Zaginiony światTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Arthur Conan Doyle

Zaginiony świat

Tłumaczenie M.G.

Warszawa 2015

Spis treści

Rozdział I. „Na każdym kroku znajduje się sposobność do bohaterskich czynów”

Rozdział II. „Spróbuj szczęścia z profesorem”

Rozdział III. „Niemożliwy istotnie człowiek”

Rozdział IV. „To rzecz najgłośniejsza w świecie”

Rozdział V. „Pytanie!”

Rozdział VI. „Byłem tam biczem Bożym...”

Rozdział VII. „Jutro znikamy w nieznanych przestrzeniach”

Rozdział VIII. „Pierwsze placówki nieznanego świata”

Rozdział IX. „Kto by mógł to przewidzieć?”

Rozdział X. „Zdarzają się nam dziwne przygody”

Rozdział XI. „Choć raz jeden ja byłem bohaterem...”

Rozdział XII. „Straszno było tam w lesie...”

Rozdział XIII. „Widok którego nigdy nie zapomnę”

Rozdział XIV. „To już są prawdziwe zdobycze”

Rozdział XV. „Oczy nosze oglądały cuda”

Rozdział XVI. „Pochód! Pochód!”

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział I

„Na każdym kroku znajduje się sposobność do bohaterskich czynów”

Pan Hungerton, jej ojciec, był najniedomyślniejszym człowiekiem na świecie. Wierzył święcie, że bywam trzy razy na tydzień w jego domu, wyłącznie dla jego towarzystwa i wysłuchiwania jego zapatrywań, na wpływ i następstwa zaprowadzenia srebrnej waluty, obok złotej, czyli tak zwanego „bimetalizmu”. I owego pamiętnego wieczora słuchałem też przeszło godzinę wykładu o wyższości złotej waluty nad bimetalizmem, ale, na szczęście, w najwyższym zapale wykładu, pan Hungerton spojrzał na zegarek i porwał się z krzesła, gdyż zbliżała się godzina posiedzenia, na którym musiał być koniecznie.

Na koniec zostałem sam z Gladyssą! Wybiła stanowcza chwila... Cały wieczór doświadczałem takiego uczucia, jak żołnierz oczekujący sygnału wyruszenia do boju. Miotały moją duszą sprzeczne uczucia: i nadzieja zwycięstwa i obawa porażki...

Gladyssa siedziała spokojnie, a jej delikatny profil rysował się wyraźnie na tle czerwonych firanek. Jakże piękną wydała mi się wówczas! I jak wyniosłą! Byliśmy z nią zawsze w przyjaźni, jak z dobrym kolegą i łączył nas stosunek szczery, serdeczny, ale... tylko przyjacielski.

Gladyssa miała niepospolite zalety. Niektórzy nazywali ją zimną i surową, lecz niesłusznie.

Odczuwałem to jednak wówczas, że patrzy na mnie wielkimi czarnymi oczyma tak, jakbym był jej bratem lub kolegą... Postanowiłem zatem, że niech się dzieje co chce, dzisiejszego wieczora wyjaśnię jak rzeczy stoją... Może odrzuci moją miłość, ale dłużej tak żyć już nie mogę...

Doszedłszy do tego punktu moich rozmyślań, zamierzałem właśnie przemówić, gdy Gladyssa odezwała się nagle, uśmiechając się z łagodnym wyrzutem:

– Przeczucie mi mówi, Ned, że masz zamiar oświadczyć mi się dzisiaj. Wolałabym, abyś tego nie czynił, bo obecny stan rzeczy jest daleko przyjemniejszy.

Mocno zdziwiony odpowiedziałem jej zapytaniem:

– A skąd wiesz, że ja mam zamiar oświadczyć się?

– Kobiety to zawsze odgadną... Ale, Ned! Nasza przyjaźń była zawsze taka poczciwa i miła! Szkoda ją popsuć... Czy to nie piękna rzecz, jak tacy przyjaciele jak my dwoje, gawędzą ze sobą swobodnie?

– Nie wiem, Gladysso... Bo mnie przynajmniej przyjaźń nie wystarcza...

Powstała z krzesła i powiedziała z żalem:

– Ach! popsułeś wszystko, Ned... Dlaczego nie umiesz zapanować nad sobą i zamilczeć?

– Bo... ja cię kocham! – wyjąkałem.

– Ale ja ciebie nie! Nie kochałam nigdy nikogo – odrzekła spokojnie.

– Ale może... może mnie pokochasz?!

– Nie wiem. Musimy czekać, aż się dowiemy.

– Dlaczego nie możesz mnie pokochać, Gladysso? Czy ci nie podoba się moja powierzchowność, czy jaki inny powód?

Podniosła się, położyła rękę na mojej głowie i przegięła ją nieco w tył. Przyjrzała się mojej przechylonej twarzy bardzo uważnie.

– Nie, nie to! – wyrzekła po namyśle. – Nie jesteś z natury zarozumiały, więc mogę ci spokojnie powiedzieć, że to nie to. Idzie o coś ważniejszego, niż uroda.

– A zatem mój charakter?

Skinęła głową potwierdzająco, z miną bardzo surową.

– Co mam uczynić, by go poprawić? – pytałem. – Proszę cię, usiądź, porozmawiajmy o tym. Powiedz otwarcie, czego mi brakuje?

– Tego, że ja jestem zakochana... w kim innym – odrzekła.

Teraz ja zerwałem się z krzesła.

– Ale w nikim osobiście – dodała, śmiejąc się z mojej miny. – Jestem zakochana... w moim ideale... Nigdy dotąd nie spotkałam człowieka podobnego do mego ideału.

– Powiedz mi co o tym ideale. Jak wygląda?

– O! mógłby być podobny... do ciebie.

– Jakaś ty dobra, że to mówisz! Ale cóż on czyni ten ideał? Co czyni takiego, czego ja nie czynię? Powiedz: czy jest jaroszem, czy nie pali i nie pije żadnych trunków, czy jest aeronautą, lotnikiem, teozofistą, nadczłowiekiem? Będę próbował naśladować go, jeżeli, mi tylko powiesz, co ci się w nim podoba.

Zaczęła się śmiać z mojej gotowości.

– Otóż widzisz, po pierwsze: pewna jestem, że mój ideał nie powiedziałby nic podobnego. Mój ideał to człowiek poważny, silnego charakteru, nie skłonny stosować się do kaprysów panieńskich. A przede wszystkim to człowiek, który umie działać, który umie spojrzeć w oblicze śmierci bez lęku, człowiek zdolny do wielkich czynów i śmiałych przedsięwzięć. Kochałabym nie tyle człowieka, ile jego czyny i sławę, której blask padałby na mnie. Przypomnij więc sobie Stanleya... Czytałeś książkę, jaką napisała jego żona o nim? Pamiętasz ostatni rozdział? Takiego człowieka kobieta może kochać i czcić całą duszą i być jego natchnieniem, dobrym duchem, wiodącym go do bohaterskich czynów.

Gladyssa była cudnie piękna w swoim zapale, a ja choć upokorzony przez nią, usiłowałem jednak bronić się od ostatecznej porażki.

– Nie wszyscy mogą być Stanleyami i tym podobnymi – odparłem. Zresztą nie każdemu trafia się do tego sposobność. Gdyby mi się zdarzyła, nie opuściłbym jej niezawodnie.

– Ależ sposobności są wszędzie. Zależy to tylko od charakteru człowieka, ażeby umiał stworzyć sobie sposobność. Nie spotkałam jeszcze takiego, jak mój ideał, ale wiem, czuję, że są tacy na świecie. Na każdym kroku spotyka się sposobność do bohaterskich czynów. Mężczyźni powinni je spełniać, a kobiety wynagradzać swoją miłością takich mężczyzn. Pamiętasz tego młodego Francuza, który wzbił się balonem w zeszłym tygodniu? Wicher wiał szalony, ale że wzlot był zapowiedziany, że oczekiwano go na wskazanym miejscu, Francuz uparł się i wzleciał. Wichura niosła go z szybkością 150 mil na godzinę, aż wreszcie balon spadł w środkowej Rosji. Takiego człowieka mam właśnie na myśli... Pomyśl, jak ludzie muszą zazdrościć kobiecie, którą on kocha! Tego bym i ja pragnęła, ażeby mi zazdroszczono mego męża!

– Uczyniłbym wszystko, byle zaspokoić twoje pragnienia...

– Ależ nie tylko dla zadowolenia mnie! Powinieneś to czynić dla tego, że nie możesz inaczej, że to leży w twoim charakterze, że twoja męska dusza wyrywa się, łaknie bohaterskich czynów... A ty, na przykład, gdyś opisywał wybuch gazów w kopalni w zeszłym miesiącu! Czy nie mogłeś spuścić się w głąb i ratować odurzonych, nie zważając na niebezpieczeństwo?

– Tak też zrobiłem.

– A nie powiedziałeś mi o tym?

– Bo nie było o czym mówić.

– Nie wiedziałam nic...

Przerwała i popatrzyła na mnie z zajęciem.

– Musiałem tak zrobić. Kto chce napisać dobre sprawozdanie, powinien być naocznym świadkiem roboty.

Podała mi rączkę, a ja schyliłem się i ucałowałem ją z uszanowaniem. Po chwili zaczęła mówić:

– Być może, że jestem niemądra dziewczyna z przewróconą romantycznymi pomysłami głową... A jednak nie mogę nad tym zapanować. Jeżeli pójdę za mąż to tylko za człowieka sławnego.

– Czemu nie?! – zawołałem. – Właśnie takie kobiety jak ty umieją nakłaniać ludzi do bohaterskich czynów... Daj mi tylko sposobność, a przekonasz się, czy nie potrafię z niej skorzystać... Zresztą... masz słuszność... Człowiek powinien sam sobie stworzyć sposobność... Clive był tylko małym urzędniczkiem a podbił Indie! I ja też mogę dokonać wielkiego dzieła na świecie!

Roześmiała się z mojej irlandzkiej zapalności i rzekła:

– Czemu nie? Masz wszystkie warunki po temu: młodość, zdrowie, siłę, energię... Zmartwiłam się, żeś zaczął mówić. A teraz cieszę się z tego nawet, jeżeli takie myśli budzą się w tobie!

 

– A jeżeli mi się powiedzie?

Zatknęła mi usta swoją aksamitną dłonią...

I tak się to stało, że owego listopadowego wieczora jechałem tramwajem do domu, z sercem rozpłomienionym silnym postanowieniem, że nim dzień następny upłynie, znajdę jakąś sposobność do czynu, godnego pani mego serca. Ale kto byłby w stanie przewidzieć, jak niezwykłą postać ten czyn na siebie przybierze, jak dziwnymi drogami dojdę do jego spełnienia?

I choć ten wstęp może wydać się czytelnikowi zbyteczny, jednak bez niego nie byłoby opowieści, bo tylko wtedy, gdy człowiek ma przed sobą pragnienie bohaterskiego czynu, może się zdecydować na to, co ja uczyniłem: porzucić znajome drogi życia, zapuścić się w tajemnicze mroki, w krainę nadzwyczajnych przygód i... wielkich nagród.

Z tym postanowieniem przestąpiłem tego samego wieczora progi redakcji „Gazety Codziennej”, w której byłem małoznaczącym pionkiem, z postanowieniem niezłomnym uczynienia tego, czego żądała Gladyssa. Byłoż to z jej strony okrucieństwem, samolubstwem, że wymagała ode mnie narażania życia dla sławy? Takie przypuszczenie może przyjść na myśl człowiekowi w średnim wieku, ale nie temu, kto ma lat dwadzieścia trzy i jest zakochany pierwszy raz w życiu!

Rozdział II

„Spróbuj szczęścia z profesorem”

Lubiłem zawsze pana Mac Ardle, szorstkiego redaktora, starego, z wypukłymi plecami i czerwoną twarzą; a pochlebiałem sobie, że i on mnie lubi. Rozumie się, że główną figurą w piśmie był Beaumont – wydawca, ale ten przebywał na niedostępnych, Olimpijskich wyżynach, z których nie dostrzegał drobniejszych wydarzeń, poza przesileniem gabinetowym i międzynarodowymi zawikłaniami. Widywaliśmy czasem jego majestat, gdy przesuwał się do wyłącznego swego przybytku zapatrzony w dal, duchem obecny na Bałkanach, lub nad zatoką Perską. Majestat ten przebywał po nad nami i poza nami. Ale pierwszym jego pomocnikiem był pan Mac Ardle i my znaliśmy tylko jego.

Staruszek kiwnął mi głową na powitanie i podniósł okulary, nasuwając je wysoko na łyse czoło.

– Z tego co słyszę, panie Malone, wnoszę, że idzie panu niezgorzej – powiedział miłym, szkockim akcentem.

Podziękowałem.

– Wybuch w kopalni udał się doskonale. Pożar w Southwark również. Masz pan żyłkę opisową. Dlaczego chciałeś się ze mną widzieć?

– Chcę poprosić o łaskę.

Zaniepokoił się a jego wzrok zaczął unikać moich oczu.

– Co! co! O co idzie?

– Czy pan nie mógłby mnie wyprawie z jakąś misją dla dziennika? Postarałbym się spełnić ją jak najlepiej i dać dobry opis...

– O jakiego rodzaju misji myślałeś pan?

– O takiej, w której są przygody i niebezpieczeństwa. Będę się starał sprawić dobrze. Im trudniejsze będzie zadanie, tym lepiej.

– Pilno panu, jak widzę, pozbyć się życia?

– Nie! Pilno mi spełnić czyny, które by usprawiedliwiły moje prawo do życia.

– Boże mój! Panie Malone, to wielka, wielka przesada! Sądzę, że minęły już czasy odpowiednie do tego rodzaju przedsięwzięć. Koszty, jakie pociąga za sobą taka „specjalna misja” dla dziennika, nie odpowiadają zwykle otrzymanym wynikom. A w każdym razie, niezbędnym warunkiem jest, ażeby taka wyprawa odbyła się pod przewodnictwem człowieka doświadczonego, którego nazwisko znane, usprawiedliwiłoby wyprawę. Wielkie, puste przestrzenie na mapach, prędko się zapełniają i nie ma tam już miejsca na romantyczne przygody. Ale... zaczekaj pan! – dodał nagle, uśmiechając się. – Te puste przestrzenie na mapach nasuwają mi myśl... Gdyby tak szło o zdemaskowanie oszustwa, nowożytnego kłamcy w rodzaju Münchhansena, o okrycie go śmiesznością? Dowieść, że jest kłamcą? Człowieku! To by było wdzięczne zadanie! Cóż ty na to?

– Wszędzie... wszystko, co pan rozkaże! Mniejsza o szczegóły...

Pan Mac Ardle zatonął w myślach.

– Zastanawiam się, czy zdołałbyś trafić do ładu, o tyle przynajmniej, żeby doprowadzić do rozmowy z tym człowiekiem? – wyrzekł po długim namyśle. – Zdaje się, że masz specjalny dar do zawiązywania stosunków z ludźmi. Coś sympatycznego jak przypuszczam: siłę magnetyczną, czy żywotność młodzieńczą, czy coś podobnego... Ja sam odczuwam to na sobie.

– Pan jest bardzo dla mnie dobry!

– No! Więc czemu byś nie miał spróbować szczęścia z profesorem Challengerem, z Enmore Parku?

Drgnąłem z zadziwienia i zawołałem:

– Challenger? Profesor Challenger, słynny zoolog! Ten, co to rozbił głowę Blundellowi z „Telegrafu”?

Wydawca uśmiechnął się posępnie.

– Pamiętasz to? Ale przecie sam mówiłeś, że szukasz przygód.

– Wszystko zależy od tego, jakich – odrzekłem.

– Właśnie. Przypuszczam, że on nie zawsze bywa tak gwałtowny, jak wtedy. Myślę, że Blundell trafił na złą chwilę, a może wziął się do niego w sposób nieodpowiedni... Może ty będziesz miał więcej szczęścia, albo więcej taktu. A jest tam właśnie coś w tym rodzaju, jak sobie życzysz i „Gazeta” mogłaby wziąć ten interes w swoje ręce...

– Nic rzeczywiście nie wiem o profesorze – powiedziałem po namyśle. – Zapamiętałem tylko jego nazwisko, z procesu o pobicie Blundella.

– Mogę ci dać pewne wskazówki, panie Malone. Bo od niejakiego czasu, mam już profesora na oku...

Wyjął z szuflady papiery dodał:

– Tu jest streszczenie jego działalności. Powiem ci krótko:

„Challenger, Jerzy Edward. Urodzony w Largs roku 1863. Studia odbywał w akademii w Largs i w uniwersytecie Edynburskim. W roku 1892, został asystentem w British Museum. W roku 1893 asystentem kustoszem w oddziale antropologii porównawczej. W tym samym roku podał się do dymisji, po wymianie cierpkich listów. Otrzymał złoty medal na konkursie Craystona za studia w zakresie zoologii. Członek towarzystw zagranicznych. No, cała lista drobnym drukiem: Belgijskiego, amerykańskiego, towarzystwa naukowego w La Plata itd. Były prezes towarzystwa Paleontologicznego i sekcji H, w Brytańskim związku i tak dalej i dalej! Prace: Badania nad czaszkami kałmuków, studia nad rozwojem kości pacierzowej. Współpracownik rozmaitych wydawnictw; wykazanie fałszywych podstaw Weissmanizmu, odczyt, który wywołał gorące dysputy na zjeździe zoologów w Wiedniu. Drobiazgi: Wędrówki, Zwiedzanie Alp. Adres: Enmore Park, Kensington – W.”

– Weź to sobie. Nic więcej na dziś nie mam dla ciebie.

Schowałem do kieszeni notatkę.

– Jeszcze chwilę, panie redaktorze – zacząłem, zobaczywszy przed sobą już nie rumianą twarz, lecz bladoróżową, łysą czaszkę. – Niezupełnie jeszcze rozumiem, w jakim celu mam mieć wywiad z tym panem? Cóż on zdziałał dotąd?

Czerwona twarz znowu przede mną błysnęła.

– Pojechał do Południowej Ameryki na samotną wyprawę, przed dwoma laty. Wrócił zeszłego roku. Bez żadnej wątpliwości był w Południowej Ameryce, ale wzbrania się powiedzieć dokładnie, w którym miejscu. Opowiadał swoje przygody w sposób niejasny; ktoś mu zarzucił fałsz, a on zamknął się jak ostryga. Coś tam się zdarzyło chyba niezwykłego, albo ten człowiek jest kłamcą jakiego świat nie widział, i to może najprawdopodobniejsze przypuszczenie. Przywiózł jakieś zniszczone fotografie. Zrobił się tak drażliwy, że rzuca się na każdego, kto mu zadaje pytania, a reporterów spycha ze schodów. Moim zdaniem jest to rodzaj megalomana, zbrodniczego maniaka z upodobaniami naukowymi. Oto twój człowiek, panie Malone. Leć teraz do niego i zobacz sam, co się da z nim zrobić. Jesteś już w tym wieku, że możesz sam sobą się opiekować. Zresztą, nietykalność twojej osoby poręcza prawo o odszkodowaniu ludzi, pełniących zawodowe czynności, jak ci wiadomo...

Czerwone oblicze z wyszczerzonymi w uśmiechu zębami znikło i zamieniło się w bladoróżowy owal czaszki, okolonej szarawym puchem. Posłuchanie się skończyło.

Poszedłem w stronę klubu, ale przystanąłem w drodze i oparłszy się na balustradzie tarasu Adelphi, wpatrywałem się długo z zadumą, w ciemne, ociężałe wody rzeki. Najlepiej i najtrzeźwiej myślę zawsze na otwartym powietrzu. Wyjąłem spis dokonanych przez profesora Challengera czynów i jego dzieł, i odczytałem go pod elektryczną latarnią. I nagle zstąpiło na mnie natchnienie! Jako dziennikarz, mogłem być pewny, że nie dostanę się przed oblicze niebezpiecznego profesora. Ale te walki wymieniane dwukrotnie w jego biografii dowodziły, że jest fanatykiem nauki. Czy nie miał w tym kierunku słabego punktu, w który można by go ugodzić? Spróbuję.

Wszedłem do klubu. Było już po jedenastej i w obszernym pokoju pełno ludzi, choć jeszcze się nie zaczął największy napływ. Zobaczyłem siedzącego w fotelu, przy kominku, wysokiego, chudego, kościstego człowieka. Obrócił się do mnie, gdy się przysunąłem z krzesłem. Oto człowiek, którego bym wybrał z pośród wszystkich, Henryk Tarp, z redakcji „Przyrody”; chudy, a zasuszony, jakby skórzany człowiek, pełen dobroci i ludzkości dla tych, którzy go dobrze znali.

Zagadnąłem bez żadnych wstępów:

– Co wiecie o profesorze Challengerze?

– O Challengerze?

Zmarszczył brwi z wyrazem uroczystej nagany i powtórzył:

– Challenger? Człowiek, który przywiózł jakąś bajeczną historię z Południowej Ameryki?

– Jakąż to historię?

– Ot, bajdy po prostu, o jakichś dziwnych zwierzętach, które tam odkrył. Zdaje mi się, że cofnął potem swoje twierdzenie. Co więcej, nawet wyparł się wszystkiego. Zwołał posiedzenie do Reutera, ale tam podniosło się takie wycie, że zrozumiał, iż nic nie poradzi. Kompromitująca sprawa. Paru ludzi chciało go brać na serio, ale i tych odstręczył.

– Czym?

– Swoją nieznośną szorstkością i niemożliwym postępowaniem. Na przykład tego biednego staruszka, Wadleya, z Instytutu Zoologicznego: Wadley napisał do niego list tej treści:

„Prezes Zoologicznego Instytutu, przesyła pozdrowienie profesorowi Challengerowi i uważać będzie za zaszczyt, jeżeli profesor raczy przybyć na najbliższe posiedzenie członków tegoż instytutu”.

Otrzymał odpowiedź niemożliwą do powtórzenia.

– Co wy mówicie?

– Odpowiedź ta w mocno złagodzonej formie, tak brzmi:

„Profesor Challenger przesyła pozdrowienie prezesowi Zoologicznego Instytutu, i uważać będzie za specjalną łaskę, jeżeli prezesa, razem z jego zaproszeniem, diabli wezmą!”

– Wielki Boże!

– Tak, słyszałem to od samego Wadleya. Pamiętam jak się uskarżał żałośnie na zebraniu, zaczynając swą mowę od tego: „W ciągu pięćdziesięciu lat utrzymywanych z uczonymi stosunków” itd. Staruszek był po prostu zgnębiony.

– Cóż więcej jeszcze o Challengerze?

– Wiesz, że ja jestem bakteriolog. Żyję w mikroskopie i niewiele zwracam uwagi na objawy, które mogę dojrzeć gołym okiem. Jestem strażnikiem granicznym, na samej granicy królestwa „Poznawalnego” i czuję się zupełnie wykolejony, ilekroć wyjdę z pracowni i zetknę się z wami, wielkimi, szorstkimi, ociężałymi stworzeniami. Jestem zbyt oderwany od świata, by powtarzać plotki, a jednak, uczonych rozpraw nasłuchałem się dużo o Challengerze, bo to jeden z tych ludzi, których nie można pominąć milczeniem. Mądry jest bez zaprzeczenia, istna bateria naładowana siłą i żywotnością, kłótliwy i maniak, bez żadnych skrupułów. Dobił się tymi fotografiami z południowej Ameryki.

– Mówicie, że jest maniak. Jakąż ma specjalnie manię?

– Ma ich tysiąc, a najnowsza odnosi się do Weissmana i ewolucji. Miał straszną awanturę w Wiedniu z tego powodu, jak słyszałem.

– Czy możecie mi opowiedzieć szczegóły?

– Nie w tej chwili, ale mamy tu tłumaczony protokół posiedzenia. Złożyliśmy go w redakcyjnym biurze; może zechcesz tam pójść?

– Właśnie tego mi potrzeba. Mam mieć wywiad u tego człowieka, i szukam jakiejś nici przewodniej do niego. Dziękuję wam bardzo za wskazówki. Chodźmy zaraz, jeśli nie jest za późno.

W pół godziny potem, siedziałem w biurze redakcji nad ogromną księgą rozłożoną na artykule: „Weismann versus Darwin” z nagłówkiem „Ożywione protesty w Wiedniu. Burzliwe zajście”.

Naukowa strona mego wychowania była nieco zaniedbana, nie mogłem więc podążyć za całą argumentacją rozpraw, ale to łatwo było zrozumieć, że angielski profesor ujął przedmiot w sposób mocno zaczepny i że do głębi oburzył naszych kolegów ze stałego lądu. „Protesty”, „Szmery niechętne” i „Ogólne odwołanie się do prezydującego”, oto na co padły moje oczy od razu. Większa część artykułu mogłaby z ważną dla mego umysłu korzyścią być napisana nawet po chińsku.

 

– Chciałbym to otrzymać przełożone na angielski język – powiedziałem żałośnie do mego towarzysza.

– Przecież to jest przetłumaczone...

– Więc może lepiej próbować szczęścia z oryginałem?

– Tak, istotnie... trochę to niezrozumiałe dla laika...

Gdybym mógł wyłowić choć jedno zdanie, coś namacalnego, co by miało jakąś określoną formę ludzkiej myśli, miałbym już podstawę do dalszego działania... Ach, mam już! Zdaje mi się, że zaczynam coś niecoś rozumieć... Przepiszę to sobie... To mi posłuży za ogniwo do połączenia się z profesorem.

– Czy mogę służyć ci czym więcej jeszcze?

– Właśnie, chciałbym napisać do profesora. Gdybym mógł ukuć list tutaj i podać pański adres, toby już wytworzyło pewien nastrój...

– Niezawodnie! bo ten człowiek wpadnie, narobi nam awantur i pogruchoce meble...

– Nie! nie! Przeczytacie sami list; nie będzie w nim nic drażniącego, zapewniam!

– Siadaj przy moim biurku. Masz tu papier. Ale wolałbym przeczytać list przed wysłaniem.

Użyłem sporo trudu, lecz tuszę sobie, że mi się udało. Przeczytałem mój utwór głośno bakteriologowi, nie mogąc utaić słusznej dumy.

„Szanowny panie profesorze!

Jako skromny badacz przyrody, interesowałem się zawsze żywo pańskimi spostrzeżeniami nad sprzecznością zasad Darwina a Weissmana.

Niedawno miałem sposobność odświeżyć moje wrażenia, przeczytawszy...”

– Och! ty!... bezczelny kłamco!... przerwał mi Henryk Tarp.

„...Przeczytawszy pański znakomity odczyt w Wiedniu; zdaje mi się, że jego jasne i przekonywające twierdzenia stanowią ostatnie słowo w tym przedmiocie. Lecz jest tam jedno zdanie a mianowicie: „Protestuję najgoręcej, przeciw nieznośnemu i całkowicie dogmatycznemu twierdzeniu, że każdy osobno id, stanowi mikrokosm, posiadający historyczną budowę, wykształconą stopniowo pracą licznych pokoleń”. Czyby pan nie zgodził się, na podstawie najnowszych badań, złagodzić to swoje twierdzenie? Czy pan nie uważa, że jest ono zbyt stanowcze? Chciałbym prosić pana o łaskę udzielenia mi chwilki rozmowy, gdyż zajmuje mnie żywo ten przedmiot i mam pewne wątpliwości, które mogę wyjawić tylko w ustnej rozmowie. Rachując na łaskawe zezwolenie, będę miał zaszczyt przedstawić się panu pojutrze, w środę, o jedenastej przed południem.

Załączając zapewnienie wysokiego poważania, pozostaje uniżonym sługą

Edward D. Malone”.

– No i cóż? – spytałem tryumfująco.

– Jeśli twoje sumienie to strawi...

– Dotąd nigdy mnie jeszcze nie zawiodło.

– Ale co zamierzasz uczynić?

– Dostać się do niego. Gdy raz wejdę do jego pokoju, może znajdę dalszą drogę. Może go nawet doprowadzę do całkowitego uniesienia. Jeśli jest prawdziwy sportsmen, to go moje zajście pogłaszcze...

– Pogłaszcze? Licz na to! Prawdopodobniejsze jest to, że on ciebie „pogłaszcze”! Radzę ci ubrać się w stalową misiurkę, albo w amerykański kostium do piłki nożnej... A teraz żegnam. We środę rano przyjdzie odpowiedź dla ciebie, jeżeli w ogóle profesor raczy ci odpisać. To człowiek gwałtowny, niebezpieczny, kłótliwy, znienawidzony przez każdego, kto miał z nim do czynienia; przedmiot drwin studentów, o ile się odważą na poufałość. Może lepiej byłoby dla ciebie nie słyszeć nigdy o tym osobniku.