Tajemnica FabritiusaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnica Fabritiusa
Tajemnica Fabritiusa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Tajemnica Fabritiusa
Tajemnica Fabritiusa
Audiobook
Czyta Robert Michalak
24,99  18,49 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Arkadiusz Niemirski

Tajemnica Fabritiusa

Saga

Tajemnica Fabritiusa

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2009, 2021 Arkadiusz Niemirski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726832396

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

PROLOG

Mężczyzna w średnim wieku odebrał od strażnika tobołek ze swoimi rzeczami, które złożył w więzienny depozyt na całe pięć lat. Nie było tego wiele – nic nie warte stare ubranie i drobiazgi, jakie znalazła przy nim policja w okolicach Nieporętu. Dzisiaj wynędzniały, potwornie blady, nie przypominał tamtego żylastego osobnika, któremu nie powiodło się podczas próby ucieczki z łupem wartym ponad dwieście tysięcy złotych. Jeśli miałby mówić o szczęściu, to tylko w kontekście skrócenia wyroku o kilka lat. Powodem takiej, a nie innej decyzji sądu były nienaganne zachowanie i choroba więźnia. W dokumentach lekarskich, które otrzymał przy wyjściu, widniała groźnie brzmiąca nazwa: Amnesia anterograda.

Opuszczającego więzienie czterdziestoletniego mężczyznę znaleziono kilka lat temu nad brzegiem jeziora w stanie zamroczenia po uderzeniu zadanym przez kompana. Wspólnik od kradzieży obezwładnił go, a następnie zwiał z łupem. Początkowo nic nie wskazywało, że kontuzja okaże się groźna. Objawy zwykłego rozkojarzenia nie wzbudziły niepokoju lekarzy. A jednak od dwóch lat coraz częściej skarżył się na zaniki pamięci i zaburzenia koncentracji. Zdaniem fachowców amnezja miała najczęściej charakter przejściowy i rzadko dochodziło do całkowitej niepamięci po urazie. Czy jednak ten człowiek należał do „wybrańców”? To mieli zbadać lekarze w najbliższym czasie.

Skrzypnęła otwierana krata. Mężczyzna drgnął.

– Podpisz – strażnik wskazał palcem jakiś dokument. – Trafisz sam do domu?

Kiwnął głową.

– Niedaleko jest przystanek. Idź wzdłuż parku.

– Przystanek – powtórzył głucho.

Z trudem podpisał się i wypuszczono go na świeże czerwcowe powietrze. Szedł wolno alejką ku przystankowi autobusowemu. Sprawiał wrażenie osobnika, dla którego nie istnieją domy, drzewa, wałęsające się psy, a nawet ludzie. A jednak zwrócił uwagę na stojącą na skraju parku ciemnowiśniową limuzynę. Kiedy zamruczał uruchamiany silnik, przyspieszył kroku. Ledwo uszedł kilka metrów, a samochód z piskiem opon zahamował przed nim. Za kierownicą siedział szpakowaty osobnik w średnim wieku, patrzący nań groźnie zza opuszczonej szyby.

– Część, Pająk! – rzucił oschle.

Wtedy, z drugiej strony wozu wybiegł młodszy, dobrze ubrany facet, którego nigdy w życiu nie widział. Po chwili wykręcono mu ręce do tyłu i wbito w ramię igłę ze strzykawką.

– Spokojnie – wyszeptał szpakowaty gość z sadystycznym uśmiechem. – To tylko środek uspokajający.

1.

Daleko, na północnym krańcu jeziora, ukazała się sylwetka łodzi kabinowej o błękitnym kadłubie, której nazwy nie potrafili odczytać nawet przez silną lornetkę. Jacht klasy prestige przechylał się właśnie na lewą burtę, by wziąć kurs na Zegrze. W tej jednak chwili chłopców interesowały całkiem inne obiekty. Cel przedpołudniowego rejsu znajdował się na wschodnim brzegu akwenu, należącym do nowoczesnego ośrodka wczasowego „Koral” w odległości niespełna dwustu metrów od ich łajby. Wszystkie trzy obiekty smażyły się w słońcu na piasku. Nieruchome i bezbronne wobec ludzkiego oka, uzbrojonego w asferyczne soczewki.

Zegrzyński wietrzyk nieco osłabł. Pulsująca złocistymi refleksami woda oddychała jeszcze chłodem poranka, lecz słońce prażyło już na całego, więc pot spływał strumieniami po czołach żeglarzy i policzkach, szczypał w oczy. Przećwiczyli stawianie w dryf i na koniec zrzucili grota. Milczeli. Podczas dryfu słyszeli najcichszy plusk wody w promieniu stu metrów. Popiskiwanie mew kuło dosłownie w uszy. Młoda instruktorka żeglarstwa siedząca za sterem udawała, że nie interesują jej opalający się ludzie. Inna sprawa, że żaden z trzech podopiecznych nie patrzył teraz na nią, a na plażę luksusowego hoteliku otoczonego laskiem z przewagą dorodnych jodeł. Tuż za wąskim skrawkiem złocistego piasku znajdował się pomost, przy którym cumowała nowoczesna motorówka, nad nią zaś świecił pustkami drewniany taras kawiarni. Jeszcze dalej w kierunku północnym podmywany przez spokojną falę brzeg tworzył rodzaj cypla z przystanią jachtów.

Z grona odpoczywających przed sesją zdjęciową aktorów wyróżniała się szesnastoletnia siksa robiąca zawrotną karierę w telewizyjnym serialu. Dziewczyna marzeń. Popularna w kraju amatorka o medialnej ksywce: Giga. Oglądali się za nią smarkacze i dorośli mężczyźni. Z zazdrością spoglądały na nią podlotki i dojrzałe kobiety. Wszyscy podziwiali lub przeklinali jej urodę. Co tu dużo mówić – ta laska narobiła szumu! Krytycy wróżyli jej sukcesy na Zachodzie. „Pewnie zrobi karierę w samym Hollywood!” – wieszczyli podnieceni znawcy Dziesiątej Muzy.

Mateusz, zwany Globusem, wyostrzył obraz lornetki. Smukłe ciało wygrzewającej się w promieniach lipcowego słońca nastolatki wyglądało apetycznie. Obok Gigi opalała plecy Mieczysława Hen, dama filmu zawdzięczająca swoją sławę znakomitym kreacjom szekspirowskim. Pomimo swoich pięćdziesięciu kilku lat wciąż była kobietą pełną uroku i czaru. I tylko żądni sensacji dziennikarze mogli rozgłaszać plotki o niedawnej operacji plastycznej jakiej się poddała. Trzecia z zażywających słonecznej kąpieli aktorek zyskała popularność dzięki serialowi kryminalnemu, w którym bezlitośnie karała przedstawicieli brzydszej połowy świata – łamała facetom kości i deformowała im twarze. Złośliwcy twierdzili, że za bardzo przejmowała się rolą, lecz babskie pisma wychwalały ów feministyczny image pod niebiosa. Iwona Gawlik, bo o niej mowa, nie przypominała jednak atletki czy jakiejś harpii. Ta niska, wręcz drobna istota, o wyrazistych rysach twarzy i ciemnych włosach spiętych w długi warkocz, wcierała właśnie krem w swoje szczupłe i jędrne ciało. Jeśli odwiedzała siłownię, to chyba raczej dla podtrzymania kondycji i ogólnej sprawności.

Globus w milczeniu pełnym zachwytu podglądał opalającą się nastoletnią sławę. Jej długie nogi hipnotyzowały, a błyszczące blond włosy rozlewały się po złotym piasku. Delikatnie zarysowane piersi poruszały się jednostajnie pod skąpym kostiumem kąpielowym, a jemu się wydawało, że tak tętnią niedostępne dla niego światy.

– Zrobię zdjęcie – szepnął z boku podekscytowany widokiem aktorek Piżmak. – Może sprzedamy je jakiejś gazecie?

Ten nieco zwalistej budowy chłopak o twarzy upodobniającej go nieco do przedstawicieli Ondatra zibethicus uruchomił szybko tani aparat cyfrowy, lecz Dawid zachłysnął się tylko z oburzenia.

– No jasne! I będzie obciach na całego – skrzeczał wysoki chudzielec o bladej, ale zadbanej twarzy. – Kurde, słyszałeś o tym, że dźwięk niesie się dobrze po wodzie?

– Siur, pewnie. Ale to japoński wynalazek. Hałasu nie robi. W przeciwieństwie do ciebie. Wrzeszczysz jak baba!

– To ty się zamknij, cieniasie! I nie japoński, a z Malezji!

– Spokój! – syknęła obcięta na chłopaka młoda instruktorka, którą wszyscy nazywali Kapitan Andżeliką i która słynęła z wytatuowanej na ramieniu kotwicy. – Żadnych zdjęć. Popatrzcie sobie. Tylko migusiem. Jeszcze nie przećwiczyliśmy zwrotu przez sztag. Tego wam nie daruję! Pamiętacie, że o czternastej macie jeszcze zajęcia z anglika?

– Siur, wiemy, ale Globus nie chce pożyczyć lornetki – prychnął Piżmak.

– Ej, kolego majtek, nie bądź samolubem – opiekunka wbiła palec w jego plecy. – Daj innym popatrzeć.

– Majtek? – zachichotał Piżmak. – To biszkopt.

Globus jakby ich nie słuchał. Niechętnie podał Piżmakowi lornetkę i zamglonym wzrokiem patrzył w kierunku hotelowego brzegu.

– Może i ładna – mruknął do siebie. – Ale niedostępna.

– Co, plaża? – zainteresował się Piżmak.

– Nie „co”, tylko „kto” – rzucił z przekąsem Dawid i wyrwał koledze sprzęt. – Teraz ja.

– Jeszcze nie skończyłem!

– Ile można się, kurde, gapić?

Przez chwilę Dawid manipulował pokrętłem regulującym ostrość widzenia.

– Nieźle... widać każdy szczegół. He, he... Giga maluje na niebiesko paznokcie u nóg. Wiedzieliście?

Nikt mu nie odpowiedział, więc zerknął na Globusa.

– Skąd ją wytrzasnąłeś? Lornetkę.

Była to kieszonkowa leica z korpusem wykonanym z tytanowo-aluminiowego stopu, wykończona elastyczną gumą. Soczewki w tej lekkiej i wodoszczelnej lornetce wykonano z achromatycznego szkła optycznego. Miała też przeciwodblaskowe powłoki. Nic dziwnego, że wzbudzała zazdrość kolegów.

– To prezent – odpowiedział tym swoim chrapliwym głosem. – Za dobre sprawowanie.

– Siur, pewnie. A my ci uwierzymy.

Zaśmiał się szyderczo. Lecz oto Dawid z wrażenia niemal przykucnął.

– Rany, zgadnijcie kogo widzę! Libera! Podchodzi do nich...

– Kto?

– Libera! Przecież mówię.

Od strony kawiarnianego tarasu szedł ku plaży ze szklaneczką w dłoni wysoki i świetnie zbudowany brunet w okularach przeciwsłonecznych. Mateusz Liberacki, notabene imiennik Globusa, był jednym z najlepiej opłacanych aktorów w Polsce i cieszył się ogromną popularnością. Ten przystojny mężczyzna wsławił się rolą komisarza policji w kinowym hicie minionego sezonu i stanowił obiekt kobiecych westchnień, a najczęściej grał role twardzieli lub ludzi zuchwałych.

 

– On też występuje w tym tasiemcu? – dziwił się Piżmak.

– Raczej nie – zasępiła się Andżelika. – Do tej pory nie widziałam go w żadnym odcinku.

Globus zerknął na nią zaskoczony.

– Ogląda pani ten serial? Wcześniej mówiła pani, że nie lubi seriali.

– Bo to prawda – zmieszała się. – Po prostu źle się wyraziłam. Znajomi oglądają. Nienawidzę seriali, a Liberackiego w szczególności nie znoszę.

– Ach, tak. A czemu to?

– Dajcie i mnie popatrzeć – odburknęła.

Lustrowała kawałek plaży okupowany przez gwiazdy kina i teatru. Aktor pozdrowił koleżanki po fachu niedbałym ruchem ręki i usiadł obok na leżaku. Skosztował napoju ze szklaneczki i zdjął z nosa okulary, wystawiwszy kanciastą twarz ku słońcu.

– Typowy samiec – powiedziała cicho z odrazą. – I do tego zakochany w sobie. Siedzi obok Gawlik... co za zmanierowany gość.

Chłopcy zaczęli zgadywać.

– Ciekawe co pije?

– Pewnie whisky.

– Nie, podobno jest abstynentem.

– Gdzie tam! – ożywił się Piżmak. – Libera lubi pociągnąć. Uwielbia whisky i dobre samochody. Ostatnio kupił najnowsze bmw i pobił reportera na ulicy. Nienawidzi paparazzich!

– Pozer – Andżelika wydęła pogardliwie wydatne usta.

– Skąd to wszystko wiesz? – zdziwił się Globus.

– A co, Internetu nie masz?

Nagle Andżelika zamarła z przerażenia jak posąg.

– Spokój! – fuknęła na nich i zaraz skurczyła się w sobie, jak osoba przyłapana na wstydliwym występku. – Ciszej, na Boga – szepnęła konspiracyjnie, z przerażeniem zezując na brzeg. – Libera się na nas gapi. Nie patrzcie tam! O, Boże.

Niemalże jednocześnie odwrócili się plecami do aktorów i tylko instruktorka kątem oka kontrolowała sytuację na plaży. Gwiazdor zrobił z dłoni daszek chroniący oczy przed słońcem, by lepiej widzieć szkoleniową łódź bujającą się na spokojnej fali. Wstał, założył okulary i dalej patrzył na nich, aż wreszcie usiadł z powrotem uspokojony.

Załoga omegi odetchnęła z ulgą. W końcu Libera źle znosił obecność podglądaczy, a to się mogło skończyć dla nich katastrofą. Na szczęście wziął ich za spragnionych odpoczynku żeglarzy. I kiedy wydawało się, że zagrożenie minęło, dostrzegli zbliżającą się ku nim bliźniaczą omegę dowodzoną przez instruktora Andrzeja.

– Ahoj! – niosły się po wodzie krzyki nadpływającej ekipy.

– Co jest? Zabrakło wam wiatru?! – żartowała szczupła dziewczyna w drucianych okularach na nosie, na które nieustannie opadały kosmyki ciemnych włosów, jakby młoda żeglarka za wszelką cenę chciała ukryć przed światem swoje oczy.

Na wczorajszym ognisku, kiedy śpiewali szanty, Globus odniósł wrażenie, że Anka go podrywa. Była całkiem miłą dziewczyną o niewinnym, trochę nieśmiałym uśmiechu, lecz, jak zauważył, potrafiła walczyć o swoje. Nie nazywała go Globusem i miała ładne oczy (bo jakoś je w końcu dostrzegł). Lubił ją. Ale to wszystko na co było go stać w tej grze. Wmawiał sobie, że nie jest odpowiednią dla niego dziewczyną. „Trochę za chuda” – zauważył w myślach. „Z nogami jak patyki. I do tego brunetka!” On wolał blondynki.

Podopieczni Kapitan Andżeliki dyskretnie uciszali nadpływającą załogę. Tamci jednak nie oszczędzali swoich gardeł, najbardziej zaś krzyczał wysoki blondyn o rozwichrzonej czuprynie i niebieskich oczach, który nieoficjalnie uchodził w ich grupie za bawidamka. Kris traktował pozostałych kolegów z właściwym sobie chłodem, a nawet wyższością. Globus – i nie tylko on – nie przepadał za nim, bo za bardzo podobał się koleżankom. Na dziewczyny miał jedną niezawodną broń – komplementy i słodki uśmiech. Nawet nauczycielkę angielskiego próbował „zasłodzić”, jak to celnie określił Piżmak.

– Co wy?! – Kris krzyczał z jachtu. – Gigę podglądacie? Świntuchy!

Te niewybredne uwagi poniosła woda na brzeg. Na plaży natychmiast powstało poruszenie. Najpierw wstał Libera, po nim podniosły się pani Hen z Gawlikową, na koniec zaś Giga. Uniosła się nieznacznie na łokciach i popatrzyła z zainteresowaniem w stronę jachtów. W końcu to ją wywołano z imienia.

– Wy, tam! – zdenerwował się aktor. – Nie przeszkadzać! To prywatny teren! No, już! Odpływać mi stąd!

– Podglądają? – dopytywała się aktorka Hen. – Panie Mateuszu? Ci tam, na jachtach? Podglądają?

– Tak, pani Mieczysławo.

– E, to nie jest ze mną jeszcze tak źle – zachichotała, poprawiając ręką strój kąpielowy.

Libera taktownie nie wyprowadził z błędu starszej koleżanki, wszak ewidentnie chodziło o Gigę.

– No jazda! – aktor ponaglał żeglarzy.

Dla lepszego efektu zrobił krok ku wodzie. W tym czasie jacht dowodzony przez pana Andrzeja zrobił ostry zwrot przed dziobem pierwszej omegi i już po chwili pokazał wszystkim swoją rufę, jakby to wszystko odbywało się w ramach ćwiczeń. A Kris śmiał się jak najęty, wyraźnie zadowolony z figla, jaki im spłatali.

– Grota szot wybieraj! – pokrzykiwała zawstydzona zajściem Kapitan Andżelika. – Migusiem!

Chłopcy w milczeniu sięgnęli po fały. Tylko Globus nie mógł oderwać wzroku od przypatrującej się im z uwagą Gidze. Nie odważył się sięgnąć po lornetkę. To by go do reszty skompromitowało w oczach młodej gwiazdki, lecz widział z tej odległości jej lekceważące machnięcie ręki i usłyszał słowa, jakie skierowała do aktora:

– Daj spokój, Matti. To smarkacze na łupinach.

Powiedziawszy to, odgarnęła jasne włosy i z powrotem ułożyła się na piasku, zginając uwodzicielsko jedną nogę. W tym momencie Globus poczuł coś w rodzaju nienawiści do dziewczyny za nazwanie ich „smarkaczami”.

Nie mniej wściekła była instruktorka.

– Psiakrew, ja jej dam łupinę!

Odpłynęli sprawnie i szybko niczym zgrana załoga, aż Andżelika zacierała z zadowolenia ręce. Omega szła lewym halsem na Zegrze i nikt już nie pamiętał incydentu przy plaży przy ośrodku „Koral”.

– Będą z was żeglarze! – krzyczała instruktorka. – Brawo! Na dzisiaj koniec. A z rana przepytam was z teorii. Chyba, że chcecie dzisiaj, co?

– Nie, nie. Chcemy jutro!

– A może jednak lepiej dzisiaj – zerknęła na zegarek.

Czasami z instruktorki Andżeliki wychodził mały złośliwiec, wiedzieli o tym wszyscy na obozie, ale w zasadzie była z niej równa babka. Tym bardziej, że zgodziła się z podopiecznymi podejrzeć aktorów. Przede wszystkim ceniła żeglarski fach i odpowiedzialność związaną z zawodem instruktora.

Zostawili po lewej ujście Kanału Królewskiego, biorąc kurs na przystań w Zegrzu Południowym. Mogli śmiało przećwiczyć kolejny manewr, bo wiatr wiał od lewej burty ze wschodu.

– Do zwrotu przez rufę! – padła komenda. A po chwili następne w odpowiednich odstępach czasu: – Ster w lewo! Lewy foka szot wybierz! Lewy foka szot luzuj! Ster zero! Sternik tak trzymaj!

Brnęli przez mrowie desek windsurfingowych i rowerów wodnych. Łopot żagli wypierały dźwięki dochodzące z lądu – krzyki, śmiechy i odgłosy samochodów. Dziób łodzi wskazywał znajomy brzeg z licznymi budynkami hotelowymi i pensjonatami, kawiarniami i prywatnymi przystaniami. Nieco dalej na północ, tuż za portem należącym do Ośrodka Sportów Wodnych „Marina” zaczynał się wielki betonowy most przecinający jezioro, linia lądu załamywała się tam pod kątem prostym i wyznaczała zachodni brzeg wydłużonego ramienia zalewu, zwężającego się aż po samą zaporę we wsi Dębe.

Jezioro Zegrzyńskie przypomina swoim kształtem żołądek. Rolę przełyku pełnią trzy rzeki: Narew, Bug i cienka Rządza na wschodzie, dwunastnicy zaś samotna Narew po zachodniej stronie akwenu. Obszar ten jest szczególny z uwagi na zbiegające się we wschodniej części Kotliny Warszawskiej trzy rzeczne doliny (Narwi, Bugu oraz Wisły). Tworzą one największy w kraju węzeł hydrograficzny.

Za lewą burtą przesuwały się majestatycznie do tyłu budynki ośrodków wypoczynkowych i duży biwak w Nieporęcie. Przy samym brzegu równolegle do ich kursu biegła droga na Nowy Dwór, a zarazem „wylotówka” na Mazury. Dalej szosa skręcała na północ i mostem łączyła się z Zegrzem. Nic dziwnego, że wzdłuż tej trasy ulokowały się liczne bary, kempingi, samotne domy, hoteliki, mniej lub bardziej ukryte wśród bujnej roślinności.

Linia brzegowa za Nieporętem na pewnym odcinku wybrzuszała się, tworząc półokrągły cypel, częściowo porośnięty gęstymi krzakami. Mniej tam było zabudowań, a dzika plaża królowała aż po samo Zegrze Południowe. Gdzieś na wysokości owego cypla postanowili zakotwiczyć i poświęcić ostatni kwadrans na teorię. Ostrożnie wciągnęli miecz, bo przez wodę prześwitywały żółte placki mielizn.

– Zaraz sprawdzimy waszą znajomość alfabetu Morse’a – rzuciła instruktorka.

Ledwo zrzucili żagle, a z brzegu doleciał do nich podniesiony głos.

– Otruli ją! – wrzeszczał zarośnięty typ. – Zobacz, widzisz tę wykrzywioną mordę?

Wzrok żeglarzy automatycznie powędrował ku niedużej posesji usytuowanej nad brzegiem i odgrodzonej siatką od strony jeziora. Stał tam wybudowany z bali dom o dwuspadowym dachu, otoczony osikami o pochyłych pniach. Blisko wody, kilka metrów od rogu owej działki, rósł dorodny dąb o szerokiej koronie, sięgający ponad trzydziestu metrów wysokości. Drzewo wyraźnie ograniczało wspaniały widok rozpościerający się z dużego tarasu na wschodnią część jeziora. Teren porastała trawa, tu i ówdzie zadeptana przez klientów baru. Kilku z nich siedziało pod zielonymi parasolami. Sąsiedztwo owego przybytku także nie grzeszyło przepychem. Sto metrów dalej w kierunku Nieporętu zaczynało się skupisko domków kempingowych, natomiast po zachodniej stronie rozpościerał się zarosły chaszczami teren. To tam, kilkanaście metrów od granicy z posesją, dwóch mężczyzn o śniadej cerze pochylało się nad wysoką trawą.

– Zapłacą nam za to – denerwował się osobnik bliźniaczo podobny do pierwszego.

Obaj byli niskimi i krępymi mężczyznami po dwudziestce. Mieli ostrzyżone na jeża głowy i zarośnięte policzki. Odróżniali się tym, że drugi z nich miał w lewym uchu kolczyk.

– Nie mogę – pieklił się.

– Zabiję dziada! Zatłukę!

– Cygan, chodź tutaj! Zobacz sam!

Z domku wyszedł średniego wzrostu drab o czarnych jak smoła włosach i wrednym spojrzeniu. Groźny jegomość o ogorzałej od słońca twarzy ubrany był jedynie w spodnie, dzięki czemu rzucał się w oczy jego mocny tors i żylaste ręce. W lewej dłoni faceta błysnęło ostrze kuchennego noża. Wyszedł przez boczną furtkę i zbliżył się do krzaka, przy którym debatowali dwaj bliźniacy. Widząc zainteresowanie klientów i załogi omegi makabrycznym znaleziskiem w trawie, ściszyli głosy.

– Proszę pana, stało się coś? – dopytywał się gruby mężczyzna siedzący na tarasie w towarzystwie kobiety.

– Nie, nic! – odpowiedział Cygan. – Tylko ktoś... znaczy się koza zdechła. Pewnie najadła się trujących ziół.

– Ziół?

– Spokojnie. Nic się nie stało. To tylko głupia koza.

– Panie Brusiak, może to jakaś epidemia? – wołał jakiś podchmielony gość. – Kozia grypa czy co?

Ale właściciele baru odwrócili się do nich plecami.

W tym czasie chłopcy z instruktorem zakotwiczyli łódź za cyplem i podpłynęli kawałek do brzegu, a raczej przeszli po dnie, gdyż w tym miejscu głębokość jeziora nie przekraczała metra.

Ku niezadowoleniu właścicieli baru za ogrodzeniem zebrał się już tłumek gapiów złożony z kilku żądnych sensacji klientów. Oglądano martwą kozę. Wygięte w łuk truchło leżało na boku i pierwsze, co zwracało uwagę, to przekrzywiona głowa zwierzaka, tak jakby ktoś próbował wykręcić mu łeb. Zwierzę miało zaciśnięte mocno szczęki, a jego pysk wykrzywiał przerażający grymas. Lecz nic nie mogło bardziej poruszyć obserwatorów na brzegu, jak nienaturalnie wytrzeszczone oczy, zastygłe w panicznym strachu.

Załoga jachtu dotarła wreszcie za róg posesji. Zaczęły się chaszcze, a w zacienionych przez wierzby miejscach cięły niemiłosiernie komary.

– Trochę się nacierpiała – nadawał grubas.

– Trochę? Mój Boże – szeptała jego towarzyszka. – To była męczarnia. Co to biedactwo zjadło?

– Jak to? Nie słyszała pani – odpowiedział ktoś. – Nażarła się chwastów.

Dawid nie wytrzymał i zwymiotował w trawę. Z kolei Globus stanął obok poruszonych klientów i przez chwilę oglądał z obrzydzeniem truchło.

– Zwierzęta intuicyjnie unikają trujących roślin – chłopak odezwał się rzeczowym tonem. – Inaczej już dawno by wyginęły.

Wszyscy popatrzyli na niego z zainteresowaniem.

 

– Skąd wiesz, harcerzyku? – zapytał ten z kolczykiem w uchu.

– Tylko nie harcerzyku – warknęła instruktorka.

– Czytałem o tym – odpowiedział chłopak, ignorując zaczepny ton tamtego. – Żadne zwierzę samo by się tak nie załatwiło. Koza została otruta.

– Lepiej nie wtrącaj się w nie swoje sprawy.

– Tak jest – wtrącił bliźniak. – Spadajcie na swoją łajbę!

Młodzi żeglarze doskonale słyszeli z omegi, że bracia wspominali o ludziach, którzy żle im życzą, co sugerowało, że mieli wrogów i to oni otruli kozę. Zachowanie Brusiaków zmieniło się, gdy tylko zjawili się pierwsi świadkowie. Bajeczka o „trujących ziołach” była dobra dla naiwniaków.

Globus nie dawał za wygraną.

– Wnioski na temat kozy pochodzą ze zwykłej obserwacji. Poza tym przeczytałem ponad sto kryminałów – mówiąc to, rozejrzał się dookoła. – Pełno tu chwastów, prawda? Koza pasła się tu tygodniami. I mamy uwierzyć, że nagle zjadła zabójcze ziółko? Może poszukamy tej roślinki?

– Jasne, kozę ktoś otruł! – ekscytował się Dawid. – Może prądem ją poraził?

Chłopcy wyraźnie prowokowali właścicieli baru. Mężczyzna zwany Cyganem zapytał Globusa:

– Jakeś taki mądry, to powiedz, kto to zrobił?

– Nie wiem. Ktoś, kto bardzo was nie lubi.

Piżmak puknął sie dlonia czoło. On też chciał zabłysnąć w tym przypadkowyn zystwie.

– Siur! To sataniści! W Internecie o nich było. Kota zabili na Śląsku! Nożem.

– I co? Ze Śląska tu przyszli? Kota z kozą pomylili? I zamiast noża użyli trucizny? Nie truj, gówniarzu.

– To nie byli sataniści – odezwała się Andżelika. – Tacy wykradliby zwierzę i zaszlachtowali w ustronnym miejscu. Z całym chorym rytuałem, jaki towarzyszy podobnym „ceremoniom”. Nie był to też dowcip.

Globus pokiwał głową na znak, że zgadza się z instruktorką, a następnie popatrzył na Cygana.

– Koza zawsze się tu pasła? To znaczy, za ogrodzeniem.

– Tak. Co za różnica?

– Ten ktoś nie odważyłby się podejść do kozy na posesji. Za dużo tam ludzi. Tutaj czuł się bezkarnie...

– Może, ale co z tego wynika?

– Nie wiem, staram się pomóc.

– Proszę państwa, należy bezdyskusyjnie zawiadomić policję! – oświadczył grubas.

– Żadnej policji! – zaprotestował Cygan. – Klientów nam wystraszą.

Globus znowu przyjrzał mu się badawczo.

– Czy macie, panowie, wrogów? – zapytał.

– A kto ich nie ma?

– Moim zdaniem, chodzi o zemstę. Może rodzaj ostrzeżenia?

Cygana najwyraźniej zaniepokoił tok rozumowania chłopaka. Przez chwilę myślał nad czymś intensywnie i nagle wskazał ostrzem noża truchło.

– Rychu, Grzechu! Zakopcie to gdzieś! – rozkazał bliźniakom i popatrzył na resztę towarzystwa z kwaśnym uśmiechem. – A państwu, dziękujemy. I najmocniej przepraszamy. Proszę nie nagłaśniać tej sprawy.

Podrapał się w głowę stalowym ostrzem.

– Prawdopodobnie to tężec. W glebie są takie zarazki. Kilka razy widziałem powyginane w taki łuk zwierzęta. Ten sam wytrzeszcz oczu i zaciśnięte szczęki, to nie trujący chwast, a sprawa zarazków żyjących w ziemi.

– Powinno się chyba zawiadomić weterynarza? – ktoś próbował protestować.

– Zapraszamy wszystkich na taras! – krzyknął Cygan. – Może coś państwu podać? Jedna kolejka gratis!

Nikt się nie odezwał. Dopiero gdy zaczęto się rozchodzić, któryś z klientów rzucił niewybredną uwagę:

– Mam nadzieję, że jutro nie podadzą na obiad mielonych. Z tej kozy.

Motyw martwej kozy zdominował rozmowy prowadzone przez gości w barze. Myśli Globusa biegły podobnym torem. Oparłszy się o ogrodzenie, przypatrywał się bliźniakom chowającym sztywne truchło do plastikowego worka.

– Bajeczka dla niedorozwiniętych umysłowo – mruknął z ironią.

Koledzy stanęli obok niego. Młodzi żeglarze w milczeniu odprowadzali wzrokiem bliźniaków przedzierających się przez gęste krzaki z martwym zwierzęciem.

Pierwszy przerwał ciszę Globus.

– Tu chodzi o coś więcej. Czuję to.

– Co znowu?

– Tężec wywołuje bakteria, o ile się nie mylę.

– No, mów dalej – zachęciła go instruktorka.

– Jak mikroorganizm dostał się do krwi kozy?

– Nie rozumiem – Dawid ciężko westchnął, otarłszy pot z czoła. – O czym mówisz?

– Czyta za dużo kryminałów – machnął ręka Piżmak.

– Widzieliście ranę, przez którą bakterie dostały się do krwiobiegu?

Nikt mu nie odpowiedział. Globus wydawał się nieco zawiedziony nijaką reakcją załogi na jego wątpliwości.

– Przecież sami słyszeliśmy – kontynuował wątek. – Wspominali o wrogach! Ktoś im zalazł za skórę!

– Być może, detektywie Monk. Ludzie to dranie.

– Jestem pewny, że kozę otruto z premedytacją.

Koledzy popatrzyli na niego ze zdumieniem. Nawet instruktorka trawiła w myślach ostatnie zdanie, które wypowiedział, lecz nie miała nic sensownego do dodania.

– Chodźcie, nie nasza sprawa – skwitowała całe zajście. – Angielski czeka.

Ale jej twarz zdradzała, że śmierć kozy poruszyła ją do żywego.

*

Po krótkim wykładzie z zaimków dzierżawczych oraz czasu Past Continuous aż do podwieczorku zmagali się z kolejnymi wyzwaniami językowymi: przymiotnikami i przysłówkami, stroną bierną w czasie przeszłym i mową zależną. Potem rozmawiano, a przynajmniej próbowano to czynić, o wpływie środków masowego przekazu i komputera na codzienne życie współczesnego człowieka, o zanieczyszczeniu środowiska, wreszcie pokazano film w wersji oryginalnej o brytyjskim adwokacie i żeglarzu Bernardzie Morganie.

Na koniec przeprowadzono krótki test z dzisiejszych tematów, który wypadł pomyślnie dla uczestników kursu „English & Sailing”, z wyjątkiem Globusa. Mateusz oblał już drugi sprawdzian z rzędu i na jutro wyznaczono mu termin poprawkowy. Oznaczało to kilka godzin intensywnej nauki.

Nauka języków zawsze idzie łatwiej, kiedy zna się przynajmniej jeden, a Mateusz nie opanował jeszcze żadnego. Z angielskim oswoił się trochę dzięki komputerowi. A oglądając filmy, osłuchał z podstawowymi zwrotami. To był cały jego kapitał, kiedy trafił do ośrodka nad jezioro i skonfrontował swoją wiedzę z rówieśnikami. Nagle nieznajomość angielskiego, wcześniej beztrosko ignorowana, stała się problemem. W tym bowiem gronie mógł uchodzić za tępaka, co dyskretnie sugerował mu po pierwszym niezdanym teście kierownik ośrodka. Ponadto Mateusz często zacinał się w sobie, szczególnie w obecności świadków nie znosił wszelkich testów. Nawet na ćwiczeniach z żeglarstwa nie błyszczał. Aż dziw, że nieprzewidywalna Kapitan Andżelika nie wyrzuciła go za burtę za pomylenie pierwszego dnia foka z grotem.

Nie tylko daleko mu było do poligloty, ale odczuwał także wrodzoną niechęć do nauki. Nie to, co taki Dawid! Albo Kris! Podobno ten drugi nauczył się angielskiego z podręczników! „Jak można się w szkole czegokolwiek dobrze nauczyć?” – Mateusz pukał się w głowę pierwszego dnia pobytu nad Jeziorem Zegrzyńskim. Żeby opanować przedmiot celująco, należało pójść na „korki”. Kris zaklinał się jednak, że całą podstawową wiedzę zaczerpnął z notatek i podręczników szkolnych. W oczach Mateusza uchodził za językowego geniusza!

On sam był inteligentnym dzieckiem, jednak od podstawówki uczył się średnio. Odkąd ojciec wyjechał na Wyspy Brytyjskie do pracy (na długo zanim pół Polski tam się wybrało), zaczął stawiać wyraźny opór. Najpierw w szkole, potem w domu. Do funkcjonowania potrzebował silnej ręki, męskiego autorytetu, a matka od zawsze była osobą zamkniętą w sobie, wyznającą zasadę świętego spokoju. Pod nieobecność ojca próbował czasami odwiedzać schorowanego dziadka – prawdziwego dziwaka w ich rodzinie, mieszkającego pod Warszawą. Jednakże w tym okresie siedemdziesięcioletni Antoni – działacz kultury, niespełniony artysta i miłośnik prozy detektywistycznej – częściej przebywał w szpitalu niż w domu. A jak go szczęśliwie wypisano, wyjeżdżał do sanatorium. Czasami przysyłał kartki z Karpacza, w których zawsze chwalił się, że poznał „świetną babkę”. Rodzice żyli więc osobno i chłopak czuł się w pewien sposób jak dziecko z rozbitego małżeństwa, choć nic o takich dzieciach i małżeństwach nie wiedział. Ale coś w nim pękło i zaczął się buntować. Czuł do rodziców żal, szczególnie do ojca, że zamiast rodziny wybrał funty. W jakiejś angielskiej stoczni budował od lat statki i raz w miesiącu wpadał na weekend do Polski. Ostatnio odwiedzał ich raz na kwartał. Siostra studiowała w Niemczech kolejny już fakultet, a najstarszy z ich rodzeństwa dwudziestoośmioletni brat wyniósł się do Gdańska, choć i tak większość czasu spędzał na morzu. Był marynarzem. W tym czasie Mateusz podrósł i zaczął sprawiać trudności. Szkolny psycholog nie miał złudzeń, że chłopak ma „zachwianą równowagę psychiczną”. Od tego momentu znienawidził psychologów i psychiatrów. Raz nawet trafił do policyjnego aresztu. Nie był chuliganem, ale czasem wstępował w niego mały szatan. Miarka się przebrała, kiedy przez dwa dni trzymał w piwnicy pieska wrednej sąsiadki (dodajmy jednak, że nie zagłodził biednego yorka, jak utrzymywała poszkodowana). Dlatego podczas świąt Wielkiejnocy ojciec zaproponował mu pewien układ – przyjedzie nad Mersey, jeśli tylko poduczy się angielskiego. Miasto Beatlesów stało przed nim otworem. Był tylko jeden warunek. Liverpool za obietnicę poprawy. Już w maju znajomy ojca zapisał go na kurs „English & Sailing” odbywający się na początku lipca nad Jeziorem Zegrzyńskim. Zgodził się, choć potem kilkakrotnie próbował się migać. Z czystej przekory. Ostatecznie na początku wakacji spakował swoje rzeczy do plecaka i wsiadł w pociąg do Warszawy. Nie chciał podróżować do Zegrza z matką. Zresztą ona nie miała czasu na wyjazd.