za nic mając bariery czasu i przestrzeni.

Sonia wyjęła mi z rąk owoc i odsłoniła zęby w szczerym, pełnym życzliwości uśmiechu.

Rajiv – a to imię w hindi znaczy „lotos”, „niebieski lotos” – mój przyjaciel, a jej mąż, klepnął mnie w ramię i dał do zrozumienia, abym poszedł za nim do pokoju obok. Tam czekał na nas mężczyzna w szarym podkoszulku i brudnych, wytartych dżinsach. Był jak my wszyscy spocony. Pachniał korzennie, wyraziście. W ręku trzymał nóż do cięcia szkła, który zręcznie przekładał między palcami. W pewnej chwili Rajiv wskazał na akwarium stojące tuż obok na chybocącej się ławie. Spojrzał na mnie z uśmiechem i zapytał, jak mi się podoba. Otworzyłem szeroko usta na ten widok. Spory zbiornik na ryby w indyjskiej chacie i to pytanie „jak mi się podoba?” wprawiły mnie w osłupienie. Zupełnie nie wiedziałem, jak się zachować, co powiedzieć. Wtedy Rajiv, wyczuwając moje zakłopotanie, powiedział:

– Z twoich wcześniejszych opowieści wynikało, że właśnie tego ci brakowało, że właśnie takie akwarium miałeś… tam. Czyż nie tak? Opowiadałeś nam o kolorowych rybach, które trzymałeś gdzieś tam…

Że poczułem się zdezorientowany, to mało powiedziane. Kpił ze mnie?

– Rajiv, ja cię nie prosiłem o żadne akwarium. O czym ty mówisz? Skąd w ogóle ten pomysł? To jakiś żart, prawda? Co ty kombinujesz? – Uśmiechnąłem się, chcąc tym samym rozładować napięcie. – Myślę, że tak naprawdę kazałeś zrobić je dla siebie, że… Rajiv, czy ja ci w ogóle opowiadałem o akwarium? Dlaczego właśnie o tym miałbym mówić? No, zastanów się, Rajiv! To prawda, że trzymałem kiedyś w domu ryby… Miałem spory zbiornik, w którym pływały błękitne i pomarańczowożółte pielęgnice z afrykańskich jezior, ale, na Boga, jeśli dobrze pamiętam, nigdy wam o tym nie opowiadałem… Na pewno nie!

Wtedy on, z trzęsącymi się rękami, podszedł bardzo blisko, objął mnie, mocno przytulił i się rozpłakał. Usta mu drżały. Łzy pospiesznie ocierał dłonią. Ledwie mógł artykułować słowa. Nie na tyle jednak niewyraźnie, abym ich nie rozumiał.

– Synu… synu, powiedz, dlaczego nam to robisz? Co się z tobą dzieje?

Próbowałem go odepchnąć, bo sytuacja wydawała mi się co najmniej niezręczna. Co to za historia? Jakaś totalna schiza. Jak to w ogóle możliwe, że gdy znalazłem się w Indiach, tu i teraz, w domu dwojga bezdzietnych Hindusów, mój znajomy – Rajiv, mąż Soni, tuląc mnie do serca, bierze mnie za swego syna? Wszystko to wydawało mi się absurdalne, koszmarnie dziwne, wręcz przerażające! Czy ktoś mnie w coś wkręca? Chce ze mnie zrobić szaleńca?

Do pokoju, jak gdyby nigdy nic, weszła Sonia z papają pokrojoną na kawałki ułożone na drewnianej tacy. Przystroiła je liśćmi, które lśniły jak nawoskowane po tym, jak skropiła je wodą.

Milczała.

Na jej twarzy malował się spokój, choć musiała słyszeć słowa, jakie padły z naszych ust. Na stoliku postawiła miedziany dzban z zimną wodą, na którym natychmiast skropliła się para, pozostawiając odciski jej drobnych palców. Zbliżyła się do mnie i do Rajiva, który usiadł na macie, spojrzała na niego z cieniem wyrzutu, a potem wzrok przeniosła na mnie. Z ledwie rysującym się, pełnym obaw uśmiechem zapytała nas, czy wszystko w porządku. Podczas gdy Rajiv niezdarnie ocierał ślady po łzach, mężczyzna w szarym podkoszulku, niemy świadek sceny, jaka przed chwilą rozegrała się między tak zwanym ojcem i tak zwanym synem, stał odwrócony przy stalowej ramie akwarium i wycinał ostrzem nadmiar kitu tuż przy krawędziach szkła. Wciąż nie odwracając się do nas, zagadnął o monsunie. Wszyscy o tym mówili. Banalny temat do rozmów. Było oczywiste, że pora deszczowa pukała do drzwi. Jeszcze do niedawna zastygłe jak beton powietrze od paru dni przemieszczało się coraz gwałtowniej. Wiatr z chwili na chwilę przybierał na sile, co wszystkich, wraz z całą przyrodą, wprawiało w rodzaj organicznej i instynktownej ekscytacji.

Po dłuższej chwili Sonia podeszła do mnie, podała mi kawałek papai i zapytała, wyraźnie akcentując każdą sylabę:

– Powiedz, kochany, powiedz głosem serca, jak masz na imię.

Osłupiałem.

Naprawdę nie miałem pojęcia, dlaczego pyta mnie o oczywistość. Wiedziała przecież, jak się nazywam, kim jestem, skąd przybywam. Kiedy wymówiłem na głos swoje imię, spuściła głowę. Na jej twarzy dostrzegłem grymas cierpienia. Nie to spodziewała się usłyszeć. Rajiv odwrócił się w stronę okna i głośno wydmuchał nos. Za oknem na dobre tańczyły tumany kurzu wzniecanego podmuchami wiatru. Niczym postaci z koszmaru sennego unosiły się nad ziemią i przechadzały po pustej drodze. Przypominały zbłąkanych żołnierzy, którzy po wojnie nie potrafią odnaleźć drogi do domu, do żony i dzieci, a kiedy w końcu docierają, wnet wiążą sznur na szyi i wieszają się na drzewie, nie mogąc udźwignąć zła, jakie im uczyniono, jakie sami uczynili, nie chcąc innych skazywać na życie w cieniu ich traumy.

 

Nie mogłem wytrzymać tej nieznośnie gęstej atmosfery panującej tego dnia w domu moich hinduskich przyjaciół. Gdy w końcu wyszedłem na ganek, by złapać oddech, by przyjrzeć się narastającemu na niebie zjawisku, które wcześniej kątem oka śledziłem za oknem, nagle zobaczyłem tuż przy moich stopach dorodnego skorpiona. Podążał w kierunku domu. Jego chitynowy pancerz lśnił jak dukat. Szukał szpary pod murem, by schronić się w cieniu. Przykucnąłem i patykiem zagrodziłem mu drogę. Podobnie jak pająków nigdy nie zabijałem skorpionów, mimo iż budziły we mnie lęk… przed śmiercią, z czasem stając się jej symbolem w marzeniach sennych. Gdy dźgałem go końcem patyka, podenerwowany unosił odwłok i kolcem jadowym intuicyjnie szukał napastnika, swojej potencjalnej ofiary. Drapieżnikom, jak wiadomo, tylko czyjaś śmierć może przynieść ukojenie. Znienacka nadszedł mężczyzna w szarym podkoszulku, stanął przy mnie i przeciął obcęgami stawonoga na pół. Patrzyłem, jak na piasku tańczył odwłok skorpiona, daremnie wymachując kolcem jadowym, a głowa nerwowo poruszała żuwaczkami, które już nigdy nie pochłoną żadnej zdobyczy. Spojrzałem do góry i zobaczyłem poświatę słońca i ledwie wyraźny zarys męskiej sylwetki. Kilka oślepiających refleksów przypominało promienie monstrancji.

Nagle dziwnie pociemniało. Góra czarnych chmur zawisła nad wioską. Z oddali dochodziło wycie błąkającego się po okolicy bezdomnego psa, który zazwyczaj tylko nocą dawał o sobie znać. Ludzie mawiali, że to głodny demon albo czyjaś dusza, która po śmierci nie może się uwolnić z więzów poprzedniej egzystencji. W Indiach niemal wszystkie psy są bezdomne. Ogarnięte stuporem za dnia i wściekle rozszczekane nocą, zalegają na drogach obojętne na klaksony pojazdów, z rzadka tylko podnosząc łby, proszące spojrzeniem, jeśli tylko znajdą na to siłę: „pokochaj mnie albo zabij”. Zapchlone i schorowane, budzące odrazę miejscowych, rzadziej litość, stanowią osobną kastę najbardziej niedotykalnych ze wszystkich. Bo to psy w Indiach, nie ludzie, są prawdziwymi niedotykalnymi.

Pod wieczór zasiedliśmy przy stole, który Rajiv zbił niegdyś z desek odkupionych od sąsiada – pochodzących z rozlatującego się łóżka, a raczej pryczy, po jego zmarłej żonie. Ilekroć opierałem o blat łokcie, myślałem o tej parze, o tym, że kochali się na tych deskach i płodzili na nich dzieci, a potem ona umierała powalona jakąś tajemniczą gorączką. Mimo to spokojnie przełykałem.

Rodzinę Soni i Rajiva znałem od dawna. Kiedy przed laty po raz pierwszy przybyłem do Indii i pojechałem do Gai, spotkałem ich całkiem przypadkiem w drodze do jaskiń słynących z cudów i tajemnic. Na moich oczach dorabiali się i miesiąc po miesiącu, rok po roku budowali swój dom, swoje szczęście.

Dom.

To słowo zabrzmiało dziwnie niepokojąco. Gdzie on właściwie jest? Gdzie jest mój dom?

Sonia złożyła głowę w dłoniach otwartych jak kwiat lotosu i wpatrywała się w blat, na którym wcześniej ustawiła misę z samosami. Lepiłem je z nią nad ranem. Rajiv nie tknął ani jednej. Wykręcał się brakiem apetytu. W końcu podniósł głowę, spojrzał na mnie i zaczekał, aż i ja odnajdę go wzrokiem. Wydawał się więcej niż strapiony.

– Synu, spójrz na mnie.

„Synu”?

Uczyniłem to z trudem, bo to zakrawało na komedię. Jaki ze mnie syn… Na bogów!

– Mój ukochany synu – zaczął pompatycznie – nie sprawiaj mi więcej bólu. Czy nie widzisz… Czy naprawdę nie widzisz, jak bardzo cierpię? – Spojrzał na żonę, potem znów na mnie. – Czy nie widzisz, jak cierpimy oboje z mamą?

Dotknął czule zimną dłonią mojego policzka.

– Doktor mówi, że kryzys już minął, ale my… my cierpimy nadal, widząc, jak się miotasz.

Wtedy nie wytrzymałem.

– Rajiv, przyjechałem do was z Europy. Ale ty przecież znasz moje prawdziwe imię i dobrze wiesz, kim jestem. Kocham Indie, ale to nie jest moja ojczyzna! Kocham was oboje, ale wy jesteście moimi przyjaciółmi, a nie rodzicami. Uwielbiam waszą wioskę, jej mieszkańców, tyle pięknych wspomnień łączy mnie z tym miejscem. Wprost przepadam za tymi dwoma pociesznymi osiołkami i waszą bawolicą, która mnie rozpoznaje i radośnie wymachuje ogonem. Cieszę się, kiedy mogę wytrzepać wam sienniki, dywan, ten jedyny dywan, który wam kiedyś podarowałem, gdy wróciłem z Allahabadu. Śmialiście się, bo miałem wam przywieźć błogosławioną wodę z obchodów Mahakumbhamela, a kupiłem zbytek. Zawsze się cieszę, kiedy mogę udać się na targ do Gai po owoce i ryby, żeby nie musiała ich dźwigać Sonia ani ty, który ciężko pracujesz w polu. Ale, na Boga, nie nazywaj mnie swoim synem, bo… bo nim zwyczajnie nie jestem! Rajiv – chwyciłem go mocno za rękę – ja nie jestem waszym synem! Ludzie, czy wyście poszaleli?!

Spojrzałem na niego raz jeszcze, wstałem, stanąłem tuż za nim, położyłem ręce na jego ramionach i powiedziałem spokojnym i opanowanym tonem:

– Rajiv, ja nie jestem twoim synem.

Zaczął drżeć. Pod moimi dłońmi jego ramiona podrygiwały.

– Oddychaj głęboko, Rajiv. Nie jestem synem, nie jestem waszym dzieckiem… Słyszysz to…? Ale jestem waszym przyjacielem.

Rajiv sapał i łapał się oburącz za głowę. Rozpacz dosłownie go rozsadzała. Po chwili, zupełnie już tracąc kontrolę nad sobą, krzyknąłem:

– Kurwa, ja nie jestem twoim synem! Żadnym waszym synem! Słyszycie to?! Najedliście się jakiegoś zielska, postradaliście zmysły?! Co za bzdura! Coś was opętało?!

Wtedy on wstał od stołu, wzniósł ręce do góry niczym kapłan i zaczął intonować pieśni wedyjskie, których znaczenia nie rozumiałem. Sonia wybuchnęła głośnym spazmem. Boże, tak rozpaczliwego płaczu nie słyszałem nigdy. Strumień łez zdawał się nie mieć końca. I ten świst za oknem, narastający, złowróżbny.

Po dłuższej chwili Sonia podeszła do mnie, uklękła i wzięła w swoje dłonie moją.

– Kochany, obudź się. To, co mówisz, nie jest prawdą. To majak, ułuda. Nie odrzucaj nas, kochanie. – Spojrzała na mnie. – Jesteś naszym synem. Kochany mój, najsłodszy, przecież masz na imię Moti. Jesteś moim słodkim, kochanym, wymarzonym Motim. Wszyscy cię kochamy, tak bardzo cię kochamy. Po śmierci siostry zostałeś nam tylko ty. Jak to możliwe, że sprawiasz nam taki ból?

– Moti?! Sonia, jaki Moti?! Co to za imię?! Nawet nie wiem, co ono znaczy! – krzyczałem wzburzony.

– Moti, babcia tak cię nazwała. Moti – powtórzyła. – „Perełka”. Nie sprawiaj nam więcej bólu, kochany… bo dłużej nie damy tak rady… Nie mamy już więcej pieniędzy na lekarza… ani na szamana. Nie mamy już sił, aby się z tym zmagać. Jaki zły duch chce nam ciebie odebrać? Co to za klątwa, i za jakie uczynki? Co za karma?!

To najgorsze, co mogłem usłyszeć: że sprawiam im ból. Właśnie tym, z którymi tak bardzo byłem od lat związany. Kiedy zaświtało mi w głowie, że to wszystko jest jak zły sen, że być może naprawdę jest snem, z którego jak najszybciej należałoby się obudzić, wszyscy usłyszeliśmy pierwsze uderzenia ciężkich jak ołowiane kule kropel deszczu. Spadały na dach, na glebę, wzniecając tumany pyłu. Piasek przed domem wprost tańczył w podskokach. W izbie tak pociemniało, że Rajiv, nie zastanawiając się ani chwili, zapalił knot lampy oliwnej. Po chwili dyskretny płomień rozświetlił nasze twarze. Na policzkach Soni wciąż szkliły się paciorki łez. Gdy potężny grzmot rozległ się w pobliżu domu, Rajiv znowu położył rękę na mojej głowie.

– Dlaczego? Powiedz, dlaczego mi to robisz?

Czułem, jak ogarnia mnie jakaś niewytłumaczalna niemoc. Zesztywniały język i wargi popękane od spiekoty nie umiały wyartykułować najprostszych głosek. Przyspieszone tętno sprawiało, że łapałem oddech niczym ryba w sieci. Jednak nawet gdybym mógł bez przeszkód powiedzieć cokolwiek, zupełnie nie wiedziałbym co.

Zaległo milczenie gęste jak zaschnięta owsianka, nad którą od śniadania krążyły muchy. Żywioł za oknem coraz bardziej przypominał o swojej sile. Kilka błyskawic, niczym flesze aparatów, obnażało dramatyzm naszych pogubionych spojrzeń. Kiedy już miałem zamiar wstać od stołu, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, Sonia przesunęła na bok paterę z kawałkami papai, robiąc miejsce na stole, i opanowanym tonem zwróciła się do mnie:

– Dobrze, Moti, dobrze… Niech tak będzie.

Jej spojrzenie mnie przeszyło. Było pełne determinacji, opanowania, na które jeszcze przed chwilą nie umiałaby się zdobyć.

– Jeśli jest tak, jak mówisz… Jeśli rzeczywiście jesteś Europejczykiem, masz na imię… tak jak ci się wydaje, a twoja ojczyzna jest gdzieś tam, i nie są nią nasze Indie, jeśli rzeczywiście mieszkasz w innym kraju, a twoi rodzice mają jasną skórę, bo jak usiłujesz nas przekonać, to nie my nimi jesteśmy, zatem jeśli…

Tu Rajiv jej przerwał, tłumacząc, że to na nic, że ja jestem bardzo chory, najwidoczniej bardzo ciężko, że tego nie zrozumiem, że to już nie ma najmniejszego sensu… że to sprawka demonów, złych sił, magii i uroków.

Trudno mi było spokojnie słuchać tych słów, konfrontować się z takimi emocjami. Miałem ochotę w jednej chwili spakować torbę i wyjechać… byle szybko, byle daleko. Dom moich indyjskich przyjaciół stawał się dla mnie z chwili na chwilę niczym nieznośne więzienie, z realnymi ścianami uczynionymi z niczym niewytłumaczalnej paranoi. Ich paranoi. I gdy już prawie podnosiłem się z maty, Sonia gwałtownie stanęła na równe nogi, uprzedzając mój zamiar. Pobiegła do skrzyni, w której skrzętnie gromadziła kobiece drobiazgi: róże do ust, wonne olejki, chnę, setki różnokolorowych bransoletek na każdą okazję, kilka kuponów szlachetnych tkanin, z których kiedyś na pewno każe sobie uszyć wspaniałe sari, i wyjęła z niej lusterko. Zwykłe, z różową, tandetną, plastikową ramką, mocno już zresztą porysowaną. Znów usiadła przy mnie, włożyła mi je w dłoń, zacisnęła moje palce na uchwycie, podniosła je na wysokość mojej twarzy i ze łzami w oczach cedziła sylaby: