Piękne zielone oczyTekst

Z serii: Klasyka
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszystko to zmieściło się w ułamku między skinieniem i podniesieniem głowy. Ja, nein. Wynikający z pochodzenia brak pewności siebie ubierała w kłamstwo, jakby było stosowną sukienką. Na razie nie myślała, co zrobi, jeśli przejdzie.

– Nazwisko, dzień, miesiąc, rok i miejsce urodzenia. – Hauptsturmführer zaostrzył temperówką jeden z dwóch ołówków. Stłumiwszy beknięcie, napił się mineralnej. – Ostatnie miejsce pracy.

Proste pytania.

– Gabinet doktora Kreugera.

– No proszę. Masz jakichś żydowskich krewnych?

– Płynie we mnie aryjska krew – odparła pełnym zdaniem, jak najmocniejszym głosem.

– Gdybyś miała wybierać między szczurem a królikiem, co byś wybrała?

– Królika.

– Dlaczego?

– Bo ma delikatną sierść.

– Między wołem a kogutem?

– Koguta.

– Dlaczego?

– Nie wiem…

– Między świnią a koniem?

– Konia. Jest czystszy, szybszy, mądrzejszy…

– Dobrze. A między jagnięciem a wężem?

W końcu kazał jej podkasać sukienkę. Znała to już z selekcji na rampie, zaraz po przyjeździe. Rozkrok. Wykonała. Ma długie nogi, dziecinne uda, dobra, jak przyjdzie co do czego, da sobie radę. (Nie wspomniał kto). W tym momencie głos hauptsturmführera brzmiał niemal roztropnie. Jeszcze nie powiedział, że przeszła.

– Jestem bezpłodna. Ich bin unfruchtbar. Doktor Krueger naświetlił mi krocze rentgenem, z przodu i z tyłu.

Zainteresował się.

– Jesteś tego pewna?

– Tak jak Boga nade mną.

– A jeśli jest pod tobą w piekle? – zaśmiał się doktor Schneidhuber. – Gott macht die Nüsse, aber er knackt sie nicht auf. Bóg robi orzechy, ale ich nie łupie. – Odebrał to, jakby się chełpiła, że jest ślepa, głucha, niema. Z aryjką czuł się swobodniej niż z żydowskimi podludźmi, na których już jutro zacznie eksperymentować.

Podpisawszy jej kwestionariusz, włożył wszystkie do teczki. Nie myślała o tym, że liczby muszą się zgadzać, więc jutro zamiast niej ktoś inny pójdzie do komina. Doktor łyknął wody i wziął czapkę:

– Muszą ci urosnąć włosy, bo dużo ich nie masz. Dlaczego? Złapałaś wszy?

Potrwa to rok. Służenie żołnierzom frontowym jest zaszczytem. Obowiązek wobec Niemiec nade wszystko. Czystość, porządek, posłuszeństwo. Będą sobie prały i cerowały bieliznę. Na prace ręczne zostanie im mnóstwo czasu. Będą haftować, szydełkować, robić na drutach swetry i wełniane, chroniące przed mrozem maski – dla siebie i dla wojska.

Na dnie talerza zostawił trochę zimnej owsianki. Wziął pejcz leżący obok czapki. Trzonek był wykonany ze skóry hipopotama. Pozwolił jednej z dziewczyn dojeść resztki – wylizała talerz razem z łyżką. Podniósł słuchawkę telefonu: jadą z eskortą, natychmiast. Morgen geht’s los[6], pomyślał.

Wartownicy się nudzili. Nie wolno im było zadawać się z prostytutkami, chociaż niektórzy się zadawali. Dla obu stron oznaczało to złamanie zakazu, złapanie na gorącym uczynku i karę. Winny esesman szedł na front, do Einsatzgruppen[7] albo do kryminału. Dziewczyna polowa, jeśli miała szczęście, wędrowała do Hotelu dla cudzoziemców w Festung Breslau. Tak czy owak, obrywała na goły tyłek.

Kiedy śnieg zasypał kamieniołom, egzekucje przebiegały pod ścianą. W tym samym miejscu wartownicy z jednostki, która została już przeniesiona gdzie indziej, organizowali walki psów. Wyłapywali na pustkowiu zdziczałe psy, głodzili je, potem wybierali pary tej samej wielkości i rzucali im najbardziej osłabionego, aby tamte go rozszarpały i nasyciły się jego krwią. Później przez kilka dni nie dawali im wody, nie pozwalając nawet lizać śniegu. W ten sposób odwadniali ich organizmy, co zmniejszało upływ krwi. Na zakłady przeznaczali swój żołd. Zwycięski pies, chcąc zaspokoić pragnienie, lizał krew pokonanego. W listopadzie zaprosili na walkę madame Kulik. Owczarek, który przeżył dwa pojedynki, dał się rozszarpać podczas trzeciego. Zabrakło mu sił. Jego krew tryskała aż na ścianę, mieszając się tam z zaschniętymi plamami krwi straconych. Kilka kłębków sierści z psimi wydzielinami i odchodami upaćkało jej nogi powyżej kolan.

Dla oberführera Schimmelpfeniga okrucieństwo pojedynków potwierdzało prawa natury. Starożytni Germanie mieli rację, gdy miast się modlić, czcili lot ptaka, rączość konia czy hart psa. Tafle jezior, biel szronu. Nie musiał patrzeć na kurwy, by się przekonać, jak człowiek i zwierzę są sobie bliscy. Żołnierze też to potwierdzali, niestety. Nawet podświadomie czuł więź ze swymi dawnymi przodkami. Bo czyż pustkowie z kamieniołomem nie było podobne do Olbrzyma Szronu? Szczury ze swymi wyszczerzonymi zębami przypominały mu wiewiórki, które podług mądrości przodków rozniecały spory i siały niezgodę. Cierpiąc na bezsenność, nocami myślał o epokowym ruchu, o niemieckim socjalizmie narodowym, któremu zawdzięczał awans. Mróz i samotność pozbawiły go kapitału lekarskiego i ogólnego wykształcenia. Natura kierowała go tam, gdzie chyba kiedyś już był. Fascynował się walką zwierząt.

– Walczące na śmierć i życie psy uczą cię, co jest dobre, a co złe – powiedział madame Kulik. – Podpowiadają, co się dzieje wokół ciebie. Co masz robić, żeby wygrać. Każde szczeknięcie, warkot czy ugryzienie utwierdza mnie w przekonaniu, że to, co robię, robię dobrze. A ty ucz tego swoje młode kurewki. – Potem zapytał: – Ty drżysz?

– Zimno jest dla mnie powolną śmiercią – odparła. Zależało jej, by się nie połapał, co ma na myśli: „A wy, Niemcy, jesteście tą prędką”. Nawet nie próbowała zetrzeć z siebie tego, co do niej przymarzło. Musi się przebrać i trzykrotnie wszystko wyprać. Nie pierwszy raz wzdrygnęła się z obrzydzenia. Oberführer przekreślał jej widoki na przyszłość.

Wartownicy wypędzali zwycięskiego psa za bramę na pastwę wilków, a sami rozgrzewali się herbatą z termosów, rozdzielając zgrabiałymi rękami wygrane i przyjmując nowe zakłady. Dziewczęta patrzyły przez okno.

Dowódca nowego oddziału wartowniczego hauptsturmführer Waffen-SS Peter Hanisch-Sacher, który przyjechał z końcem listopada, nie przepadał za walkami psów. Z Bremerhaven przywiózł wilczura Fentiego i umieścił go w kojcu. Zdziczałe psy przypo­minały mu Cyganów, nie widział dla nich miejsca w psiarni, obok rasowych. Wśród czworonożnych Fenti był tym, kim hauptsturmführer we własnych oczach. Obaj mieli swoją reputację, rasę i honor. Zabite, zagryzione i wykrwawione psy kojarzyły mu się z obrzezanymi, a walka – z prostytutkami polowymi. W tym względzie zgadzał się z oberführerem, przeszkadzało mu jednak, gdy ten zawsze dawał do zrozumienia, że wolałby być gdzie indziej. Na kontakty swych ludzi z prostytutkami przymykał oko, byle zachowywali umiar. Kiedyś przy kieliszku sznapsa powiedział: faceci zostaną facetami. Nie pojmował logiki zwierzchnich urzędów wojskowych, które kierowały tu jednych esesmanów, zakazując zarazem tego innym. Niemniej rozkaz był świętością. Sam nie przejawiał zainteresowania dziewczynami. Brzydził się nimi, ale rozmowa o nich go nie męczyła.

Walka owczarka Austriego trwała trzydzieści pięć minut. Sturmmann Ruhe, który na niego postawił, przegrał żołd. Pięć minut później wilki rozszarpały zwycięskiego psa. Wnętrzności obu psich ciał wyżarły szczury.

Wielka Leopolda dotarła do łóżka dopiero o wpół do trzeciej nad ranem, wysławszy wcześniej cztery dziewczyny do esesmańskiej kuchni polowej, żeby skrobały ziemniaki na poranną zupę. Nim podciągnęła koc pod brodę, zastanawiała się nad minionym dniem.

Po wojnie czasem rozmawiałem w myślach z Wielką Leopoldą Kulik, a ona jakby ze mną. Nawet najlepszy człowiek (nie mówiąc o gorszych) zrobi ostatecznie to, co mu posłuży. Zwłaszcza w obliczu niebezpieczeństwa. Z racji żywnościowych dla dziewczyn kradła wprawdzie chleb, margarynę i kiełbasę, ale nie miała zbyt wielkich wyrzutów sumienia. Przecież dawała im bieliznę, pachnidła, szminki albo biżuterię, kiedy przywieźli skrzynię z rzeczami zrabowanymi lub skonfiskowanymi żołnierzom. Na niesłownym oberführerze już dawno postawiła krzyżyk. Przez czternaście dni nie dostały choćby plasterka kiełbasy. Jak tu się gniewać na świnię za to, że jest świnią. Na węża, który niby umyka, a w końcu kąsa, żeby się nażreć.

4

– Trudno mi zasnąć z zimnymi nogami – powiedziała Wysoka.

– Mnie też – przytaknęła Skórka.

– Jakby mi w brzuchu siedziała cegła.

Wiedziała już, w jakim sensie ojcowie i matki mylą się co do swoich dzieci. I odwrotnie.

– Zawsze wnosisz więcej do gry – stwierdziła Wysoka. – Dziewięć miesięcy do urodzenia dziecka, potem dwadzieścia lat na wychowanie. Lepiej nie pytaj, czy ludzie chcą tego od siebie.

Opowiedziała, że była z Włochem, który nosił owijacze.

– Myślisz, że jałówka w rzeźni może dziękować rzeźnikowi, że ją zarżnie?

Nie zmieniło to ani na jotę oceny, jaką w myślach wystawiła oberführerowi, który oczekiwał podziękowania za sterylizację.

Nie powinna miesiączkować, ale jakby co, musi mu to zgłosić.

– Nie będzie ze mnie stara krowa – rzekła.

– Niektórzy są jak pokrzywy, mogą parzyć – łagodziła Skórka.

– Albo jak trucizna – dodała Wysoka, zmieniając się po chwili w sędzię: – Niektóre dziewczyny nawet u siebie w domu nie miały żadnych zahamowań. Szły na całość.

Kilka razy zdzieliła Rudą po gębie. Nie wiadomo dlaczego.

Już jako piętnastolatka Ruda zadawała się z facetami, na których Wysoka by nie spojrzała, nawet trzeźwa. Ruda chełpiła się, że jak co drugi dzień była pijana, potrafiła zaliczyć trzech albo pięciu kochanków, co tam Niemcy. Na początku wojny naliczyła ich ponad pięćdziesięciu!

Madame płakała nie dlatego, że na podwórzu oberführer stłukł ją laską, którą się podpierał. Po trafieniu w łokieć nie mogła poruszać ręką, będzie więc masować majora tylko jedną. Rękawem otarła łzy zamarzające na policzkach. W szlochu pobrzmiewało echo wspomnień sześćdziesięcioletniego kochanka, którego miała w wieku czternastu lat. Nigdy jej nie uderzył. Przeklęła oberführera.

 

– Niczego nie żałuję. Nikogo nie przepraszam. Na nikogo i na nic się nie oglądam. Zapamiętajcie to sobie! – grzmiał oberführer Schimmelpfenig podczas apelu.

Nikt nie pisnął ani słowa.

Przed rozpoczęciem dniówki o szóstej rano szorowały podłogi kwater wartowników. Przyniosły esesmanom węgiel, umyły okna. Wyprały celulozową pościel z fabryki w Stuttgarcie. Czy koce były zrobione z włosów z Auschwitz-Birkenau? Długie kosmyki derek przypominały zwierzęcą sierść z postrzępionym ciemnozielonym włosiem. Czyściła okopcony klosz naftówki.

W ciszy pustkowia zerwał się wiatr. Pędził masy niezamarzniętych jeszcze płatków śniegu i tworzył zaspy. Ustał równie nagle, jak się zjawił. Przestały brzęczeć szyby. Słoneczny dzień pozwalał dojrzeć kamieniołom. Na horyzoncie pojawiły się wilki.

Czuła na sobie grube ciało sierżanta artylerii. Spytał ją o majora von K. Zna go? Zaprzeczyła.

Doktor Schimmelpfenig opatrzył siedemdziesięciodwuletniego sierżanta Fritza Handlera z Chemnitz, który po stosunku cierpiał na nagły zanik pamięci. Nie wiedział, z jakiej jednostki przyjechał i z kim był, zupełnie jakby oberwał w głowę. Sprytna potwierdziła, że się nie oszczędzał. Jej zdaniem dostał udaru.

Madame zawiadomiła oberführera.

– Co takiego? Stracił pamięć?

Zanim doszedł do siebie, sierżant Handler spędził w izbie chorych dwanaście godzin.

Oberführer Schimmelpfenig trzeci raz zerknął na zegarek. Dwie godziny temu ciężarówka z Wehrkreisu miała przywieźć dwie skrzynki margaryny, skrzynkę sztucznego miodu, trzy skrzynki amunicji do automatów wartowniczych i dwie nowe dziewczyny.

Scheisse – zaklął. Wobec braku punktualności był nieprze­jednany.

– Przywykłaś już do munduru? – spytała ją Estela, po czym dodała: – Pierwszego dnia tutaj widziałam, jak na śniegu wilki obgryzają nagie ciało. Czego one nie zżarły, to dokończyły psy.

– Ty dzisiaj nie – powiedziała Skórce madame.

Kazała jej się wykąpać, wyszykować i czekać. Przyjdzie oficer Hentschel, hauptmann Wehrmachtu. Na piecu niech ustawi garnek z wodą. Dostanie pachnidło, olej, nową sukienkę, bieliznę i buty. Będzie mieć dla niego tyle czasu, ile on zechce. A później swymi wszechwiedzącymi szarymi oczami posłała jej długie spojrzenie.

– Wciąż jesteś jak kot, który boi się nawet tego, kto go karmi. – I dodała: – Gdybyś nie była w lagrze, patrzyłabyś na Niemców jak na resztę. Od pasa w dół wszyscy są tacy sami.

– Nie masz tu za dużo światła, nie trzeba nawet gasić – powiedział Daniel Auguste Hentschel, hauptmann Wehrmachtu.

Zdawało się, że odrobinę utyka na lewą nogę. Gdy otworzył drzwi, płomyk świecy zachybotał w przeciągu, niemal zgasł. Nie zdejmując rękawicy, zasalutował, po czym zdjął czapkę. Patrzyła na niego z dołu. Oficer, pomyślała. Co to znaczy? Czuła napięcie, którego nie wolno jej było okazać. Miał pociągłą zapadłą twarz, orli nos, szeroko rozstawione jaskrawoniebieskie oczy i ciemnobrązowe włosy.

Wniósł do klitki chłód, zieleń podbitego futrem płaszcza i spodni oraz srebro lampasów. Stukot ciężkich butów. Przy drzwiach zostawił mokre ślady. W jego oddechu wyczuła zapach tytoniu i inne wonie.

Patrzyła na oficera tak samo jak podczas selekcji w obozie kobiecym Auschwitz-Birkenau. Z każdym mundurem wracało to do niej już od tygodnia.

– Słowo daję, jazda tutaj to piekło. Jakbyś po śniegu i lodzie sunęła w zaświaty.

Był bezceremonialny od pierwszej sekundy. Przekonany, że wszystkie prostytutki są z tej samej gliny, darował sobie formalności.

– W zeszłym tygodniu auto jadące przed moim horchem najechało na minę. Na wpół przytomny zobaczyłem pielęgniarkę. Pochylała się nade mną. Mogła być w twoim wieku. Umierałem z obrazem jej szyi i rowka między piersiami. A gdy doszedłem do siebie, schylała się nade mną okularnica starsza od mojej matki.

Hauptmann Hentschel mówił swobodnie, jak do znajomej, jakby kontynuował przerwaną wcześniej opowieść. Wciągnęła zapach ciemnozielonego płaszcza z owczą podszewką i gęstym futrzanym kołnierzem, mieszanki naftaliny, prochu, potu i wilgotnego śniegu. Wyobraziła sobie, jak na niej leży. Był barczysty, wysoki, masywny, świeżo ogolony. Ubrany bez zarzutu. Włosy krótko przystrzyżone, z jaśniejszymi końcówkami. Przypominał większość żołnierzy, jakich miała przez siedem ostatnich dni. Z każdym czuła się niczym zwierzę, które obwąchuje inne. Nie chciała się gapić na hauptmanna, jak to robiła Gruba, ani przed nim klękać, jak Ruda czy Maria z Poznania.

Był przemarznięty. Zgrabiałą ręką obrócił drewniany rygiel i zaczął ściągać rękawice. Pomyślała, że skoro dojechał w takiej zamieci, musi być dobrym szoferem. W kaburze przy pasie miał pistolet. Gdyby wiedział, z kim się zadaje, być może by go wyjął albo wykopał ją na korytarz. Potem by ją powiesili, umieszczając na piersi tabliczkę z napisem: „Zataiłam, że jestem Żydówką”, jak robili to w Auschwitz-Birkenau. Trup trzy dni tkwił na krześle pośrodku lagru, żeby wszyscy zdążyli go zobaczyć. Tak samo postępowali z pojmanymi zbiegami, których ktoś zdradził. (Przez osiemdziesiąt dni w obozie kobiecym widziała to trzy razy).

Musisz zachować ostrożność, skarciła się. Nie miała w sobie kociej zmysłowości Rudej czy Marmoladowej Kotki, nie potrafiła zaoferować tego, co Ropucha, czyli Maria z Poznania. Chowała się za obojętnością. Patrzyła na niego. Czuła się jak zwierzę czekające na atak innego zwierzęcia. Albo jak służąca, której za chwilę pan nakaże, co ma zrobić. Czego zażąda? Za co ją pochwali albo zgani?

– Jak się masz? Dobrze? – rzekł hauptmann.

– Tak, dobrze. Jawohl.

– Wyglądasz na smutną. Dlaczego?

– Wydaje się panu.

– Mam nadzieję, że się zrozumiemy.

Stojąc przy piecu, rozcierał ręce. Wyczuwał jej bojaźń, chłód, powściągliwość i brak pożądania. Gdy zerknął na zegarek marki Junghans, przypomniała sobie poranek na rampie w Auschwitz-Birkenau. Swój pierwszy zegarek musiała zostawić w wagonie razem z przywiezionymi rzeczami. Przyjechali o czwartej, o wpół do piątej straciła zegarek, o ósmej brata. Oczy hauptmanna łzawiły od mrozu. Stanął w rozkroku i niezdarnie, niczym zmarznięty ptak, zaczął wymachiwać rękami. Oswajał się z szarością klitki. Wobec jego potężnej postury kabura z pistoletem zdawała się niewielka. Mimo że już na korytarzu strząsnął śnieg z butów, zostawiał ślady. Mógł mieć trzydzieści, trzydzieści pięć lat.

Wziąwszy ze skrzynki szmatę, wytarła ślady i małą kałużę, po czym wróciła na swoje miejsce przy łóżku. Na każdym skrawku skóry czuła badawcze spojrzenie hauptmanna. Czy to tylko ciekawość? Wszyscy ją taksowali zaraz po wejściu. Nie podniosła wzroku, bojąc się spotkania z jego spojrzeniem. Gardził nią? Podejrzewał ją? Przytłaczała ją ogromna sylwetka i to, że był niemieckim oficerem. Zorientowała się, jak bardzo jest pobudzony. Do czego pił, mówiąc, że ma nadzieję, że się zrozumieją?

Hauptmann Daniel Auguste Hentschel wierzył, że wojna zmieni kobietę w część mężczyzny, z którym ona akurat przebywa. Tę część, która pragnie go chronić, czuje bowiem, że ciało wojującego mężczyzny ma potrzebę zespolenia z jądrem kobiecej duszy, którą tworzą mięso i krew. I co mężczyznę podnieca i zadowala, nie wyłączając tego, czego mężczyźni boją się u kobiet. W takiej chwili w mężczyźnie nie ma nic odpychającego. Może przyjść przed walką albo po bitwie, ubłocony, spocony, brudny czy zakrwawiony. W osmalonym, porwanym ubraniu, w rozdartych butach, poszarpanym podkoszulku albo bez koszuli, zarośnięty, zapuszczony, rozczochrany, cuchnący kilkudniowym potem, prochem, krwią i szlamem, utytłany bebechami wroga. Wróci mu pewność siebie i siłę, da ukojenie, jakie tylko z nią może mu się przytrafić. Wyprostuje się, urośnie we własnych oczach, odzyskując to, co uważał za utracone. W takim momencie kobieta traktuje mężczyznę jak dziec­ko. Jest jak matka zdolna oddać za dziecko własne życie. Mężczyzna, który zabija ze świadomością, że sam może zostać zabity, z taką kobietą ma wrażenie, że urodzili się jedno dla drugiego.

Był przekonany, że mężczyzna narodził się po to, by walczyć i kopulować. Kobieta z kolei ma pocieszać, zadowalać i pobudzać mężczyznę. Dotyczyło to zarówno żon, jak i prostytutek polowych, wszystkich.

– Potrafisz sobie wyobrazić, co czuli tutaj pierwsi ludzie?

Na szybie osiadały puszyste płatki, okno stało się niemal nieprzejrzyste. Klitkę wypełniła biaława szarość. Bardzo chętnie zajęłaby miejsce pierwszych ludzi.

– Ładna z ciebie dziewczyna – powiedział.

Na jego rzęsach, brwiach, brodzie oraz pod nosem do połowy górnej wargi tkwiły resztki śniegu. Miał szkarłatne, osmagane wiatrem i mrozem policzki, wilgotne od roztopionego śniegu.

Wciągnęła zapach jego płaszcza, munduru, butów. Odpowiedź byłaby niestosownością. W klitce tańczyły cienie, padając na podłogę, ściany i belki pod sufitem, zakrzywione przez migotliwe światło świecy. Płomyk strzelał bardziej na boki niż w górę, chybotał naprzemiennie, chwilami biały, żółtawy, przy nasadzie knota niebieskawy. Wosk ściekał do talerzyka. Na ścianach były plamy, resztki po zamarzniętych chrząszczach, których nie zdążyły zjeść pająki, same już też zamarznięte wśród strzępków pajęczyn.

– Mam nadzieję, że nie jesteś niemową. A może dopiero uczysz się mówić? Nie mówisz?

Dobiegało tu wycie wilków, które podchodziły aż pod ściany majątku. Z kojców odpowiadało im ujadanie psów. Przez bramę nieustannie wjeżdżały i wyjeżdżały samochody, autobusy, ciężarówki.

– Dawniej wierzyłem w sny. Teraz się ich boję.

Nie był pierwszym, który mordował we śnie, co popadło. Bał się takich snów. Nie uważał siebie za mordercę. Wojował, bo musiał. Na swój sposób piękny był to przymus. Usiłował je zapomnieć. Śniło mu się także, że to jego zabili. Ale takich snów się nie bał, gdyż budził się żywy.

– Znasz okolicę?

– Najdalej byłam na stacji kolejowej.

– Nie znasz miasteczka?

– Nie.

– Byłaś kiedy w Festung Breslau?

– Nie. – Zastanawiała się, dlaczego to powiedział. Czyżby o Hotelu dla cudzoziemców w Festung Breslau wiedział to samo, co słyszały one? Czekała, kiedy spyta o Auschwitz-Birkenau.

Czy po siedmiu dniach służby, dzień w dzień dwunastu i raz piętnastu żołnierzy, madame Kulik chciała ułatwić jej życie, posyłając oficera? Znaczy to, że już nigdy nie przyjdzie nikt inny? A dzisiaj ominie ją kolejnych jedenaście ciał, twarzy, jedenaście par rąk i nóg? Włochatych piersi i brzuchów?

– Na jakie pytanie odpowiesz „tak”? – Rozciągnął w uśmiechu zziębnięte wargi.

– Nie wiem.

Chciał się też dowiedzieć, na jakie pytanie odpowie „nie”? Dlaczego pyta? Nie chce dostać tego samego co inni? Nie spieszył się. Przez okno dostrzegła jego horcha. Zaparkował wzorowo przy usypanej na śniegu linii piasku, prostując przednie i tylne koła, a przód auta ustawiając idealnie prostopadle do ściany.

Gdy tylko hauptmann Hentschel trochę się rozgrzał, czarna klitka z belkami sufitowymi oraz ścianami ze sczerniałym tynkiem zdała mu się bardziej przytulna. W długiej rurze buzował ogień. Już się przyjrzał nowej prostytutce. Podziwiał smukłą dziecinną szyję, jej łabędzią biel i rudawe włosy, które albo jeszcze nie odrosły po ostrzyżeniu na zero, albo były przycięte tak, by wyglądały jak szczecina lub hełm. Podobało mu się, że ma jaśniutką cerę. Przejście między szyją a ramionami niczym u kota. Zaczerwienione, nieco wystraszone oczy. Wygląda dobrze, jak na kurwę.

Zarezerwował ją sobie u madame Kulik i oberführera Schimmelpfeniga. Dla odmiany chciał najmłodszą prostytutkę w 232 Ost. Odchrząknął. Chciał się zabawić i miło pogadać. Nie zależało mu na dziwce, która się położy i rozstawi albo podniesie nogi. Ani na suce, która nawet nie szczeknie.

– Dobrze wyglądasz. Uwierzysz, że kiedy tutaj jechałem, był piękny świt? A teraz taka zawierucha. – Był pierwszym, który w ten sposób domagał się współczucia.

Była szczuplutka. Nie dziwota, dietę miały tu raczej skąpą. (Widział ich porcje na blaszanej misce jak dla psa: sałatka kartoflana z marchwią i kalarepą, plasterek kiełbasy i marmolada w ilości z grubsza trzech naparstków).

Tajał z każdą sekundą. Jest dobrze, pomyślał. Wpadło mu do głowy, że gdyby dziwkom zabrakło Erosa, powinien tu występować przynajmniej na plakatach.

W kościach czuł wichurę, którą teraz widział za oknem, podczas gdy on był już pod dachem i we względnie ciepłym miejscu.

 

– Wyglądasz na… nieletnią.

– Nie jestem nieletnia.

– Zobaczymy. – Usłyszał w swym głosie coś jakby kogucią czupurność, a ona coś innego.

Bała się, że okaże mu odrazę. Wiedziała, że to, po co przyszedł, jest nieodwołalne, ale lęk nie mijał. Kiedy zacznie? Czego zażąda? Jak będzie chciał?

Zaświtała mu myśl o uniwersalności kobiet. O tym, jak wszystkie są podobne do kurew: matki, żony, kochanki, siostry, przyjaciółki czy narzeczone. Uważał, że pod tym względem miał poukładane w głowie. Odrobina światła w mrokach wschodu. Przynależność jednej połowy ludzkości do klubu, którego członkiem jest druga połówka, oczywiście w tym jednym konkretnym sensie.

Uśmiechnął się. To dziewczyna ma się dostosować do niego, nie na odwrót. Tak jest łatwiej. W tym aspekcie wojna nic go nie zmieni­ła. Była młoda, wręcz za młoda, co wprawiło go w lekką konsternację. Ale co tam, przecież nie jesteśmy w Indiach czy w Japonii, na jakichś wyspach pacyficznych. Regionalny dowódca SS opowiadał o Kinderaktion, akcji „Dzieci”, oczywiście z perspektywy SS. Spędzali dzieci do punktów zbiorczych, gdzie robili selekcję. Nie wszystkie czekał pomyślny los, skierowanie do niemieckich rodzin. Przechodziły przez rasowe sito ze wszystkimi konsekwencjami.

– Rodziłaś już?

Zaskoczył ją.

– Nie.

– A śmiejesz się czasem? – Zerknął w okno. Zamieć przybrała na sile. – Żywioły – dodał.

Oczekując od młodej prostytutki ciepłego słowa, był gotów nie skąpić jej życzliwości. Uważał się za poczciwca w srogiej masce.

Rozbawiła go myśl, że zbliżają się do siebie słownymi skokami (bardziej on niż ona), jak żołnierze brodzący w śniegu w pełnym rynsztunku.

Niewykluczone, że trafiła tu w ramach podobnej Kinderaktion. W kościach czuł tutejszą pogodę, pod dachem znośniejszą.

– A mówią: Morgenstunde hat Gold im Munde. Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. – Milczała, więc dodał: – Spodziewałaś się kogoś innego?

– Nie.

– Kiedy ci o mnie powiedzieli?

– Rano.

Śnieg na jego rzęsach stopniał. Prowadził trzy godziny bez przerwy. Swego opancerzonego horcha z mocnym silnikiem i łańcuchami na wszystkich kołach, włącznie z zapasowym, zaparkował pod ścianą we wskazanym miejscu. Ojciec też miał horcha, jeden z pierwszych samochodów produkcji niemieckiej. Utrzymywał szofera. Należał do pokolenia, które zrosło się z końmi. Poczuł za kołnierzem wilgoć, przetarł twarz i szyję. Wielkie ręce przypominały węże. Wysunął brodę. Wyobraził ją sobie stojącą z obnażonymi ramionami: chuda, tyczkowata Wenus. W obcisłej sukience słabo rysowały się małe piersi. Czyli tam bez niespodzianek. Wyobraził sobie jej dziecinne łono.

Jeśli wojna nie okazuje się piękna na placu boju, upiększy ją kobieta. Zobaczymy, co da się wyłuskać – niczym jądro orzecha – z tej dziewczyny. Jeszcze nie czuł podniecenia, był zbyt zziębnięty.

Odszedł trochę od rozgrzanej kozy. Piecyk ciągnął dobrze. Wyobrażenie ognia i rzeczywiste ciepło wypełniały hauptmanna Hentschela zadowoleniem. Wiedział, że za chwilę zmieni się w otwartego i odprężonego mężczyznę, dzięki czemu to, co razem zrobią, będzie przyjemniejsze. Wyniósł to z większości zamtuzów. Nie umniejszał roli przyjaznego sposobu bycia, który skracał dystans, nie sprowadzając wszystkiego do zwykłej usługi: nic przedtem ani potem. Pewna prostytutka powiedziała mu, że ma hipnotyzujący głos. Inna, że nagi przypomina Adama z czternastowiecznego obrazu słynnego niemieckiego malarza. Zadawszy sobie trud, w dywizyjnej bibliotece wyszukał owego malarza w albumie poświęconym sztuce niemieckiej.

– Jesteś tu nowa?

– Ósmy dzień.

– Ktoś mi o tobie opowiadał, chyba oberführer albo madame. Jak na ciebie mówią?

– Jeszcze nie dostałam nowego imienia.

– Ale numer już ci wytatuowali.

– Tak. – Poczerwieniała.

– Wątpię, by cię tu przysłali bezimienną.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć.

– Podoba ci się tutaj? Jak przywykłaś?

– Po prostu przywykłam.

– Znaleźć dla ciebie imię?

– Jak pan chce.

– Jeszcze poczekam. Ty też.

Chyba nie był ciekaw jej prawdziwego imienia.

Zwiesiwszy głowę, dotknęła podbródkiem mostka. Była senna. Zmęczenie pojawiało się zawsze rano.

Z berlińskiego salonu Kitty, dokąd zgodnie z rodzinną tradycją chadzał zarówno jego ojciec, jak i ojciec ojca Ferdinand Otto Friedrich, hauptmann Hentschel wiedział, że przezwiska chronią tożsamość dziewcząt przed gośćmi i koleżankami. Przekonał się, że rywalizują między sobą o prestiż (jak żołnierze o Krzyże Żelaz­ne, szarfy i medale), o pieniądze, ekskluzywne kolacje oraz o tych, którzy traktują je brutalnie. Uśmiechnął się w duchu.

Granica między lenistwem a odpoczynkiem była u nich płynna. Broniły jedna drugą, mimo że zarazem zdradzały się nawzajem, podstawiały sobie nogę, oszukiwały i kłamały. W salonie Kitty i gdzie indziej był też świadkiem bójek: szarpały się za włosy, broszki, okładały po twarzach. W jego obecności rozrywały sobie koronki, bluzki i koszule nocne, drapały niczym koty. Mogły przetrwać dopóty, dopóki się podobały i nadawały do użytku. Wolałby to widzieć ciut romantyczniej, ale było jak było. Tylko nieliczne miały to we krwi, większość wypędziła z domu nędza, marzenie o łatwiejszym życiu. Zaledwie niektóre były namiętne. Bały się, że ktoś je zrani, okaleczy lub zabije, że zajdą w ciążę, zachorują. Udawały, że bycie z klientem sprawia im przyjemność, a i to rzadko. Podobało mu się u prostytutek, że nie użalały się nad sobą albo tego nie okazywały. Były tu i już. Większość traktowała swój zawód serio, wierząc, że jest sztuką – jak malarstwo, taniec albo zapasy klasyczne na igrzyskach. Pojedynek lub wyścig na bieżni dwojga zawodników, mężczyzny i kobiety.

– Jestem twoim pierwszym oficerem?

Przytaknęła.

– Dzisiaj?

– W ogóle.

Nie poświęcała żołnierzom więcej uwagi, niż musiała. Jej pancerzem wobec nich stała się małomówność. Nie chcąc poczuć dotyku lodowatych rąk, cieszyła się, że oficer czeka, aż odtaje. Z tym, czego od niej zażąda, pogodziła się już wcześniej.

– Skąd znasz niemiecki?

– Uczyłam się.

– Na kursach wojskowych? W domu?

Nie zauważyła dwuznaczności pytania.

– W domu i w szkole.

– Szkoła jest wszędzie. Znasz niemieckie przysłowia?

– Nie wiem. Jakie?

Unkraut verdirbt nicht. Złego diabli nie wezmą. Aller Anfang ist schwer. Pierwsze koty za płoty. Albo: Ende gut, alles gut. Wszystko dobre, co się dobrze kończy.

Chyba je kiedyś słyszała. Ale nie byłoby lepiej, żeby rzucił się na nią, zamiast wypytywać?

– Najwięcej obcych słów przyswoiłem sobie w łóżku. A ty?

– Nie wiem.

– Gdzie się urodziłaś?

– W Pradze.

Reden ist silber, Schweigen ist gold. Jak to będzie po twojemu?

– Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. – Czerwień z jej policzków znikała bardzo powoli.

– Znam jednego z twoich słynnych krajanów, Rilkego. Życie jest cięższe niż suma wszystkich rzeczy. Zostawiamy tylko to, co kochamy. W raportówce wożę ze sobą Na marmurowych skałach Jüngera.

Nie miała pojęcia, o czym mówi.

Przy piecu była skrzynka, pod ścianą łóżko i lustro, wieszak, emaliowana umywalka, wiadro i dwa krzesła. Majstrzy zamtuza nr 232 Ost dbali, żeby łóżko nie skrzypiało. W kącie stał sobie nocnik, tak po prostu.

– Stać cię na poranny uśmiech?

Nareszcie zaczął ściągać płaszcz. Na bluzie munduru ujrzała Krzyż Żelazny.

Wosk ściekał po świecy, zastygłe krople umacniały ją na talerzyku. Po ścianach oraz między sufitowymi belkami, broniąc się przed mrozem, pełzały na cienkich nóżkach chrząszcze i pająki.

Hauptmann w rozpiętej bluzie schylił się nad świeczką i zdmuchnął płomień.

– Wiesz dlaczego?

Nie wiedząc, milczała.

– Tak będzie przytulniej, będziemy sobie bliżsi. Chyba wolisz, żeby było lepiej niż gorzej?

W jego głosie brzmiała poufałość, przyjazna nuta, której źródło nie biło w wojsku.