Piękne zielone oczyTekst

Z serii: Klasyka
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mam przed oczami obraz rozbitych Niemiec. To danina, jaką nasze rodziny, dzieci, starcy i chorzy płacą za wojnę. Czy krzyczą do nas do widzenia? Auf Wiedersehen? – Uśmiechnął się po raz trzeci, jakby smętnie. – Czy myślą o nas, tak jak my ich wspominamy? – Potem rzekł: – Wir sagen nie auf Wiedersehen, auf Wiedersehen, auf Wiedersehen mein Lieb

Nie wiadomo, o kim mówił. Odkaszlnął i zamilkł na chwilę.

Na pewno nie o niej. Hauptmann myślał o swoich martwych, tak jak ona o swoich. Był w swoim świecie, mimo że przy niej. Nie miało to z nią nic wspólnego.

Nasłuchiwał kanonady.

– Chciałabyś umrzeć obok mnie? Urodziłem się pod znakiem barana. Wciąż jest we mnie dużo dobrej energii.

Czy stosunek, jego zakończenie, nie jest rodzajem śmierci? Pojedynkiem życia z kostuchą? Czy śmierć nie powoduje czasem identycznego zamętu jak życie? Jak ziemia, po której stąpamy? Czym jest, a czym nie jest człowiek, ale chciałby być? Czy – jak ponętna dziewczyna – nie prowadzi na skraj wolności? Dopiero w chwili śmierci stajemy się sobą. Śmierć przeraża i odstręcza tylko głupców, odbiera im pewność. Dla pozostałych ma uśmiech, całą gamę uśmiechów, uczucie szczęścia i ostatecznego przekonania, że rzeczy są, jakie są, i nie mogą być inne. Podobnie stosunek, przynajmniej dla niego, chociaż nie był pewien, czy z nią.

– Ciekaw jestem, co masz w oczach – rzekł, po czym ciągnął: – Szukam w nich stworzenia. Pożądania. Rozkoszy, jakie daje pokorne ciało. Siły, dzięki której pieje kogut, czułości, która zalewa kobietę. Tego, co przynosi wojna. Znamienia, jakie wypala. Wina, ciasta i pieśni. Purpury nocy. Tego, co sprawia, że wszyscy zmartwychwstajemy.

Zastanawiał się nad słowem, które oddałoby odcień zieleni jej oczu. Uznała, że narastające osłabienie zwolniło ją z odpowiedzi. To, czego chciał i oczekiwał od niej, nie miało ze stwarzaniem nic wspólnego.

Była tu z innego powodu. Głodna, zagrożona biegunką. Czułaby się źle, nawet gdyby nic nie chciał.

– Chyba dotrze do ciebie, czego chcę i jak.

Wiatr rozpędzał chmury, pokazało się białe słońce. Zamieć odeszła za horyzont. Brzegi mgły miały barwy tęczy. Z rozstępu między niebem i ziemią wybiegły watahy wilków. W duchu widziała z bliska kosmate zwierzęta ze srebrnymi oczami.

– Kto cię tu przyuczył?

– Nie wolno nam mówić, z kim idziemy ani z kim byłyśmy.

– Widzę, że nie nadajemy się do salonowej konwersacji. Mówię tylko ja, a ty nic. Dlaczego mi nie odpowiadasz?

– Odpowiadam panu.

Swą pielęgniarkę przedstawiłby pośmiertnie do Krzyża Rycerskiego z Liśćmi Dębu, Mieczami i Brylantami, najwyższego odznaczenia w Heereswaffe[8]. Podniecał się, myśląc o jej żarliwości. O tym, co było w niej szorstkie i czułe. Jak potrafiła być opanowana. Jakie rozbudzała w nim cechy. Co go w niej pociąga, chociaż już nie istnieje. Jakiej poszukuje rekompensaty. Mało było rzeczy, których nie pojmowała. Rozumieli się bez słów.

– Powiedziała mi kiedyś: możesz sypiać, z kim zechcesz, bylebyś spał ze mną.

Oto najgłębszy, chyba najstarszy instynkt: dzielić się kobietą, jej przyjaciółkami, siostrami. Starszy bodaj od tego z czasów, kiedy mężczyźni uprowadzali niewiasty. Dać ją kolegom niczym kwiat, bryłkę złota, zwierzę. Zamiast miecza czy przywilejów. Jego wspomnienia obejmowały mnóstwo kobiet, był jak marynarz odwiedzający najrozmaitsze porty. Prędzej zniszczy je śmierć aniżeli rozczarowanie.

– Nie byłem niewdzięczny. Wciąż taki jestem. Nie zapominam.

On i adiutant mieli łączniczkę, przyjaciółkę Lilo. Był schyłek nocy, potem odjechała amfibią. Leżeli z nią w lesie na mchu obok namiotu, zasłonięci krzakami dzikiej róży, każdy z jednej strony, jakby tylko chcąc przespać resztę nocy. Obaj jednocześnie dotykali najpierw ramion, później ręce zaczęły wędrować poniżej jej piersi, przez brzuch i biodra, aż spotkały się palcami pośrodku.

Słyszeli tylko swe oddechy, później niemal niesłyszalne pojękiwanie dziewczyny, owo ciągłe podniecenie duszy, którego nikt nie zdołał opisać. Po wszystkim nie padło ani jedno słówko. Są rzeczy, które towarzyszą mu wszędzie. Hauptmann podzielił się z nią imionami: Gerda, Henni i Geli. Ilse, Gizela, Agnes, Helena, Ingeborg i Christa. I jeszcze Liselotte. Tej, z którą akurat leżał, dawał przywilej dzielenia się swymi byłymi kobietami.

Hauptmann Hentschel wierzył, że potrafi wybrać kobietę, która rozbudzi w nim to, co najbardziej męskie.

– W pewnym sensie wszyscy jesteśmy prostytutkami – powiedział, dodając w duchu: „Ale ty, dziewczynko, bardziej”.

Wyobraził sobie, że sam jest dziwką polową, tutaj czy gdziekolwiek indziej. Kto wie, jak by się zachowywał, gdyby się był urodził kobietą. Pomyślał o dziewczynach potrafiących owinąć go wokół palca, jak jego pierwsza prostytutka. Miał wtedy dwanaście lat. O dziewczynach, którym płacił, ale nie kosztownościami. Lilo była inna, także w tym względzie, w jakim wszystkie one były do siebie podobne. Traktował dziewczyny jak myśliwy. Dom publiczny zabijał tylko czas, który tak czy inaczej by stracił. W tym sensie nie różnił się od adiutanta.

Lubił uśmiechnięte dziewczyny. Nie cierpiał powagi w nieodpowiednim momencie. W chwili bliskości uśmiech był dla niego bramą. Nie lubił wyrachowania, chłodnej obojętności lub gdy któraś napomykała o celu wizyty.

– Już trzecią noc z rzędu mam mokre sny. Być może to przekaz od Lilo. – Spojrzał w zamarznięte okno. Chyba się trochę zagalopował ze szczerością.

Potrzebuje nauczyciela, pomyślał. Powinna więc fiknąć koziołka z radości, skoro on się jej trafił. Czy musiałaby mieć duszę oficera, on zaś naturę i wprawę dziwki, aby sprostać oczekiwaniom? Ma w sobie coś, co rozbudzało w nim niechcianą powagę. Co? Dziewczyno, nie po to do ciebie przyszedłem, mówił jej w myślach.

– Sądzę, że następnym razem zadowolę się patrzeniem na ciebie.

Jego adiutant znajdował zadowolenie w widoku nagich kobiet czy dziewczyn, tak samo jak ktoś inny w spółkowaniu. Odniesione obrażenia osłabiły jego mięśnie, ale duchem został silny. Spodobałaby mu się ta ruda. Przypomniał sobie piosenkarkę, przyjaciółkę żony, w której towarzystwie piło się tylko herbatę. Jego dzieci uważały, że chodzi w aureoli, chociaż nigdy nie słyszały, jak śpiewa, nigdy nie były na żadnym z jej koncertów, więc nie mogły być świadkami powszechnego zachwytu i burzliwych, długotrwałych braw.

Była to aureola inna od tej, jaką oficerowie i żołnierze przypisywali wodzowi. Aureola licznych, acz zarazem wybranych. Rodzaj magnesu, który w niewytłumaczalny sposób przyciągał sympatię.

Przyłapał się, że od pewnego czasu patrzy na nią oczami adiutanta.

– Coś w tobie jest – rzekł.

Podniosła wzrok. Bała się tego, co nastąpi.

– Chyba podobasz się żołnierzom, i to bez względu na postawę, że tak powiem.

– Nie wiem.

– Kiedy nauczysz się zmartwychwstawać, będzie ci lepiej. Może to ważne, jaki kogut zapieje obok ciebie albo za którym koguciskiem się oglądasz. Nie znam jeszcze twego gustu, upodobań. – A potem spytał: – Dlaczego tu jesteś?

– Chcę żyć, pracować.

– Szkoda, że nie zależy to tylko od nas. Musisz mieć diabelne szczęście, być zdrowa i bezpieczna.

Jego adiutant boksował; drugi raz z rzędu zdobył tytuł mistrza wagi średniej swej dywizji. Oficerowie zazwyczaj uprawiali szermierkę, niektórzy preferowali boks, a on pasjonował się jednym i drugim. Boks był twardą szkołą z surowymi regułami, tak jak wojna – za każdy błąd trzeba płacić. Adiutant był z siebie dumny, bo nigdy nie zadał ciosu poniżej pasa, chociaż sam kilka takich zainkasował. Na liście madame Kulik miał osobną rubryczkę: Siegfried Knappe, lecz nie miał szczęścia – mógł tylko patrzeć. Zamtuz był dla niego ogrodem z jednym drzewem. Gdyby się nawet ożenił, drzewo byłoby wciąż jedno. Na pociechę zostawało mu patrzenie.

Ciało hauptmanna było wielkie. Przeciągnął się. Stawy chrupnęły jak trzaskające drewno. Czas płynął całkiem przyjemnie. Nie musiał się spieszyć.

– Naprawdę nie wiesz, czy tylko udajesz? – spytał, ale nie złowrogo, jakby nieco znudzony. – Rozluźnij się. – Coś u mnie przegrała, coś wygrała, pomyślał, po czym dodał: – Mieć sny o kobietach w takim obozie jak Auschwitz to śmieszne. Ulegać pokusom cielesnym, myśleć o czułości i pożądaniu. Wszystko tam spłukuje krew. Nie jest to miejsce, gdzie nauczysz się przytulać, prędzej doczekasz się dotknięcia, którego grot oślepia i uśmierca. Wiesz, co mi się tam przyśniło ostatniej nocy? Byłem z ojcem w Alpach. Na przełęczy pojawiła się dziewczyna w górskich butach. Umięśnione łydki, płowe włosy, jasnoniebieskie oczy. Spytałem, czy się mnie boi. Odparła: „Tak, jesteś duży, silny, masz wygłodniałe oczy i zachłanne ręce”. Ja na to: „Być może. A ty masz piękne nogi i chodzisz po górach jak kozica. Pragnę ciebie, ale skoro nie chcesz…”. „Nie chcę”, powiedziała. Zapewniłem, że nie zrobiłbym nic, czego by nie chciała. Odpowiedziała: „Wszyscy tak mówią”. Dodałem: „Ale ja nie muszę. Spójrz wokół na góry, są piękne jak ty”. Dziewczyna ze snu nie uwierzyła mi, musiała już czegoś doświadczyć. I miała rację. Kłamiemy – mężczyźni dziewczętom, dziewczęta żołnierzom.

Rozumiała go. Nie odzywała się, chciała, by opowiadał. Drżała za każdym razem, gdy wypowiadał nazwę tego miejsca. Określenie „Auschwitz-Birkenau” napełniało ją grozą, wywoływało gęsią skórkę. Słysząc je, wracała tam, dokąd nie chciała wracać. Przypominało jej, że stąpa po cienkim lodzie.

– Gdy byłem mały, rodzice zabierali mnie na ferie zimowe w Alpy Sabaudzkie. W dolinach i pośród skał mgła miała podobne kształty jak tutaj. Było to niezwykle piękne i smutne. W południe, akurat gdy siedzieliśmy w restauracji, dokładnie o dwunastej słońce tak mocno oświetliło zaśnieżone drzewa i krzewy, że wyglądały jak szklane. Bił od nich niesamowity blask. Wszystko trwało kilka sekund. Pokazał to nam tatuś. Kochał śnieg, góry, zimę. Hotelarz w Argentière dał każdemu z nas składany nóż marki Opinel do krojenia twardej sabaudzkiej kiełbasy. Wieczorem w hotelu Złoty Dwór ojciec niemal ze łzami w oczach wskazywał na zalany światłem księżyca Mont Blanc, szepcząc coś o przyrodzie i wieczności. Matka nie zwracała na niego uwagi, słyszała to, kiedy się do niej zalecał. Czy nie pokazywał tego samego w zeszłym roku w Chamonix? Nie lubiła Francji i Francuzów. Wydawali się jej nazbyt weseli, jakby życie miało być nieskończonym ciągiem przysmaków i rozkoszy. Dla ojca Francja była przyjemna, ale Francuzi chyba mniej. Pod koniec ferii na jeden dzień i noc zabierał matkę do źródeł termalnych w Brig blisko przełęczy Simplon, by nie wracała do Niemiec w złym humorze.

 

Widziałem, jak zgwałcił ją w hotelu Narcyz w Brig. Mieliśmy dwa sąsiadujące pokoje. Jeden dla dzieci, drugi, większy, dla rodzi­ców. Balkon był wspólny. Mówiła mu, że jest zwierzęciem. Nas, dzieci, począł jak zwierzę, wbrew jej woli. Policzkował ją. Nas nie uderzył nigdy, zostawiał to dla matki. Bił ją pięściami. Wyrywał włosy i dusił. Z nosa i warg ciekła jej krew. Potem niczym worek ziemniaków rzucił ją na łóżko i przytrzymał ręce. Reszty możesz się domyśleć. Nawet nie jęknęła. Na kolację przyszła z chustką na głowie, ciemne okulary, szyja owiązana białym szalikiem. Utykała na jedną nogę. Powiedziała, że przewróciła się na schodach. Była osowiała, zresztą jak zazwyczaj. Natomiast ojciec był zadowolony. Zajadał ze smakiem swego schabowego, popijając piwem. Jakiś czas później urodził się mój młodszy brat.

Hauptmann Hentschel utkwił wzrok w bieli równiny za oknem. Mgła już ustąpiła, widać było płatki śniegu. Stosunek wywołał w nim niespodziewany przypływ szczerości. Nie wiedziała, czy jej na tym zależy, ale gdy mówił o sobie i o urokach rodzinnej Bawarii, za którą, jak sądziła, tęsknił, było to lepsze niż zadawanie pytań.

– Jakie to wszystko zagmatwane – powiedział.

– Tak. – Chciała, by z jej głosu znikła wyrozumiałość.

– Co wiemy jedno o drugim? – dodał. A potem: – Ciało i chleb. Pole i krew. Dać i brać lub dawać, dawać i brać. Albo brać, brać, brać… i nie dawać nic. – I wreszcie: – Śnieg, śnieg, śnieg. I mróz.

Brzmiało to refleksyjnie.

– Podoba ci się?

Skórka przymknęła oczy.

– Wiedziałem, że ci się spodoba.

Nic nie mogło jej się podobać od sekundy, w której przekroczyła bramę z napisem: „Urodziliśmy się, by zginąć”. Zdawało mu się, że serwuje jej najlepsze, co może dać dziewczynie taki hauptmann jak on. Przywykła, że zdziwienie jest nienormalne i zbędne. Mógł być mężczyzną bez lęku, skazy i zmazy. Ukryła w spojrzeniu myśl, co może być dobrego w tym, czego od niej oczekiwał. Czy patrzyła tam, gdzie chciał?

– Jestem wielki? – spytał kapitan Hentschel. – Moja żona tak twierdzi.

Czując, że się rumieni, miała nadzieję, że hauptmann tego nie zauważy. Z jej tęczówek i źrenic, w których widział swe odbicie, kapitan mógł wyczytać, czego nie powiedziała, bo się wstydziła, również za jego żonę. Było inaczej, niż sądziła wcześniej, gdy jeszcze wolno jej było nie wiedzieć.

– Masz rację – rzekł, mimo że nie odezwała się słowem. – Obie macie rację. – Potem zapytał: – Dlaczego się rumienisz? Ze mną nie musisz. – A później powiedział coś zaskakującego: – Przykro mi, ale nie czuję się winny.

Miał ochotę na pogawędkę. Jestem jak kobieta, pomyślał.

– Świntuch ze mnie – ostrzegł ją przyjaźnie, jakby łaskawie. – Urodziłem się nocą. Myślę, że rodzice też poczęli mnie nocą.

W swym głosie słyszał dobroduszność. Założył, że go zrozumiała. Nie wiedział jednak, czy jest tak naiwna, czy tylko taką udaje. Od czasu do czasu facet musi mieć gdzieś kogoś, z kim może sobie poświntuszyć. Zastanawiał się nad sekretami i rolą nocy.

Wyrecytował rymowankę ojca. Domyślał się, gdzie się jej nauczył:

Wie die Nase eines Mannes

So sein Johannes

Wie der Maul eines Weibes

So der Schlitz des Leibes…

Jaki nos ma panisko,

takie i jego biczysko.

Jakie usta u pani,

takie i między nogami.

Po czym, patrząc na siebie, powiedział:

– Chcę zobaczyć, co potrafisz.

Brat hauptmanna był teraz w Kriegsschule w Poczdamie, do której uczęszczał jego dziad, ojciec i sam hauptmann. Z taktyki, sztuki wojennej i jazdy konnej brat dostał sehr gut.

Opowiadał jej o Bawarii, o alpejskim kolosie Zugspitze, jeziorze Chiem, zamku w Würzburgu i ratyzbońskiej katedrze. Czy Czesi i Bawarczycy nie są podobni do siebie? Pod względem muzyki, kuchni, usposobienia i gustów? Gdyby się nie bał stereotypów, dodałby jeszcze lekkomyślność, w pewnym sensie. I czy nie powiadają, że Czesi to utracony szczep niemiecki? Albo że wpływając na siebie nawzajem przez wiele stuleci, jeden przejął od drugiego jakąś cechę i teraz, im mocniej przeniknęły się obie kultury, tym podobieństwo jest większe? Dalej już by się nie zagłębiał. Według jego matki ­Czesi są fałszywi, zakłamani, zawistni. Do tego hulaszczy, przebiegli, zwyk­le podejrzliwi i pogańscy bez względu na deklarowaną wiarę. Tego już nie powiedział. Czescy kelnerzy i służący zalali Niemcy, Austrię i resztę Europy. Unikając walki z bronią w ręku, dają się zwerbować do wojskowych orkiestr, co widział jego adiutant. Potrafią splunąć do grochówki, a potem ukłonić się w pas. Spryskaną moczem dłoń wytrzeć o frak.

Czy zwierzanie się kurewce, która niewiele mówi, sprawiało mu przyjemność? Czy mówiłby to, gdyby nie była tak ładna lub młoda? Gdzie słyszał powiedzenie, że o rozbite szkło skaleczy się więcej ludzi? Rozbite szkło jest ostrzejsze. Uprzytomniła sobie, że obchodzi się z nią tak, jakby chciał, by została jego koleżanką lub przyszłym wspomnieniem.

Ująwszy jej dłoń, po kolei obejrzał wszystkie palce. Wydały mu się zabawnie dziecinne. Powiedział to. Bóg raczy wiedzieć, czemu przypomniał sobie przy tym swoją pierwszą prostytutkę. Miał wtedy dwanaście lat. Znów zaczął opowiadać. Rodzice byli w operze. Przechadzała się na wysokich obcasach przed hotelem. Zaprosiła go do pokoiku na poddaszu. Powiedziała mu potem, że gdyby nie był tak młody, chciałaby mieć z nim dziecko. Zapamiętał cudne poczucie winy.

– To był mój pierwszy raz. Najpiękniejszy. Może ten ostatni będzie jeszcze piękniejszy.

To niepiękne przemilczał. Opisywał, jak czasem po boju odpoczywa w okopie lub ziemiance i ze szklanką w ręce wspomina czas, kiedy jeszcze wszystko jawiło mu się jako czyste.

– Mam poczucie osamotnienia. Gdziekolwiek jestem, czuję się samotny. – I dodał: – Zabijam, żeby mnie nie zabili. Odczuwam życie, ale najintensywniej z takimi ludźmi jak ty.

Wprawiał ją w zakłopotanie, które nie mogło przesłonić strachu. W głowie miała mętlik. Nie potrafiła przyjąć jego sposobu myślenia, był jej obcy tak samo jak on. Przybywał z potwornego świata, którego nie rozumiała i nienawidziła, podczas gdy on był tam u siebie. Esencją jego życia była wojna oraz to, za sprawą czego mężczyzna umiera na kilka sekund, by odżyć dzięki starej-nowej pewności siebie, którą niczym lustro przywróci mu widok kobiecego łona, i ponownie ruszyć na wojnę. Zrozumiała, że wspominając inne, przywołuje to, czego nie dostał od niej.

Nagle, przez jedną setną sekundy zaświtała jej myśl, by się przyznać, że ma piętnaście lat i jest Żydówką. Połączyły się w niej niedojrzałość i rozwaga staruszki, jaką w sobie miała dzięki wszystkiemu, co dotychczas przeżyła. Poczuła, że pąsowieje, ucieszyła się, że tego nie dostrzegł. Myślała o rasach, swojej i jego. O swej potwierdzonej ustawowo rasowej nieczystości i niższości wobec jego nieskalanego plemienia. Opowieści hauptmanna były adresowane do czysto rasowych uszu. Gdyby wiedział, że jest Żydówką, traktowałby ją jak chorą, która każdy milimetr skóry ma pokryty wrzodami, jak kulawą, która przy użyciu maski wśliznęła się na bal. Z obrzydzenia by jej nie dotknął i kazałby ją zgładzić.

Co miała wspólnego z pielęgniarką? Doznanie krwi? Dla niej krew to krew. Przerażało ją niemieckie postrzeganie krwi jako misterium, którego nie pojmowała. Przypisywanie jej tajemniczych właściwości, których nie dostrzegała. W oddali znów usłyszeli kanonadę.

– Straciliśmy dwadzieścia tysięcy żołnierzy – napomknął, nie precyzując od kiedy.

Dwadzieścia tysięcy, pomyślała. W Auschwitz­-Birkenau tyle ginie w jedną dobę. Dwadzieścia tysięcy ludzi to zaledwie cztery–pięć pociągów, pięćdziesiąt wagonów każdy, z Pragi, Warszawy, Kopenhagi, Paryża, Bordeaux, Oslo, Berlina czy Bremerhaven. Nie mogąc się z nim spierać jak równy z równym, wyraziła bezgłośny sprzeciw. Okoliczności zmuszały do milczenia; jej życie wisiało na włosku, między nogami. Mogłaby opowiadać dużo, nawet więcej, lecz nic z tego. Zacisnąwszy wargi, wciągnęła nosem powietrze i poczuła się jak ryba pod wodą. Lub ryba wyrzucona na brzeg. Albo dziewczyna, która już umarła.

Porównanie znów zajęło ułamek sekundy. Wkrótce chyba nikt się tym nie zainteresuje. Zostaną zwycięzcy, a przegrani ulotnią się niczym dym zagnany przez wiatr nad morze lodu. Wiedziała, o czym nie wolno jej mówić. Zdawała sobie sprawę, że on leży obok i mówi do niej, ale dlaczego? Mniejsza o to. Miała inne wyobrażenia niż hauptmann Hentschel, co było zarówno zaletą, jak i wadą.

Powrócił obraz, który później zjawiał się częściej. Chciałaby mu go opisać. Pokazać, czego nie widział, a co spotkało tylu ludzi.

Pięćdziesiąt dziewczyn z osiemnastego baraku zapędzili do krematorium numer II, by sprzątnęły tam zgodnie z instrukcją esesmanów. Skórka trafiła do podziemnej hali z trzema odrutowanymi żarówkami na drewnianych belkach. Nad halą widziała kopce ziemi. Na ścianach, w miejscach, gdzie popękał beton, widniały brunatne plamy, podobnie jak na podłodze i suficie. Nikt nie powiedział, że to krew. Najpierw ogarnęło ją zadowolenie czy też rodzaj uspokojenia, że są w łaźni. Wchodziło się tam przez drzwi z matową szybą, tak grubą, jakby to był przejrzysty beton. Drzwi pozostały otwarte i nikt nie wiedział, czy od środka mają klamkę. Ta zewnętrzna, stalowa, była wyposażona w zamek i jeszcze żelazny rygiel. Znajdowały się w komorze gazowej. Szorowały podłogę. Widziała beton, po którym stąpały bose nogi dzieci, kobiet, starców i mężczyzn. Teraz hala-komora była pusta. Nie czuło się tu gazu, tylko stęchły zaduch podziemia. Pod sufitem, mniej więcej na szerokość belek ciągnęły się przewody elektryczne w metalowych rurkach, do połowy wpuszczone w ścianę, by nie można ich było wyrwać. Mury sprawiały wrażenie, jakby ktoś lał na nie z góry kadzie wody, która spływając, obmywała ściany, lecz zostawiała ślady brudu, chyba potu, odcisków i otarć, zdrapaną skórę. Żadna z kobiet i dziewczyn nie powiedziała już ani słowa. Kiedy myły, esesman przyglądał się, potem rzekł „dobra, wystarczy”, zabrały więc kubły, szmaty i miotły i wyszły na górę. Mogły się domyślać, że są jedynymi, które po wejściu do komory gazowej wyszły z niej na światło dnia. Skórka miała przed oczami betonową podłogę. Widząc zagłębienia, nie pojmowała, skąd się tam wzięły ślady podkutych butów. Co wyżłobiło w betonie te niezliczone dołki podobne do odcisków bosych stóp? Skrobiące paznokcie? A może ktoś usiłował odgryźć kawałek betonowej podłogi? Zastanawiała się, czy hauptmann Hentschel zna z pierwszej ręki albo ze słyszenia te straty, które ona zestawiała z niemieckimi.

Bywając w Auschwitz­-Birkenau po odbiór rzeczy z magazynów, hauptmann zostawał tam na noc. Nie było to Auschwitz-Birkenau, jakiego ona doświadczyła przez osiemdziesiąt dni i nocy. Rampa, baraki, komory. Ogień, popiół. Czy podejmowali go w kantynie Waffen-SS herbatą i ciastem, a może śniadaniem, obiadem i kolacją? Spał w łóżku z jedwabną pościelą dla oficerów? Chodził po dywanach zrabowanych z żydowskich mieszkań? Rozglądał się wokół? I co, nie widział rampy, kominów i pociągów przyjeżdżających z ludzkim towarem, a potem wyjeżdżających, wyładowanych rzeczami? Wagonów okupowanych krajów i kolei niemieckiej?

Jeśli chodzi o gust hauptmanna, wolał pierwszą linię frontu i życie w polowych warunkach od tego, co pobieżnie widział w Au­schwitz-Birkenau. Westchnął z ulgą. Każdego dnia wojna otwiera mu oczy. Nauczył się zwalczać w sobie fałszywe poczucie winy.

– Są tam ogromne magazyny. Cząstkowa rekompensata za to, czego w Niemczech już się nie produkuje, co zniszczyły nam angielskie i amerykańskie naloty. Sprawiedliwe, choć tylko częściowe zrównoważenie poniesionych strat. Wszystkie te wartości są pod względem emocjonalnym nieuchwytne, a finansowo idą w miliardy.

 

To, co widział w lagrze, nie wpłynęło na hauptmanna zachęcająco, a kondycja ludzi, z którymi kontaktowali się intendenci, skłoniła go do skupienia się na materialnym aspekcie wizyty. Oberführer intendentury Waffen-SS powiedział mu: „Drogi kapitanie, zjeździłem pół świata, w tym Mongolię i Tybet. Żyłem też trzy miesiące z nomadami na skraju Sahary. Umożliwiliśmy im życie nieporównywalne z niczym, co znali wcześniej. Bogatsze, zdrowsze, a jeśli chodzi o doświadczenie, bardziej ustatkowane od tego, jakie wiedli dotąd, rozproszeni po świecie. Skoncentrowaliśmy ich, non plus ultra. Zmieniła się długość życia, to bezsprzeczne. Robimy, co możemy, chociaż to i owo można by osiągnąć lepiej i szybciej. Obaliliśmy tu bzdurę o niezniszczalności życia”. Uśmiechnął się, po czym dodał: „Panie kapitanie, proszę podpisać odbiór tych rzeczy”. Miał gotowy formularz. Porządek musi być, bo za przedstawicielami jednostek praktycznie nie zamykały się drzwi. Gdy przyjechał do 232 Ost, też poprosili go o podpis.

Pozwolił, by pobyła ze swymi myślami, jakie wywołał w niej on i każdy pociąg, który turkotał na stalowym moście, przejeżdżając w obu kierunkach blisko 232 Ost. Brzmiało to jak nadchodząca lub oddalająca się burza, zanim pustkowie znów spowiła cisza.

Podobno dyżurny ruchu w Bordeaux dziwił się, jak to jest, że pociągi, które według jego obliczeń wywiozły tysiące ludzi, wracają puste. W Vichy mieli dokładne liczby i papiery, wiedzieli więc, że było ich siedemdziesiąt pięć tysięcy. W tym tysiące dzieci złapanych za sprawą donosicieli, którzy w ten sposób nabijali sobie kieszenie. Wszystkich schwytała francuska policja, podczas gdy Niemcy tylko się przyglądali. Pewien podoficer, który przyjechał z Francji, opowiadał, że pracownicy Czerwonego Krzyża odnotowali tam pięćdziesiąt tysięcy dzieci bez rodziców. Zaginęli podczas ewakuacji Paryża albo zostali zabici.

– Dzięki kopulacji wszyscy nabieramy przekonania, że nadal żyjemy – rzekł hauptmann Hentschel.

– Nie wiem – powiedziała pospiesznie.

– Lubię, gdy to jest ładne. Nie lubię czuć się jak zwierzę. A jeśli już, to przynajmniej jak miłe zwierzę. Aha, dotyczy to obu stron.

– Tak.

– Nawet od pasa w dół nie musisz być zwierzęciem – dodał.

– Nie. Nein.

Przyrównywał ją do siebie? Do Lilo?

Nie wiedział, do kogo mówi. I dobrze. Ta niewiedza nie przynosiła jej złośliwej satysfakcji, ale myślenie o niej pozwalało powstrzymać biegunkę.

– To zabawne, że ruszając w bój, moi przodkowie zabierali ze sobą kobiety, córki i dzieci. Gdy robiło się gorąco, żony odsłaniały piersi, by pokazać swym wojownikom, co będzie miętosił wróg, jeśli pozwolą mu zwyciężyć.

Kanonada sprawiła, że myślami wrócił od dawnych kochanek ku teraźniejszości.

Kiedy wspomniał o Pradze, wzdrygnęła się lekko. W towarzystwie hauptmanna Praga była gdzieś hen, a tej odległości nie dało się zmierzyć kilometrami, podobnie jak własnych doświadczeń nie mierzyła latami. Była dla niej utraconym obrazem, przemijającym echem, gwiazdką gasnącą na nocnym niebie. Nie chciała tutaj myśleć o mieście, w którym była u siebie, a które żyje bez względu na to, co stało się z nią i z tyloma innymi. Praga ginęła w mroku i mgle, za zaśnieżonym pustkowiem nad rzeką San, odległa niczym losy bezimiennych. Zdawało się, że świat istnieje już tylko tutaj, w byłym polskim majątku nad Sanem.

Słowa hauptmanna Hentschela oblewały ją jak letnia woda mętnej rzeki. Wiedziała, że dopóki kapitan mówi, dopóty nie będą kopulować ani robić czegoś podobnego.

Przypomniał sobie front pod Moskwą, którą chcieli zdobyć w błys­kawicznej kampanii już jesienią 1941. Karabiny maszynowe kosiły kolejne szeregi wroga, ale niczym szarańcza zjawiały się nowe. Musieli przekraczać stosy martwych Rosjan. Nagle żołnierze Hentschela, zdjęci grozą, przestali strzelać. Zrozumieli bowiem wysłany przez wroga sygnał: miał więcej ludzi niż armia niemiecka pocisków.

Dał rozkaz wznowienia ognia. Nie usłuchali. Wyjąwszy pistolet, był gotów nacisnąć spust. Masakra trwała nadal. Mogli bez końca mordować żołnierzy przeciwnika, ale nie mogli go pokonać. Rezultat jest taki, że teraz są w defensywie.

– Ciężko walczy się z wrogiem, któremu nie zależy, kto wygra, a kto przegra.

Nie powiedziała „być może”, niemniej tak pomyślała.

– Czasami mam wrażenie, że sen przechodzi w jawę i odwrotnie.

Objąwszy ponownie jej dziecinne ciało, hauptmann Hentschel upajał się nim tak samo jak słowami. Miętosił jej na poły dziecinne piersi. Opuszkami palców i dłonią głaskał tatuaż na brzuszku. Brzuch, podbrzusze i to niżej miała jak u kobiety. Nie przeszkadzały mu niebieskawe litery Feldhure. W poczekalni madame Kulik puściła kolejną płytę z walcami rodziny Straussów.

– Tak u mnie wygląda odwrót – wychrypiał. – Gdy byłem mały, matka śpiewała mi podniosłe pieśni: o upiorach, które piją krew dziewic, o jesionie, z którego wyrośli Niemcy i który nadal otaczamy czcią, o czarnym koniu galopującym nocą z zachodu na wschód i o orle, który wznieca wiatr na północnym widnokręgu. O końcu boga Freja. O źródle pod drzewem świata. Miała to we krwi jak jej matka, babki, ciotki. Wierzyła w to jak w Biblię. Patrzyła na mnie wzrokiem surowym, ciepłym i smutnym. Na Kaukazie widziałem konie, które taszczyły działa na stromą górę. Armaty ściągały je i w końcu konie runęły do parowu. A upadając, rżały. – Po czym powiedział: – Matka uważała, że rzadko która dostanie męża, na jakiego zasługuje. Matka mej matki umarła młodo, w wieku siedemnastu lat. Nie była długo mężatką. Nie wiadomo, czy nie umiały czy też nie mogły sobie wybrać. A zachowywały się tak, jakby wierzyły, że dzieci przynosi bocian.

Nie wiedziała, co dla hauptmanna Hentschela było najważniejsze. Zgodnie z jego słowami mógł funkcjonować dopóty, dopóki był sprawny od pasa w dół i miał kogoś, z kim to sprawdzał, w miarę możliwości z jak najkrótszymi przerwami. Jego ciało było osią, wokół której obracało się wszystko, ołtarzem ofiarnym, który był skłonny przyjąć cokolwiek. Pamiętał swoje kobiety, lecz ich nie liczył. Inaczej niż adiutant, który kiedyś, gdy jeszcze mógł, przyszedłszy do oficerskiego kasyna, oświadczył, że właśnie dobił do pierwszej setki. Sto pierwszej już nie zdołał zaliczyć. Czy i jemu mogła się przydarzyć taka kontuzja?

– Jesteśmy wobec siebie szczerzy, nieprawdaż? – powiedział, jak gdyby otwartość i bezwstyd były także jej udziałem, choć według niego nie chodziło o bezwstyd. Wyznawał jej prawdę jak swemu adiutantowi, najbliższym kolegom, a oni jemu. Mało kto wygra raz na zawsze wojnę z hormonami, a jest to wojna wyniszczająca, siostra tej zewnętrznej, do której wnosił swój wkład. Wprawdzie skromny, niemniej godny szacunku.

Jeszcze nie wiedziała, że po wizycie hauptmanna Hentschela z księgi madame Kulik znikną negatywne oceny (ale tylko skargi szeregowych żołnierzy, nie oficerów).

Powstrzymała się, by nie spojrzeć na jego wiszący na drzwiach płaszcz. Przez oparcie krzesła kapitan przerzucił swój zielony wełniany sweter z beżowymi skórzanymi łatkami na łokciach.

– Patrzysz na mój pistolet?

Poczerwieniała.

– Nie, na pana sweter.

(Dał go jej później).

– Oficerowie do kapitana mają lugery, a parabellum od kapitana w górę. Opowiedzieć ci, jaki byłem dziarski w pierwszym roku wojny? Czułem się niczym krzepkie młode drzewo, wzmacniane codziennie przez wiatr, burzę i mróz. Byłem szczęśliwy, gdy przyszedł rozkaz, aby stanąć do bitwy.

Próbowała przewrócić się na bok, by nie drażnić rany na pośladku. Była trochę zaskoczona, dokąd zabłądził myślami.

– Gdy pada przyjaciel, zawiadamiam jego kobietę. Śmiertelnie ranny kolega z Akademii Wojskowej w Poczdamie poprosił mnie, żebym powiedział żonie, jaką miał śmierć. Zadzwoniłem. Otworzyła i od razu wiedziała, w czym rzecz. Rzuciła mi się na szyję. Dziecko było u babci w Lausitz nad Sprewą. Parę minut później wylądowaliśmy w łóżku. To zew natury, magnetyzm ciała starszy i od ciebie, i ode mnie.