Piękne zielone oczyTekst

Z serii: Klasyka
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szarość zgęstniała, pociemniały cienie. Czekała, kiedy każe jej się rozebrać, położyć i dać mu to, po co przyszedł. Chciała to już mieć za sobą? Denerwował ją sam fakt, że jest oficerem?

Nie wiedząc dokładnie dlaczego, myślała często o ciałach topielców, które wyciągała z błota na Harmenzach za Auschwitz-Birkenau, aby nie psuły powietrza wdychanego przez Niemców. O dziewczętach w Terezinie, kłócących się, co nie przystoi dziewczynie w relacji z chłopakiem. O dziewczętach w Auschwitz­-Birkenau, które przebierały się za mężczyzn, by móc przejść łańcuch straży i zobaczyć ojca, brata, męża czy kochanka, czasem tylko po to, żeby się przekonać, że jeszcze żyją. Na Harmenzach zazdrościła dzikim kaczkom. Podbierała mewom jajka dla esesmanów. Miały delikatną skorupkę i zdarzało się, że pękały w dłoni. Po kryjomu zjadła ich parę.

Wsłuchany w zamieć hauptmann wyławiał odgłosy kanonady.

– To nie moje oddziały.

Milczała.

– Czy tutaj zalatuje piżmem? – spytał.

– Przed dniówką madame Kulik spryskuje klitki pachnidłem.

Wpadło mu do głowy, że tu mogą być szczury.

– Może tak mi się tylko zdaje.

– Nie wiem.

– A tobie co się zdaje? Miewasz sny?

– Czasami.

– Opowiedz o nich.

– Już zapomniałam.

Dziś nad ranem śniła, że jest drzewem ze zdartą korą. Wiatr wyrywał ją razem z korzeniami ze zlodowaciałego śniegu. Soki wyciekały z niej niczym biała krew i natychmiast zamarzały. Pod koniec snu oślepła. Usiadła obok Esteli, wystraszona, że to nie sen. Potem przyśniła się jej matka. Biegła ulicą w płonącym futrze. Skórka popędziła za nią. Ni stąd, ni zowąd stała się naga, a zamiast piersi miała płytkie fioletowe dołki.

– Szkoda – powiedział hauptmann.

Przy krześle obok piecyka stała konew z wodą. Zlecił to ober­führer Schimmelpfenig na wypadek, gdyby od rury zajęła się podłoga (za czasów madame raz spłonęła połowa majątku).

– W pobliżu podobno jest kasyno. I gorzelnia.

– Nie znam okolicy.

– Tak słyszałem.

– Nic o tym nie wiem.

– Przyjechałem tu z Festung Breslau. Po drodze widziałem mnóstwo małych obozów koncentracyjnych. Zatrzymałem się w największym, w Auschwitz, po odbiór płaszczy i kożuchów dla mojego batalionu. Buty, szaliki i rękawice, rzeczy na zimę. Przenocowałem tam.

Zacisnęła wargi, wbrew zaleceniom madame Kulik. (Wargi i uda zostawiać lekko rozchylone, słuchać jak gdyby nigdy nic). Przespał się w lagrze jak w hotelu? Nie przeszkadzało mu, że miał płaszcz stamtąd, a jego żołnierzy ogrzeją swetry, rękawice i skarpety po zamordowanych? Patrzył na jej sukienkę, dokładnie na wysokości piersi.

– Twój strój nie jest zbyt przewiewny.

– Nie wiem.

Im nie dawali odzieży, mimo że w Auschwitz-Birkenau, w komandzie zwanym Kanada było sześć ogromnych magazynów z milionami płaszczy, damskich i męskich ciuchów, galanterii, ze specjalną sekcją, gdzie pod najściślejszym nadzorem wszystko było rozpruwane w poszukiwaniu schowków na pieniądze czy biżuterię. Z nich ściągali odzież i bieliznę. Widziała w lagrze świetnie ubranych, obutych i najedzonych członków komanda Kanada. ­Eleganckich żołnierzy, podoficerów i oficerów SS. Dla niej, więźniarki obozu kobiecego, było to coś niepojętego. Codziennie wyjeżdżały stamtąd do Rzeszy pociągi wypełnione odzieżą, aby Pomoc Zimowa, wymyślona w Protektoracie Czech i Moraw przez generała Heydricha, mogła obdzielić rodziny, ofiary bombardowań. ­Chyba od samego początku były to naczynia połączone.

– Jest bardzo obcisły.

– W sam raz.

Mogła wyczytać z jego miny, jak ocenił jej piersi.

– Ile masz lat?

– Osiemnaście.

– Kiedy skończysz osiemnaście?

– Już skończyłam.

– A czemu nie trzydzieści albo sto dwadzieścia? Wyglądasz na piętnaście. – Uśmiechnął się.

Gdy zdjął bluzę, poczuła niemal ulgę. Nie będzie już o nic pytał? Na podwórzu nasilił się hałas, przyjechał oddział, kilka aut, a może autobusów. Hauptmann zapiął sprzączkę paska pistoletu i wraz z bluzą powiesił na haku przy drzwiach.

– Nie rozbierzesz się?

– Jak pan chce.

– Rozgość się. Chcę tu zostać długo, jeśli pozwolisz.

Zrobiła, co kazał. Czuła na sobie jego wzrok. W głosie i oczach wyczytała coś pomiędzy przychylnością, lekceważeniem i ciekawością. Dziewczyna jest dla nich butelką do zapełnienia. Nie chciała powtarzać sobie tego samego dzień w dzień dwanaście razy, a siedem dni wcześniej piętnaście. Wiedziała już, że niekiedy się uśmiecha, mimo że najchętniej splunęłaby albo zwymiotowała. Jej spojrzenie pełne obaw, dla hauptmanna niejasnych, sprawiało, że przypominała mu kota, który się boi, choć nie musi. Nie przyszedł tu, by ją skrzywdzić czy jej zagrozić. Zgodnie z własnymi wyobrażeniami przyszedł po swoje, chciał przyjemności, a dzielenie się należało do jego zasad.

– Nie chcę, żebyś była smutna albo w złym humorze. Przez to ludzie stają się sobie obcy.

Nie da się zaprzeczyć, ładnie powiedział. Ładne nie będzie to, co nastąpi, jak przez wszystkie siedem dni wcześniej. Ale nie dlatego, że ma piętnaście lat. Nie była w złym humorze. Lękała się biegunki. I żeby się nie zdradzić.

Czy szybko się rozbierając, poszła mu na rękę? Zdejmowana odzież oznaczała tylko utratę resztek prywatności. Jej wstyd był już inny, po każdym z siedmiu dni coraz mniejszy. Lecz nie zniknął. Powinna się cieszyć, że wolno jej być z niemieckim oficerem. Być może skądś z góry patrzą na jej poczynania brat, matka, ojciec. To był świat rzeczywisty, w którym żyła już ósmy dzień. Nie mogąc się z tym pogodzić, musiała się po prostu dostosować. Oznaczało to wstrząs identyczny z tym na rampie w Auschwitz­-Birkenau dwudziestego ósmego września tego roku, który zbliżał się do końca. Czy wolno jej było myśleć, że czuwa nad nią jakaś siła wyższa, lecz nie jest to anioł? Żyła wbrew wszystkiemu i to musiał być cud. Powinna uwierzyć, że numer trzydzieści sześć jest dobry? Była trzydziesta szósta. Sądziła, że po Auschwitz­-Birkenau zdoła znieść wszystko. Myliła się. Ani jeden dzień tutaj, jedna godzina czy minuta nie przygotowały jej na następne.

Nie patrząc na Daniela Auguste’a Hentschela, wyczuwała jego obecność. Rozebrała się. Stała ze zwieszoną głową niczym dopełnienie czternastowiecznego obrazu, do którego inna przyrównała hauptmanna, jak Ewa obok Adama, on z listkiem figowym, ona bez. Obserwowała czubki swych palców. Czy była czysta? Wykąpała się i wyszorowała mydłem w lodowatej wodzie. Wiedziała, że patrzy na nią tak, jak żołnierze na dziewczynę, z podziwem, pożądaniem i rzeczowo, a w tych spojrzeniach jest odrobina wyższości i pogardy. Nie znając jej, potępiali ją.

– Tak sobie myślę, dziewczynko, że dodajesz sobie lat. Zatajasz swój wiek? – Roześmiał się. – Za parę tygodni albo lat zechcesz uchodzić za młodszą.

– Nie zatajam.

– Na czyją korzyść mam to zapisać: twoją czy moją?

W ciągu trzech miesięcy przeszła przez potężną niemiecką maszynę do mielenia mięsa. Już ósmy dzień myślała o sobie jak o użytkowym kawałku ciała. O skórze między udami. Nigdy nie czuła się czysta. Nim się zużyje, zachoruje lub zjedzą ją wszy, szczury albo wilki. Lub zgnije. Zastanawiało ją, kiedy dojrzała. Nie było to kwestią czasu ani doświadczeń. Nie stało się przez jedną noc czy dzień albo z godziny na godzinę. Żołnierze byli dla niej źródłem żółtawej mazi, krochmalu między udami lub palcami. Ochoty i żądzy, którym nie mogła się przeciwstawić.

Nie czekając na odpowiedź, zaczął się rozbierać. Rzeczy na krześle układał w takiej kolejności, jakby już teraz myślał o wyjściu. Zmrużyła oczy. Słyszała znajomy dźwięk rozpinanej klamry paska spodni, szelest koszuli. Zdjął dwa ciepłe podkoszulki, biały i szary. Spodenki z tasiemką. Opuściła głowę. W takiej chwili czuła się zawsze niezręcznie, ale nie wstydziła się tylko za siebie. Widok rozbierających się żołnierzy z jakiegoś powodu przywoływał na myśl czterech kastrowanych chłopców w Auschwitz-Birkenau, których doktor Krueger operował w asyście dwóch żydowskich lekarzy. Cała ósemka wiedziała (doktorzy, ona i operowani), że tamci niebawem zmienią się w sadzę. Zbierała do kosza ich odzież, im już niepotrzebną. W garnku na piecyku od pewnego czasu bulgotała woda.

– To dla mnie? – spytał hauptmann.

– Nakazano nam podgrzewać wodę.

– Szczupła jesteś – powiedział. Myślał o sprężystości, świeżości i gibkości wszystkiego, co młode. Wiosenna trawka, jesienny wietrzyk, woń sosnowego lasu. Kłos zboża. Zerknął na jej łono, przyglądał się krzywiznom ciała.

Pragnęła mieć pancerz. Nie wiedzieć czemu czekała na ­uderzenie. Nie ciekawiło jej, jak i dlaczego starzeją się mężczyźni. I czy mają czegoś za mało, czy w nadmiarze, jak wspomniał hauptmann.

Obchodził się z nią jak aryjczyk z aryjką. Chciała uniknąć nieostrożności, nieznanych pułapek, ewentualnych błędów. Mimo że sobie tego nie nakazała, jej głos zaczął brzmieć życzliwiej. Hauptmann był już rozebrany. Usiłowała umknąć wzrokiem, by nie oglądać jego ciała, nóg, brzucha, torsu. Wszystko miał duże. Za chwilę zacznie ją obmacywać niczym ślepiec, badać, jak zwierzę bada i próbuje mięso, które wnet zedrze z kości. Widziała jego ogromną sylwetkę, wężowe ręce, jasno owłosiony tors, poczerwieniałe, niemal fioletowe łono.

– Lubisz szarość?

– Nie przeszkadza mi.

– Wszystko możesz zwalić na mnie – wychrypiał lekko.

W jego głosie usłyszała pragnienie, żądzę, to, co dorosłego mężczyznę zmienia w bezgłośnie piejącego koguta, który podnosząc albo szarpiąc łepek, okazuje swą kogucią pychę, małe coś, co budziło w niej wstręt, z konieczności skrywany.

– Rób ze mną, co z każdym.

Wlała do umywalki gorącą wodę. Cieszyło ją, że robi coś innego od tego, co nadejdzie. Dolała z konwi zimną i sprawdziła palcami, czy jest dobrze. Skupiła się na wodzie.

 

– Chce pan mydło?

– Myślisz, że powinienem?

– Nie wiem.

– Nie lubię u siebie potu, tłustych plam, kwaśnego zapachu, kiedy dwa–trzy dni nie zdejmuję munduru. Czystość to połowa zdrowia, nie uważasz?

Przytaknęła.

Chlupot wody. Dokładała starań, by uniknąć rozbryzgów. Powiedział, że czuje się jak w podrzędnym hotelu. Co miał na myśli? Obsługę? Czystość? Nigdy nie była w hotelu. Kiedyś tylko obiło jej się o uszy, czym są hotele.

– Jak to robiłaś z tym przede mną? Jak to lubisz? A jak on lubił?

Uśmiechnęła się bezradnie, unikając odpowiedzi. Potraktował to jako obietnicę?

Wewnętrzne impulsy doradziły jej w sprawach, o których nie miała pojęcia. Przyznała rację matce, która nie wiedziała tylko, kiedy skorzysta z jej rad. Namydliła go, obmyła i wytarła. Zmrużyła oczy, jakby chroniąc się przed mydłem. Wszystko, co robiła, znosił bez słowa. Jeszcze jej nie dotknął, pozwalając, by ona go dotykała. Skórę miał twardą, pod nią same mięśnie.

– Jesteś bardzo młoda. Masz delikatne dłonie i palce.

Wiedziała, że to nieprawda. Na rękach miała odciski, lecz nie mog­ła powiedzieć od czego. (Na Harmenzach za Auschwitz­-Birkenau ciągnęła na sznurach łódki, a piaskiem, który zwoziła taczką, wysypywała dróżki do domków esesmanów).

Madame Kulik radziła, żeby nie lekceważyć pierwszego dotyku, tego, co dziewczyna robi dłońmi i palcami. Jeśli jest podenerwowana, ma dłoń spoconą i chłodną. Gadanina też przeszkadza. Trzeba wyczuć, kiedy się zamknąć.

Kąpiel zrobiła mu dobrze. Najpierw wytarła jego ręce, potem swoje.

– Ile masz wzrostu?

– Metr siedemdziesiąt cztery.

– To już coś. Wysoko śmignęłaś.

Milczała.

– Lubię długie nogi. Ma to dla mnie pewne znaczenie. Dłonie z długimi palcami też. – Otaksował ją z dołu do góry, kończąc na udach i łonie. Utwierdził się w czymś. Niespodziewanie zapytał znowu: – Gdzie chodziłaś do szkoły?

– W Pradze.

– A skończyłaś ją kiedy?

– Trzy lata temu.

– Siedziałaś w ostatniej ławce?

Droczył się z nią. Oczekiwał od niej tego samego? Czemu zwlekał? Musiała uważać na każde słowo, przeliczać lata, daty, gdzie i kiedy chodziła do szkoły.

– Ile klas zaliczyłaś?

– Osiem.

– Wykształcenie nie zawadzi.

Zerknął na łóżko.

– Nie usiądziesz?

– Skoro pan chce.

Usiadłszy na łóżku, skrzyżowała na piersiach ręce i założyła nogę na nogę. Nie zdołała zasłonić łona.

– Wstydzisz się mnie?

– Nie wstydzę.

– Ani trochę?

– Trochę tak.

Spąsowiała. Jeszcze się wstydzi, zabawne, pomyślał. W tym wstydzie było coś dziecinnego, a zarazem majestatycznego, co odróżniało ją od innych prostytutek. Niektóre z nich napełniały go niesmakiem. Były ograniczone, o czym świadczyła ich ordynarność. Ona nie. W jej lęku dostrzegł delikatność, ale równie dobrze mogły to być niepewność i niedoświadczenie. W klitce unosił się zapach wilgotnego węgla brunatnego. Płonął powoli. Furmanka przyjechała wczoraj z Wehrkreisu. W porównaniu z zamiecią i mrozem na zewnątrz było tu przyjemnie. Początkowo dokładała polana. Brzozowe miały zdartą korę, dąb zalatywał grzybami i pleśnią. Dusił je kopcący dym. Musiała oszczędnie gospodarować drewnem.

– Blada jesteś – powiedział.

– Jestem zdrowa.

– Mam nadzieję. Wypuszczają was na świeże powietrze?

– Odśnieżamy podwórko i okolicę bramy.

– Masz niemal przezroczystą skórę.

– Słońce rzadko tu zagląda.

Podszedł do niej. Sprawiał wrażenie olbrzyma. Podświadomie zmrużyła oczy.

– Za pozwoleniem – rzekł, po czym usiadł obok.

Siedzący hauptmann nie był już tak olbrzymi. Dotknął jej pośladka, gdzie miała ropiejącą, zaklejoną plastrem ranę od pejcza. Tej nocy, gdy eskortowali je z lagru do 232 Ost, smagnął ją esesman, bo nie spieszyła się z wsiadaniem do wagonu.

– Kto ci to zrobił? Boli?

– Już tylko trochę.

– Wygląda na uderzenie pejczem albo trzcinką. Nie patrzysz, czym cię biją?

Czy jego nastrój mógł się zmienić w ciągu sekundy? W głosie zabrzmiał jakiś nowy odcień niechęci, rozdrażnienie żołnierza, którego nie stać na to, by nie widzieć, kto do niego strzela.

Patrząc na nią, zastanawiał się, za ile by poszła, z własnej woli czy bez. I wtedy przypomniał sobie opowiadanie Arthura Schnitzlera o oficerze, który po stosunku z prostytutką uznał, że skoro wszystko jest na sprzedaż, w tym mięso, zwłaszcza kawałki mięsa, zatem jeśli nastaną okoliczności, które go do tego zmuszą, on też może się sprzedawać jak ona. Zrobiło mu się niedobrze, ale sekundę później wyrzucił to z głowy.

Każdy kontakt ze sprzedajną dziewczyną uzmysławiał mu, że sprzedajni są wszyscy i mniejsza, co kiedykolwiek o tym czytał. Między kupić a sprzedać czy najemcą a wynajmującym nie ma wielkiej różnicy. Była to refleksja na dnie wszystkich jego ­instynktów, które w kotłowaninie myśli nabierały niepodważalnego sensu.

Wojna była tu przykrywką; odsyłając do bliskiej przyszłości, zagłuszała przeszłość. Wojna jest jakoś dobra, spycha w niepamięć to, co by roztrząsał jak każdą obrzydliwość.

– Wojna jest wspaniała – rzekł.

Nie sądził, by dziewczyna spytała „dlaczego”. Bez żadnego wyjaśnienia dodał, że wojna jest zdrowa, i się uśmiechnął. Także nie wiedziała dlaczego.

(Zarazem przypomniał sobie, że dzieła Schnitzlera przepadły przy paleniu szkodliwych książek, w większości autorów żydowskich, lecz również wielu niemieckich i austriackich. Biblioteka ojca najprawdopodobniej musiałaby zostać spisana na straty, wobec czego ten usunął coś ze zbiorów i nie oglądając się na służbę, włożył rękawice, po czym sam zajął się paleniem).

Wzdrygnęła się. W tej chwili mogła go sobie wyobrazić jako oficera dowodzącego lub ojca dorastającej córki. Czy nagle przeszkodą stała się jej ropiejąca, zakryta plastrem rana? Ukarze ją za to?

Czekała, kiedy hauptmann Daniel Auguste Hentschel przyciągnie ją i się na niej położy. Niemal już tego chciała. Postanowiła jak najszerzej rozstawić nogi, aby poszło łatwiej, chociaż dotąd nigdy nie było łatwiej. Nie bała się go, ale odczuwała strach, że się zdradzi. Nie potrafiła nikogo przejrzeć, siebie zresztą też. Zadawał tyle pytań, wszystkie niewygodne, bo zakładały odpowiedź.

Położył się obok, mimo że wciąż siedziała. Spodziewał się, że sama się przy nim położy? Nie wiedziała, co robić. Przeciągnął się. Usłyszała, jak zatrzeszczały stawy. Przypominał drzewo. Był obok, jakby znał ją od dawna. Leżąc, przyglądał się jej z bliska zza przymkniętych powiek.

– W kasynie bylibyśmy dobrą parą. Jesteś piękna – powiedział, myśląc przy tym: trochę koścista, pewnie niedoświadczona. – Boisz się mnie?

– Nie.

– Nie bój się.

– Nie – powtórzyła.

– Nie masz się czego bać.

– Tak.

– Chcę dla ciebie jak najlepiej.

Ręce miała nadal skrzyżowane na piersiach. Pozwalał jej siedzieć z nogą założoną na nogę. Chciał, żeby się odkryła, opuściła ręce i rozstawiła nogi? W zeszłym tygodniu, w piątek, madame Kulik stwierdziła, że Skórka jest długa jak topola, chuda jak fasola. Zgadza się. Hauptmann uniósł się na łokciach.

– Za pozwoleniem – powiedział, a z jego głosu znowu zniknęło to, co przez chwilę uważała za napastliwość albo wrogość. Podał jej swoją ogromną dłoń.

Czyżby chciał, by włożyła do niej swoją?

– Nie powinnaś tak na mnie patrzeć – wychrypiał. – Ja też nie patrzę na ciebie jak Bestia na Piękną. Nie byłbym tu z tobą, gdybyś nie była piękna i mnie nie chciała.

Poczuła uścisk jego palców. Wiedziała, co to znaczy, również z tonacji i doboru słów. Kłamał, to pewne. Próbował ją uspokoić? Przez tych siedem dni tutaj chyba dorosła. Ale czym jest dorosłość? Bólem między nogami? Pragnieniem, by przeskoczyć własne życie i dotknąć tego, co się nazywa starością? Sumą wszystkiego, co człowiek przeżył, poznał, czego doświadczył, bał się, oczekiwał, a co zawsze wyglądało inaczej, jak w starej anegdocie, którą na Rybnej powtarzał pan Naumann, zarządca żydowskiego domu starców, a tatuś zawsze się z niej śmiał? Usiłowała myśleć o czymś, co nie miało tyle wspólnego z tym, co działo się tutaj. O kraczących wronach, wyjących wilkach i zamieci za oknem, o cieple piecyka, za które odpowiadała. O zaśnieżonym kamieniołomie. O przemyśle w Auschwitz-Birkenau, DAW – Deutsche Ausrüstungswerke, części koncernów Krupp i Siemens. Albo o Buna-Werke, zakładach chemicznych w Dworach za Auschwitz-Birkenau. Dniem i nocą chodziło tam i z powrotem do lagru kilkadziesiąt tysięcy niewolników, mężczyzn i kobiet. Wiedziała, że to nie tak. Nikt nie mógł wybierać. Był wybierany. Jej dłoń zniknęła w dłoni hauptmanna: mocnej, wilgotnej i gorącej.

Powoli przyciągał ją do siebie. Jeśli chciał delicji, to nie z nią.

– Masz zimną dłoń. Jesteś głodna?

– Nie – skłamała, odwracając się trochę, żeby nie leżeć na ranie.

Zrozumiał.

– Tutaj ci to zrobili?

– Upadłam.

– Gdzie?

Zawahała się. Nie chciała jednak, by przerwę między pytaniem a odpowiedzią uznał za zbyt długą, więc odparła:

– Na rampie koło bocznicy, jak jechałyśmy tutaj tydzień temu. Znalazłam się daleko od toru. Podstawiali wagony. Ciemno jeszcze było. Wszystko działo się w pośpiechu.

– Wieźli was nocą? Moim zdaniem to wygląda na szpicrutę. W poczdamskiej Kriegsschule jednym z przedmiotów było jeździectwo. W domu jazdy konnej uczyli nas ojciec i jego koniuszy. Mieliśmy stajnię. Jeżdżę nie tylko horchem i czołgiem. Konie należą do mojej tradycji rodzinnej, a szpicruta jest częścią garderoby.

Powiedział, że ma piersi jak kręgle. Odchrząknął. Małe kręgle, jakimi bawią się jego dzieci. Wyszeptał również, że w jej dziecinnym głosie słyszy dawne wakacje w Alpach, gdzie uwiodła go pierwsza prostytutka. Miał wtedy dwanaście lat. Opowiedział o wygłupie z akademii wojskowej. Kadeci nasypali pieprz w nozdrza rumaka generała broni von Lothar-Jungera. Gdy tylko generał dosiadł konia, ten go rzecz jasna zrzucił. Później przy kartach i winie kadeci sprzeczali się, czy takie dręczenie konia jest dopuszczalne.

Poduszki były z surowego workowego płótna, wypełnione zgrzytającym piaskiem.

– Nie jest to najpiękniejszy dźwięk – rzekł hauptmann. – Wiesz, jak wyglądasz? Jak moja pierwsza węgierska służąca. Miała skończone czternaście lat, dobiegała piętnastu. Kto wie, jak skończyła?

(Madame mówiła: „Najpierw patrzą ci na nogi, potem w oczy. W trzeciej kolejności na piersi. Nie zaszkodzi je wypiąć, będą pełniejsze”). Leży z niemieckim oficerem, żaden powód do dumy. W zeszły piątek nie umiałaby o tym pomyśleć. W zeszły piątek była żywym trupem. Jej mięso udowodniło piętnastu żołnierzom, że żyje. Niczym echo usłyszała sapera, który zarzucił jej, że leży jak śnięty karp. Nie chciała karać swego ciała za to, czego nie mogła zmienić ani siłą woli, ani pragnieniem. Jeśli ma wyjść hauptmannowi naprzeciw, a zarazem ulżyć sobie, musi być uległa. Zdenerwowała się. Zapomniała o oleju. Spostrzegł, że zerknęła na flakon. Sięgnęła poń wolną ręką.

– Uważasz, że to nam potrzebne?

Obserwował, co robi. Smarowała go jak przy mydleniu. Wystarczyło siedem dni, by wiedzieć, jak wyposzczony żołnierz zmaga się ze swym ciałem, a ono z nim. I jak wtedy ona walczy sama ze sobą. Czuła, że zwiększa się w niej dystans spowodowany bliskością. Był niezadowolony.

– Zachowujesz się jak dziewica.

– Nie umiem inaczej.

– W ogóle tego nie umiesz.

– Ale chcę.

– Chciej – wychrypiał. – Powinnaś chcieć tego, co ja. Jesteś jak kiepska panna młoda.

Rozłożył dłońmi jej nogi. Gdy rozchylił usta, ujrzała mocne białe zęby. Oddychał szybko. Przywarł do niej z taką siłą, że na plecach i rękach poczuła drewnianą ramę łóżka. Pomógł sobie kolanami. Bała się, że ją rozszarpie. Już wiedziała, że bez oleju też by sobie poradził. Już doświadczyła, co znaczy zwielokrotniona rozjuszeniem męska siła, z jaką bierze to, co chce.

Nie chciała go rozjuszyć, nie byłoby to dobre. Wiedziała, co leży w jej interesie.

Co najmniej dwanaście razy dziennie, z hauptmannem wyjątkowo raz, zmusiła się do tego, by pozwolić obcemu człowiekowi, aby robił z jej ciałem, co zechce. To, co niewidzialne, ale wyczuwalne i namacalne. Inne poczucie cielesności niż wtedy, gdy jako dziesięcio­latka skręciła kostkę na boisku Hagiboru albo bolał ją żołądek, ponieważ coś zjadła.

 

Za każdym razem odczuwała skrępowanie, lecz nie wstydziła się wyłącznie za siebie, choć była jedynym świadkiem. Nie wolno jej było okazać tego na zewnątrz. Nie musiała myśleć o tym, kto będzie następny. Drugi, trzeci, dwunasty. Skupiała się na ogniu w piecyku. Na grudkach kopcącego węgla. Na opałowym drewnie. Na zduńskiej glinie pieca, który oberführer Schimmelpfenig miał w oficynie. Do lęku przed biegunką dołączył ból głowy. Rano Gruba wymiotowała z powodu bólu głowy.

Hauptmann leżał obok, jakby znali się od zawsze.

– Miła jesteś – powiedział. – I całkiem ładnie pachniesz. Jesteś czysta. Doceniam to. Przypominasz mi leśne wrzosowisko. – Wsłuchał się w kanonadę. – Mam nadzieję, że się nie lękasz.

– Nie. – Nauczyła się rozróżniać kłamstwa. Najlepszym było to najprostsze, niemal prawda.

– Byłoby mi miło, gdybyś chciała tego co ja.

Nie miała dobrego zdania o swym ciele. Gdzieś między skrońmi zaświtała jej myśl o oceanie, tak głębokim, że nie można dojrzeć dna ani tam zejść. O ciemnych nocach, które w zasadzie nie dają nadziei, że nastanie dzień. O mgle, z której tuż przy ścianie wybiegają wilki. Powracał do niej pisk kłębiących się szczurów, gdy znikały w najciemniejszych cieniach korytarza. Twarz hauptmanna zastygła w grymasie, ni to poważnym, ni to śmiesznym. Brakowało jej tchu. Nie wiedziała, co nadejdzie. Mniejsza o jego ruchy i milczenie, liczył się tylko szybki oddech. Zapadała się w pustkę i mrok, w chłód, który był inny niż lód za oknem. Bolało ją krocze, obrzmiały naskórek, śluzówka. Wszystko było najpierw ciałem hauptmanna, potem jej ciałem. Rozległy się w niej głosy ojca, matki, brata. Nie chciała tego. Zamknęła oczy, lecz nie mogła zatkać uszu. Myślała o radach Wielkiej Leopoldy Kulik. Żołnierz jest wężem, dziewczyna przełykiem. Czuła w sobie wodę, pustkę, później ogień, tarcie, ból.

Jako piętnastolatka zrozumiała coś, czego nie pojmowała od kropli swej pierwszej krwi: istnieją rzeczy, których by nie powierzyła nawet Bogu.

Hauptmann oddychał coraz głośniej i szybciej. Myślała o stromych zboczach, o płaskim ugorze, o nieczynnych szybach w Au­schwitz-Birkenau. Próbował dopasować ją do swego rytmu. Nic z tego. Zaświtało jej wyobrażenie czegoś dawnego i mglistego, białego jak szron, czarnego jak węgiel. Myślała o zakrwawionej sierści zwierząt. Jego rysy stężały.

– Jesteś jak koliberek – szepnął.

– Chce pan więcej oleju?

– Rozluźnij się.

Ze wstydu zamknęła oczy. Ze wszystkich sił starała się udawać większe zaangażowanie lub większą dojrzałość. Mogła wyjść mu naprzeciw, byłoby jej lżej. Pragnęła udowodnić sobie niemożliwe. Bała się biegunki, w dodatku doszedł ból między nogami. Obawiała się krwotoku. Była zdezorientowana. Nie mogła już liczyć na dawną regularność. Marzyła, by się upodobnić do bramy majątku nr 232 Ost z blaszanym orłem Rzeszy i swastyką, w którą wchodzi, kto chce, kiedy chce i ile razy chce. Aby nie myśleć o swoim ciele, kroczu, swoich kiszkach i ciele hauptmanna Hentschela, skupiła się na bramie, gdzie odgarniając rano śnieg, usunęła się przed esesmanem Troppem na koniu, żeby wjechał do środka. Dla żołnierzy SS nie istniała różnica między nocą a dniem. Lubili noc.

Hauptmann szeptał jej do ucha coś o wygrzanym miejscu pośród lodowatego morza. O marmurowych skałach, o których czytał nocą, zanim tu przyszedł. O języku, jakim ich dawni przodkowie porozumiewali się w raju. O rosnącym i opadającym uniesieniu, o porozumieniu bez słów. O tym, dlaczego czasem nie może zasnąć i z czego rodzą się jego dni. Uważał ją za jedną z nich. Chciała tego, a zarazem nie chciała. Słyszała bezgłośny krzyk, którego nie dało się opisać słowem. Nawet tysiąc przepraszających „dlaczego” nie mogło obalić jedynego „dlatego”. Za co dostał Krzyż Żelazny, za co przedstawili go do Krzyża Rycerskiego, a za co nagrodzili zezwoleniem na wizytę w 232 Ost? Pomyślała o jego pistolecie. Trzymał ją w ramionach. Czy pogodziła się z tym, że jest w objęciach niemieckiego oficera, bo tak jest lżej?

Pragnęła znaleźć się dalej od siebie niż najodleglejszy gwiazdozbiór. Nie potrafiła, chociaż musiała przyznać, że bycie z oficerem to wprawdzie niewielki, ale jednak przywilej, przynajmniej w oczach innych. Odczuwała cielesność hauptmanna Hentschela. Przywykła do bliskości niemieckich żołnierzy, którzy byli jej obojętni. Czuła jego oddech, pot, zapach tytoniu na wargach, zadraśnięcia, blizny, szarpaną, już zasklepioną ranę na lewym udzie, obrażenie kolana, mapę jego wojskowych kampanii.

Wolno jej było udawać, a zarazem taić, że udaje. Myślała o owcach i o tym, dlaczego tak bardzo i tak często jest podobna do owcy. Dlaczego być może chciała się do niej upodobnić.

– Przyzwoity wszystkich uważa za przyzwoitych – szepnął hauptmann. – Powinnaś chcieć, żeby to była uczta. – I jeszcze: – W imię wszystkich nienarodzonych pięknych dzieci.

Dopiero później powiedział, że dziecko nie zawsze jest tym, co spłodzi mężczyzna. I że są rzeczy, o których nie śpiewali jej w kołysce. I że w tej chwili kropla męskiego nasienia jest dla niego tym samym, co wody wszystkich oceanów. I dlaczego boginie przeznaczenia obdarzają jednego długim, a innego krótkim życiem.

– Czy jestem dla ciebie zbyt duży? A może prostacki? – wyszeptał.

Skojarzyła go z kawałkiem surowego mięsa. Zdawała sobie sprawę, że jako kurwa spisuje się kiepsko. Ale w Niemczech lepiej być kiepską kurwą niż dobrą Żydówką.

– Myślę razem z tobą, jak bardzo nagie są dzieci – szepnął.

Nie wiedziała, że przemknęła mu myśl o żonie o imieniu Edda i o dwójce dzieci, chłopcu i dziewczynce. Córka miała na imię Wanna.

Przytulał ją obiema rękami tak, że niemal nie mogła oddychać. Chciał poznać jej myśli. Myślała o innych dziewczynach. O Pięknej, która gdy pada śnieg, przez chwilę jest szczęśliwa. Śni wtedy, że urodziła się i zmarła, i potrafiła to opisać matce. Gdy padał śnieg, znikało wrażenie, że między nogami ma żmiję. O Rudej, według której żołnierze są niczym koty. Przyjaźni, gdy byli razem, wkrótce potem zagubieni, chyba już na dobre, jak tylko powiedzieli auf Wiedersehen. Sprytna rozmawiała z nimi ostro, jej słownictwo nawet szewca przyprawiłoby o rumieniec. Wysoka, ze swymi smukłymi łydkami przypominała klacz. Porównywała się do tresowanej lwicy, która w cyrku skacze przez dwanaście obręczy. Okradała żołnierzy.

Hauptmann Hentschel dążył już tylko do osiągnięcia swego celu. Był jej równie obcy jak wtedy, gdy zaczął. Myślała o łykanych na surowo, czasem jeszcze ciepłych jajkach mew. O zjedzonym zimnym jajku. Ponownie skupiła się na swych trzewiach, które zwiastowały biegunkę.

Leżał teraz obok niej nieruchomo z rękami założonymi za głową, patrząc przez okno na śnieg i nisko zwieszony firmament, z którego dziur sypały się płatki. Zażyczył sobie ręcznika. Podała mu go, po czym wstała i dołożyła do piecyka.

– Przytulnie tu – powiedział. – Gdybyś chciała, mogłabyś być czuła. Przecież ten piękny brzuszek nie jest po to, żeby go przebić bagnetem. – Potem spytał: – Bardzo bolało?

– Nie.

– To dobrze. Potrafisz coś jeszcze?

– Wedle życzenia.

– Jesteś powściągliwa. Dlaczego? – Zaskoczył ją, dodając nagle: – Mimo wszystko wojna jest piękna.

Nie rozumiała pewnych rzeczy. Czuła na sobie lepkość, lecz wstydziła się wytrzeć. W końcu zrobiła to, żeby nie zaschło. Skąd miała wiedzieć, że tego nie lubi, chociaż tak samo zachowywała się pielęgniarka, o której opowiedział później.

– O ile pamiętam, potępiał to już Pietro Aretino.

Było wpół do jedenastej. Kanonada zagłuszała skowyt wiatru.

Nie wiedziała, o czym mówi. Bolało ją ciało. W duchu słyszała krzyk, szept, jęki. Nie rozumiała go. Myślała o matce, ojcu, bracie. O tym, co rano podczas alarmu wrzeszczał oberführer i co Wielka Leopolda Kulik opowiadała o marynarzu. Jakie zagadkowe dźwięki z dna dochodzą żeglarzy pośrodku oceanu. Wiedziała od dawna, że życie to pułapka. Gdy nie wpadała w pułapkę, zdarzały jej się chwile szczęścia i beztroski.

Zazwyczaj wpadała. Czy kiedykolwiek była beztroska? Tak, w szkolnych czasach. Lubiła się uczyć, w czytance najbardziej lubiła opowiadanie Głupi Jona. Co ma zrobić dziewczyna w pułapce, gdy nie chce umrzeć? Nie szukała odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie chce. Był to ostatni sprzeciw, jaki czuła. Wszystko było pułapką. Jej dzień, oddech hauptmanna, światło, dźwięk dzwonka. Wilki, wrony, szczury.