Pies Baskerville’ów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Ostatni ukłon
Ostatni ukłon
E-book
5,94 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki:

Studio Gravite, Olsztyn

Ilustracja na okładce:

Michał Myszkowski

Tłumaczenie z języka angielskiego:

Anna Krochmal, Robert Kędzierski

Opracowanie redakcyjne:

Studio Wydawnicze Katarzyna Maćkowiak

© Wydawnictwo REA, Warszawa 2009

ISBN 978-83-7993-251-1

Wydawnictwo REA-SJ Sp. z o.o.

Dział Handlowy

ul. Kościuszki 21, 05-510 Konstancin-Jeziorna

tel. 22 631 94 23; fax 22 632 21 15

e-mail: handlowy@rea-sj.pl

www.rea-sj.pl

Skład i łamanie wersji drukowanej:

Studio Wydawnicze Katarzyna Maćkowiak

Druk i oprawa:

Olsztyńskie Zakłady Graficzne, OZGraf S.A.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Każda reprodukcja, adaptacja całości lub części niniejszej publikacji, kopiowanie do bazy danych, zapis elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny, dźwiękowy lub inny wymaga pisemnej zgody Wydawcy i właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej:

Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Rozdział pierwszy SHERLOCK HOLMES

Rozdział drugi KLĄTWA BASKERVILLE’ÓW

Rozdział trzeci PROBLEM

Rozdział czwarty SIR HENRY BASKERVILLE

Rozdział piąty TRZY PRZERWANE WĄTKI

Rozdział szósty REZYDENCJA BASKERVILLE’ÓW

Rozdział siódmy STAPLETONOWIE Z MERRIPIT HOUSE

Rozdział ósmy PIERWSZY RAPORT DOKTORA WATSONA

Rozdział dziewiąty DRUGI RAPORT DOKTORA WATSONA ŚWIATŁO NA WRZOSOWISKU

Rozdział dziesiąty FRAGMENT DZIENNIKA DOKTORA WATSONA

Rozdział jedenasty MĘŻCZYZNA ZE WZGÓRZA

Rozdział dwunasty ŚMIERĆ NA WRZOSOWISKU

Rozdział trzynasty ZARZUCANIE SIECI

Rozdział czternasty PIES BASKERVILLE’ÓW

Rozdział piętnasty RETROSPEKCJA

Rozdział pierwszy SHERLOCK HOLMES

Sherlock Holmes, który zazwyczaj wstawał bardzo późno – z wyjątkiem tych dość licznych sytuacji, gdy nie spał przez całą noc – siedział przy stole i popijał poranną kawę. Stałem na dywaniku przy kominku i trzymałem w rękach laskę, którą poprzedniego wieczoru zostawił tu nasz gość. Wykonana była z dobrego, mocnego drewna i zakończona okrągłą gałką, pod którą umieszczono szeroką niemal na cal srebrną obrączkę z wygrawerowanym napisem: „Jamesowi Mortimerowi, M.R.C.S., od przyjaciół z C.C.H.” oraz datą „1884”. Dokładnie takie same laski nosili lekarze domowi starej daty – pełne godności, solidne i budzące zaufanie.

– I cóż, Watsonie, o tym myślisz? – odezwał się Holmes.

Siedział odwrócony do mnie plecami, a ja w żaden sposób nie zdradziłem, czym się zajmuję.

– Skąd wiesz, co robię? Czyżbyś miał oczy z tyłu głowy?

– Nie, ale stoi przede mną dobrze wypolerowany, posrebrzany dzbanek do kawy – odparł. – Powiedz mi, Watsonie, co myślisz o naszym gościu na podstawie tego przedmiotu? Niestety, rozminęliśmy się z nim i nie poznaliśmy celu jego wizyty, toteż ta przypadkowa pamiątka nabiera dla nas znaczenia. Ciekaw jestem, co możesz mi powiedzieć o tym człowieku.

– Sądzę – odpowiedziałem, stosując na tyle, na ile potrafiłem, metody mojego przyjaciela – że doktor Mortimer jest świetnie prosperującym starszym lekarzem, szanowanym przez ludzi, którzy podarowali mu tę laskę w dowód uznania.

– Dobrze – powiedział Holmes. – Wyśmienicie!

– Sądzę również, iż to bardzo prawdopodobne, że jest wiejskim lekarzem, który często udaje się do swych pacjentów pieszo.

– A to dlaczego? – zapytał Holmes.

– Cóż, choć kiedyś musiała być bardzo ładna, ta laska jest tak poobijana, że trudno mi sobie wyobrazić, by mógł ją nosić jakiś lekarz z miasta. Żelazne, masywne okucie na końcu jest mocno zniszczone, a z tego jasno wynika, że nasz doktor często jej używał.

– To, co mówisz, brzmi bardzo rozsądnie – stwierdził Holmes.

– No i jest jeszcze ten napis: „Od przyjaciół z C.C.H.”. Przypuszczam, że może tu chodzić o jakieś lokalne koło łowieckie… Doktor Mortimer zapewne kiedyś udzielał jego członkom pomocy medycznej, oni zaś w podzięce podarowali mu ten drobny prezent.

– Doprawdy, Watsonie, przechodzisz samego siebie – powiedział Holmes, odchylając się głębiej w fotelu i zapalając papierosa. – Muszę powiedzieć, że zawsze, gdy byłeś tak miły i opisywałeś moje skromne dokonania, z reguły nie doceniałeś swych własnych zdolności. Być może nie świecisz jak słońce, ale potrafisz wyprowadzić z mroku. Niektórzy ludzie, sami pozbawieni geniuszu, posiadają niezwykłą moc budzenia go w innych. Chcę powiedzieć, drogi przyjacielu, że jestem ci bardzo zobowiązany.

Nigdy dotąd nie zwracał się do mnie w ten sposób i przyznaję, że jego słowa sprawiły mi ogromną przyjemność. Często nie okazywał nic więcej poza obojętnością, zarówno wtedy, gdy wyrażałem mój podziw dla niego, jak i kiedy starałem się przedstawić innym skuteczność jego metod; niejednokrotnie czułem się tym dotknięty. Dlatego teraz dumą napawała mnie myśl, że zasłużyłem na uznanie mojego przyjaciela, stosując sposób jego rozumowania, który tak dobrze opanowałem.

Holmes wziął z moich rąk laskę i przez kilka minut uważnie jej się przyglądał. Następnie odłożył papierosa i z wyrazem ożywienia na twarzy podszedł z nią do okna, gdzie ponownie zaczął jej się przypatrywać, tym razem używając do tego celu lupy.

– To interesujące, ale sprawa jest prosta – stwierdził, siadając na kanapie. – W tej lasce z całą pewnością kryje się niejedna wskazówka, która może nas doprowadzić do ciekawych wniosków.

– Czyżby coś mi umknęło? – zapytałem lekko urażony, nabrałem już bowiem przekonania o własnych umiejętnościach dedukcji. – Nie wydaje mi się, bym przeoczył jakiś istotny detal. A może jednak?

– Obawiam się, mój drogi Watsonie, że większość twoich wniosków była błędna. Gdy mówiłem, że pobudziłeś mnie do myślenia, miałem tak naprawdę na uwadze twoje pomyłki. Przypadkiem naprowadziły mnie na właściwy trop. Nie w tym rzecz, że zupełnie byłeś w błędzie. Ten człowiek jest z całą pewnością wiejskim lekarzem. I często chodzi pieszo.

– Miałem zatem rację.

– W tej kwestii, tak.

– I to by było wszystko.

– Nie, nie, mój drogi Watsonie, nie wszystko… Z całą pewnością nie wszystko. Sugerowałbym na przykład, że podarunek dla lekarza prawdopodobnie nie pochodzi od koła łowieckiego, lecz od pracowników szpitala. Jeśli litery „C.C.” umieści się przed literą oznaczającą szpital, słowa „Charing Cross” nasuwają się same.

– Być może masz rację.

– Wydaje mi się to wysoce prawdopodobne. I jeśli przyjmiemy to za roboczą hipotezę, mamy nowe podstawy, aby dowiedzieć się czegoś więcej o naszym nieznajomym.

– Cóż, w takim razie zakładając, że „C.C.H.” rzeczywiście oznacza „Charing Cross Hospital”, jakie wnioski moglibyśmy jeszcze wyciągnąć?

– Żaden ci nie przychodzi do głowy? Znasz przecież moje metody działania. Zastosuj je!

– Jedyne, co mi przychodzi na myśl, to oczywisty wniosek, że człowiek ten, nim przeprowadził się na wieś, prowadził praktykę w mieście.

– Uważam, że tym tropem możemy pójść o krok dalej. Pomyśl. Z jakiej okazji wręcza się komuś taki prezent? Kiedy jego przyjaciele mogli wspólnie postanowić, że w taki sposób okażą mu swoją sympatię? Oczywiście w chwili gdy doktor Mortimer odchodził z pracy w szpitalu, żeby otworzyć własną praktykę. Wiemy już, że laskę otrzymał na pamiątkę. Przypuszczamy, że zrezygnował z pracy w szpitalu, by podjąć praktykę na wsi. Czy posunęlibyśmy się zatem zbyt daleko, gdybyśmy stwierdzili, że upominek wręczono na pożegnanie z tej właśnie okazji?

– Z całą pewnością wydaje się to prawdopodobne.

– A teraz zauważ, że nie mógł on być stałym pracownikiem szpitala. Na takie posady przyjmowani są jedynie uznani lekarze, a tacy przecież nie przenoszą się z Londynu, aby prowadzić praktykę na wsi. Kim był w takim razie? Skoro doktor Mortimer pracował w szpitalu, nie mając zagwarantowanej posady, mógł być co najwyżej asystentem, kimś niewiele ważniejszym niż praktykujący studenci ze starszych roczników. Ze szpitala odszedł zaś pięć lat temu – to mówi nam data wygrawerowana na lasce. Tak więc, jak widzisz, twój obraz poważnego lekarza w średnim wieku rozwiał się niczym mgła, mój drogi Watsonie. Pojawia się natomiast wyobrażenie młodego człowieka, przed trzydziestką – sympatycznego, niezbyt ambitnego i roztargnionego. Ma też ulubionego psa, o którym w przybliżeniu mógłbym powiedzieć, że jest większy niż terier, a mniejszy niż mastiff.

 

Roześmiałem się z niedowierzaniem. Sherlock Holmes rozparł się na kanapie, puszczając niewielkie, drżące w powietrzu kółka dymu, które unosiły się powoli w stronę sufitu.

– Jeśli chodzi o twoje ostatnie słowa, nie mam pojęcia, jak mógłbym to zweryfikować – odrzekłem – ale bez trudu możemy się dowiedzieć paru szczegółów dotyczących wieku i kariery tego człowieka.

Sięgnąłem po stojący na niewielkiej półce z książkami medycznymi „Wykaz lekarzy” i odnalazłem właściwą stronę. Było kilku Mortimerów, ale tylko jeden z nich mógł być naszym gościem. Zacząłem czytać na głos:

„Mortimer James. M.R.C.S., 1882; Grimpen, Dartmoor, Devon. W latach od 1882 do 1884 asystent chirurga w Charing Cross Hospital. Laureat nagrody Jacksona w dziedzinie patologii porównawczej za pracę zatytułowaną «Czy choroba to powrót do cech atawistycznych?». Członek Szwedzkiego Towarzystwa Patologicznego. Autor artykułów «Atawistyczne anomalie» (The Lancet, 1882), «Czy się rozwijamy?» (Journal of Psychology, marzec 1883); lekarz w gminach Grimpen, Thorsley i High Barrow”.

– Żadnej wzmianki o lokalnym kółku łowieckim, Watsonie – stwierdził Holmes, uśmiechając się szelmowsko. – Ale jak słusznie zauważyłeś, to wiejski lekarz. Sądzę, że moje wnioski są dość trafne. Jeśli natomiast chodzi o przymiotniki, które wymieniłem − o ile dobrze pamiętam: sympatyczny, mało ambitny i roztargniony − to moje doświadczenie podpowiada mi, że na tym świecie tylko ludzie sympatyczni dostają upominki, tylko mało ambitni porzucają karierę w Londynie, by prowadzić praktykę na wsi, a jedynie roztargnieni zostawiają swoją laskę zamiast wizytówki, po tym jak przez godzinę czekali w twoim salonie.

– A pies?

– Miał zwyczaj nosić tę laskę za swoim panem. Ponieważ jest ciężka, pies mocno ją trzymał w środkowej części, stąd w tym miejscu bardzo wyraźne odciski jego zębów. Jak widać z odstępów pomiędzy śladami, szczęka tego psa jest moim zdaniem zbyt szeroka jak na teriera, a zbyt wąska jak na mastiffa. To mógł być… tak, na Jowisza! To spaniel!

Mówiąc to, wstał i szybkim krokiem ruszył przez pokój, zatrzymując się we wnęce przy oknie. W jego głosie słychać było taką pewność siebie, że zaskoczony podniosłem wzrok.

– Drogi przyjacielu, jak możesz być tego tak pewnym?

– Z tego prostego powodu, że widzę tego psa przed naszymi drzwiami, a jego właściciel sięga akurat do dzwonka. Zostań, Watsonie, proszę. To przecież twój kolega po fachu, a twoja obecność może się okazać pomocna. Watsonie, nadchodzi właśnie ta dramatyczna chwila, w której odmienia się los: oto słyszysz na schodach kroki człowieka, który wkroczy w twoje życie, i nie wiesz, czy przyniesie ci to coś dobrego, czy złego. Czego może chcieć doktor James Mortimer, człowiek nauki, od Sherlocka Holmesa specjalizującego się w sprawach kryminalnych?… Proszę!

Wygląd naszego gościa był dla mnie zaskoczeniem, gdyż spodziewałem się raczej ujrzeć typowego wiejskiego lekarza. Był to bardzo wysoki chudy mężczyzna z długim nosem przypominającym dziób ptaka, sterczącym pomiędzy dwojgiem bystrych, szarych, osadzonych blisko siebie oczu, błyszczących zza okularów w złotej oprawce. Ubrany był stosownie do swego zawodu – jakkolwiek nieco niechlujnie – w spłowiały frak i znoszone spodnie. Choć młody, poruszał się nieco przygarbiony, z pochyloną do przodu głową, roztaczając wokół siebie atmosferę badawczej życzliwości. Gdy wszedł, jego wzrok zatrzymał się na lasce, którą Holmes trzymał w dłoniach. Podbiegł ku niej z okrzykiem radości.

– Całe szczęście – powiedział. – Nie byłem pewien, czy zostawiłem ją tutaj, czy w biurze spedycyjnym. Za nic w świecie nie chciałbym utracić tej laski.

– Dostał ją pan w prezencie, jak sądzę? – rzekł Holmes.

– Tak, sir.

– Od kogoś z Charing Cross Hospital?

– Od paru przyjaciół stamtąd, z okazji mojego ślubu.

– Och, niedobrze – powiedział Holmes, potrząsając głową.

Doktor Mortimer mrugnął zza swych okularów, nieco zdumiony.

– A cóż w tym złego?

– Tylko tyle, że nasze dociekania okazały się błędne. Mówi pan, że z okazji ślubu?

– Tak, sir. Ożeniłem się, więc odszedłem ze szpitala z nadzieją na własną praktykę. A rodzina potrzebuje domu.

– No proszę, mimo wszystko aż tak bardzo się nie myliliśmy – stwierdził Holmes. − A teraz, doktorze Mortimer…

– Panie Mortimer, sir. Jestem tylko zwykłym, skromnym lekarzem.

– I jak widzę człowiekiem o niezwykle precyzyjnym umyśle.

– Jestem naukowcem amatorem, panie Holmes. Takim zbieraczem muszelek na brzegu wielkiego, nieodgadnionego oceanu. Zakładam, że rozmawiam z panem Sherlockiem Holmesem, nie zaś…

– Nie. To mój przyjaciel, doktor Watson.

– Miło mi poznać, sir. Słyszałem nieraz pańskie nazwisko wymieniane z nazwiskiem pańskiego przyjaciela. Bardzo mnie pan ciekawi, panie Holmes. Nigdy bym się nie spodziewał tak długiej czaszki ani tak wydatnych łuków brwiowych. Czy miałby pan coś przeciwko temu, gdybym zbadał palcami pana szew ciemieniowy? Odlew pańskiej czaszki, sir, to jest do czasu, gdy dostępny będzie oryginał, mógłby być ozdobą każdego muzeum antropologicznego. Nie chciałbym, aby zabrzmiało to zbyt pochlebczo, ale muszę przyznać, że zazdroszczę panu jego czaszki.

Sherlock Holmes gestem wskazał naszemu dziwnemu gościowi krzesło.

– Widzę, że jest pan entuzjastą swej dziedziny, podobnie zresztą jak ja mojej – stwierdził. – Sądząc po pańskim palcu wskazującym, sam skręca pan sobie papierosy. Jeśli ma pan na to ochotę, proszę zapalić.

Mężczyzna wyjął tytoń i bibułkę i z zaskakującą zręcznością skręcił papierosa. Miał długie drżące palce, zręczne i nie spokojne niczym czułki owada. Holmes milczał, lecz jego szybkie spojrzenia świadczyły o tym, jak bardzo zaciekawił go nasz dziwny gość.

– Zakładam, sir – powiedział wreszcie – iż to nie tylko chęć zbadania mojej czaszki sprawiła, że zaszczycił nas pan wczorajszą i dzisiejszą wizytą?

– Nie, sir, choć bardzo się cieszę, że miałem sposobność zrobić również i to. Przyszedłem do pana, panie Holmes, ponieważ zdaję sobie sprawę, że sam nie jestem zbyt praktycznym człowiekiem, i ponieważ nieoczekiwanie stanąłem przed bardzo poważnym i niezwykłym problemem. Wiedząc, że jest pan drugim najlepszym ekspertem w Europie…

– No proszę! A czy mógłbym się dowiedzieć, kto ma zaszczyt być tym pierwszym? − spytał nieco szorstko Holmes.

– Na człowieku o precyzyjnym umyśle naukowca ogromne wrażenie muszą wywierać dokonania monsieur Bertillona.

– W takim razie czy nie lepiej byłoby skonsultować się właśnie z nim?

– Cóż, powiedziałem, że na człowieku o precyzyjnym umyśle naukowca, sir. Jeśli jednak chodzi o praktyczne rozwiązania, jest pan niewątpliwie najlepszym detektywem. Mam nadzieję, sir, że nieumyślnie nie…

– Tylko trochę – rzekł Holmes. – Myślę, doktorze Mortimer, że postąpiłby pan najrozsądniej, gdyby uprzejmie mi teraz opowiedział, jakiej dokładnie natury jest problem, który wymaga mojej pomocy.

Rozdział drugi KLĄTWA BASKERVILLE’ÓW

– Mam w kieszeni manuskrypt – rzekł doktor James Mortimer.

– Zauważyłem to, gdy wszedł pan do pokoju – odparł Holmes.

– To stary manuskrypt.

– Z początku osiemnastego wieku, o ile nie został sfałszowany.

– Skąd może pan to wiedzieć, sir?

– Obserwowałem cal czy dwa tego dokumentu przez cały czas, gdy pan mówił. Kiepski byłby ze mnie ekspert, gdybym nie potrafił określić wieku papieru z dokładnością do dziesięciu lat. Być może czytał pan moją niewielką monografię poświęconą temu tematowi? Na moje oko jest z roku 1730.

– Jeśli chodzi o ścisłość, z 1742 – doktor Mortimer wyciągnął manuskrypt z kieszeni umiejscowionej na piersi. – Ten rodzinny dokument został powierzony mojej pieczy przez sir Charlesa Baskerville’a, którego nagła i tragiczna śmierć przed trzema miesiącami wywołała takie wzburzenie w Devonshire. Mogę powiedzieć, że nie tylko byłem jego lekarzem, lecz miałem też zaszczyt być jego bliskim przyjacielem. Był nieugiętym człowiekiem, sir. Przenikliwym, praktycznym… i równie pozbawionym wyobraźni jak ja sam. Traktował niniejszy rękopis bardzo poważnie i był przygotowany na taki koniec, jaki go spotkał.

Holmes wyciągnął rękę po manuskrypt i położył go na kolanie.

– Zauważ, Watsonie, że naprzemiennie używano tu długiego i krótkiego s. Ta i kilka innych wskazówek pozwoliły mi ustalić datę.

Spojrzałemznadjegoramienianapożółkłypapieriwyblakłe pismo. Nagłówek brzmiał: „Rezydencja Baskerville’ów”, a poniżej, trudnym do odczytania pismem, dodano datę: „1742”.

– Wydaje mi się, że to swojego rodzaju kronika.

– Tak, dotyczy ona pewnej legendy związanej z rodem Baskerville’ów.

– Zakładam jednak, że pragnie pan poradzić się mnie w jakiejś bardziej współczesnej i konkretnej kwestii?

– Jak najbardziej współczesnej. To wyjątkowo praktyczna i paląca rzecz, a decyzja musi zapaść w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin. Ten rękopis jest jednak dość krótki i ściśle związany ze sprawą. Za pańskim pozwoleniem, chciałbym go panom odczytać.

Holmes rozsiadł się wygodniej w fotelu, splótł dłonie i zamknął oczy. Sprawiał przy tym wrażenie zrezygnowanego. Doktor Mortimer zwrócił dokument do światła i wysokim ochrypłym głosem zaczął nam czytać starą i ciekawą opowieść:

„O pochodzeniu psa Baskerville’ów mówiono wiele różnych rzeczy. Jednak, jako że wywodzę się w prostej linii od Hugona Baskerville’a i usłyszałem tę historię od mego ojca, ten zaś zasłyszał ją od swego, spisałem całą historię w przekonaniu, że zdarzyła się rzeczywiście w taki sposób, jak ją tu opisuję. Chciałbym, moi synowie, byście wierzyli, że ta sama Opatrzność, która karze za grzech, może go również łaskawie przebaczać, a żadne przekleństwo nie jest takim ciężarem, by nie można go było znieść poprzez modlitwę i pokutę. Z tej historii dowiecie się zatem, że nie należy się lękać owoców przeszłości, lecz raczej w przyszłości z większą postępować powściągliwością, tak by te zgubne pasje, wskutek których tak bardzo ucierpiała nasza rodzina, nie zawładnęły nami powtórnie ku naszej zgubie.

Wiedzcie zatem, że w czasach wojny domowej (której historię autorstwa uczonego lorda Clarendona szczerze wam polecam) rezydencję Baskerville’ów dzierżył Hugo Baskerville. Był to bez wątpienia człek niezwykle dziki, bezbożny i nieprawy. Po prawdzie to jego sąsiedzi mogli mu jeszcze wybaczyć, rozumiejąc, że w tych okolicach nigdy nie było zbyt wielu świętych, w nim jednak taka była rozwiązłość i okrutne poczucie humoru, iż jego nazwisko stało się znane na całym zachodzie kraju. I tak się złożyło, że wspomniany Hugo pokochał (jeśli zaprawdę tak mroczną żądzę można określić takim pięknym słowem) córkę pewnego szlachcica, pana na włościach w pobliżu rezydencji Baskerville’ów. Jednakże to młode, spokojne dziewczę, cieszące się dobrą reputacją, wolało go unikać; panienkę odstraszała otaczająca go zła sława. I pewnego razu stało się tak, że w dniu św. Michała rzeczony Hugo wraz z kilkoma podłymi towarzyszami zakradł się na farmę i porwał dziewczynę, wiedział bowiem, że jej ojca i braci nie ma akurat w domu. Gdy przywiedli ją do rezydencji, zamknęli w komnacie na górze, a sami oddali się hulankom, jak mieli w zwyczaju czynić każdej nocy. Biedna uwięziona dziewczyna prawdopodobnie odchodziła od zmysłów, słysząc śpiewy, wrzaski i okropne przekleństwa dochodzące z dołu. Mówiono, iż język upojonego winem Hugona Baskerville’a był tak potworny, że mógłby przerazić nawet jego samego, oczywiście gdyby był trzeźwy. Jakżeż musiała być przerażona, skoro zrobiła coś, co byłoby wyzwaniem nawet dla najdzielniejszego i najsprawniejszego mężczyzny. Chwytając się bluszczu, który pokrywał (i nadal pokrywa) południową ścianę dworu, zeszła na dół, przekradła się pod oknami i udała do domu na przełaj przez wrzosowisko, choć rezydencję od gospodarstwa jej ojca dzieliło aż dziewięć mil.

 

Tak się złożyło, że wkrótce potem Hugo opuścił swych gości, by zanieść swojej brance jedzenie i napitek – a być może miał znacznie gorsze zamiary – i odkrył, że klatka jest pusta, a ptaszek uciekł. Wówczas wydawać by się mogło, że diabeł go opętał, zbiegł bowiem po schodach pędem do jadalni, wskoczył na wielki stół, strącając dzbany i zastawę, i przed całą zgromadzoną kompanią wykrzyczał, że jeszcze tej nocy zaprzeda swe ciało i duszę Złym Mocom, jeśli tylko uda mu się doścignąć tę dziewkę. I gdy banda hulaków stała tak, przerażona furią tego człowieka, jeden z nich, bardziej podły czy też bardziej upojony niż reszta, zawołał, aby spuścić za nią psy. Słysząc to, Hugo wybiegł z domu, krzycząc do stajennych, że mają siodłać jego klacz, sam zaś wypuścił sforę z psiarni, rzucił zwierzakom do powąchania chusteczkę dziewczyny i z wrzaskiem popędził je w skąpane księżycowym blaskiem wrzosowisko.

Przez jakiś czas cała kompania stała z rozdziawionymi gębami, nie potrafiąc ogarnąć wszystkiego, co zdarzyło się w takim pośpiechu. Szybko jednak ich otępiałe umysły pojęły naturę czynu, który miał się rozegrać na wrzosowiskach. Zapanowało ogromne zamieszanie. Ktoś krzyczał, by przyniesiono mu pistolet, ktoś inny wołał o konia, jeszcze inny domagał się butelki wina. Powoli jednak do pijanych głów zaczął powracać rozum, i po chwili wszyscy – a było ich trzynastu − dosiedli koni, rzucając się w pościg. Księżyc świecił nad nimi jasno, a rumaki, pędząc łeb w łeb, niosły swych jeźdźców w tym samym kierunku, jaki obrać musiało biedne dziewczę, pragnące dotrzeć do swego domostwa.

Przejechali milę czy dwie, gdy ujrzeli na wrzosowiskach jednego z pasterzy pilnujących nocą stada, zapytali go więc, czy nie widział pogoni. Człowiek ten, jak wieść niesie, był tak sparaliżowany ze strachu, że ledwie potrafił wydobyć z siebie słowo, w końcu jednak wybąkał, że rzeczywiście natknął się na nieszczęsną białogłowę ściganą przez sforę psów. – Widziałem coś jeszcze – dodał. − Hugo Baskerville minął mnie na swej czarnej klaczy, a za nim biegł bezgłośnie pies tak piekielny, że niech Bóg broni, bym kiedykolwiek miał takiego spotkać. Pijana gromada zbirów obrzuciła pasterza przekleństwami i puściła się dalej. Szybko jednak strach ich obleciał, bo usłyszeli na wrzosowisku tętent galopującego konia, a z ciemności wyłoniła się czarna pokryta białą pianą klacz z pustym siodłem, wlokąca za sobą wodze. Mężczyźni zbili się w gromadę, bo przejął ich nagle ogromny lęk. Ruszyli dalej przez wrzosowisko, choć każdy z nich, gdyby znalazł się tu sam, najchętniej zawróciłby konia z drogi. Jadąc z wolna, wreszcie natrafili na psy. Te, choć znane z odwagi cechującej ich rasę, skamlały stłoczone na krawędzi skarpy; niektóre z nich oddalały się ukradkiem, inne ze zjeżoną sierścią i z rozszerzonymi ślepiami wpatrywały się w znajdujący się przed nimi wąwóz.

Kompani zatrzymali się. Teraz, jak zapewne się domyślacie, byli już znacznie bardziej trzeźwi niż w chwili, gdy wyruszali w pościg. Większość z nich za nic nie chciała jechać dalej, jednak trzech, najodważniejszych – a być może najbardziej pijanych – puściło się w dół skarpy. Dalej, gdzie wąwóz się rozszerzał, stały dwa z tych wielkich głazów, które wciąż można tu zobaczyć. Wzniósł je niegdyś jakiś zapomniany dzisiaj lud. Księżyc jasno oświetlał polanę, na której leżała nieszczęsna dziewczyna, tak jak upadła – zabił ją strach lub zmęczenie. Jednak to nie widok jej ciała ani zwłok Baskerville’a leżących obok spowodował, że na głowach śmiałków włosy stanęły dęba. Sprawił to stojący nad ciałem Hugona i przegryzający jego gardło wstrętny, wielki czarny stwór, kształtem przypominający psa gończego, lecz większy niż jakikolwiek pies, kiedykolwiek widziany oczami śmiertelnika. Gdy tak patrzyli, bestia rozrywała gardło Hugona Baskerville’a, a następnie zwróciła na nich swe rozpalone ślepia i ociekający krwią pysk. Wówczas to cała trójka krzyknęła z przerażenia i puściła się galopem, pragnąc ratować życie. Mówi się, że jeden z nich zmarł jeszcze tej samej nocy z powodu tego, co zobaczył, a dwaj inni nie mogli się otrząsnąć ze strachu do końca swoich dni.

Taka jest właśnie, moi synowie, opowieść o pojawieniu się psa, który – jak powiadają – od tego czasu tak dotkliwie nęka nasz ród. Jeżeli ją spisałem, to z tego powodu, iż to, co wiadomo z całą pewnością, jest mniej przerażające niż to, czego można tylko domniemywać lub co zgadywać. Nie sposób też zaprzeczyć, że wielu członków naszego rodu zmarło tragicznie nagłą, krwawą i tajemniczą śmiercią. Zdajmy się jednak na nieskończoną dobroć Opatrzności, która nie będzie wiecznie karać niewinnych poza trzecie czy czwarte pokolenie, jak mówi Pismo Święte. Tedy, moi synowie, tej właśnie Opatrzności was polecam i radzę wam, byście wystrzegali się zapuszczać nocą na wrzosowisko w tych ciemnych godzinach, gdy moce zła są najsilniejsze”.

(spisane przez Hugona Baskerville’a dla synów Rodgera i Johna z pouczeniem, by nic o tym nie wspominali swej siostrze Elizabeth)

Doktor Mortimer skończył czytać tę dziwną opowieść, poprawił okulary na nosie i spojrzał na Sherlocka Holmesa. Ten ziewnął i wyrzucił niedopałek papierosa do kominka.

– No więc? – spytał.

– Nie uznał pan tej opowieści za interesującą?

– Owszem, dla kogoś, kto kolekcjonuje baśnie.

Doktor Mortimer wyciągnął z kieszeni złożoną gazetę.

– A teraz, panie Holmes, usłyszy pan coś znacznie świeższego. Mam tu egzemplarz „Devon County Chronicle” z 14 maja bieżącego roku. Gazeta zawiera krótką relację, opisującą fakty związane ze śmiercią sir Charlesa Baskerville’a, która miała miejsce na kilka dni przed tą datą.

Mój przyjaciel pochylił się nieco do przodu, a na jego twarzy pojawił się wyraz skupienia. Gość ponownie poprawił okulary i zaczął czytać:

„Niedawna tragiczna śmierć sir Charlesa Baskerville’a, wymienianego jako potencjalnego kandydata partii liberalnej w Mid Devon w kolejnych wyborach, rzuciła na hrabstwo ponury cień. Choć sir Charles zamieszkiwał w rezydencji Baskerville’ów stosunkowo niedługo, jego przyjazny charakter i ogromna hojność zapewniły mu sympatię i szacunek wszystkich, którzy mieli z nim styczność. W dzisiejszych czasach, gdy wokoło jest tak wielu nowobogackich, czymś wyjątkowym jest spotkać potomka starej szlacheckiej rodziny, podupadłej w złych czasach, który jest w stanie dorobić się własnej fortuny i przywieźć ją ze sobą, aby przywrócić utraconą świetność swego rodu. Jak powszechnie wiadomo, sir Charles zarobił ogromne sumy na spekulacjach w południowej Afryce. Będąc mądrzejszym od tych, którzy nie potrafią się wycofać, dopóki koło fortuny jest w ruchu, spieniężył swe zyski i powrócił z nimi do Anglii. Upłynęły zaledwie dwa lata, odkąd zamieszkał w rezydencji Baskerville’ów, a głośno mówiło się o tym, jak szeroko zakrojone były plany odnowy i renowacji rodzinnej posiadłości, które niestety udaremniła jego śmierć. Ponieważ sir Charles sam był człowiekiem bezdzietnym, otwarcie wyraził pragnienie, aby za jego życia cała okolica czerpała zyski z fortuny, jaką posiadał, i wielu ludzi ma swoje powody, by opłakiwać jego przedwczesny zgon. Hojne darowizny Charlesa Baskerville’a dla lokalnych organizacji charytatywnych i innych stowarzyszeń z terenów całego hrabstwa często opisywaliśmy na łamach naszej gazety.

Nie można stwierdzić, że dochodzenie całkowicie wyjaśniło okoliczności związane ze śmiercią sir Charlesa, dowiedziano się jednak wystarczająco dużo, aby rozprawić się z plotkami, jakie pojawiły się za sprawą miejscowych przesądów. Nie istnieją żadne powody, by podejrzewać, że miało miejsce przestępstwo, albo domniemywać, iż śmierć nie nastąpiła z przyczyn naturalnych. Sir Charles był wdowcem i człowiekiem, o którym można by powiedzieć, że pod pewnymi względami miał dość ekscentryczne nawyki. Mimo że był bardzo zamożny, żył dość skromnie, a w rezydencji służyło mu wyłącznie małżeństwo Barrymore. Mąż był kamerdynerem, żona zaś prowadziła gospodarstwo domowe. Ich zeznania, potwierdzone przez kilku przyjaciół, zdają się wskazywać, że sir Charles jakiś czas wcześniej zaczął podupadać na zdrowiu. Zmiana koloru skóry na twarzy, zadyszka i ostre ataki depresji świadczyć mogły o jakiejś chorobie serca. Zeznania doktora Jamesa Mortimera, przyjaciela i lekarza nieboszczyka, potwierdzają to.

Fakty związane ze sprawą są proste. Każdego wieczoru Baskerville, przed udaniem się na spoczynek, miał zwyczaj przechadzać się po swoim parku słynną cisową aleją. O nawyku tym wspomnieli państwo Barrymore w swoich zeznaniach. Dnia 4 maja sir Charles poinformował ich o swym zamiarze udania się nazajutrz do Londynu i polecił Barrymore’owi, by ten przygotował jego bagaże. Tego wieczoru jak zawsze udał się na swój późny spacer, podczas którego miał zwyczaj palić cygaro. Bardzo długo nie wracał. O dwunastej w nocy sługa, który spostrzegł, że drzwi rezydencji nadal są otwarte, zaniepokojony wyruszył z latarnią w ręku na poszukiwanie swego pana. Tego dnia padało, i łatwo można było dostrzec ślady sir Charlesa na drodze. W połowie alei znajduje się brama prowadząca na wrzosowiska. Istnieją wskazówki świadczące o tym, że sir Charles Baskerville zatrzymał się przy niej na jakiś czas. Następnie ruszył dalej aleją, i to w jej najodleglejszym końcu odnaleziono jego ciało. Jednego nie udało się wyjaśnić, a związane jest to z oświadczeniem Barrymore’a, który zauważył, że ślady jego pana zmieniły się, gdy minął bramę wiodącą na wrzosowiska, tak jakby od tego momentu zaczął iść na czubkach palców. Niejaki Murphy, cygański handlarz końmi, znajdował się w tym czasie nieopodal, na wrzosowisku, jednak – jak sam zeznał − był wtedy bardzo pijany. Oświadczył, że słyszał jakieś krzyki, ale nie był w stanie stwierdzić, z której strony dobiegały. Na zwłokach sir Charlesa nie odkryto żadnych śladów przemocy, i choć według zeznań lekarza na jego twarzy widniał nieprawdopodobny grymas zniekształcający rysy twarzy – tak dziwny, że doktor Mortimer początkowo nie mógł uwierzyć, iż rzeczywiście leży przed nim jego przyjaciel i pacjent – wyjaśniono, że objaw ten nie jest niczym niezwykłym w przypadku duszności i śmierci wskutek ataku serca. Przypuszczenie to potwierdziły wyniki sekcji, która wykazała długotrwałą chorobę trawiącą organizm, a zespół koronera wydał osąd na podstawie ustaleń medycznych. Dobrze, że tak się stało, bo oczywiście jest sprawą najwyższej wagi, by dziedzic sir Charlesa mógł się osiedlić w rezydencji jak najszybciej i kontynuować pożyteczną pracę swego poprzednika, która w tak smutny sposób została przerwana. Gdyby rzeczowe ustalenia koronera nie położyły ostatecznie kresu przedziwnym historiom, jakie rozpowiadano w związku z tą sprawą, sprowadzenie sukcesora rezydencji Baskerville’ów mogłoby się okazać trudne. Zakłada się, że najbliższym żyjącym krewnym sir Charlesa jest pan Henry Baskerville, syn jego młodszego brata. Gdy ostatni raz słyszano o tym młodym człowieku, bawił on w Ameryce, rozpoczęto więc już poszukiwania, aby go poinformować o odziedziczonej fortunie”.