Pan Samochodzik i amerykańska przygoda

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

OSTRZEŻENIE * KPINY Z WEHIKUŁU * KATARZYNA WSTYDZI SIĘ MNIE * KIERUNEK WIRGINIA * A JEDNAK BUICK * UCIECZKA SKYLINE DRIVE * W TENNESSEE * POKÓJ Z WIDOKIEM NA GREAT SMOKY * OPOWIADAM O HRABIM KORWIN–MILEWSKIM * PORWANIE I BRELOCZEK * POLICJANCI * WYJAZD DO CHEROKEE * KTO ZNISZCZYŁ AUTO SIERŻANTA? * PUŁAPKA W MAGGIE VALLEY

Katarzyna znała to miasto jak własną kieszeń. Z dolnego Manhattanu dość szybko dotarliśmy do tunelu pod rzeką Hudson, który zaprowadził nas na drugi brzeg do Jersey City, gdzie – bez żadnych problemów – odnaleźliśmy biegnącą na zachód autostradę międzystanową numer 78. Nie na darmo użyłem czasownika “odnaleźliśmy”, albowiem na obrzeżach wielkich metropolii roiło się od zjazdów, przejazdów, pokrętnych objazdów i węzłów. Pobocza dziesiątek szos upstrzone były setkami zielonych tablic informacyjnych, znaków drogowych oraz reklam i tylko doświadczony kierowca potrafił w tym galimatiasie dróg odnaleźć właściwą.

W pewnym momencie zapiszczał pager zainstalowany w moim elektronicznym zegarku. Dzwonił Paweł.

“Tak szybko się stęsknił? – zdziwiłem się. – Widocznie to coś ważnego.”

Poprosiłem Katarzynę o krótki postój. Bez słowa zajechała na stację benzynową, gdzie przy okazji zatankowała nasz pojazd, ja zaś udałem się szybko do najbliższego automatu telefonicznego w części restauracyjnej.

– Przepraszam, szefie, że niepokoję – usłyszałem w słuchawce podekscytowany głos Pawła – ale jedzie za wami czarny buick. Przynajmniej ruszył za wami, gdy odjechaliście spod instytutu.

Poczułem znajomy dreszcz emocji. Odruchowo wyjrzałem przez szybę na parking. Buicka nigdzie nie zauważyłem.

– Nie ma go – mruknąłem. – Jeśli nas śledzi, pewnie gdzieś się przyczaił.

Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań, a następnie rozłączyliśmy się. Wyszedłem na zewnątrz, rozglądając się bezskutecznie za czarnym buickiem. Podszedłem do wehikułu. Ubrany w przybrudzony drelich pracownik stacji kończył tankowanie naszego pojazdu. Katarzyny nie było – gdzieś zniknęła.

– Panie, co to za czołg? – zwrócił się do mnie mężczyzna. – Jak tu pracuję, nigdy czegoś podobnego nie widziałem.

Chciałem coś powiedzieć, ale ubiegł mnie kolejnym pytaniem:

– Sam pan to składał? – zapytał.

Nieoczekiwanie do rozmowy włączył się gruby jegomość siedzący za kierownicą dostawczego dodge’a stojącego po drugiej stronie dystrybutora.

– A może okradł pan muzeum?

Powiedziawszy to, ryknął śmiechem. Zawtórowali mu pasażerowie, których wiózł. Nagle, pojawiła się Katarzyna z butelkami mineralnej. Najwidoczniej zrobiła szybkie zakupy w lokalnym sklepiku i wracając, posłyszała treść rozmowy, a raczej kpinki pod adresem wehikułu.

– To jeden z najszybszych samochodów w Stanach! – wyjaśniła, rzuciwszy zakupioną wodę na tyle siedzenie.

– Najszybszy? – ryknął kierowca dodge’a. – W czym? W rdzewieniu?

– No wie pan? – oburzyła się Katarzyna i posiniała na twarzy ze złości.

Do podobnych uwag, a nawet szyderstw byłem od dawna przyzwyczajony. W przeszłości nie raz śmiano się z mojego starego wehikułu, więc zdążyłem do tego przywyknąć.

– To prawda – wreszcie zabrałem głos. – To potwornie szybki pojazd. Umie nawet pływać i wspinać się po skalach.

– Jak jeszcze pan powie, że kosi kukurydzę, to go kupuje – zaśmiał się kierowca dodge’a. – Jestem farmerem, więc przydałby mi się dobry kombajn.

– Nie jest na sprzedaż – pokręciłem głową, zajmując miejsce za kierownicą wehikułu. – Ale za niego kupiłby pan ze trzy najnowocześniejsze kombajny.

Mężczyzna popukał się wymownie w głowę i spojrzał na swoich towarzyszy. Wszyscy buchnęli śmiechem i jeszcze przez chwilę rechotali, ocierając z oczu łzy.

Wzruszyłem obojętnie ramionami, co pewnie uznali za objaw dziwactwa lub może nawet megalomanii. Kątem oka zerknąłem na Katarzynę – ze złości przygryzła wargi. Nie śpiesząc się, uruchomiłem silnik i wrzuciłem bieg. Nagle, bez żadnej zapowiedzi, nacisnąłem pedał gazu. Maszyna dosłownie wyrwała do przodu niczym odrzutowiec, a my, o mało nie rozbiliśmy sobie głów o przednią szybę, gdyż nie zdążyliśmy zapiąć pasów. Z wielkim trudem ominąłem kilka aut parkujących przy wyjeździe na autostradę i wehikuł z piskiem opon wjechał na międzystanową. Ale to nie koniec emocji. Gigantyczny klakson, który rozległ się nad asfaltową szosą, kazał mi zjechać na pobocze, dzięki czemu uniknęliśmy staranowaniu przez nadjeżdżający “truck”.

Odetchnąłem z ulgą. Zwolniłem. We wstecznym lusterku zobaczyłem jeszcze, jak kierowca dodge’a wyskakuje ze swojego samochodu i gapi się na nas z niedowierzaniem.

– Ostrożnie, Panie Samochodzik! – jęknęła blada z przerażenia dziewczyna. – Niech pan delikatniej obchodzi się z pedałem gazu.

Miała rację. Nie byłem przyzwyczajony do prowadzenia tak szybkich samochodów. Pedał gazu był niezwykle czuły, a ja siedziałem za kierownicą tej maszyny zaledwie kilkanaście sekund.

Katarzyna długo dochodziła do siebie. Była na mnie zła, nie odzywała się. Jej irytacja sięgnęła zenitu, gdy po ujechaniu mili zwolniłem.

– Co się stało? – zapytała z wyrzutem. – Dlaczego jedziemy tak wolno? Trzydzieści pięć mil na godzinę?

– Tak lepiej – odparłem beztrosko.

Ale tak naprawdę spoglądałem się we wsteczne lusterko, wypatrując czarnego buicka.

– Kiedy człowiek pędzi na złamanie karku, niczego nie jest w stanie zobaczyć – wyjaśniłem. – Jestem w tym kraju po raz pierwszy. Chciałbym jak najwięcej zobaczyć.

– Rozumiem, ale jadąc w takim tempie do Kalifornii dotrzemy w dwa tygodnie.

– Poza tym, lubię spokojną jazdę.

Westchnęła ciężko.

– Popsuje pan silnik – jęknęła. – Proszę natychmiast przyspieszyć. To nie jest muzealny eksponat, Panie Samochodzik!

Przyspieszyłem do “czterdziestki” i pogwizdując pod nosem, przyglądałem się krajobrazowi za szybą. Katarzyna naburmuszyła się i skrzyżowała ręce na piersiach.

– Nie denerwuj się, moja droga – odezwałem się. – Później ty poprowadzisz i będziesz mogła przyspieszyć do “sześćdziesiątki”.

Prychnęła tylko i odwróciła się do mnie bokiem.

I wtedy właśnie minął nas znajomy dodge ze stacji benzynowej. Po chwili zwolnił i zrównał się z nami. Siedzący na fotelu pasażera człowiek dał mi ręką znak, abym opuścił szybę. Spełniłem jego życzenie.

– Dziecko! – zawołał, szukając wzrokiem Katarzyny. – Zabieraj się z nami, bo umrzesz z nudów.

Śmiał się długo i namiętnie. Po chwili głos zabrał kierujący dodge’m gruby farmer.

– Panie! – mówił do mnie. – To jest Ameryka! Za sto dolarów kupisz jakiegoś używanego rzęcha i dojedziesz, gdzie chcesz.

Nie reagowałem na te zaczepki. Ba, posłałem im szeroki uśmiech, czym tylko ich rozwścieczyłem.

– Nie dojedziesz nawet do najbliższego złomowiska, ty stary rupieciu! – krzyknął zdenerwowany farmer, dodając gazu.

Gdy odjechali, odetchnąłem z ulgą. Znowu mogłem jechać wolno. Trzeba przyznać, że auto prowadziło się znakomicie. Inaczej niż mój nieodżałowany pojazd z silnikiem Ferrari 410, ale czułem autentyczną przyjemność siedząc za jego kierownicą. Ponadto przyśpieszenie, zawieszenie i pracę skrzyni biegów nowego wehikułu oceniłem wzorowo. Fotele były wygodne, a wyciszenie silnika znakomite. I tylko ta nieszczęsna karoserii stała mi kością w gardle.

– Wstyd – westchnęła załamana ostatnim incydentem Katarzyna. – Przynosi mi pan wstyd.

– Jaki wstyd? Przecież to wolny kraj! Mogę więc jechać wolno.

Za miasteczkiem Easton w stanie Pensylwania, zjechaliśmy na autostradę 81, zwaną Valley Pike. Prowadziła ona na południowy zachód wzdłuż pasma Appalachów, aż po samą południowo–zachodnią granicę stanu Wirginia.

Za nami nie jechał żaden pojazd. Czyżby czarny buick zrezygnował z jazdy za nami? A może – dziś rano pod instytutem – Paweł pomylił samochody? Po amerykańskich drogach jeździło tysiące buicków, w tym setki czarnych, więc rozpoznanie konkretnego graniczyło z cudem. Zaczynałem powątpiewać w zdolności obserwacyjne mojego współpracownika, szukając wyjaśnienia jego pomyłki lub roztargnienia w zmęczeniu długim lotem z Polski. Z drugiej strony, przecież nie wymyślił sobie artykułu prasowego o mojej wizycie za oceanem.

Za Harrisburgiem przejechaliśmy rzekę Susquehanna. Autostrada prowadziła wzdłuż rozległych i zalesionych terenów o nieco wyżynnym charakterze. Po prawej stronie wznosiły się hen daleko pokryte ciemną zielenią góry Allegheny należące do pasma Appalachów.

Po trzech godzinach przecięliśmy słynny Potomac, którego nurt zmierzał prosto do Waszyngtonu, a po półgodzinie pożegnaliśmy Pensylwanię. Znaleźliśmy się w Wirginii – obszarze najstarszego osadnictwa angielskiego w Ameryce Północnej. To tutaj, na przełomie XVI i XVII wieku, zakładano plantacje tytoniu, który stał się jednym z głównych towarów eksportowych nowej kolonii, a do pracy na plantacjach sprowadzano niewolników z Afryki. Natomiast pierwsi Polacy6przypłynęli tutaj statkiem “Mary and Margaret”. 1 października 1608 roku ośmiu śmiałków znad Wiły postawiło stopę na amerykańskiej ziemi, zakładając osadę w Jamestown. Dzisiaj dominującymi dziedzinami gospodarki w tym stanie były górnictwo i rolnictwo. Przede wszystkim jednak Wirginia słynęła z turystyki!

Autostrada omijała mniejsze i większe miasteczka, by znowu prowadzić nas przez wyżynne tereny należące do pasma Appalachów. Dopiero tutaj, w Wirginii, poczułem prawdziwy smak tego kraju. Ameryka to nie tylko Nowy Jork. Ameryka to ogromne połacie lasów, tysiące hektarów monotonnych płaskowyżów i bagiennych dolin, to wreszcie wznoszące się na setki mil górskie wybrzuszenia. Ameryka objawiała się w dzikiej przyrodzie. I w historia tej ziemi, ze szczególnym uwzględnieniem indiańskiej przeszłości.

 

Ale oto, za szybą wehikułu ukazało się Pasmo Błękitne7i grzbiety Shenandoah, pamiętające plemiona Indian Tuscarora i Shawnów, przetrzebionych później przez białego człowieka. Zauroczony krajobrazem nie zauważyłem, że jechałem niecałe trzydzieści pięć mil na godzinę, podczas gdy Katarzyna drzemała. Najwidoczniej znudziła ją monotonna jazda. W przeciwieństwie do mnie – ja czułem się jak na najlepszej wycieczce.

Mój nastrój prysł w mgnieniu oka. Oto bowiem we wstecznym lusterku ujrzałem jadącego daleko z tyłu czarnego buicka. A jednak!

Nieznacznie przyspieszyłem. Czarny buick zrobił to samo, utrzymując stały dystans za nami. Wkrótce pokonałem ostry zakręt ginący za stromym zboczem. Kiedy straciłem buicka z oczu, dodałem gazu. Wehikuł wyrwał do przodu mocą swoich szesnastu cylindrów. W niecałe trzy sekundy strzałka prędkościomierza skoczyła na sto dwadzieścia8. Wehikuł sunął po autostradzie niczym poduszkowiec. Zdawało się, że pod kołami zamiast betonowej nawierzchni rozpostarto dywan. To było cudowne przeżycie, gdyż w ogóle nie odczuwało się szybkości, jedynie krajobraz za szybami przesuwał się niczym klatki filmu. Auto miało tak dobre wyciszenie pracy silnika, że moje rajdowe wyczyny nie zbudziły dziewczyny obok. Nagle, po prawej stronie, wyłonił się zjazd na 55. szosę. We wstecznym lusterku wciąż nie widziałem buicka. Miałem więc idealną okazję do zgubienia naszego prześladowcy, dlatego z piskiem opon zjechałem z autostrady i pojechałem dwupasmową drogą ciągnącą się na północ. Po ujechaniu niecałej mili, skręciłem w liściasty las. Szybkość zawdzięczał wehikuł silnikowi bentleya, ale bezproblemowe poruszanie się w trudnym terenie “odziedziczył” po hummerze.

Trochę trzęsło, więc Katarzyna przebudziła się. Ziewnęła, przeciągnęła się i nagle zamilkła, widząc dookoła nas gęsty las.

– Co się stało? – zadrżał jej głos. – Gdzie my jesteśmy?

Postanowiłem zakończyć tę jazdę po wertepach. Zahamowałem i wyłączyłem silnik.

– Za nami ktoś jedzie – powiedziałem.

– Skąd pan wie, że ktoś nas śledzi? – zdziwiła się. – Jesteśmy w lesie.

– Ale wcześniej jechaliśmy autostradą. To buick. Śledzi nas od Nowego Jorku.

– Nic nie widziałam. Jest pan pewny?

– Tak. W końcu jestem detektywem. Zdaje się, że mnie “wynajęliście”.

Ciężko westchnęła. A ja sięgnąłem po mapę i przez chwilę ją studiowałem.

– Kierowca buicka już się pewnie zorientował, że został wyprowadzony w pole – myślałem na głos. – Być może stoi kilka mil dalej na autostradzie i nie wie co robić. Proponuję zatem zawrócić. Po drugiej stronie 55. szosa łączy się z drogą Skyline Drive, biegnącą wzdłuż Narodowego Parku Shenandoah równolegle do autostrady po jej południowo–wschodniej stronie. Wprawdzie jazda po gorszej drodze zajmie nam więcej czasu, ale będziemy poruszać się w tym samym kierunku, tyle że inną trasą. W ten sposób dojedziemy do Błękitnego Pasma w okolicach Montebello. Tam odbijemy w prawo i znowu dostaniemy się na międzystanową autostradę. Po prostu ominiemy ponad sto mil autostrady.

– Stracimy mniej więcej trzy godziny – jęknęła Katarzyna. – Na Skyline Drive nie można rozwinąć większej szybkości niż pięćdziesiąt mil na godzinę.

– Trudno. Ale w ten sposób zgubimy buicka.

I tak zrobiliśmy. Przecięliśmy autostradę Valley Pike i pojechaliśmy do miasteczka Front Royal. Tam zaczynała się Skyline Drive, jak się okazało droga ciągnąca się przez najdziksze tereny.

Zamieniliśmy się miejscami. Teraz dziewczyna prowadziła. Zresztą, uczciwie dodajmy, kierowcą była dobrym. Z każdą minutą pokonywaliśmy kolejne odcinki szosy, często zakręcającej nad krawędziami przepaści. Jakże cudowny widok roztaczał się z niej na położoną w oddali dolinę Shenandoah, którą dosłownie widzieliśmy jak na dłoni. Była ona częścią rozległej Doliny Appalachów. Płynąca w dole rzeka – zwana przez Indian Shenandoah, czyli Córka Gwiazd – urzekała swoim pięknem. Tan naprawdę, składała się z dwóch nurtów – North Fork i South Fork, które podążały w kierunku północno–zachodnim wzdłuż dna doliny, okrążając wielki grzbiet góry Massanutten o kształcie olbrzymiego kanoe. W mieście Front Royal – które niedawno minęliśmy – wody obydwu rzek łączyły się i na granicy stanu Zachodniej Wirginii wpływały do Potomacu. Starałem się zachować w pamięci wspomnienie okrytych mgłą stoków Błękitnego Pasma i leniwe zakola rzeki Shenandoah.

Po ponad trzech godzinach jazdy dojechaliśmy do Blue Ridge Parkway, która kończyła się kilkaset mil dalej w Północnej Karolinie. Z tej drogi roztaczała się cudowna panorama na pionowe, rozłupane skały i bystre wody Błękitnego Pasma.

Skręciliśmy na północny zachód i wkrótce znaleźliśmy się autostradzie 81. Katarzyna dodała gazu, aby nadrobić stracony czas.

– Fantastyczna maszyna – wyszeptała z zachwytem. I zaraz spojrzała na mnie z wyrzutem. – Szkoda tylko tej karoserii.

Wczesnym popołudniem minęliśmy miasto Roanoke. Stamtąd mieliśmy jeszcze ponad dwieście mil do Knoxville, dawnej stolicy stanu Tennessee.

Po półtoragodzinnej jeździe ujrzeliśmy wreszcie peryferie liczącego sto osiemdziesiąt tysięcy mieszkańców Knoxville, położonego w wielkiej dolinie między górami Great Smoky, krańcem Błękitnego Pasma i równiną Cumberland. W oddali majaczyły nowoczesne drapacze chmur, wyrastające z tej dzikiej ziemi, jakby na przekór dzikiej przyrodzie. Ale taka właśnie była Ameryka!

– Znajdziemy jakiś motel przy międzystanowej i pójdziemy wcześniej spać – zaproponowała Katarzyna. – Wyruszymy skoro świt.

– Wolałbym jakąś kwaterę z dala od autostrady – powiedziałem. – Jeśli kierowca buicka nadal nas szuka, bez trudu wypatrzy nasz wehikuł pod motelem przy głównej autostradzie. Nasza maszyna rzuca się w oczy.

– To co robimy?

– W centrum Knoxville są z pewnością drogie pokoje – zerknąłem na mapę – więc proponuję cofnąć się na wschód i 441. drogą pojechać na południe w kierunku Great Smoky. Kierowcy buicka nie przyjdzie do głowy, aby nas szukać w sąsiedztwie Parku Narodowego. Łatwo zmieszamy się z turystami, a chciałbym też popatrzeć na piękne krajobrazy.

Do pełnej drewnianych sklepików Sevierville nie było daleko. Pojechaliśmy jednak dalej na południe do Pigeon Forge, mijając po drodze szereg moteli, barów, butików i kiosków z pamiątkami. Ostatecznie wylądowaliśmy w niegdyś prawdziwie niemieckim Gatlinburgu, miasteczku na granicy gór i Parku Narodowego. Nad dachami licznych sklepów z pamiątkami lub z mdłymi słodyczami, wznosiły się zalesione wzgórza Great Smoky.

– Gatlinburg to najdroższa miejscowość w okolicy – westchnęła Katarzyna znużona kierowaniem. – Ale znajdziemy coś taniego.

To coś znajdowało się na East Parkway i było młodzieżowym schroniskiem położonym w lesie nad samym urwiskiem. I co najważniejsze – z dala od centrum. Znajdowało się tam kilkanaście większych i mniejszych drewnianych domków kempingowych. Wzięliśmy mały domek z dwoma izbami, kuchnią i łazienką.

Wyszedłem na balkon. Z jego tarasu roztaczał się cudowny widok na góry. Głęboko oddychając, delektowałem się ciszą zakłócaną jedynie przez szemrzący w dole urwiska strumyk. To było cudowne uczucie. Zupełnie jakbym z każdym wdechem zabierał przyrodzie jakąś jej cząstkę i w ten sposób jednoczył się z nią.

– To jeden z najbardziej uczęszczanych parków w Stanach – usłyszałem za swoimi plecami głos Katarzyny.

Poprzez wysokie pnie drzew rosnących na tyłach domku mogliśmy podziwiać w oddali pofałdowane pasmo górskie Great Smoky z jego kilkunastoma średniej wysokości szczytami9i osnuwającą je niebieskawą mgiełką. Dochodziła godzina dwudziesta i nieco się oziębiło. Widoczność jednak była dobra.

– Ta mgiełka, którą pan widzi, to mieszanka wilgoci i uwodnionego dwutlenku węgla wydzielanego przez rośliny. Stąd ta nazwa “przydymione”, co po amerykańsku znaczy “smoky”. Rośnie tutaj sto dwadzieścia gatunków drzew i około tysiąca pięciuset rodzajów kwitnących do jesieni roślin. Teraz kwitną rododendrony.

– Piękny widok – szepnąłem z zachwytem.

Po skromnej kolacji napiliśmy się herbaty na tarasie.

– Niech mi pan powie coś więcej o hrabim Korwin–Milewskim – zaproponowała dziewczyna. – Właściwie nic o nim nie wiem. W końcu cała sprawa dotyczy osoby tego kolekcjonera.

– Ma pani rację – kiwnąłem głową.

Jakoś łatwo zapomniałem, po co właściwie tutaj przyleciałem i czego ode mnie oczekiwano. Ale odczuwałem przecież fizyczne zmęczenie wczorajszym lotem, dodatkowo zaś byłem zauroczony pięknem tego olbrzymiego kraju. Jeszcze wczoraj szedłem sobie warszawską ulicą, a dzisiaj przemierzałem tysiące mil przez urocze tereny Wirginii i Tennessee.

– Kompletnie nie wiem, jak połączyć osobę hrabiego albo jego kolekcję z tym kontynentem – powiedziałem. – Owszem, Korwin–Milewski podróżował po Europie, mógł nawet pożeglować swoim jachtem “Litwa” do Stanów Zjednoczonych, ale to tylko domysły.

– Co pan o nim wie? – zapytała.

– Urodził się 27 kwietnia 1846 roku w Gieranonach w powiecie oszmiańskim na Litwie. Jego rodzina nie miała wielkich tradycji, nie była starą szlachtą. W 1870 roku po krótkim pobycie w Gieranonach Ignacy przeniósł się do Monachium z postanowieniem studiowania malarstwa. Ostatecznie po pięciu latach zrezygnował ze studiów. Zimą 1875 roku wyjechał do Rzymu, gdzie uzyskał godność kawalera maltańskiego i prosto z papieskiej kancelarii dziedziczny tytuł hrabiowski. Od tej pory Ignacy poprzedzał swoje nazwisko hrabiowskim tytułem, a nawet udoskonalił rodowy herb, w którym, obok Ślepowrona, pojawił się rycerz oburącz trzymający miecz nad głową chronioną przez trzy hełmy. Ostatecznie herb otrzymał nazwę Milan.

Zmęczony opowieścią obiecałem dokończyć życiorys hrabiego Ignacego podczas jutrzejszej podróży. Położyłem się do łóżka w pokoju z wyjściem na taras. Katarzyna zajęła mniejszą sypialnię w głębi domku naprzeciwko łazienki. Dochodziła dwudziesta druga, nastawiając budziki na czwartą rano. Sześć godzin snu musiało nam wystarczyć, jeśli chcieliśmy dojechać jutro do Oklahoma City, oddalonego od Great Smoky o prawié osiemset mil.

Zasnąłem szybko.

Zbudziło mnie skrzypnięcie. Otworzyłem oczy i w bladej poświacie księżyca ujrzałem nad sobą jakąś postać. To nie była Katarzyna, a solidnej budowy mężczyzna pachnący górskim lasem.

Nie zdążyłem zrobić nawet jednego ruchu, gdy osobnik przytknął mi dłoń do ust, a następnie uderzył w ucho. Zakręciło mi się w głowie i straciłem przytomność. Musiałem leżeć oszołomiony na łóżku niezbyt długo, bo oto z pokoju Katarzyny dobiegły mnie odgłosy szamotaniny. Zwlokłem się z łóżka jak pijany i podreptałem do niewielkiego przedsionka.

Zapaliłem światło. Ujrzałem plecy dziwnie ubranego osobnika. Miał na sobie pelerynę i przybrudzone dżinsy. Długie, kruczoczarne włosy miał spięte z tyłu głowy w koński ogon. Mężczyzna związywał przerażoną Katarzynę, której usta wcześniej zakleił plastrem. A kiedy odwrócił się w moją stronę, ujrzałem groźną, pobrużdżoną zmarszczkami indiańską twarz. Ten półkrwi Indian miał w spojrzeniu coś dzikiego i nieobliczalnego, aż przeszły mnie ciarki. Jednak najbardziej złowieszczo prezentowały się jego oczy. Jedno z nich, lewe, było mniejsze. Niczego podobnego w życiu nie widziałem! Wzdrygnąłem się na ten widok.

W tym czasie mężczyzna doskoczył do mnie jak dziki zwierz. Uczepiłem się go, próbując z całych sił odepchnąć. Ten jednak popchnął mnie na ścianę, o którą z jękiem uderzyłem plecami. Indianin znalazł się przy mnie, zadając cios w żuchwę. Upadłem na podłogę jak ścięty, a okulary poleciały gdzieś dalej. Tym razem nie straciłem przytomności, chociaż kręciło mi się w głowie. Cios był mocny, ale na szczęście niezbyt precyzyjny. Pozbawiony szkieł leczniczych widziałem poruszające się stopy napastnika. Gdy uniosłem się na łokciu, on zmierzał już w kierunku otwartego tarasu, niosąc przerzuconą przez ramię Katarzynę. Dziewczyna wierzgała nogami, ale niewiele to jej pomogło. Napastnik wyszedł z nią na zewnątrz tymi samymi drzwiami, przez które, jak mniemałem, wszedł do domku

 

Niezdarnie podniosłem się z podłogi i chwiejnym krokiem wyszedłem na taras. Indianin znajdował się już po drugiej stronie balustrady, a następnie znikł za drzewami.

Opadłem z sił. Na chwilę ległem na łóżko, nie zważając na ból twarzy. Zebrało mi się na wymioty, ale dopiero łyk wody mineralnej dodał mi sił. Kiedy poczułem się lepiej, ubrałem się i wyszedłem na taras, zabrawszy uprzednio latarkę. Przeskoczyłem na drugą stronę balustrady, by przez kilka kolejnych minut przeszukać teren za domkiem. Słabo widoczne ślady stóp Indianina prowadziły nad samą krawędź urwiska. Tam urywały się przed kamiennym murkiem, za którym zaczynało się już strome, nieprzyjazne zbocze. Poświeciłem w dół. Skromna wiązka światła z latarki nie mogła przebić się przez panującą ciemność, zastygłą wśród gęstych drzew i krzewów, słyszałem jedynie szum strumyka.

Zbocze było dość strome, ale nie na tyle, aby uniemożliwić silnemu osobnikowi zejście z ciężarem na ramieniu. Mimo wszystko, ów Indianin z jednym małym okiem musiał być niezwykle sprawny. No i znał ten teren jak własną kieszeń. W przeciwieństwie do mnie. Dlatego zrezygnowałem z tropienia go nocą w nieznanej sobie okolicy. Musiałem zawiadomić właściciela schroniska, a najlepiej policję.

I zaraz zacząłem zastanawiać się nad powodem porwania Katarzyny. Ale żadne wyjaśnienie nie przychodziło mi do głowy. Z początku sądziłem, że miało to związek z moją wizytą w Ameryce, a więc pośrednio dotyczyło zaginionej kolekcji obrazów Korwin–Milewskiego? A może chodziło o okup?

Pełen wątpliwości wróciłem do domku. Usiadłem ciężko w fotelu, by zebrać myśli, gdy nagle dostrzegłem leżący przed wyjściem na taras okrągły breloczek z urwanym łańcuszkiem. Podniosłem go. Był to tani, reklamowy wisiorek z rysunkiem Indianina z kolorowym pióropuszem i nazwą miejscowości Cherokee. Prawdopodobnie dziewczyna zerwała go porywaczowi podczas szamotaniny i świecidełko wylądowało na podłodze.

Wybiegłem z domku jak oparzony.

Podekscytowany właściciel schroniska bez wahania zawiadomił policję, która przyjechała tak szybko, jakby czekała na wezwanie po drugiej stronie ulicy. Dochodziła dwudziesta trzecia. Ubranych w ciemne skórzane kurtki policjantów było dwóch. Na udach dyndały im pistolety w kaburach, w rękach zaś trzymali latarki. Jeden z nich, łysiejący sierżant w średnim wieku, żuł gumę i łypał na mnie badawczo, podczas gdy drugi, młodszy, notował moje zeznania w małym notesie. Staliśmy na parkingu przed recepcją.

– Niepotrzebnie dotykał pan breloczka – mruknął starszy policjant. – Zatarł pan odciski palców porywacza.

– Ma pan rację. Ale za to wiemy, że ślad może prowadzić do Cherokee – broniłem się.

Sierżant popatrzył na mnie z zainteresowaniem.

– Skąd pan jest? – nagle zmienił temat.

– Z Polski – odpowiedziałem bez wiary, że słyszał o takim kraju. – To średniej wielkości europejski kraj z ponad tysiącletnią historią.

– Czy klub CWKS Legia zdobył wreszcie tytuł mistrzowski w piłce nożnej? – zapytał łamaną polszczyzną.

Z wrażenia rozdziawiłem szeroko gębę.

– Legia? – powtórzyłem osłupiały. – Nie znam się na piłce nożnej.

– Ha, ha. Ja też. Tutaj mamy amerykański football.

– Pan jest Polakiem?

– Mój dziadek wyemigrował do Stanów przed wojną – wyjaśnił. – To dzięki niemu mój ojciec, a później jego syn, czyli ja, mówimy po polsku. Słabo, ale jednak. Nazywam się Andrew Kalinovsky. Ale należę do nowego pokolenia emigrantów. Niemniej jednak nasz dziewięćdziesięcioletni dziadek dużo nam o Polsce opowiadał. Jako urodzony warszawiak kibicował kiedyś Legii Warszawa i jeszcze teraz kupuje polskie gazety.

– Jaki ten świat mały – pokręciłem z wrażenia głową.

– Ale wracając do porwania – chrząknął znacząco policjant. – Czy ma pan jakieś podejrzenia, dlaczego porwano tę dziewczynę?

– Nie mam pojęcia. Jak wspomniałem, przyjechałem na zaproszenie nowojorskiej Polonii, aby wyjaśnić zagadkę obrazów polskiego szlachcica.

– Detektyw? – ożywił się młodszy policjant.

– Niektórzy tak o mnie mówią. Ale z wykształcenia jestem historykiem sztuki.

– Naukowiec?

– W pewnym sensie.

Przez chwilę zapanowało milczenie.

– Dla okupu raczej jej nie porwali – wtrącił młodszy, wskazując wehikuł. – Ktoś kto przyjechał takim gratem, nie interesuje porywaczy. Bez obrazy. Chyba, że jest pan porucznikiem Columbo.

Nie obraziłem się. Ale i nie zdradziłem, że pod maską tego “grata” siedzi potężny silnik bentleya, koła hummera zaś potrafiły pokonać każdą przeszkodę. Poza tym, ton młodszego z policjantów zaczął mnie trochę irytować.

– To bardzo dobry samochód – powiedziałem spokojnie.

– Pewnie, że dobry – tamten uśmiechnął się. – W sam raz na eksponat do indiańskiego skansenu. Podobnych kanoe używali Indianie.

– Ale moje jest z blachy i ma kółka.

Sierżant machnął zniecierpliwiony ręką i ruszył w kierunku domku. Najpierw policjanci zaczęli szukać śladów obuwia porywacza na trawie za tarasem, a następnie przeszukali domek. Nic nie znaleźli.

Wróciliśmy na parking w minorowych nastrojach.

– Rozwiesimy plakaty o poszukiwanym Indianinie z jednym mniejszym okiem – zaproponował młodszy policjant. – Latem przebywa tutaj sporo turystów i możliwość wytropienia przestępcy często stanowi dla nich dobrą rozrywkę.

– A ja myślę – wtrącił sierżant Kalinovsky – że rozgłos nie jest wskazany. Indianin zaszyje się w górach i szukaj wiatru w polu. Niewykluczone, że ten “Różnooki” to potomek Irokezów, którzy w 1838 roku zostali siłą przesiedleni z tych terenów do Oklahomy tak zwanym Szlakiem Łez. Wielu Irokezom udało się jednak zbiec w góry, dzięki czemu uniknęli przesiedlenia. Obecnie ich potomkowie zamieszkują niewielki rezerwat w Karolinie Północnej niedaleko miasteczka Cherokee. To niedaleko stąd. Można tam dojechać 441. drogą przecinającą Park Narodowy z północy na południe. Teraz mamy zatrzęsienie turystów, więc udamy się tam w dzień, aby trochę powęszyć. Cherokee to zbiorowisko fast foodów, moteli i sklepików, a potomkowie Irokezów utrzymują się ze sprzedaży pamiątek. Niewykluczone, że nasz Różnooki kręcił się tam i może ktoś go widział.

– Cherokee jest blisko nas, ale to już inny stan – zauważyłem. – Wasza odznaka traci tam swoją magiczną moc.

– Ale damy cynk kolegom po południowej stronie, z którymi, notabene, często współpracujemy. To normalne na terenach przygranicznych.

– Okej – mruknąłem. – A teraz chciałbym zadzwonić do Nowego Jorku, aby poinformować przedstawicieli Polonii o porwaniu dziewczyny.

– Proszę zadzwonić z naszego telefonu – wskazał policyjny oldmobil.

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że przecież o tej porze dnia biuro instytutu na Manhattanie było nieczynne, ba, nawet nie znałem prywatnego numeru żadnego z Polonusów. Zadzwoniłem więc na pager Pawła.

Oddzwonił po dwóch minutach. Rozmawialiśmy dłuższą chwilę i nie była to wesoła pogawędka. Porwanie Katarzyny rzucało cień na nasz wyprawę za ocean. Mimo wszystko poprosiłem go o dyskrecję w tej sprawie. Liczyłem bowiem na pomoc sierżanta Kalinovsky’ego. Dziewczyna musiała się znaleźć. Inaczej, nasza misja była skończona.

*

Na drugi dzień, wczesnym rankiem, spotkałem policjantów przed budynkiem Centrum Informacji Turystycznej na samej granicy Parku Narodowego, dwie mile na południe od Gatlinburga. Tym razem ubrani byli w cywilne ciuchy i przyjechali nieoznakowanym samochodem.

– Nasz szeryf porozumiał się z szeryfem po tamtej stronie i dostaliśmy zielone światło – wyjaśnił sierżant. –Wyjątkowo zgodzili się na pański udział w poszukiwaniach. Jest mi pan winien duże piwo.

– Jeśli dziewczyna się znajdzie, stawiam wszystkim – obiecałem.

– Trzymam pana za słowo.