Zbrodnia prawie doskonałaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zbrodnia prawie doskonała
Zbrodnia prawie doskonała
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Zbrodnia prawie doskonała
Zbrodnia prawie doskonała
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Arkadiusz Niemirski

Zbrodnia prawie doskonała

Saga

Zbrodnia prawie doskonała

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2003, 2021 Arkadiusz Niemirski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726832402

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Akif Pirincci: „Felidae”

„Opowieść z sensownym zakończeniem to złudzenie.

Każdą prawdziwą historię kończy śmierć”.

BROOKLYN CRIME STORY
1.

Jesienią brooklyńska ulica płakała na brązowo.

To pewnie była zasługa tych ponurych budynków z piaskowca. Wszystkie kolory hałaśliwej ulicy kumulowały się za dnia w posępny brąz i Raymond nie umiał wyjaśnić, skąd się to brało. Kiedy deszcz przestawał padać, ulica szarzała, dla Raymonda wciąż była jednak brązowa jak rozlane kakao.

Co tam kolory!

Porucznik Raymond Plaski musiał jechał do Brooklyn Heights. Koledzy z posterunku zawiadomili go o nowej robocie, choć dzisiaj miał wolne. Szaleniec poderżnął gardło księdzu w kinie podczas projekcji Spidermana. Stanislaw Mazur, katolicki kapłan, był z pochodzenia Polakiem. Od urodzenia mieszkał na Greenpoincie. Emigrancka rodzina. Pełno takich na Brooklynie. Zresztą w żyłach porucznika też płynęła słowiańska krew. Jego dziadkowie wyemigrowali z Polski po I wojnie światowej. Miał polskie nazwisko. Jego dawny partner, Mulligan – nowojorczyk irlandzkiego pochodzenia, a do tego zagorzały republikanin – wciąż się z niego nabijał. Wołał:

– Te, Pulaski!

Raymond cierpliwie poprawiał:

– Nie Pulaski, a Plaski, poruczniku Hooligan.

Miał pecha ten księżulo. A może to, jak powiedziałby Mulligan, przeznaczenie? Zresztą, dla nieboszczyka bez różnicy.

Raymond postawił kołnierz płaszcza i pociągnął kilka razy nosem. Znowu brała go grypa.

Brakowało mu sarkastycznych uwag Mulligana. Pozwalały znieść każdy paskudny dzień na Brooklynie. Co Bandyta teraz robił? Taką ksywkę nosił dawny partner. Kończył wczorajszą butelkę czy zaczynał dzień od nowej? Po aferze z zastrzeleniem wpływowego gangstera Bandytę zdegradowano i przeniesiono do 94-ego. Ktoś powiedział, że wciąż tęgo pije. Podobno patrolował Greenpoint, dzielnicę, którą zawsze uważał za parszywą. Wychował się w okolicach Fulton Ferry, przy moście brooklyńskim, więc „przeprowadzkę” uważał za nieszczęsne fatum.

W kinie jak to w kinie, podczas projekcji było ciemno. Morderca siedział tuż za ofiarą i czekał na dogodny moment, aż wreszcie stanął za duchownym i wprawnym ruchem noża przeciął mu gardło. Nie wymagało to wielkiej siły. Liczyła się szybkość i precyzja. W tym czasie widzowie gapili się na szeroki ekran, a nowoczesny dźwięk systemu Dol-by Digital skutecznie zagłuszał wszelkie odgłosy. Może gdyby ksiądz był krótkowidzem i usiadł bliżej ekranu, obejrzałby film do końca?

Na miejscu był koroner. Zanim zabrano ofiarę, Raymond obejrzał upiorną, jak zastygłą w walce z szatanem, twarz księdza. Leżał między rzędami foteli w kałuży krwi. Wskazówki roztrzaskanego zegarka zatrzymały się na dwunastej szesnaście. Dziewięć minut przed końcem seansu.

– Brak innych śladów – klepał rutynowo sierżant.

– Nie licząc krwi i mokrej plamy w spodniach – dodał koroner. – Księżulek zdążył się jeszcze zesrać.

– Też byś się zesrał – zauważył sierżant OʼNeil.

– Aha... Załatwiono go niedawno. Jest jeszcze ciepły. Brak stężenia pośmiertnego. Morderca nie zdążył pewnie umyć rąk.

– Jak to dobrze, że nie chodzę do kina – zamruczał Raymond.

Podeszli do fotela w przedostatnim rzędzie, które zajmował ksiądz Mazur. Dwóch techników kończyło pstrykać zdjęcia. Pobrano próbki krwi, zabezpieczano ślady i kończono szkic miejsca zbrodni.

– Co o tym sądzisz? – zapytał koroner.

– Lipa z tym Spidermanem – odpowiedział. – Latał na pajęczej nici nad Manhattanem i nie przeszkodził mordercy.

– Też tak uważam.

– Może nie lubi Brooklynu?

Podszedł do nich sierżant w towarzystwie właściciela kina, bladego jak tyłek niemowlaka. Na tym kończyło się podobieństwo do dziecka. Wąskie usta upodabniały go do drapieżnej ryby.

– Morderca był wśród dwunastu widzów – mówił. – Tyle sprzedałem biletów na ten seans.

– Ile macie sal projekcyjnych?

– Dwie.

– To trzeba dodać jeszcze tamtych. Morderca mógł przyjść z drugiej sali.

– Dobrze, sprawdzę.

– Kto sprzedawał bilety?

– Maggie, długoletnia pracownica.

– Nie widziała nikogo podejrzanego? – zapytał sierżant. – Nie przyglądała się kupującym?

– Chodzi o to, czy ktoś szczególnie nie rzucił się w oczy? – dorzucił Raymond.

Nadzieja na szybkie odnalezienie tropu gasła w nim jak wypalony kaganek.

Właściciel kina odszedł z sierżantem. Plaski przez chwilę oglądał miejsce zbrodni, potem przekroczył rząd. Znalazł się blisko fotela, który zajmował morderca. Musiał uważać, aby nie wejść w krzepnącą kałużę krwi.

– Ślady zabezpieczone – oświadczył techniczny.

Raymond wytarł chustką zroszone czoło. Pocił się i drapało go w gardle. Przeklęta grypa! Dopadała go zawsze jesienią. Wtedy widział Brooklyn w brązach. I jeszcze ten cholerny katar!

Szukał śladów na tylnej części fotela księdza. Pochylił się, sapiąc ciężko. Był solidnym gliną, musiał odbębnić rytuał oględzin. Gdy tego nie zrobił, nie mógł spać w nocy. Świadomość, że czegoś nie sprawdził, męczyła go jak kac. To cecha dobrego gliniarza. Ceniona. Szefowie mawiają – solidny gość. Z kolei psychoanalityk twierdzi – nerwica natręctw.

Nie znalazł nic prócz rozsypanych kuleczek popcornu. Część z nich była rozdeptana, kilka innych nurzało się we krwi. Muszą przepytać sprzedawcę, kto kupował popcorn. Pewnie wszyscy.

Morderca najpierw sobie podjadł, dopiero potem wykończył ofiarę. Chyba że ktoś z porannego seansu rozsypał to świństwo.

Kazał pobrać próbki popcornu i umówił się z OʼNeilem, że odwiedzą parafię księdza Mazura.

Była pora lunchu.

2.

Na Greenpoincie tętniło poczciwe życie. W niskiej zabudowie mieszkali tu licznie emigranci, szczególnie Polaków było co niemiara. Widok na Manhattan – architektoniczny cud ery nowożytnej – hipnotyzował.

Kościół na Drings Ave. odnalazł bez trudu.

OʼNeil już czekał, oparty o maskę wysłużonego samochodu. Męczył się z ogromnym hamburgerem. Przypominał w tej chwili duże dziecko. Miał blisko metr dziewięćdziesiąt wzrostu i wyjątkowo ponure spojrzenie. Piętnaście lat służył już w NYPD. Ten staż go tłumaczył.

Sierżantowi towarzyszył małomówny porucznik z Greenpointu. Nazywał się Flanagan. Pewnie znał Mulligana z tutejszej patrolówki.

– Dobrze, że jesteś – OʼNeilprzełknął ostatni kęs. – Nasz księżulo nie jest jedynym zamordowanym w ten sposób.

– Nożem?

– Albo brzytwą – wtrącił Flanagan. – Cicho i sprawnie.

– Trzy tygodnie temu zginął niejaki... – OʼNeil sięgnął do kieszeni – Patrick Donovan. Fotograf ze Slope Park. W aktach napisane, że ciota.

– Co sugerujesz? Seryjnego na Brooklynie? Zboczusia?

– Nic nie sugeruję. Mamy dwa trupy. Jak znajdziemy trzeciego, będziemy się martwić.

– Co z tym Donovanem?

– Zamordowany w kinie, w trakcie projekcji.

– Jaki?

– Co jaki?

– Jaki to był film?

– Nie wiem. Ale nie Spiderman, jeśli o to ci chodzi.

– O to.

– Sądzisz, że te morderstwa są powiązane?

– A bo ja wiem?

– Idziemy? – przerwał Flanagan. – Donovan mieszkał dwa lata temu na Greenpoincie. Może to będzie trop?

– Może.

Weszli przez furtkę na tyły kościoła. Na niewielkim dziedzińcu stał piętrowy dom. Otworzyła im zapłakana gospodyni, niemłoda Polka. Słabo znała angielski, ciągle powtarzała po polsku: „O mój Boże!” Ale zrozumiała, o co chodzi policji. Dostali się do apartamentu księdza na parterze.

Raymonda uderzyło gustowne urządzenie mieszkania. Fotele z miękkiej, czarnej skóry, imponujące mahoniowe biurko, na nim zdjęcie papieża. Drogie regały pełne książek w skórzanych oprawach, kilka obrazów na ścianach. Wypielęgnowane kwiaty w donicach oraz nowoczesny sprzęt audiowizualny.

– Nigdy nie chciałem być księdzem – mruknął. – Może trzeba było?

Sypialnię urządzono z fantazją, która nie przystoi duchownemu – duże łóżko, nakryte złocistą kapą z frędzlami – a w rogu za szafą sterta magazynów filmowych. Całości obrazu dopełniał unoszący się w pomieszczeniu zapach. To nie była woń kadzidła. Raymond miał katar, ale czuł słodkie perfumy. Nieco za słodkie jak na mężczyznę i księdza.

Na ścianach wisiały oprawione w ramki zdjęcia księdza Mazura. Zawsze w otoczeniu młodych chłopców. W stercie gazet znaleźli kolorowe magazyny z młodymi gwiazdorami na okładkach.

– Fan boskiego Leonardo? – zakpił Raymond. – Jak na czterdziestoletniego sługę Bożego, to nie całkiem normalne.

– Moja żona lubi di Caprio – zauważył sennie sierżant.

 

– Właśnie. A ksiądz Mazur nie był twoją żoną. Ani nawet małolatem.

– Prowadził kółko teatralne – mruknął Flanagan. – Może to zawodowe zainteresowania?

Zapytali gosposię o słabość księdza do chłopców. Niewiele się dowiedzieli.

Pomógł im ksiądz Barkley. Mieszkał na piętrze i stanowił przeciwieństwo zamordowanego. Tęgi, czarnoskóry, o surowym spojrzeniu. Zaprosił ich do gabinetu i poczęstował herbatą z pigwy.

– Stanisław miał swoje życie – mówił – a ja swoje. Był taki... młodzieżowy. Nowoczesny. Nie interesowałem się nim bliżej. Nie odpowiadali mi jego znajomi.

– Wielu ich miał?

– Był aktywny. Rzadko siedział w domu. Ale czasem ktoś wpadał.

– Mężczyźni? – uniósł brwi Raymond.

– Chyba tak – odpowiedział lekko zażenowany. – Stanisław prowadził zajęcia teatralne dla młodzieży. Społecznie. Kiedyś sam nieźle się zapowiadał jako aktor. Czasem odwiedzali go młodzi aktorzy. Ale przychodzili na krótko.

OʼNeil oparł się o biurko i pochylił nad księdzem.

– Dwa tygodnie temu zamordowano Patricka Donovana. Homoseksualistę.

Ksiądz Barkley odkaszlnął, choć nie był zaziębiony.

– Stanisław miał tę przypadłość – oświadczył z wysiłkiem. – Wiecie, o czym mówię. Dotyka ona także duchownych, niestety. Prosiłbym o nienagłaśnianie tej sprawy. Prasa czeka na takie sensacje, by zaatakować Kościół. Stanisław był dobrym człowiekiem. Ręczę za to.

– Nie jestem z prasy – rzucił oschle Raymond. – Nie interesuje mnie intymne życie księdza Mazura. Muszę złapać jego mordercę.

– Z kim spotykał się ostatnio? – pytał sierżant. – Czy ktoś odwiedzał go częściej niż zwykle? Gdzie odbywają się zajęcia aktorskie?

Barkley podał adres.

3.

Młodzi aktorzy, zapaleńcy, odbywali próby na pierwszym piętrze kamienicy w pobliżu szkoły. Dziś zajęć nie było, więc policjanci rozmawiali z czarnym dozorcą. To tu przychodził ksiądz Mazur. Lubił próby i tych chłopców. A najważniejsze, że oni lubili jego. Podobno był dobrym nauczycielem, dobrym człowiekiem i kumplem.

– Nie słyszałem, żeby ktoś mu groził – mówił dozorca. – Nie było żadnych awantur. To kulturalne towarzystwo. Przykro mi, panowie, ale nie zauważyłem nic szczególnego. Wciąż gadali o jakimś Stanisławskim.

– Wpisz go na listę – rzucił Raymond. – Sprawdzimy gościa. Pewnie mieszka na Greenpoincie, jak większość Polaków.

Dostali nazwiska aktorów i wrócili do samochodu. OʼNeil za kółkiem zamilkł. Patrzył przez szybę w stronę parku.

– Co jest? – zapytał Plaski.

– To tutaj – westchnął sierżant.

– O czym mówisz?

– Tu gdzieś mieszka Mulligan.

– Chcesz wstąpić na jednego?

– Nie znam adresu.

Raymond zgromił go wzrokiem i sierżant speszył się.

– Mówicie o Mulliganie? – zainteresował się Flanagan. – Jest w patrolówce. Nie wiedziałem, że się znacie. Mogę wam dać adres. Zdaje się, że dzisiaj ma wolne. Mieszka niedaleko stąd, po drugiej stronie parku. Lubi sięgać po butelkę. Ale to małomówny gość, nieprzystępny. Był kiedyś detektywem.

Raymond spojrzał z ukosa na Flanagana. Komu ty to mówisz, stary? – pomyślał.

Pojechali do mieszkania Mulligana na Russell Street. Spokojna, zabudowana kamienicami uliczka przylegała do parku. Konary drzew tworzyły nad nią łukowaty strop, ich nieliczne gałęzie niemal dotykały budynków. Na chodniku poniewierały się brązowe i żółte liście.

Stanęli przed dwupiętrową kamienicą o wysokich oknach. Miłe miejsce. W sam raz, by się rozpić, szczególnie gdy nie miało się rodziny, a tak się złożyło, że Mulligana opuściła żona.

Raymond wahał się. Kiedyś byli przyjaciółmi. Skłócili się dopiero po aferze z zastrzeleniem wpływowego gangstera. Mulligan znienawidził wtedy Plaskiego za obciążające zeznania. „Partner nie oddał strzałów ostrzegawczych”, tak napisano w aktach sprawy. To była prawda. Mulligan cholernie chciał żyć, dlatego strzelał celnie. Dzisiaj Raymond nie był już pewien, czy dobrze zrobił, wrabiając kumpla w śledztwo, które złamało mu życie. Od tamtej pory minęły trzy lata. Porucznik nigdy nie zapomniał, że Bandyta nazwał go „pieprzonym Polaczkiem”. Wypowiedział to z furią, ale słowa miały ciężar ołowiu. Może warto przełamać lody i pogadać o dawnych czasach?

Po ulicy kręcili się nieliczni przechodnie. W spisie lokatorów obok domofonu odczytał numer mieszkania byłego wspólnika. Czwórka. Drugie piętro.

Rozmyślił się. Zawrócił do wozu.

– I co? – zapytał OʼNeil.

– Nie ma go w domu.

***

Siedział w biurze do późna. Słońce już dawno zaszło nad Manhattanem. Jesienną, gęstą ciemność rozpraszało światło ulicznych latarń i migotliwych neonów. Było wilgotno i nieprzyjemnie.

Raymond przeglądał akta. Dwie ofiary zabito w ten sam sposób w odstępie trzech tygodni. Morderca był praworęczny. Intuicja podpowiadała, że mają do czynienia z „seryjnym”. Oficjalne stanowisko można jednak ogłosić dopiero, gdy pojawi się trzecia ofiara. Jak przypuszczał, zbrodnia mogła zostać popełniona w ciągu dwóch tygodni. Zawsze tak było – morderca w transie zabijał coraz szybciej.

Kasjerka i sprzedawca popcornu z kina w Brooklyn Heights nie zapamiętali nikogo podejrzanego.

Na biurku Raymonda leżały też akta Donovana, zdjęcia i plan sytuacyjny kina w Slope Park. Zastanawiające, że obie ofiary były orientacji homoseksualnej. Czy się znali? Sprawdzano to. Ofiary łączył też Greenpoint. No i brzytwa. Sierżant OʼNeil sprawdzał bazę danych w poszukiwaniu podejrzanych o morderstwo homoseksualistów. Grzebał w Automatycznym Systemie Identyfikacji z milionami odcisków palców, Raymond zaś badał powiązania między Donovanem a księdzem Mazurem. Szukał też niejakiego Stanisławskiego. Ale na pierwsze sukcesy należało jeszcze poczekać.

Było już późno.

– Idę – westchnął OʼNeil. – Dupa mnie już boli. Czemu nie kupią nam miękkich foteli?

– Bo wtedy nie ruszyłbyś z tej rudery swojego irlandzkiego tyłka. I kto by węszył w terenie?

– Nie idziesz?

– Zaraz.

Wychodził o wpół do ósmej. Na schodach zaczepił go komendant Pruneda, niski, łysiejący facet o przenikliwych oczach i zatroskanej twarzy.

– Co z tymi pedałami? – rzucił niedbale. – Masz coś?

– Za wcześnie – ziewnął.

– Byłeś w mieszkaniu tego fotografa? Gadałeś z sąsiadami?

– Jutro pojadę. Dzień za krótki.

Pruneda, wyraźnie niezadowolony, zniknął w korytarzu. Irytowała go beztroska Raymonda. Nie lubił, gdy w jego obwodzie ginęły dzieci, kobiety lub cioty. Żaden komendant na Brooklynie, a pewno i w całym Nowym Jorku, nie chciał wystawiać się na ostrzał opinii publicznej.

Raymond ruszył do domu, ale zmienił decyzję. Pojechał do mieszkania fotografa, bo nie chciał rano nadziać się na obrażonego Prunedę. Komendant wygłosi namiętną pogadankę o pedałach i lesbijkach, o tym, że są oczkiem w głowie nowoczesnego, demokratycznego społeczeństwa, więc policja powinna chronić ich w sposób szczególny. To mu wciąż przypominał Szef Policji, choć prywatnie miał o zboczeńcach inne zdanie.

W tej kwestii Pruneda był absolutnym podobieństwem Mulligana. Bandyta nie cierpiał zboczeńców i nie krył się z tym. Bardziej od homoseksualistów nienawidził tylko polityków. I to zasadniczo różniło go od komendanta.

Patrick Donovan mieszkał w niskiej kamienicy przy niewielkim skwerze. W Slope Park mniej było „pieprzonych Polaczków”, makaroniarzy i Ruskich. To była dzielnica yuppies. Rezydencje mieli tu też pisarze i prawnicy. A gdzie intelektualiści, tam pełno pedałów i innych „postępowców”. Kamienica Donovana należała do gorszych w rejonie, ale i tak fotografowi mieszkało się nieźle.

Raymond chciał pogadać z sąsiadami. Klucz mógł dostać u gospodarza domu.

Przed drzwiami mieszkania zamarł.

Żółta policyjna taśma, założona przez ekipę dochodzeniową, była zerwana. Czyżby tutejsi gliniarze? Dziwne, bardzo dziwne. Policjant zabezpieczyłby drzwi ponownie.

Korytarz był pusty. Cisza, jedynie z piętra dobiegało szczekanie małego psa.

Nałożył gumowe rękawiczki, rozpiął płaszcz i marynarkę, by mieć lepszy dostęp do broni. Tkwiła w przypiętej do paska skórzanej kaburze. Nacisnął klamkę i drzwi ustąpiły. To nie policja, pomyślał. Wśliznął się jak szczur do ciemnego apartamentu. Poczuł woń mebli i wyraźny smród odczynników chemicznych. Pewnie wywoływacz. I jeszcze coś. Zapach śmierci, pomyślał, choć pachniało kiepską wodą kolońską.

Zapalił światło. Przy zasłoniętym oknie stał przerażony mężczyzna z plikiem zdjęć w drżącej ręce.

Mulligan miał teorię, że najlepszą kaburą jest dłoń policjanta. Raymond sięgnął więc po broń, ale w apartamencie był jeszcze ktoś. Poczuł silne uderzenie w tył głowy. Upadł na dywan, wypuszczając z ręki, ważący niecałe dwadzieścia dwie uncje, pistolet.

Odpływał w nieznane.

Jeśli to śmierć, to całkiem przyjemna, pomyślał jeszcze. Nie czuł lęku. I nie męczył go katar.

4.

Budził się powoli.

Ktoś dobijał się do drzwi. Łomotał od dłuższego czasu, natrętnie.

Otworzył oczy.

Usnął w ubraniu. Jak długo spał? Znów to samo, pomyślał z goryczą.

Spróbował unieść się na łokciach. Wstając, potrącił pustą butelkę. Ot i wyjaśnienie!

A czegoś się spodziewał? Uchlałeś się w nocy i padłeś na wyro w opakowaniu! Normalka. A za oknem nowy dzień. Kolejny szary dzionek na Greenpoincie. Któraż to godzina? Kurwa! Już po ósmej! Stop! Wczoraj był poniedziałek. Miałeś wolne, pamiętasz? Dzisiaj idziesz na popołudnie. Zdążysz się pozbierać!

Znowu ktoś zadudnił w drzwi. W głowie mu chrobotało, zaś niewidzialny śrubokręt dokręcał luźne muterki. Zatoczył się, ale nie upadł. Drzwi rozmywały się w nieostrej perspektywie. Wreszcie dobrnął jakoś do lustra w holu. Zobaczył nieogolonego, zmęczonego 46-latka. Krótko przystrzyżone włosy oprószała lekka siwizna. Z przekrwionych oczu patrzył boleśnie kac gigant. I wyrzut sumienia, większy od Empire State Building.

– Panie Mulligan! – wołał Kulawy Ed.

Ed był imigrantem. Naprawdę nazywał się Jewgienij czy jakoś tak. Rosjanin albo Ukrainiec. Mieszkał po sąsiedzku, ale rzadko zaglądał. Kilka razy wypili razem. Jednak od półtora roku Ed nie pił. Oszczędzał wątrobę na starość, a raczej to, co z niej zostało. Pewnego dnia spadł z drabiny i roztrzaskał miednicę. Chirurg poskładał jąpóźniej do kupy, ale Ed musiał przejść na rentę. Dostał solidne odszkodowanie i miał z czego płacić czynsz. Niektórym to się powodzi!

– Halo! Jest tam kto? – wołał kobiecy głos. – Sierżancie Mulligan! Proszę otworzyć!

Kto to, do ciężkiej cholery? Poczuł, że się poci. Nie znał tego głosu. Chyba nie narzeczona Eda? Rencista stronił od kobiet, wstydził się ich.

– Zaraz – warknął.

Kopnął pustą butelkę pod łóżko i otworzył drzwi.

Stała w nich szatynka. Młoda, około trzydziestki. Wszystkie kobiety przed klimakterium uważał za młode. Ta była dodatkowo ładna i zadbana. Nosiła ciemne spodnie, czarny golf i luźną skórzaną marynarkę. Był staroświeckim draniem i lubił kobiety w spódnicach i sukniach, ale umiał docenić gust. Nawet u feministki.

– Kim jesteś, na Boga? – zachrypiał.

Pokazała policyjną odznakę.

– Detektyw Kate Scratch – odezwała się pewnie, ale z odcieniem respektu.

Wiedziała, że Mulligana nazywano Bandytą. Był kiedyś cholernie dobrym gliną i wrednym skurwysynem. Nigdy wcześniej go nie widziała, ale miała swoje wyobrażenie. To, co zobaczyła, wprawiło jąw zdumienie, gdyż Mulligan był postacią wprost z komiksu. Duża głowa, ostro zarysowane wargi, wydatny nos, kanciaste szczęki, pokryte gęstą szczeciną. I dziki wzrok. Mógł być jej ojcem.

Kate była kinomaniaczką. Określała mężczyzn przez porównanie do znanych aktorów. Jej szef był na przykład nieudaną kopią Dannyʼego De Vito. A Mulligan? Miał coś z Krisa Kristoffersona bez brody. Inna sprawa, że był wstawiony jak sam Jack Nicholson!

– O co chodzi? – przestraszył się Mulligan. – Pobiłem kogoś?

– Prowadzimy śledztwo w sprawie zabójstwa księdza Mazura i fotografa Patricka Donovana – wyjaśniła.

– I co z tego? – przerwał brutalnie

Dopiero teraz dostrzegł, że nie jest sama. W korytarzu stał Kulawy Ed, detektyw Flanagan i wysoki, obcy glina. Policjanci uśmiechali się pod nosem. Zrozumiał. Ha, napuścili na niego tę laleczkę.

 

– Jestem zwykłym gliną z Patrol Service, a nie pieprzonym Kojakiem z wydziału zabójstw – krzyknął. – Chyba mnie nie oskarżacie o te morderstwa? Nie mam alibi, pani detektyw. Byłem tu sam z butelką. Ona nic nie powie.

– Nie zgrywaj się, Mulligan – warknął Flanagan.

Wszedł do środka i ostentacyjnie pociągnął nosem.

– Alibi masz dobre. Chlałeś cały wieczór. Wierzę ci. Ale masz wytrzeźwieć do czwartej po południu, jasne? To polecenie komendanta. Będziesz węszył na Greenpoincie.

Flanagan rżnął głupa. Dobrze wiedział, że mając we krwi ocean gorzały, nie można wytrzeźwieć nawet przez cały dzień. Jednak zdawał sobie sprawę, że Bandyta na kacu był lepszy od połowy tuzina zwykłych chłoptasiów z patrolówki. Wiedział o tym też ich szef, Donaldson. Kiedyś sam miał problem alkoholowy i czuł do Mulligana słabość. W rzadkich przypływach miłosierdzia nazywał go „klejnotem”, „ostatnim szeryfem”. To dzięki szefowi Mulligan nosił jeszcze odznakę.

– Co się stało? – zapytał.

– To detektyw OʼNeil – mruknął Flanagan. – Detektyw Scratch już poznałeś.

– Mów, o co chodzi.

– Zamordowano Raymonda Plaskiego.

Złowroga cisza trwała długo. Jak teatralna pauza. Mulligan poczuł najpierw obojętność, potem zdumienie, a wreszcie niezdrową ciekawość. Był zbyt pijany, by odczuwać żal. Uważnie przyjrzał się przybyłym. To nie był głupi dowcip.

Raya znał dobrze. Byli kiedyś kumplami, ale pieprzony Polaczek wybrał lojalność wobec regulaminu. A regulaminy, jak wiadomo, układają pierdzący w stołki urzędnicy. W tym problem! Gdy jesteś na ulicy, musisz szybciej sięgać po broń niż recytować przepisy. Kule drwią z paragrafów.

Zachciało mu się pić. Pretekst był wyborny. Ale Flanagan nalegał, żeby trzeźwieć. Był im do czegoś potrzebny.

Powinienem pójść na wcześniejszą emeryturę, pomyślał z rezygnacją.

– Znajdziemy łobuza – przerwał ciszę Flanagan. – Przykro mi, John.

Jemu też było przykro. Po pierwsze, szkoda Raya, nawet jeśli był palantem. Po drugie, nie miał już sił łapać wszystkich zwyrodniałych skurwysynów na Greenpoincie i w okolicy.

– Znasz Brooklyn nie gorzej ode mnie. Będziesz pomagał pani Scratch – mówił Flanagan.

Cieszył się w duchu, że nie jemu przypadła rola niańki.

– Detektyw Scratch, poruczniku – poprawiła Kate.

– OK – westchnął. – Mamy zielone światło od Szefa Policji. Złapiemy skurwiela!

OʼNeil podał rękę Mulliganowi.

– Cześć. Widzieliśmy się parę razy. Pewnie nie pamiętasz?

Nie pamiętał.

– Po twoim odejściu zostałem partnerem Raymonda. Dużo opowiadał o tobie.

– Jak to się, kurwa, stało? – Mulligan usiadł na krawędzi łóżka.

Streścili fakty. Martwego Raymonda znaleziono wieczorem w zaplombowanym mieszkaniu Patricka Donovana w Slope Park. Ray poszedł tam służbowo. Dostał w łeb, a potem wstrzyknięto mu dożylnie jakieś świństwo na zatrzymanie oddechu. Sąsiadka Donovana usłyszała za ścianą sygnał telefonu komórkowego, zaniepokojona poszła sprawdzić i zobaczyła uchylone drzwi i zerwaną policyjną taśmę. Natychmiast zawiadomiła najbliższy posterunek. Prawdopodobnie Raymond nadział się na mordercę, grasującego z brzytwą po Brooklynie. A może to był przypadek? Może po prostu złapał złodzieja?

– Złodziej dałby w łeb i uciekł – zachrypiał Mulligan. – Nie bawiłby się w doktora Mengele.

Nieobecnym wzrokiem patrzył w ścianę. Kate spostrzegła, że coś się w nim zmieniło. Oczy jarzyły się żądzą zemsty i nie był już Kristoffersonem ani Nicholsonem.

Znowu stał się Bandytą. Drapieżną, wredną, brooklyńską barrakudą.