Klątwa NipkowaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Klątwa Nipkowa
Klątwa Nipkowa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Klątwa Nipkowa
Klątwa Nipkowa
Audiobook
Czyta Robert Michalak
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Arkadiusz Niemirski

Klątwa Nipkowa

Saga

Klątwa Nipkowa

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2009, 2021 Arkadiusz Niemirski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726832389

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Autor pragnie wyrazić swoją wdzięczność wszystkim tym, którzy służyli mu pomocą i życzliwością w czasie pisania powieści. Szczególne podziękowania składa Pani Dyrektor Zofii Biskupskiej-Lisieckiej oraz pozostałym pracownikom Miejskiej Biblioteki Publicznej w Lęborku, Burmistrzowi miasta Lęborka Panu Włodzimierzowi Klacie, Panu Klausowi Dietrichowi Schmidtowi – autorowi książek o Paulu Nipkowie, Panu Wiesławowi Budkowskiemu – przewodnikowi z Lęborka, Panu Konradowi Kolasie – miłośnikowi historii Lęborka, Panu mł. asp. Danielowi Pańczyszyn – Oficerowi Prasowemu Komendanta Powiatowego Policji w Lęborku oraz Panu podinspektorowi Janowi Mikołajczykowi z Komendy Głównej Policji w Warszawie.

Książka Klątwa Nipkowa to powieść dla młodzieży. Zarówno przedstawione w niej wydarzenia, jak i bohaterowie są fikcyjni. Wszelkie podobieństwo do osób i faktów jest przypadkowe. Osoby, które mogą poczuć się urażone lokalizacją niektórych scen z góry przepraszam.

PROLOG

Wokół panowała nieznośna, wręcz złowieszcza cisza, do której nie docierał nawet jeden foton światła. Na głębokości siedemdziesięciu ośmiu metrów, na dnie Atlantyku blisko bostońskiego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, wszelkie życie zamierało, nie licząc leniwie poruszających się glonów lub przepływającej z regularnością dyliżansu średniej wielkości ryby, której próżno szukać w podręczniku zoologii. Bezkresna pustka wypełniona słoną, lodowatą wodą przytłaczała, lecz dla ludzi uzbrojonych w najnowocześniejszy sprzęt do nurkowania była miejscem pracy. Wprawdzie płetwonurkowie z „Navala” czuli respekt przed oceanem – bo w kontakcie z każdą nieskończoną przestrzenią człowiek pokornieje – to dla nich było to kolejne, rutynowe w tym sezonie zejście do wraku.

Silne światło reflektora rozproszyło panującą na dnie ciemność. W mętnej wodzie pokryty grubą warstwą glonów kadłub łodzi podwodnej był ledwo widoczny, z bliska zaś przypominał gigantyczny pień drzewa. Zagrzebany częściowo w mulistym dnie ocalał na tyle, by wprawne oko rozpoznało w nim niemieckiego U-Boota typu IX C.

Minęli nienaruszony kiosk z ułamaną anteną oraz peryskopem i któryś wskazał palcem jakiś punkt wraku. Do wnętrza przechylonej nieznacznie na lewą burtę łodzi weszli przez duży, nieregularny i ziejący czernią otwór po torpedzie. Penetracja U-Boota nie wchodziła w rachubę z uwagi na wąski korytarz wewnątrz stalowego giganta, ale zabójczy pocisk, który strącił go do atlantyckiego grobowca wdarł się do jednej z kabin. Płetwonurkowie mieli więc szansę zwiedzić przynajmniej owo pomieszczenie. Okazała się nim kabina radiotelegrafisty. Zastali w nim dwie koje i jeden ludzki szkielet. Zachowały się resztki urządzeń i szafki, z których jedną dało się z trudem otworzyć, a następnie z jej wnętrza wyjęto szkatułkę, przynajmniej tak z początku myślano. To było jedyne trofeum tego dnia.

Pod wieczór Paul Caden – kapitan „Navala” i jeden z dwóch płetwonurków badających wcześniej U-Boota, a przy tym legendarny poszukiwacz wraków – stał ze szklaneczką rumu w nowoczesnej kabinie nawigacyjnej i patrzył na leżące otwarte metalowe pudełko. Początkowo wziął je za szkatułkę, lecz po starannym oczyszczeniu z glonów i mułu przedmiot okazał się zwykłym, małym i wodoszczelnym sejfem. Oprócz niego w pomieszczeniu znajdowało się kilku pomocników i tak samo jak on pożerali wzrokiem wnętrze wydobytego z U-Boota sejfu. Nie znaleźli w nim diamentów czy złota, a kilka drobiazgów i pęk listów pisanych po niemiecku, lecz dla prawdziwych poszukiwaczy skarbów każde znalezisko miało swoją niepowtarzalną wartość. Nic dziwnego, że oczy kapitana rozbłysły blaskiem.

***

Do małej, jasnej salki wszedł pielęgniarz w białym fartuchu. Nogą otworzył drzwi i wciągnął za sobą pacjenta na wózku. Leżący pod oknem mężczyzna z ręką na wyciągu zerknął w ich kierunku. Z wyraźną niechęcią przyglądał się trzydziestoletniemu mężczyźnie z gipsem na nodze, którego opaloną twarz wykrzywiał grymas bólu.

– Panie Jarczyk, ma pan towarzystwo – łysiejący pielęgniarz powitał pacjenta z chorą ręką.

Jarczyk nawet nie mrugnął powieką. Uniósł sprawną rękę i podrapał się po zarośniętym policzku. Obserwował nowego z uwagą, aż wreszcie mruknął coś pod nosem. W tym czasie tamten położył się na drugim łóżku bliżej drzwi i z ulgą zamknął oczy.

– Jutro operacja, co? – pielęgniarz zwrócił się do chorego pod oknem.

– Jutro.

– Spokojnie, do wesela się zagoi – próbował żartować, ale nagle spoważniał, widząc ponurą minę Jarczyka. – Za godzinę obiad.

Po wyjściu pielęgniarza w salce zapanowała cisza. Pierwszy odezwał się Jarczyk.

– A panu co się przytrafiło?

Zapytany drgnął. Po chwili z trudem podparł się na łokciu zwrócił w stronę mężczyzny pod oknem.

– Dzień dobry – mruknął nowy. – Nie przedstawiłem się... Warecki. Rafał Warecki. Złamanie kości piszczelowej. Niestety z powikłaniami.

Jarczyk nie skomentował tych rewelacji.

– Drużynę siódemek założyliśmy – kontynuował nowy z niesmakiem. – Ale sobie pograłem, ho ho ho! Niecały kwadrans. Po prostu zderzyłem się z obrońcą. A co z pańską ręką?

– Wypadek – odpowiedział wymijająco mężczyzna pod oknem.

Do obiadu prawie nie rozmawiali. Za oknem żar lał się z nieba i wysysał z ziemi ostatnie soki. W godzinach południowych odwiedził ich lekarz w towarzystwie studentów. Rozmawiali w medycznym żargonie, operując łacińskimi nazwami. Pocieszali nowego, aż wreszcie stanęli przed Jarczykiem. Nikt go tutaj nie lubił z uwagi na jego małomówność i wredne spojrzenie. Z rozmowy wynikało, że Stanisław Jarczyk półtora miesiąca temu złamał rękę, uszkodziwszy nerw. Jedyną szansę na zrośnięcie się kości upatrywano w skomplikowanej operacji. Przez trzydzieści pięć dni leżał więc na wznak z ręką na wyciągu i czekał na dzień, w którym jego chorą kończyną zajmie się dobry chirurg.

– Brak odleżyny gipsowej – stwierdziła studentka, grzebiąc pod gipsem chorego.

Lekarz dał studentom znak do wyjścia.

– Widzimy się jutro o piętnastej – popatrzył smętnie na Jarczyka.

Pozdrowiwszy obu pacjentów, grupa ludzi w fartuchach opuściła salę.

Na drugi dzień pacjenta ze złamaną nogą odwiedziła żona. Na jej widok Jarczyk ożywił się. Patrzył zachłannie na jej smukłą sylwetkę i lśniącą kaskadę kasztanowych włosów spływającą na opalone ramiona. Małżeństwo rozmawiało szeptem o chorej nodze męża, o niezapłaconym mandacie i lekarstwie dla chorego psa. Zazdrościł facetowi. Żona Wareckiego była piękną, młodą kobietą ubraną w zwiewną sukienkę. Na imię miała Iwona. Raz jeden zerknęła w jego stronę, więc Jarczyk natychmiast odwrócił wzrok. Po chwili zaryzykował jeszcze jedno spojrzenie w kierunku niebieskookiej piękności. Wyszła po kwadransie, zostawiwszy po sobie zapach przednich perfum, a Jarczyk pomyślał, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

Kiedy zabrano go na operację, jego towarzysz z sali wstał szybko i utykając podszedł do szafki stojącej przy łóżku tamtego. Uklęknął na zagipsowanej nodze bez grymasu bólu. Przez chwilę grzebał w rzeczach Jarczyka. Niezadowolony pokręcił głową, aż w końcu stanął przed szafą. Otworzył ją i wcisnął rękę w ubrania.

Po chwili trzymał w ręku złożony na pół paragon z marketu. Na jego odwrocie dojrzał odręcznie wykonaną notatkę:

Johannes Kahn

1 AUGust-07 (21:00)

Nic więcej nie znalazł.

***

Urządzona ze smakiem wysoka sala przy ulicy Długiej w Gdańsku nie pękała tego dnia w szwach, choć na aukcję przyszło około trzydziestu osób, wśród których jedynie kilkunastu wpłaciło wadium. Wśród stylowych mebli, w otoczeniu wiszących na zielonych ścianach obrazów i lśniącej ceramiki w gablotach zwykły człowiek z ulicy musiałby poczuć się nieswojo, lecz na licytację przychodzili ludzie, których posądzanie o tuzinkowość byłoby nietaktem. Z pewnością niecodziennym zjawiskiem wśród owej elity była samotna blondynka w okularach przeciwsłonecznych firmy Prada, zajmująca fotelik w ósmym rzędzie. Kilku gości siedzących za nią odwracało co rusz wzrok, z umieszczonej na specjalnym zawieszeniu XIX-wiecznej porcelanowej figurki dziewczynki, by dyskretnie podziwiać idealnie wyrzeźbione plecy kobiety, dość odważnie odsłonięte. Jedno miejsce obok niej pozostawało wolne, lecz nikt się tam nie dosiadł.

Szykowna blondynka przeglądała katalog wydany przed aukcją, a w rzeczywistości obserwowała siedzącego w siódmym rzędzie mężczyznę ze starannie wypielęgnowaną kozią bródką. Nazywał się Antoni Lenartowicz i w pewnych kręgach znany był jako „Kruk” – od czarnych jak smoła włosów. Śledząca go blondynka nie zauważyła w jego zachowaniu niczego podejrzanego, wiedziała jednak, że człowiek ten w latach dziewięćdziesiątych zbił majątek na kradzieży dzieł sztuki z polskich muzeów i w więzieniu nie przesiedział choćby jednego dnia. Oskarżono go wprawdzie o spowodowanie wypadku samochodowego, ale zwolniony za kaucją wybronił się rękami lokalnego polityka, który ostatecznie sam wylądował w więzieniu. Później Kruk wyjechał z kraju, by w 2005 roku powrócić i z powodzeniem grać na giełdzie. Wydział Narkotykowy miał go na oku, a mimo to nie zdołano zebrać wystarczających dowodów na udział Lenartowicza w handlu amfetaminą. Wiedziano też o bezcennych płótnach znanych mistrzów i kilku cennych rzeźbach w jego domu pod Gdańskiem, lecz wszystkie te dzieła sztuki posiadały wydane zagranicą certyfikaty.

 

W pewnym momencie do blondynki dosiadł się dobrze zbudowany mężczyzna średniego wzrostu o krótko przystrzyżonych ciemnych włosach i głęboko osadzonych oczach. Ubrany w drogą marynarkę nałożoną na biały T-shirt mógł uchodzić za bogatego snoba. Z pewnością należał do szczęściarzy, bo gdy tylko zajął miejsce obok kobiety w czerwonej sukni, ta pocałowała go w policzek.

– Jesteś słodka – mężczyzna szepnął z uśmiechem, lecz jego oczy pozostawały czujne niczym u drapieżnika. Poirytowana jego tonem kobieta wzruszyła nieznacznie ramionami, więc zapytał ją cicho – Co u Maniaka?

– Nic. Nudzi się.

– Nie za to dostaje pensję.

– Spokojnie. Ma oczy i uszy otwarte.

– A nasz pacjent?

– Na razie nic. Nikt go nie odwiedził. Zdaje się, że teraz ma operację.

Mężczyzna chwycił ją za rękę i nie puszczał.

– Rozluźnij się, Iwona – szepnął z wyraźną troską w głosie. – Jesteśmy na wakacjach, prawda? Obserwują cię. Pół sali patrzy na ciebie, zamiast na tę porcelanową figurkę.

– Może weźmiesz udział w licytacji? – zmieniła temat.

– Nie mam forsy – kwaśno się uśmiechnął, łypiąc na bruneta w siódmym rzędzie. – Za to on ma ich pewnie za dużo.

Puścił jej rękę i wyjął opakowanie gum do żucia. Aukcjoner przystąpił do licytacji. W trakcie jej trwania obserwowany obiekt opuścił swoje miejsce i udał się do toalety. Kiedy po kwadransie Kruk nie wracał, siedząca w ósmym rzędzie para zaniepokoiła się.

Wkrótce okazało się, że gangstera nie ma w budynku. Zniknął. Wyparował.

***

W Komendzie Głównej Policji w Warszawie istnieje specjalna komórka Wydziału Kryminalnego – oficjalnie zwana „Biurem do walki z przestępczością przeciwko Dziedzictwu Narodowemu” – zajmująca się kradzieżami i przemytem dóbr kultury. W środowisku policyjnym nazywana „DN”. Statystyki w tej niechlubnej dziedzinie napawają trwogą nie tylko stróżów prawa, ale i zwykłych ludzi, nie wspominając o rozkochanych w wiekach minionych pasjonatach. Przykładowo w 2008 roku stwierdzono aż osiemset czterdzieści siedem „zamachów” na zabytki ruchome, w tym około pięćset „przestępstw przeciwko dobrom kultury w postaci przedmiotów kultu religijnego”. Najczęściej łupem złodziei padają obrazy i rzeźby. Przeważnie giną one z prywatnych mieszkań i obiektów sakralnych. Dzięki nowym metodom walki z włamywaczami, liczba przestępstw z roku na rok spada i wzrasta ich wykrywalność, mimo tego co najmniej tysiąc polskich kościołów jest co roku okradana. Po prostu kradzieże nie zawsze są zgłaszane.

Poszukiwaniem skradzionych dzieł sztuki zajmują się deenowcy – policyjna grupa starannie wyselekcjonowana przez komisarza Adama Kenta. On sam – zanim jeszcze został szefem tej komórki – pracował w grupie antyterrorystycznej, a we Francji odbył nawet szkolenie w tamtejszej osławionej OCBC 1 . W trakcie kilkunastoletniej służby operowano go kilka razy z powodu obrażeń doznanych podczas akcji w terenie. Był płetwonurkiem, strzelcem wyborowym i spadochroniarzem. Za swoją działalność został odznaczony medalem „Gloria Artis” 2 . Znał trzy języki obce i wciąż podkreślał, że człowiek uczy się aż do samej śmierci. Kiedy pozyskiwał kandydatów do służby w zespole, zamieniał się w surowego sędziego i wytrawnego psychologa. Dzięki uporowi oraz talentowi organizacyjnemu udało mu się stworzyć w kraju sieć wojewódzkich koordynatorów, stale współpracujących z centralą. Dzięki temu Warszawa dysponowała dobrym rozpoznaniem środowisk zajmujących się przestępstwami dotyczącymi dzieł sztuki w całym kraju. Biuro miało doskonały kontakt z muzealnikami, urzędnikami, instytucjami państwowymi i prywatnymi galeriami oraz kolekcjonerami, współpracowało też z policją innych państw. W ekipie komisarza Kenta działało jeszcze dwoje ludzi: aspirant Rafał Warecki oraz historyk sztuki Iwona Szulc. Ten pierwszy nosił ksywkę „Maniak”, bo do każdego zadania podchodził z zaangażowaniem godnym szaleńca i kochał ryzyko. Natomiast trzydziestoletnia Szulc potrafiła ślęczeć całymi godzinami nad stosem akt, w związku z czym została „Sową”, bo w końcu ptak ten symbolizuje mądrość. Nie lubiła, kiedy tak na nią mówiono. Cóż, nic dziwnego. Była piękną blondynką o nienagannej figurze. Jednakże owe ksywki przydawały się często w terenie jako pseudonimy operacyjne. Komisarza Adama Kenta nazywano „Bossem”.

W ostatnim okresie sen z powiek deenowców spędzała zakrojona na szeroką skalę wiosenna seria przestępstw na północy kraju. Z pomorskich kościołów znikały zabytki sztuki sakralnej, żeby wymienić tylko niektóre z nich: XVII-wieczna Madonna Apokaliptyczna w srebrnej sukience, stuletnia monstrancja, XVII-wieczny kielich mszalny czy pochodzący z tego samego wieku obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Gangsterzy uderzyli na początku marca w szesnastu miejscowościach na Pomorzu i częściowo Pomorzu Zachodnim, od Wejherowa po Stargard Szczeciński. Włamywano się także do domów prywatnych kolekcjonerów, zabierając najczęściej obrazy, biżuterię i monety. Deenowcy oszacowali straty na około milion złotych. Z pewnością włamania były dziełem zorganizowanej szajki. Kent wykluczył udział amatorów. Po pierwsze, włamań dokonano w krótkim czasie na obszarze zaledwie dwóch województw, po drugie, ginęły tylko wartościowe, zabytkowe przedmioty, i po trzecie, miejsca kradzieży nie były zniszczone. Amatorzy kradli zazwyczaj co popadło – monety ze skarbonek, mniej wartościowe naczynia liturgiczne, meble, ozdobniki ze ścian lub wszystko nadające się na przetop – często właśnie niszcząc miejsce rabunku. Specjaliści brali tylko to, po co przyszli. Nie zostawiali po sobie śladów. W przypadku pomorskiej serii kradzieży nie znaleziono nawet jednego odcisku palca, nie zniszczono przykościelnych rabatek. Ktoś otwierał zamki kościołów i willi z wprawą mistrza. Ponadto straż graniczna nie zanotowała, jak dotąd próby przemytu skradzionych w marcu i kwietniu zabytków. Tak właśnie działali zawodowcy – ukrywali łup i czekali. Milczała także sieć informatorów. Po prostu nikt nie miał pojęcia, kto kryje się za tymi kradzieżami.

Aż wreszcie pojawił się jeden jedyny trop, przysłowiowe światełko w tunelu. W środowisku pomorskich przestępców rozeszła się wieść, że notowany już wcześniej za kradzieże niejaki Jarczyk, wszedł w konflikt z Krukiem. Kent założył, że sprawa dotyczy serii kradzieży dzieł sztuki na Pomorzu. Przyciśnięty przez komisarza informator puścił trochę farby. Ktoś pragnął „wymeldować” Jarczyka. Ponad miesiąc temu jadący ulicą samochód zjechał nieoczekiwanie na chodnik, prosto na niego. Złodziej miał wielkie szczęście, wychodząc z wypadku jedynie ze złamaną ręką. Oczywiście kierowcy nie złapano.

Na Jarczyka wydano wyrok śmierci. Dlatego w słupskim szpitalu przydzielono mu bez jego wiedzy „anioła stróża”.

***

To miały być wspaniałe wakacje. Dwa tygodnie z ukochanym. Tylko on i ona, nie licząc kilku znajomych. Z dala od wścibskiej rodzinki, kontrolującej ją dzień i noc, przeczulonej na punkcie seksu i narkotyków.

„Jezu! Przecież mam już piętnaście lat!” – wciąż to powtarzała.

Pojechali nissanem Jacka, bo chłopak miał prawko, a jego ojciec, typowy luzak, pożyczał mu brykę bez problemów. Wprawdzie przed Szczecinkiem siedemnastolatek zapłacił mandat za przekroczenie szybkości, to i tak podróż upłynęła w wesołej atmosferze. On popisywał się, ona na zmianę chichotała lub udawała przerażenie. W Ustce powitali przybyłe nieco wcześniej towarzystwo i w pośpiechu rozbili swój namiot. Po przywitaniu się z morzem poszli całą ekipą na browar. Aż do kolacji wygłupiali się na promenadzie. Zanosiło się więc na idyllę, bo tego lata pogody nad Bałtykiem mogli pozazdrościć im bywalcy południowych kurortów. Anka była szczęśliwa. Jacek wydał jej się najprzystojniejszym chłopcem pod słońcem. Oglądały się za nim całe stada panienek, co ją – „przeciętniarę”, za jaką się uważała – wyróżniało z tłumu.

Wieczorem z torbą pełną piwa uwili sobie gniazdko na kąpielisku po zachodniej stronie Słupii. Wkrótce Jacek wyjął trawkę i pary się rozdzieliły. Złączeni w miłosnym uścisku całowali się namiętnie do zachodu słońca pod jakąś wydmą, ignorując ludzi, pisk mew i odległe odgłosy syren. Morska bryza ani na moment nie ostudziła ich zapału. Potem on musiał napić się jeszcze więcej piwa i zapalił kolejnego jointa. Nagle stał się brutalny, jakby wstąpił w niego diabeł. Z początku myślała, że się zgrywa albo zaszkodziły mu ziółka. A jednak nie żartował. Koniecznie chciał to zrobić na plaży. Tu i teraz. O tej porze dnia, po tej stronie ujścia rzeki, nie kręciło się wiele osób, ale dziewczyna stanowczo zaprotestowała.

– Przy ludziach tego nie zrobię – fuknęła.

– Spoko... nikogo tu nie ma!

Szarpała się, więc ją przytrzymał, usiadłszy na niej okrakiem.

– Przestań! Słyszysz? – wściekała się. – Jak nie przestaniesz, to w ogóle tego nie zrobię.

Otumaniony używkami bełkotał coś pod nosem i próbował ściągnąć z niej koszulkę. Znowu się szarpała, chcąc go z siebie zrzucić, ale był za silny.

– Przestań, Jacek! – błagała. – Słyszysz? Masz przestać!

Śmiał się z niej i dalej robił swoje, wykorzystując przewagę fizyczną. Kiedy rozerwał jej koszulkę, nie wytrzymała i sypnęła mu piaskiem w oczy.

Krzyczał za nią, ale ona nie odwróciła się za siebie. Biegła co tchu w kierunku falochronu, mając w nosie stek przekleństw rzucanych pod jej adresem.

Dość szybko dotarła do pola namiotowego. Założyła na siebie bluzę i zabrawszy plecak, bez zastanowienia ruszyła w miasto. Szła roztrzęsiona i załamana, co rusz wpadając na jakiegoś turystę. Nie wiedziała, dokąd idzie. Po prostu szła, by znaleźć się jak najdalej od Jacka. Na wszelki wypadek wyłączyła komórkę, gdyby ten próbował się do niej dodzwonić.

Po kwadransie dotarła na koniec miasta. Wyczerpana stanęła przy szosie wylotowej na Słupsk. W pewnym momencie poczuła się tak bezradna, że pomyślała o powrocie na pole namiotowe. Jacek mógł do tej pory wytrzeźwieć, być może wyrazi nawet skruchę i wszystko się ułoży. Kiedy jednak włączyła komórkę, zorientowała się, że nawet nie próbował do niej zadzwonić. Tego było już za wiele. Koniec z Jackiem! Koniec z Ustką!

Próbowała złapać stopa. Za piątym razem dopisało jej szczęście. Trzyosobowa rodzinka wracała do domu. Miejsce z przodu było wolne. W czasie jazdy dziecko w tyle płakało, a matka je uspokajała, lecz Anka słyszała tylko szyderczy śmiech Jacka, kiedy znęcał się nad nią na plaży.

– Nic ci nie jest? – zapytał otyły kierowca, widząc jej zapłakane oczy.

– Nic. Boli mnie głowa – skłamała.

– Dokąd jedziesz?

– Muszę wracać.

– Dokąd?

– Do Poznania. Tam mieszkam.

Po pewnym czasie zmieniła nagle plany i postanowiła nie wracać do domu. Jako że rodzinka wracała do Warszawy przez Gdańsk, zostawili ją w Lęborku. Przenocuje w nieznanym mieście lub autostopem dostanie się do pobliskiej Łeby. Co z tego, że autostop nocą to ryzyko? Jej było już wszystko jedno. Zresztą wakacje miało się tylko raz w roku! Poza tym podświadomie pragnęła być bliżej Jacka. A może chciała poznać kogoś nowego?

Turysta ze stolicy okazał się nad wyraz uprzejmy i podwiózł ją pod sam dworzec kolejowy w Lęborku. Minęła północ. Została sama w ciemnym i obcym mieście. Stary budynek z czerwonej cegły patrzył na nią ponuro pośród ciepłej nocy jakby milczeniem chciał jej zakomunikować o nadchodzącym niebezpieczeństwie.

***

Po operacji Jarczyk na przemian spał i budził się, co było skutkiem działania anastetyków. Natomiast Warecki nie miał problemów z zaśnięciem, tylko że zasnąć nie mógł. Informacja o zniknięciu Kruka z domu aukcyjnego postawiła ekipę deenowców na nogi. Na prośbę komisarza Kenta lokalna policja wysłała pod szpital wóz patrolowy. Mimo wszystko trzydziestoletni aspirant wątpił, by tej nocy mogło wydarzyć się coś złego.

Mylił się. Gdzieś tak przed dwudziestą drugą ogarnęła go senność. Uspokojony widokiem śpiącego pod oknem pacjenta i panującą na korytarzu ciszą postanowił zdrzemnąć się na kwadrans. Poza tym na zewnątrz czuwali policjanci ze Słupska.

 

Ze snu wyrwało go skrzypnięcie drzwi. Pomyślał, że to pielęgniarka lub lekarz, albowiem osoba, która weszła cicho do sali ubrana była w biały fartuch. Tylko czy personel medyczny zwykł poruszać się bezszelestnie i do tego po ciemku? Coś tutaj nie grało. Na wszelki wypadek Warecki nie zrobił ani jednego ruchu, nie chcąc spłoszyć intruza. Spod przymrużonych powiek obserwował go dyskretnie. I zaraz przeraził się. Dałby uciąć sobie głowę, że dwa metry przed nim przeszedł Lenartowicz. Ręka policjanta natychmiast wymacała pod pościelą schowanego tam glocka. Warecki był już pewien, że na środku sali stał Kruk i obserwował Jarczyka. Ten wpływowy gangster nigdy osobiście nie uczestniczył w bezpośrednich akcjach, nie mówiąc już o „mokrej robocie”, tymczasem w ręku przybysza błysnęła stal sprężynowego noża. Dlaczego Lenartowicz osobiście przyjechał do szpitala, by porachować się z podrzędnym złodziejem, skoro miał od tego zawodowców? Warecki nie miał czasu na szukanie odpowiedzi. Musiał działać.

Nagle przebudził się Jarczyk. Kruk był już przy nim i położył dłoń na jego zagipsowanej kończynie. Szarpnął nią i Jarczyk zawył z bólu.

– Gdzie towar? – zapytał szeptem mężczyzna z kozią bródką.

– To pan? – zdziwił się nieprzytomny pacjent.

– Myślałeś, że przede mną uciekniesz?

Gangster podsunął rękę trzymającą nóż pod gardło chorego.

– Ja nic nie zrobiłem – Jarczyk ledwo mówił, trzęsąc się przy tym jak galareta. – No co pan?

Aspirant Warecki żałował, że nie poczekał chwili dłużej, bo być może Jarczyk zdradziłby miejsce ukrycia towaru, lecz nie mógł ryzykować. Życie złodziejaszka wisiało na włosku. Zerwał się z gotowym do strzału glockiem.

Skrzypnięcie łóżka zaalarmowało przybysza. Lenartowicz odwrócił się szybko i nie czekając chwili dłużej z wielką wprawą rzucił nożem w przeciwnika. Trafiony w ramię policjant jęknął. Popisał się wprawdzie refleksem i zdążył zrobić unik, który uratował mu życie, lecz nie zapobiegł zranieniu. Zatrzymał się przed łóżkiem, przyklęknął. Pistolet wypadł mu z ręki na podłogę.

Warecki rzucił się na leżącego na podłodze glocka. Po chwili obaj mężczyźni celowali do siebie z pistoletów. Metaliczny dźwięk odbezpieczanej broni zabrzmiał niczym nieuchronna zapowiedź śmierci. Ich milczenie było jednak dla Jarczyka najbardziej przerażające.

– Rzuć broń, Lenartowicz – powiedział policjant. – Jakoś udało ci się dostać tutaj, ale nie wyjdziesz stąd. Szpital jest otoczony.

Gangster szybko zrozumiał, że próbowano zastawić na niego pułapkę. Wahał się z naciśnięciem spustu. Zabicie gliniarza było najgorszym z możliwych scenariuszy. Tym bardziej, że sam mógł oberwać. W końcu podjął decyzję. Mierząc z beretty do rannego pacjenta, opuścił szybko salę.

W tym czasie dwaj policjanci siedzieli w zaparkowanym aucie przy opadającej w dół alejce przy samym narożniku ogrodzenia szpitalnego. Mieli stąd dobry widok na główne wejście. Teraz kończyli późną kolację. Po kanapkach zostały tylko tłuste kulki papieru. Któryś ziewnął i sięgnął po termos. Kiedy nalewał herbatę do plastykowego kubka, drugi trącił go w łokieć.

– Ej, uważaj! – poparzony gorącym napojem policjant warknął na kolegę. – Jezu...

– Patrz!

Ręka drugiego wystrzeliła przed siebie, wskazując idącego wzdłuż fasady głównego budynku mężczyznę w białym fartuchu. Policjant natychmiast sięgnął po portret pamięciowy przesłany dzisiaj z Komendy Głównej. Zdjęcie przedstawiało bruneta z wypielęgnowaną bródką, którego obojętne oczy wywoływały dziwny niepokój u obserwatora. Facet z fotografii zwolnił kroku i na ułamek sekundy zerknął w kierunku auta stojącego za ogrodzeniem. Po chwili namysłu wycofał się.

Policjanci rozpoznali w oddalającym się osobniku Antoniego Lenartowicza. Gdy jeden z nich sięgał po radio, by zawiadomić centralę, drugi wysiadał już z samochodu. Wyciągająca broń z kabury ręka zadrżała, a strach mocno ściskał gardło.

Nagle ścigany gangster rozpłynął się w ciemności za głównym budynkiem. Rozpoczęło się polowanie.

***

Sto metrów za skrzyżowaniem trasy E28 z ulicą Krzywoustego w Lęborku policjanci rzucili na pobocze kolczatkę i za pomocą nowoczesnych noktowizorów wypatrywali ciemnego audi A6, które lada chwila powinno nadjechać od strony Słupska. Jak na razie nocnej ciszy nie zakłócał żaden odległy odgłos samochodowego silnika, tylko cykady koncertowały zajadle po obu stronach szosy, czasami w górze odezwała się mewa. Mimo to czekali w napięciu. Podążający dyskretnie za gangsterem koledzy informowali: „Kruk wydostał się z terenu szpitala i wsiadł do swojego samochodu zaparkowanego w bocznej uliczce”. Uciekał na Gdańsk, lecz w każdej chwili mógł odbić na południe, kierując się na Bytów lub Kościerzynę. Dlatego z Bytowa i Kartuz ściągano posiłki. Nawet z Łeby wysłano jeden wóz, pod Cewicami zaś ustawiano kolejną blokadę. Lada chwila mieli się też zjawić ekipa Samodzielnego Pododdziału Antyterrorystycznego Policji oraz komisarz Kent z Komendy Głównej. Lokalne posterunki i wszystkie jednostki drogówki mające służbę wzdłuż trasy E28 dostały rozkaz niezatrzymywania audi z gdańską rejestracją.

Kruk jechał dość szybko, lecz bez zbytniej nerwowości. To jednak policjanci w oplu na wszelki wypadek trzymali się od niego z daleka. Kruk był przeciwnikiem przebiegłym i groźnym, o czym świadczyły jego dzisiejsze wyczyny – wtargnięcie na teren szpitala i próba zabicia Maniaka oraz Jarczyka. Zresztą człowiek, którego nie udało się wsadzić za kratki, musiał być dobry w swoim fachu. Gdyby nie to, że jeszcze nikt nie wymyślił tłumików zdolnych całkowicie wyciszyć odgłos pracującego silnika, Kruk uciekłby policjantom w Słupsku. To hałasujący motor zwrócił ich uwagę na audi, bo tak naprawdę nie widzieli kierowcy. Na szczęście zanotowali numery rejestracyjne. Limuzyna zarejestrowana była na nazwisko Jakuba Lenartowicza. Tak więc wszystko się zgadzało – ojciec przyjechał na mokrą robotę do Słupska bryką synalka.

Tuż przed północą, któryś z mundurowych stojących sto metrów przed kolczatką zauważył dwa małe światełka w oddali.

– Jest! – krzyknął do kolegów.

Momentalnie rozciągnięto w poprzek szosy kolczatkę. W tym samym czasie na miejsce blokady zajechał volkswagen Transporter z policjantami ze SPAP, którzy natychmiast ustawili się sto metrów za przeszkodą i odbezpieczyli swoje MP-5 z celownikami holograficznymi.

Limuzyna była coraz bliżej. Policjantom wydawało się, że pojazd jedzie ponad sto sześćdziesiąt na godzinę. Jeden z nich, ten o sokolim wzroku, przełknął ślinę.

– Jak nie przyhamuje – odezwał się, zerknąwszy na kolczatkę – nie przeżyje.

Ktoś obok przytaknął głową. Ryk silnika stawał się coraz bardziej donośny. Audi dosłownie rosło w oczach, a uruchomiony przez któregoś radar wskazywał pomiar prędkości „173 km/h”. Mundurowi dawali kierowcy wymowne znaki, żeby się zatrzymał, a stojący głębiej antyterroryści mocniej ścisnęli swoje pistolety maszynowe. Wszyscy w napięciu czekali na rozwój wypadków.

Wreszcie padły strzały ostrzegawcze. Dopiero wtedy kierowca audi zdecydował się wcisnąć pedał hamulca. Samochód natychmiast zaczął wytracać prędkość, a pisk osiemnastocalowych opon przeszył nocne powietrze i ważący prawie dwie tony pojazd, w kilka sekund zatrzymał się pięćdziesiąt metrów przed kolczatką.

Przez chwilę nic się nie działo, jakby przyroda na moment wstrzymała oddech. Dwa mocne reflektory auta świeciły groźnie na stojących dalej policjantów i tylko silnik przyjemnie mruczał. Za blokadę zajechał nieoznakowany passat na włączonym kogucie. Kilka osób obejrzało się za siebie, gdy stanął obok transportera. Syrena ucichła i tylko niebieskie światło pulsowało miarowo, omiatając swoim wachlarzem stojące obok pojazdy oraz ludzi. Z samochodu wysiadł komisarz Kent, tym razem ubrany w dżinsy i jasną, letnią marynarkę, a następnie zbliżył się do grupki policjantów.

– Komisarz Kent z Komendy Głównej – mruknął i uchylił połę marynarki, ukazując przypiętą do paska odznakę. – Co jest?

Policjant chciał mu odpowiedzieć, ale nagle uczestnicy nocnej akcji dostrzegli na poboczu szosy młodą dziewczynę z plecakiem. Wyszła nieoczekiwanie z ciemności ciągnącej się wzdłuż trasy i stanęła ponad dwieście metrów od blokady.