Pan Samochodzik i amerykańska przygoda

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Arkadiusz Niemirski

Pan Samochodzik i amerykańska przygoda

Saga

Pan Samochodzik i amerykańska przygoda

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 2002, 2021 Arkadiusz Niemirski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726832266

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NAD NOWYM JORKIEM * NIGDY WIĘCEJ SAMOLOTÓW! * SĄSIAD PANIKARZ * ZOSTAJĘ CHAMEM * STAN OPOLSKI * ZAGINIONA KOLEKCJA HRABIEGO KORWIN–MILEWSKIEGO * NA MANHATTANIE * PODSŁUCHUJĘ * AROGANCJA PANI WIELOWIEYSKIEJ * OFERTA DLA PANTERASA * “JEŹDŹCY PIEKIEŁ” * WEHIKUŁ II * W CENTRAL PARKU

Zerknąłem przez małe, okrągłe okienko na rozciągające się w dole, aż po horyzont szaro–niebieskie wody Atlantyku. Kilkanaście tysięcy stóp pod nami w kierunku zachodnim Wielka Woda łączyła się ze zurbanizowanym morzem nowoczesnej cywilizacji – Nowym Jorkiem, niegdyś dziczą, odkrytą przez Giovanniego da Verrazano w 1524 roku. W porośniętych lasami terenach żyli tutaj Indianie Algonkini, potem jednak za sprawą białego człowieka zamorska głusza zamieniła się w największą metropolię na świecie, wieżę Babel, architektoniczny ,,cud świata” i jego ,,stolicę”.

Odwróciłem się za siebie. W środkowym rzędzie od strony korytarza siedział postawny młody człowiek, który podczas dziewięciogodzinnego lotu dość często zerkał na mnie w sposób mało dyskretny. Ale teraz jego uwagę pochłonął widok rozpościerającej się na powierzchni dziesięciu tysięcy kilometrów kwadratowych metropolii. Nie dziwiłem mu się.

Schodziliśmy do lądowania. To dlatego od kilku minut odczuwałem silne kłucie w uszach spowodowane nagłą zmianą wysokości, ale ciekawość innego świata, znanego z książek, filmów i opowieści, kazała patrzeć w dół przez okienko. Oto pojawiły się zarysy wydłużonej, ogromnej Long Island, a w oddali majaczyły wieżowce Manhattanu na czele z Empire State Building i bliźniaczymi World Trade Center. To tam w owej miejskiej dżungli funkcjonowały znane na całym świecie muzea, jak Metropolitańskie Muzeum Sztuki, Muzeum Guggenheima czy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. I choć zwiedziłem trochę świata, nigdy wcześniej nie odwiedziłem Stanów Zjednoczonych. Muszę przyznać, że widok Nowego Jorku z lotu ptaka był imponujący. Przytłaczał, fascynował, napawał lękiem.

– Za dziesięć minut wylądujemy na lotnisku Johna F. Kennedy’ego w Nowym Jorku – informował z głośników miły głos stewardesy. – Proszę o zajęcie miejsca i zapięcie pasów. Mamy godzinę szesnastą dziesięć. Temperatura na lądzie dziewięćdziesiąt jeden stopni w skali Fahrenheita...

I wtedy zaczęło się dziać coś naprawdę złego.

Gdy samolot przechylił się na bok i dał nura, pod nami rozległ się głośny stukot, a potem podłoga zaczęła drgać. Samolot wciąż tracił wysokość. W uszach niemiłosiernie kuło.

– Nie może wysunąć podwozia – zawyrokował mój sąsiad.

Był to małomówny jegomość z brodą w wieku około pięćdziesięciu lat ubrany w wymięty garnitur. Miał rude włosy. Wsiadł na pokład samolotu w Niemczech, bąknął coś przepraszającego i więcej nie odezwał się słowem. Wcześniej, aż do znudzenia, bębnił o rozkładany stoliczek niezgrabnymi, dziwnie pokrzywionymi palcami albo próbował je sobie ,,nastawiać”. Czyżby przeczuwał nadchodzącą katastrofę? Dlaczego dopiero teraz się rozgadał? Mówił przy tym z dziwnym, wręcz komicznym akcentem, który w nowych okolicznościach zabrzmiał dość złowieszczo.

– Już dwa razy przeżyłem coś podobnego – kontynuował skrzeczącym głosem, co jeszcze bardziej mnie zezłościło. – Ostatnim razem lataliśmy ponad pół godziny nad Toronto. Cóż, do trzech razy sztuka.

Kiedy inni pasażerowie to usłyszeli, podniosła się wrzawa niczym w szkolnej klasie pod nieobecność nauczyciela. Ku naszemu przerażeniu samolot wyrównał lot i zaczął okrążać wielkie miasto. Początkowy niepokój powoli zamieniał się w panikę.

– A nie mówiłem – zaskrzeczał przestraszony sąsiad i zaczął nerwowo “nastawiać” palce ręki.

– Nic się nie stało! – uspokajała nas stewardesa. – Nic się nie stało.

I znikła za zieloną kotarą.

Pod nami dudniło i zgrzytało, a więc musiał się zaciąć jakiś mechanizm. Twarze pasażerów z każdą minutą robiły się coraz to bledsze. Czyżby rudy brodacz obok miał rację?

,,Jeśli tylko wyjdę z tego cało – obiecałem sobie w duchu – nigdy więcej nie wsiądę do samolotu”.

Po pierwszym kółku nad miastem samolot znowu znalazł się w punkcie wyjścia.

– To nic groźnego, zaraz wylądujemy – stewardesa uspokajała pasażerów, ale bez spodziewanego rezultatu.

Popatrzyłem na młodego pasażera siedzącego z tyłu w środkowym rzędzie. Jego twarz, podobnie jak pozostałych pasażerów, przybrała odcień niezdrowej bladości.

Po trzecim kółku nad Nowym Jorkiem zgrzytanie pod pokładem ustało i stewardesa ze stoickim spokojem oświadczyła, że za chwilę lądujemy. Wszyscy jak jeden mąż zaczęli bić brawo. Młody człowiek z tyłu także odetchnął z ulgą, ale zaraz rzucił w moją stronę niezbyt dyskretne spojrzenie.

– Nie mówmy hop – szepnął złowrogo mój sąsiad. – Jak samolot wyląduje, wtedy będę skakał z radości.

Ale jego obawy okazały się płonne. Po kilku minutach koła samolotu dotknęły betonowej nawierzchni pasa i wszyscy pasażerowie znowu podziękowali załodze Boeinga rzęsistymi brawami.

Podczas opuszczania samolotu wydarzył się niemiły epizod.

Otóż, w przejściu zderzyłem się z jakąś kobietą w wieku około czterdziestu lat, ubraną w zwiewny kostium ze wzorkami przypominającymi umaszczenie jaguara. Wytrąciłem jej z rąk jakiś pakunek i pech chciał, że gdy schyliłem się, aby go podnieść, ona również wykonała ten sam ruch. Zderzyliśmy się głowami.

– Uważaj pan – posłała mi wściekłe spojrzenie.

Mówiła najczystszą polszczyzną. Miała ciemną oprawę oczu wzmocnioną czarnym tuszem, co dodatkowo podkreślało jej czupurną naturę.

– Co za chamstwo!

– Przepraszam – bąknąłem. – Nic się nie stało.

– Dobre sobie – prychnęła. – Pcha się taki i jeszcze mówi, że nic się nie stało.

– Przepraszam.

I kiedy chciałem ją przepuścić, kobieta gestem ręki wskazała mi drogę. Widać, byłem niezdecydowany, bo gdy tylko ruszyłem, zniecierpliwiona zrobiła pierwszy krok. W efekcie czego zaklinowaliśmy się w przejściu między fotelami.

– Panie! – wrzasnęła. – Coś się pan tak na mnie uwziął? Zrobiłam coś panu?

– To niech pani idzie pierwsza i nie zawraca mi głowy – odpowiedziałem niezbyt elegancko, ale byłem na dobre wyprowadzony z równowagi.

– Normalny cham – rzuciła mi w twarz i ruszyła przed siebie, taranując po drodze kilku pasażerów.

Usiadłem zatem w fotelu, aby stracić ją z oczu i się uspokoić. Kiedy tak siedziałem, obok mnie przeszedł ów młody mężczyzna, który podczas lotu od czasu do czasu mnie obserwował. Teraz jednak udawał, że mnie nie widzi. Minął mnie ze słuchawkami na uszach, podśpiewując cichutko pod nosem jakiś przebój.

Port lotniczy imienia Johna F. Kennedy’ego to istny moloch. Zanim dotarłem do odprawy paszportowej, musiałem pokonać prawie pół mili w tunelu. Potem znalazłem się w dużym holu otoczonym tłumem oczekujących ludzi.

Nie zdążyłem nawet wyjść na zewnątrz, gdy podszedł do mnie łysiejący, niski mężczyzna w średnim wieku. Na sobie miał kremowej barwy letni garnitur, a spozierające na mnie zza leczniczych szkieł brązowe oczy zdradzały człowieka inteligentnego. Ż̇uł gumę i zachowywał się dość swobodnie.

– Jeśli się nie mylę – zwrócił się do mnie po polsku, z lekkim amerykańskim akcentem – mam przyjemność z panem Tomaszem N.N., dyrektorem warszawskiego Departamentu Ochrony Zabytków, prawda? Moje nazwisko Opolski. Stanley Opolski. Dla znajomych Stan. Jestem przedstawicielem Polonii nowojorskiej i to ja odbieram pana z lotniska w imieniu Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce.

Przedstawiłem się i uścisnęliśmy sobie ręce.

– Jak podroż? – zapytał uprzejmie.

– Cieszę się, że moja noga stąpa po amerykańskiej ziemi – odpowiedziałem ze szczerą ulgą, pomny tego, że jeszcze pół godziny temu groziła nam katastrofa lotnicza. – Jestem trochę zmęczony, ale przede wszystkim oszołomiony.

Trzeba Wam wiedzieć, że niedawno dostałem oficjalne zaproszenie do Nowego Jorku w sprawie tyleż delikatnej, co niejasnej. Naszym Polonusom zza Atlantyku odmówić nie mogłem, między innymi z tego powodu, że to oni obdarowali nasz skromny departament w nowoczesny jeep. To właśnie tutejsza Polonia zafundowała nam ten wspaniały prezent i teraz nadszedł czas zapłaty. Oczywiście, sprawa, o zbadanie której poproszono Departament Ochrony Zabytków była na tyle intrygująca i tajemnicza, że bez wahania przyjęliśmy zaproszenie.

Otóż, w czerwcu tego roku kilku młodych mężczyzn w skórzanych kombinezonach, jeżdżących na motorach, zjawiło się w domu aukcyjnym w Nowym Jorku. Przynieśli ze sobą dwa obrazy. Pierwszy z nich – pędzla polskiego malarza Władysława Czachórskiego – był znanym i zaginionym portretem hrabiego Ignacego Korwin–Milewskiego. Dzieło powstało w 1876 roku w majątku hrabiego w Gieranonach na Litwie. Ów szlachcic miał markę wyrafinowanego estety, najwybitniejszego kolekcjonera malarstwa polskiego swoich czasów. Jego kolekcja liczyła ponad dwieście obrazów polskich malarzy, ale tylko część z nich dotrwała do czasów współczesnych. Większość z nich rozpierzchła się po świecie w wyniku wojen światowych i burzliwych dziejów tego człowieka. Jego losy były niezwykle barwne. Hrabia należał do kawalerów maltańskich, posiadał kilka domów w Europie, a od arcyksięcia Karola Stefana Habsburga kupił jacht i wyspę na Adriatyku. Swoją kolekcję często przenosił z miejsca na miejsce, raz były to rodzinne Gieranony, innym razem Wilno, Wiedeń lub wyspa Sveta Katarina. Utrzymywał on zażyłe kontakty z kilkoma sławnymi polskimi malarzami. Kupował na zamówienie płótna Gierymskiego, Chełmońskiego, Malczewskiego, Czachórskiego, Wodzinowskiego, ale także Matejki. To z jego zbiorów pochodzi słynny ,,Autoportret” i ,,Stańczyk” Mistrza Jana.

 

Polonia uznała pojawienie się jego portretu w Ameryce za wielką sensację. Istniała bowiem nadzieja, że ubrani w skórę mężczyźni (nie wyglądający przecież na kolekcjonerów dzieł sztuki, a bardziej na członków gangu motorowego) przypadkowo natrafili na kilka obrazów z bogatej kolekcji hrabiego i, nie wiedząc z czym mają do czynienia, próbowali je sprzedać w Nowym Jorku.

Ale to nie koniec sensacji! Oprócz portretu Korwin–Milewskiego, mężczyźni sprzedali nieznany obraz Chełmońskiego ,,Kaczki na wodzie”, a następnie spłoszeni podejrzliwością antykwariusza uciekli z gotówką i z kilkoma innymi płótnami zawiniętymi w rulony. Niedawno jednak – konkretnie trzy tygodnie temu – odwiedzili kolejny antykwariat, pragnąc sprzedać nieznany autoportret Malczewskiego. Już z tej pobieżnej relacji jasno wynikało, że ludzie na motorach mieli dostęp do zaginionej części kolekcji obrazów hrabiego Korwin–Milewskiego.

– Przez dwa miesiące ,,dusiliśmy” nowojorskie władze, aby przekazały nam te obrazy, gdyż mają niezwykłą wartość dla polskiej kultury – powiedział Opolski, gdy zasiedliśmy w klimatyzowanym fordzie. – W końcu ofiarowano nam te płótna. Niestety, na tym zakończyła się cała sprawa. Ludzie na motorach przepadli, a tutejsza policja i specjalna komórka FBI zajmująca się dziełami sztuki nawet nie wszczęły śledztwa. A przecież antykwariusz widział, że sprzedający mieli jeszcze kilka innych płócien. Najpewniej odkryli jakąś skrytkę z polskimi obrazami. Pytanie tylko: gdzie?

– Tak, to interesujące – mruknąłem, spoglądając zza szyby na East River, za którą wznosił się Manhattan.

Widok był na tyle przejmujący, że poczułem się małym człowiekiem. Ogrom miasta – z jego mową i zapachem – zdawał się posiadać jakąś ̨ narkotyczną moc. Moje pierwsze wrażenie miało jednak odcień ambiwalentny. Z jednej strony Nowy Jork zachwycał, z drugiej zaś przytłaczał aż do obrzydzenia. Postanowiłem otrząsnąć się z tego odrętwienia i skupić się wyłącznie na sprawie obrazów.

– W jaki sposób część kolekcji Korwin–Milewskiego – myślałem na głos – bo mniemam, że natrafiono właśnie na jego kolekcje, trafiła za Wielką Wodę? Gdyby udało nam się to wyjaśnić, mielibyśmy sensację grubego kalibru.

– Otóż to, panie Tomaszu – ożywił się Opolski. – Dlatego pan tu jest!

– Zadanie wytropienia motocyklowego gangu sprzedającego polskie obrazy w Ameryce wydaje się szczególnie trudne. Nie wiem, od czego zacząć. I w ogóle, co o tym wszystkim myśleć?

– Rozmowa ze specjalistą od dziewiętnastowiecznego malarstwa polskiego z pewnością pana zdopinguje – powiedział. – Spotkacie się o dwudziestej wieczorem w naszym instytucie na Manhattanie. Wierzę w pana. W końcu, tylu złodziei wsadził pan za kratki. I tyleż zagadek rozwiązał.

Wypluł starą gumę do żucia i sięgnął po nową nową. Zerknął na mnie.

– A poza tym czeka na pana prawdziwa niespodzianka – wyszeptał tajemniczo.

– Co takiego? – uniosłem wyżej brwi.

– Niech pan zaczeka do wieczora.

Mostem Manhattan Bridge dostaliśmy się na 3. Aleję najsławniejszej dzielnicy świata. Polski Instytut Naukowy w Ameryce1mieścił się w zachodniej części Manhattanu, na 30. ulicy, ale mój gospodarz obiecał najpierw zawieźć mnie do hotelu “Herald Square” w bliskim sąsiedztwie Empire State Building. Hotel znajdował się na 31. ulicy w odnowionym budynku, w którym kiedyś mieściła się siedziba magazynu “Life”.

I tak oto znalazłem się w sercu Manhattanu. Przy wyjściu z samochodu zakręciło mi się w głowie z powodu upału, zmęczenia podróżą, zmianą czasu i zgiełkiem nowojorskiej ulicy. Z wielką ulgą przekroczyłem próg hotelu. Ameryka to nie tylko kraj imponujących wysokościowców, dużych samochodów, ale także klimatyzowanych budynków. Chłodek panujący w holu dodał mi sił.

Po załatwieniu formalności poszliśmy na drugie piętro. Idąc korytarzem, nie mogłem się nadziwić, że jego ściany zdobiły okładki z gazet. Czego ci Amerykanie nie wymyślą? Ale z drugiej strony, jakże to był praktyczny naród. Przecież właściciel hotelu nie musiał ani malować ścian, ani kłaść tapety. Wystarczyło zalepić ściany bezużytecznymi gazetami.

Pokój dostałem mały, cichy i urządzony w miłej, różowej tonacji.

– Niech pan weźmie prysznic, zdrzemnie się i przyjdzie do instytutu o dwudziestej – poradził Opolski, poklepując mnie po ramieniu. – To niedaleko. Bez obaw, na pewno pan nie zabłądzi. Na Manhattanie to niemożliwe. Ulice krzyżują się z alejami pod kątem prostym, więc wystarczy iść według numerów ulic i alei. Zupełnie jak na szachownicy. Pierwsi osadnicy budowali domy bez żadnego planu, stąd dzisiaj na Dolnym Manhattanie spotka pan kręte ulice – spuściznę po pionierach. Dopiero po objęciu fotela gubernatora przez Holendra Petera Stuyvesanta zaprowadzono porządek, także z ulicami, a rozkwit nastąpił po oddaniu kolonii w ręce Anglików w 1664 roku. Ale dość historii. Pewnie jest pan zmęczony.

Po jego wyjściu rozpakowałem się i przed prysznicem wyjrzałem przez okno. Po prawej stronie wyłonił się słynny Broadway, powstały w miejscu indiańskiego szlaku Weekquaegeek Trail, biegnący nieco skośnie w porównaniu z pozostałymi alejami. Widziałem dachy wolno jadących samochodów, raz po raz niosły się po ulicy echem klaksony i pisk opon. Ledwo przyjechałem, a już zaczęła mnie denerwować atmosfera wielkiego miasta. Na Krakowskim Przedmieściu dość często odczuwałem frustrację z powodu dużego ruchu ulicznego. Ale czym było tamto doświadczenie w porównaniu z Nowym Jorkiem?

“Tutaj się nic da żyć” – zawyrokowałem w myślach.

Ale oto na skrzyżowaniu Broadwayu z 31. ulicą ujrzałem młodego mężczyznę z dużą torbą podróżna na ramieniu. Znałem go. Ten sam młody człowiek leciał tym samym̨ samolotem, co ja. Ten, który zbyt często na mnie zerkał. Szedł wolno, rozglądając się na wszystkie strony, jakby nie wiedział, dokąd iść. Obrzucił wzrokiem mój hotel, a następnie skręcił w 31. i przeszedł na drugą stronę, przy której znajdował się hotel. Straciłem go z oczu.

Przez chwilę stałem pod oknem zamyślony, ale zaraz machnąłem na wszystko ręką i poszedłem pod prysznic.

*

W Polskim Instytucie Naukowym zjawiłem się dziesięć minut przed dwudziestą. Instytut zajmuje dwupiętrową kamienicę o elewacji w szarym kolorze. Schodkami podreptałem pod drzwi wejściowe i po chwili wpuszczono mnie do środka. Ta szacowna placówka normalnie pracuje do siedemnastej, ale że okoliczności mojego przyjazdu były niecodzienne, postanowiono przyjąć mnie o nietypowej porze. Portier grzecznie, choć z pewną dozą nonszalancji poinformował mnie, jak dotrzeć na miejsce spotkania. Schodami wszedłem na drugie piętro i skręciłem w lewo. Już z daleka słyszałem donośny kobiecy głos dolatujący z otwartych drzwi na końcu długiego korytarza.

– Tak, to z pewnością oryginał – mówiła kobieta, a mnie się zdawało, że skądś znam ten głos. – To pędzel Czachórskiego, a “Kaczki w wodzie” namalował Chełmoński. Oba obrazy to autentyki. Ale oczywiście trzeba będzie poddać je dokładnej analizie, to jest prześwietlić promieniami rentgenowskimi, zbadać za pomocą mikroskopu elektronowego z wykorzystaniem skali spektroskopowej, a nawet poddać analizie chemicznej.

– To świetnie – usłyszałem zadowolony głos Opolskiego. – Jak to dobrze, że mamy tutaj panią i Pana Samochodzika.

– Przepraszam, kogo? – kobieta okazała zdziwienie. – Jakiego znowu Pana Samochodzika?

Na dźwięk mojego przezwiska dosłownie zamarłem. Do uchylonych drzwi dzieliło mnie kilka metrów, więc stałem i w największym skupieniu nasłuchiwałem. Brzydziłem się podsłuchiwaniem, ale okoliczności sprawiły, że nie mogłem oprzeć się pokusie. Ten głos kobiety. Znałem go. Ależ tak! To z nią – z brunetką w średnim wieku – wdałem się w małą sprzeczkę kilka godzin temu w samolocie, w wyniku której nazwała mnie “chamem”.

– Nie słyszała pani o Samochodziku? – dziwił się Opolski.

– To słynny polski detektyw – zabrzmiał inny głos, należący do młodszego mężczyzny.

– Detektyw? – prychnęła kobieta z samolotu. – Nic panowie nie wspominali o żadnym detektywie? Jako znany specjalista, nie potrzebuję do pomocy detektywa. Moje kompetencję wystarczą. Mam najlepsze referencje. Mój ojciec, Alfred Wielowieyski, to światowej klasy rzeczoznawca w dziedzinie malarstwa polskiego. Moje nazwisko jest także dobrze znane w kręgach polskiej kultury i nauki.

– Wiemy o tym, droga pani. Naturalnie. Ale Pan Samochodzik nie jest zwykłym detektywem. To historyk sztuki tropiący handlarzy dziełami sztuki, który rozwiązał wiele zagadek historycznych. Pracuje w Departamencie Ochrony Zabytków przy Ministerstwie Kultury i Sztuki w Warszawie. To typ indywidualisty. Tak jak pani. Dlatego żadnemu z was nie wspomnieliśmy o drugim ekspercie, aby nie wywoływać niepotrzebnych napięć jeszcze w Polsce. Proszę nam wybaczy ten fortel, ale zależało nam na waszej dwójce. Zresztą, gdyby nie próba sprzedaży autoportretu Malczewskiego w Nowym Jorku, nie zaprosilibyśmy tutaj Pana Samochodzika. Trzy tygodnie temu banda jeżdżąca na motorach chciała sprzedać taki obraz na Broadwayu, dlatego należy liczyć się z tym, że będą kolejne próby sprzedaży. Zadaniem Pana Samochodzika będzie więc wytropienie sprzedających, a pani pomoże nam ustalić autentyczność obrazów.

– Też coś – żachnęła się pani Wielowieyska.

Oczywiście, znałem to nazwisko. Agata Wielowieyska była wybitną specjalistką rodzimego malarstwa. Nie przypuszczałem jednak, że osoby wybitne, i w dodatku przedstawicielki płci pięknej, potrafią być tak agresywne i nieznośne.

– Jak raczył pan zauważyć – kontynuowała z przekąsem – jestem indywidualistką. Pracuję sama. Mam w nosie jakiegoś tam Samochodzika.

W pokoju zapanowała niezdrowa cisza. Wykorzystałem ten moment i wszedłem do środka bez pukania. W przestronnym pomieszczeniu znajdowały się cztery osoby: Agata Wielowieyska, Stanley Opolski, młody mężczyzna w granatowym garniturze i ubrana na sportowo dziewczyna.

– Witamy Pana Samochodzika! – Opolski rozpromienił się na mój widok.

Szybko przedstawił mnie pani Wielowieyskiej, która zawiesiła na mnie swój zdziwiony wzrok.

– Miło mi – burknęła. – Czy my się przypadkiem nie znamy?

– Ależ oczywiście, droga pani – odpowiedziałem szarmancko. – Poznaliśmy się cztery godziny temu w samolocie. Nazwała mnie pani “chamem”. Jakże miło znowu panią widzieć.

Zmrużyła oczy, jak ktoś kto próbuje odtworzyć z pamięci jakieś wydarzenie.

– A tak, tak! W takim razie przepraszam, ale tyle mamy chamstwa na tym padole, że czasami człowieka ponosi. Chyba się pan nie obraził? W Nowym Jorku nie raz dostanie pan w kość. To miasto dla twardzieli, więc w pewnym sensie dałam panu darmowy pokaz. Jeszcze raz przepraszam. Czy to prawda – nagle zmieniła temat – że jest pan detektywem?

– Coś w tym rodzaju.

Pani Wielowieyska uśmiechnęła się tylko pod nosem, co uznałem za przejaw lekkiej ironii, i nic więcej nie powiedziała. Ubrana w kolorową, jedwabną koszulę i odważne, jasne mini sprawiała wrażenie kobiety silnej i przebojowej, jednej z tych niedostępnych dla takich szaraczków jak ja. Jej zmysłową surowość podkreślały czarne włosy i ciemna oprawa oczu. Nie należała do kobiet ani wysokich, ani szczupłych, ale miała na tyle zgrabną figurę, aby zwrócić na siebie uwagę w każdym gronie, na przykład u przedstawicieli płci męskiej na 5. alei.

 

Ale oto Stanley Opolski przedstawił mi szczupłą blondynkę i młodego mężczyznę w garniturze.

– To jest pani Katarzyna, moja asystentka, a to pan Andrzej, mój zastępca.

Uścisnąłem im dłonie. Kasia była ładną dziewczyną, reprezentantką nowego pokolenia ludzi ambitnych i zaradnych, którzy ciężką pracą – i bez niepotrzebnych sentymentów – dochodzą do celu. Jej rówieśnik Andrzej również należał do tej samej grupy pokoleniowej, absolwentów dobrych uczelni ze znajomością przynajmniej dwóch języków obcych i uczęszczających trzy razy w tygodniu na siłownię i masaż.

Podszedłem do obrazów na sztalugach i przyjrzałem się im. Wyglądały na stare i zniszczone, ale sprawiały wrażenie oryginałów. Rzecz jasna, nie byłem żadnym rzeczoznawcą w dziedzinie malarstwa, więc nie zabierałem głosu. Poza tym nie chciałem wchodzić w paradę Wielowieyskiej.

– Czego pan konkretnie ode mnie oczekuje? – westchnąłem, patrząc na Opolskiego.

Ten nie odpowiedział, tylko skinął głową na swojego zastępcę, Andrzeja, który zgarnął ze stołu zieloną teczkę, a następnie wyjął z niej jakiś kartkę papieru.

– Dzisiaj otrzymaliśmy faks od znanej osobistości z Hollywood – odezwał się miękkim głosem. – Otóż, pojawili się tam “Jeźdźcy Piekieł”, nasi motocykliści w skórzanych kombinezonach.

– “Jeźdźcy Piekieł”? – przeraziłem się. – To brzmi jak z najgorszego horroru.

– Po prostu mają wyszyte na kurtkach symbole piekła: ogień i wizerunek potwora z trzema rogatymi głowami. Po nieudanej próbie sprzedaży pozostałych obrazów w Nowym Jorku, postanowili spróbować szczęścia na zachodnim wybrzeżu. Wybrali Los Angeles. Wiele gwiazd filmowych i producentów kolekcjonuje dzieła sztuki, w tym obrazy znanych malarzy. Niektórzy z nich posiadają imponujące galerie. Mówiąc krótko, “Jeźdźcy Piekieł” zawitali do Hollywood i złożyli propozycję znanemu gwiazdorowi. To bożyszcze kobiet i znakomity aktor Antonio Panteras.

– O rany! – wyrwało się Wielowieyskiej.

Pan Andrzej zawiesił wzrok na kartce i zaczął mówić:

– “Jeźdźcy Piekieł” zaproponowali aktorowi sprzedaż autoportretu Malczewskiego, którego nie sprzedali na Broadwayu trzy tygodnie wcześniej. Wtedy antykwariusz wycenił obraz na piętnaście tysięcy dolarów, dlatego Panterasowi zaproponowali dwa razy więcej. Niestety, aktor nie zna malarstwa polskiego...

– Kto wie, może nawet nie wie, gdzie leży Polska – wtrąciłem nieco uszczypliwie.

– ... dlatego sprzedający przysłali mu fotkę autoportretu. Panteras porozumiał się ze swoim agentem, ten zawiadomił zaprzyjaźnioną galerię w Los Angeles, która dzisiaj powiadomiła nas o całej sprawie. Oto zdjęcie autoportretu Jacka Malczewskiego.

Agata Wielowieyska niemalże wyrwała panu Andrzejowi ową fotkę i zaczęła wpatrywać się w nią z niedowierzaniem.

– W kolekcji portretów hrabiego Korwin–Milewskiego znajdowały się tylko dwa znane nam autoportrety Malczewskiego – wyszeptała i podała mi fotkę. – Co pan o tym sądzi, Panie Samochodzik?

– Nic nie sądzę – odpowiedziałem.

– Nic pan nie potrafi wydedukować? – żachnęła się. – Co z pana za detektyw?

– Przecież nawet nie wiemy tego, czy te dwa obrazy, które tutaj stoją na sztalugach są oryginałami. Cóż zatem mogę sądzić o innym na podstawie wątpliwej jakości zdjęcia? Nic. Czy pani może na podstawie fotografii cokolwiek powiedzieć o pochodzeniu autoportretu?

– Z pewnością nie jest to żaden znany obraz Malczewskiego – odparowała.

– To, wiem nawet ja.

– Ale to może być jego dzieło – ciągnęła dalej, nie zważając na moje docinki. – Chyba nie sądzi pan, że “Jeźdźcy Piekieł” są fałszerzami?

– Oczywiście, że nie – posłałem jej blady uśmiech. – Po co mieliby fałszować nieznany nikomu obraz? Ba, oni nie tylko nie są fałszerzami, oni w ogóle nie znają się na malarstwie. Nie wiedzą nawet, co posiadają i nie mają żadnej koncepcji, jak to sprzedać. Dla nich obraz to obraz. Nie odróżniają stylów ani epok. Wątpię, czy znają nazwisko chociaż jednego sławnego malarza. To banda typów spod ciemnej gwiazdy, która przypadkowo natrafiła na tajemniczą skrytkę z obrazami polskich twórców. Dlatego próbują różnych sposobów ich upłynnienia. Założę się, że w końcu sprzedadzą je za sto dolarów jakiemuś studentowi malarstwa.

– A zatem musi pan pojechać do Kalifornii i spróbować odkupić od nich wszystkie płótna, które mają – zaproponował Stanley Opolski i ostentacyjnie zerknął na zegarek. – Ale przede wszystkim musimy wiedzieć, skąd mają te obrazy?

– Zaraz, chwileczkę! – niemal podskoczyłem z wrażenia. – Mam jechać do Kalifornii? Przecież “Jeźdźcy Piekieł” mogą być już w drodze do innego stanu.

– Pewności nie ma – odezwała się Katarzyna.

Była ładną blondynką sprawiającą wrażenie kobiety prostolinijnej, ale wyczułem, że była mocno zawiedziona moją osobą. Widocznie, spodziewała się przyjazdu do Nowego Jorku przystojnego, wysportowanego i błyskotliwego w każdym temacie detektywa.

– “Jeźdźcy Piekieł” nie znają jeszcze decyzji aktora – dodała zaraz. – Mają zadzwonić po ostateczną odpowiedź. Zadzwonimy do agenta Panterasa i poprosimy, aby aktor wyraził chęć nabycia autoportretu Malczewskiego. W ten sposób moglibyśmy przyłapać ich podczas próby sprzedaży.

– I ja mam polecieć do Hollywood, aby złapać tę całą bandę? – wręcz jęknąłem. – A gdzie jest policja?

– Policji to nie interesuje – odpowiedział pan Andrzej. – Zresztą to nasza narodowa sprawa, obowiązek. Jeśli nie weźmiemy sprawy w swoje ręce, obrazy przepadną.

– Ale ja nie mogę polecieć do Kalifornii – broniłem się. – Nie ma mowy.

– A czemuż to?

– Bo ja... – zacząłem się jąkać – bo ja cierpię na chorobę samolotową.

Tym oświadczeniem musiałem ostatecznie zniszczyć w Polonusach swój wizerunek sławnego detektywa. Nie mogłem przecież przyznać się do złożonej samemu sobie obietnicy, że nigdy więcej nie wsiądę na pokład żadnego samolotu.

Na ustach Wielowieyskiej natychmiast zagościł dziwny uśmieszek, jakby połączenie ironii i zawdou.

– Nie poleci pan samolotem, panie Tomaszu – zagrzmiał Opolski i znowu sprawdził godzinę na swoim zegarku. – Przecież mówią o panu Pan Samochodzik, nie zaś Pan Samolocik. Do Kalifornii pojedzie pan samochodem.

– Samochodem? Dotrę tam za dwa tygodnie.

– Jeszcze pan nie wie, co to samochód – westchnął tajemniczo. – Do Los Angeles jest ponad dwa i pół tysiąca mil, a więc dotrze tam pan w pięć dni, góra sześć. Musi pan pojechać samochodem, gdyż w ten sposób łatwiej będzie podążać za “Jeźdźcami Piekieł”, gdyby ci na przykład zapragnęli zrobić sobie większy tour po Ameryce. Ale, proszę państwa, do windy. Zjedziemy na dół. Chcę wam coś pokazać.

I wyszedł z pomieszczenia bez słowa. Poszliśmy za nim. Po kilku minutach znaleźliśmy się na małym parkingu wciśniętym między dwie kamienice zbudowane z jasnego piaskowca. Stanley Opolski gestem ręki dał nam znak, abyśmy czekali i ponownie zerknął na zegarek. O co mu chodziło? – zastanawiałem się, ale kompletnie nic mi nie przychodziło do głowy. Drażniła mnie nieco konspiracyjna postawa Polonusów. Od pewnego czasu patrzyli na mnie dyskretnie, a kiedy wymieniali ze sobą spojrzenia, dałbym uciąć sobie głowę, że uśmiechali się pod nosem. Było przyjemnie, ciepło, ale zacząłem odczuwać coś w rodzaju irytacji.

“Co tu jest grane?” – myślałem.

I nagle, nie uwierzycie, od strony Broadwayu nadjechał srebrny pojazd do złudzenia przypominający mój nieodżałowany wehikuł! Przetarłem oczy ze zdumienia, lecz wzrok mnie nie mylił. To nie był żaden sen, a rzeczywistość.

Za kierownicą tego wehikułu siedział grubszy jegomość w eleganckim garniturze i z cygarem w zębach. Towarzyszył mu szczupły, starszy człowiek w okularach na nosie, zajmujący fotel pasażera. Niezwykły samochód zatrzymał się przed nami i dwójka mężczyzn wysiadła z niego.