Piknik na skraju drogi

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 84,90  67,92 
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie wiem, Red. Może już więcej nie zechcesz się ze mną zobaczyć.

Serce się we mnie ścisnęło. A to co znowu? Ale odpowiadam spokojnie:

– Nie bardzo cię rozumiem, Guta. Wybacz, nie jestem dzisiaj w najlepszej formie, kiepsko kojarzę… Dlaczego nagle nie miałbym chcieć się z tobą widywać?

Biorę ją pod rękę, idziemy nieśpiesznie w stronę mojego domu, a wszyscy, którzy się na nią gapili, czym prędzej chowają mordy. Całe życie mieszkam przy tej ulicy, Rudego Reda wszyscy tu doskonale znają. A kto nie zna, szybko się o mnie dowiaduje, czego trzeba.

– Matka namawia, żebym się wyskrobała – oznajmia nagle Guta. – A ja nie zamierzam.

Zrobiłem jeszcze kilka kroków, zanim zrozumiałem, co powiedziała, a ona ciągnie dalej:

– Nie chcę żadnych skrobanek, pragnę mieć z tobą dziecko. A ty… Będzie, jak zechcesz. Możesz się ulotnić, nie trzymam cię na siłę.

Słucham jej, jak się sama nakręca, rozpala, słucham tak i baranieję. Na razie nic nie rozumiem, w głowie kołacze się głupia myśl: jednego człowieka ubyło, inny przybywa…

– Suszy mi głowę – mówi Guta – że niby dziecko ze stalkerem musi się urodzić jako cudak. To łajdak, powiada, nie będziesz miała ani rodziny, ani w ogóle niczego. Dzisiaj chodzi na wolności, a jutro może być w ciupie. Ale mnie wszystko jedno, jestem na to gotowa. Sama sobie poradzę. Sama urodzę, sama wychowam na człowieka. Obejdę się bez ciebie. Tylko nie przyłaź więcej do mnie, bo za próg nie wpuszczę.

– Guta, dziewczynko moja! Poczekaj no chwilę… – Ogarnia mnie śmiech, taki dziwny, nerwowy, idiotyczny. – Ptaszynko moja, dlaczego właściwie mnie odpędzasz?

Chichoczę jak ostatni debil, a ona zatrzymuje się, opiera głowę na mojej piersi i beczy.

– Co z nami teraz będzie, Red? – pyta przez łzy. – Jak mamy żyć?

2.

Redrick Schuhart, lat 28, żonaty, bez określonego zajęcia

Redrick Schuhart leżał za kamieniem nagrobnym. Odchylił dłonią gałązkę jarzębiny i patrzył na drogę. Reflektory samochodu patrolowego przeczesywały cmentarz, od czasu do czasu raziły go w oczy, przymykał wtedy powieki i wstrzymywał oddech.

Minęły już dwie godziny, a na drodze nic się nie zmieniało. Samochód, pomrukując silnikiem, stał w miejscu, reflektory miotały się po zapuszczonych mogiłach, pochylonych zardzewiałych krzyżach i płytach, po rozrośniętych jarzębinach, po szczycie trzymetrowego muru kończącego się po lewej stronie. Patrolowcy bali się Strefy. Nie wychodzili z samochodu. Tutaj, przy cmentarzu, nie odważyli się nawet strzelać. Chwilami do Redricka docierały przytłumione głosy, czasem widział, jak przez okno auta wylatywał niedopałek i toczył się po jezdni, rozsiewając czerwone iskierki. Było bardzo mokro, niedawno skończył się deszcz i nawet przez nieprzemakalny kombinezon stalker czuł wilgotny chłód.

Ostrożnie opuścił gałązkę, nasłuchiwał. Gdzieś po prawej, niezbyt daleko, ale i nie całkiem blisko, w każdym razie na cmentarzu, czaił się ktoś jeszcze. Znów doleciało z tamtej strony szuranie i jakby odgłos osypującej się ziemi, potem z cichym stukiem upadło coś ciężkiego i twardego. Ostrożnie, nie odwracając się, popełzł tyłem, przywierając do mokrej trawy. Nad głową znów przeleciała smuga światła. Zamarł, śledząc jej bieg, zdawało mu się, że między krzyżami na grobie siedzi nieruchomo człowiek w czerni. Siedzi, nie chowając się, oparty plecami o marmurowy obelisk, w stronę Reda zwrócił białą twarz z ciemnymi jamami oczu. Redrick nie widział go dłużej niż sekundę, więc nie mógł dostrzec wszystkich tych szczegółów, ale wyobraził sobie, jak to powinno wyglądać. Odpełzł jeszcze kilka kroków, wymacał w kieszeni piersiówkę, wyjął, poleżał chwilę, przyciskając do policzka ciepły metal. Potem, nie wypuszczając piersiówki z dłoni, poczołgał się dalej. Więcej nie nasłuchiwał i nie rozglądał się.

W ogrodzeniu była dziura, a przy niej na ołowiowanym płaszczu spoczywał Barbridge. Tak jak przedtem, leżał na plecach, odciągając obiema rękami kołnierz swetra. Cichutko stękał, a od czasu do czasu jęczał, nie mogąc się powstrzymać. Redrick usiadł obok, otworzył piersiówkę. Ostrożnie podłożył rękę pod głowę Ścierwojada, czując na dłoni lepką od potu łysinę, i przyłożył naczynie do ust starego. Było ciemno, ale w słabym odblasku reflektora Redrick ujrzał zaszklone oczy Barbridge’a, czarną szczecinę zarostu na policzkach. Ścierwojad chciwie przełknął kilka łyczków, poruszył się niespokojnie, namacał gorączkowo worek z łupem.

– Wróciłeś… – wymamrotał. – Dobry z ciebie chłop… Rudy… Nie porzuciłeś starego… żeby zdechł…

Redrick odrzucił głowę, wypił duży haust.

– Stoją, psy – powiedział. – Nie chcą się odczepić.

– To nie przypadek – szeptał urywanie Ścierwojad na wydechu. – Ktoś zakapował, dlatego czekają.

– Możliwe. Chcesz jeszcze łyk?

– Nie. Na razie mi wystarczy. Nie zostawiaj mnie. Jak mnie nie porzucisz, nie umrę, a ty nie pożałujesz… Nie zostawisz, Rudy?

Redrick nie odpowiedział. Patrzył w stronę ulicy, na błękitne smugi reflektorów. Było stąd widać marmurowy obelisk, ale nie dało się stwierdzić, czy TAMTEN siedzi, czy zniknął.

– Słuchaj, Rudy. Nie opowiadam bzdur. Nie pożałujesz. Wiesz, dlaczego stary Barbridge jeszcze żyje? Wiesz? Bob Goryl zginął, Faraon Bankier też, a przecież jaki był z niego stalker! I kopnął w kalendarz. Ślimak także. Norman Okularnik. Callahan, Pete Czyrak. Wszyscy. Tylko ja zostałem. A wiesz dlaczego?

– Bo zawsze byłeś kanalią – odparł Redrick, nie odrywając oczu od drogi. – Ścierwojadem.

– Kanalią. Zgadza się. Bez tego się nie da. Ale nie tylko ja. Faraon. Ślimak. A zostałem ja jedyny. Wiesz dlaczego?

– Wiem – rzucił Redrick na odczepnego.

– Kłamiesz. Nie wiesz. Słyszałeś o Złotej Kuli?

– Słyszałem.

– Myślisz, że to bajka?

– Zamknąłbyś się lepiej – poradził Redrick. – Tracisz tylko siły.

– To nic, wyniesiesz mnie przecież. Tyle razy chodziliśmy razem! A może porzucisz? Znam cię od takiego… Znałem twojego ojca…

Redrick milczał. Wściekle chciało mu się zapalić, wyjął papierosa, wykruszył trochę tytoniu na rękę i zaczął wąchać. Nie pomagało.

– Powinieneś mnie wynieść – marudził Barbridge. – Przez ciebie oberwałem. To ty nie chciałeś wziąć Maltańczyka.

Maltańczyk bardzo chciał z nimi wyruszyć. Cały wieczór stawiał, proponował dobry zastaw, przysięgał, że zdobędzie skafander. Barbridge, siedzący obok chłopaka, zasłaniał się od niego wielką pomarszczoną dłonią i mrugał na Redricka, żeby koniecznie się zgodził. Może właśnie dlatego Red tak stanowczo odmówił.

– Oberwałeś przez własną chciwość – powiedział zimno. – Nie mam z tym nic wspólnego. A teraz zamknij wreszcie gębę.

Przez jakiś czas Ścierwojad tylko postękiwał. Znów włożył palce za kołnierz i mocno odchylił głowę.

– Oddam ci cały towar – wyjęczał – tylko mnie nie zostawiaj.

Redrick spojrzał na zegarek. Do świtu pozostało niewiele, a samochód wciąż stał. Reflektory przeczesywały krzaki. Gdzieś tam obok patrolu była zamaskowana terenówka, którą w każdej chwili psy mogły znaleźć.

– Złota Kula – powiedział Barbridge. – Znalazłem ją. Potem napletli o niej bzdur. Sam plotłem. Że niby każde życzenie spełnia. Gówno tam każde! Gdyby tak było, dawno bym stąd uciekł. Mieszkałbym sobie w Europie. I srałbym forsą.

W łunie odblasków jego twarz wydawała się martwa. Ale szklane oczy uważnie wpatrywały się w Redricka.

– Wieczna młodość niby. Też gówno dostałem – mamrotał Ścierwojad. – Pieniądze? Sam widzisz. Ale zdrowie na pewno. I dzieciaki też mam zdrowe. I żyję. Nawet ci się nie śniło, gdzie bywałem. A jednak żyję. – Oblizał wargi. – O jedno tylko prosiłem. O życie. I zdrowie. I żeby dzieciaki były w porządku.

– Zamknij ryj – zniecierpliwił się w końcu Red. – Czego kłapiesz jak baba? Jak dam radę, wyniosę cię. Szkoda mi twojej Diny, żeby poszła na ulicę.

– Dina… – zachrypiał Barbridge. – Moja córeńka. Ślicznotka. Rozpieszczałem dzieciaki, niczego im nie żałowałem. Przepadną. Arthur… Mój Archie… Znasz go, Rudy. Widziałeś gdzieś lepsze dzieci?

– Powiedziałem. Jeśli dam radę, wyniosę cię.

– Nie – upierał się wciąż Barbridge. – Wyniesiesz mnie tak czy siak. Powiedzieć ci, gdzie jest Złota Kula?

– Powiedz.

Barbridge jęknął.

– Moje nogi… Pomacaj, co z nimi.

Redrick wyciągnął rękę, powiódł po nodze rannego od kolana w dół.

– Kości… – chrypiał Ścierwojad. – Są jeszcze kości?

– Są, są – skłamał Redrick. – Nie martw się.

Tak naprawdę wymacał tylko rzepkę w kolanie. Niżej aż do stóp noga przypominała gumowy wąż, można ją było zawiązać w supeł.

– Łżesz – powiedział Barbridge. – Po co? Co to ja nie wiem, nigdy nie widziałem?

– Kolana masz całe.

– Kłamiesz na pewno – stwierdził Ścierwojad ze smutkiem. – No dobrze. Tylko mnie stąd zabierz. Dam ci wszystko. Złotą Kulę. Narysuję mapę, pokażę wszystkie pułapki. Wszystko opowiem…

Mówił i obiecywał coś jeszcze, ale Redrick nie słuchał. Patrzył w stronę drogi. Światła już się nie miotały, Schuhart wyraźnie zobaczył zgiętą postać przedzierającą się przez krzaki. Postać szła jak ślepiec, wprost na reflektory. Wpadła na wielki krzyż, cofnęła się, znów uderzyła i dopiero wtedy obeszła go, by ruszyć dalej, z wyciągniętymi do przodu długimi rękami i rozczapierzonymi palcami. Potem nagle zginęła, zupełnie jakby zapadła się pod ziemię, a po kilku sekundach znów się pojawiła po prawej stronie i dalej brnęła z jakimś niezgrabnym, nieludzkim uporem, niczym nakręcana zabawka.

Reflektory zgasły. Zazgrzytała skrzynia biegów, silnik dziko zawył, za krzakami mignęły światła i samochód patrolowy wyrwał naprzód, zniknął za murem. Redrick przełknął ślinę i rozpiął zamek błyskawiczny.

 

– Odjechali… – mruczał gorączkowo Barbridge. – Rudy, idziemy… szybko! – Zakręcił się, zamachał wokół siebie rękami, chwycił worek z łupem i spróbował się podnieść. – No chodź, czego siedzisz!

Schuhart wciąż patrzył w stronę drogi. Zrobiło się zupełnie ciemno i nic nie widział, ale przecież gdzieś przed nimi był TAMTEN – maszerował jak mechaniczna lalka, cofając się, padając, nadziewając się na krzyże, plącząc w krzakach.

– Dobra – powiedział Redrick na głos. – Idziemy.

Podniósł Ścierwojada. Stary chwycił go lewą ręką za szyję, przypiął się jak kleszcz. Redrick nie mógł się wyprostować, więc powlókł rannego przez dziurę w ogrodzeniu na czworakach, chwytając się mokrej trawy.

– Idź, idź… – chrypiał Barbridge. – Nie bój się, trzymam towar, nie wypuszczę… Idź!

Red znał drogę doskonale, ale trawa była śliska, gałązki jarzębiny chlastały po twarzy, klocowaty stary był niewiarygodnie ciężki, zupełnie jak trup, a w dodatku trzymał worek, który podźwiękiwał i postukiwał, cały czas się o coś zaczepiał. I tak strasznie byłoby się natknąć na TAMTEGO… Możliwe, że wciąż krążył gdzieś tutaj w ciemności.

Kiedy wreszcie dotarli do drogi, było jeszcze ciemno, ale czuło się nadchodzący świt. W lesie po tej stronie sennie i niepewnie odezwały się ptaki, a nad czarnymi domami dalekich przedmieść, nad rzadkimi żółtymi latarniami nocny mrok już zszarzał, doleciał stamtąd zimny, wilgotny wietrzyk. Redrick ułożył Ścierwojada na poboczu, rozejrzał się i niczym wielki czarny pająk przebiegł przez jezdnię. Szybko znalazł samochód, zrzucił z niego maskujące gałęzie, usiadł za kierownicą i ostrożnie, nie włączając świateł, wyjechał na asfalt. Barbridge siedział, jedną ręką trzymając worek z łupem, a drugą obmacując nogi.

– Szybko! – zachrypiał. – Szybko, chłopie! Kolana… Mam jeszcze całe kolana… Może da się je ocalić!

Redrick podniósł go i zgrzytając zębami z wysiłku, wrzucił do kabiny. Barbridge z łupnięciem wylądował na tylnym siedzeniu, jęknął głośno. Ale worka nie wypuścił. Redrick podniósł z ziemi i rzucił na rannego ołowiowany płaszcz. Barbridge, jak się okazało, zdołał ze sobą przytaszczyć nawet to.

Red wyjął latarkę, przeszedł się tam i z powrotem po poboczu, badając ślady. Śladów właściwie nie było. Wytaczając się na drogę, land rover przygiął wprawdzie wysoką gęstą trawę, ale powinna się wyprostować w ciągu paru godzin. Wokół miejsca, w którym stał wóz patrolowy, leżało mnóstwo niedopałków. Redrickowi przypomniało się, że od dawna chce mu się palić, wyjął więc papierosa, choć najbardziej kusiło go teraz, żeby wskoczyć do samochodu i jak najprędzej stąd odjechać. Lecz nie wolno było się zanadto śpieszyć. Wszystko trzeba robić powoli i ostrożnie.

– Co ty? – spytał płaczliwym głosem Barbridge. – Wody nie wylałeś, wszystkie wędki suche… Czego tak stoisz? Chowaj towar!

– Zatkaj się! – warknął Redrick. – Nie przeszkadzaj! – Stary zamilkł. – Pojedziemy przez południowe peryferie.

– Jak to peryferie? Tobie co? Kolana mi zmarnujesz, gnoju! Kolana!

Redrick zaciągnął się ostatni raz, włożył peta w pudełko od zapałek.

– Nie jęcz, Ścierwojad. Nie możemy wracać prosto przez miasto. Trzy posterunki po drodze, na którymś nas zatrzymają.

– I co z tego?

– Jak tylko spojrzą na twoje kopyta, koniec z nami.

– Czego mieliby patrzeć? Głuszyliśmy ryby, nogi sobie załatwiłem i cała sprawa.

– A jeżeli ktoś pomaca?

– Niech spróbuje, tak zacznę wrzeszczeć, że zapomni, jak się maca.

Jednak Redrick już postanowił. Podniósł siedzenie kierowcy, poświecił latarką, otworzył skrytkę i powiedział:

– Dawaj towar.

Bak pod siedzeniem był fałszywy. Redrick wziął łup i wsadził go do środka, słysząc, jak w worku coś pobrzękuje i przewala się.

– Nie mogę ryzykować – wymamrotał. – Nie mam prawa.

Zamknął pokrywę, przysypał ją śmieciami, nawalił na wierzch szmat i opuścił siedzenie. Barbridge stękał, pojękiwał, błagał o pośpiech, znów zaczął obiecywać Złotą Kulę, wiercił się i wpatrywał ze strachem w okno, za którym kończyła się noc. Redrick nie zwracał na niego uwagi. Rozciął plastikową torbę z rybami, wylał wodę na sprzęt wędkarski ułożony na dnie skrzyni towarowej, a miotające się ryby wrzucił do brezentowego worka. Folię złożył i schował do kieszeni kombinezonu. Teraz wszystko było jak trzeba: wędkarze wracali z niezbyt udanego połowu. Wsiadł za kółko i uruchomił silnik.

Do zakrętu jechał z wyłączonymi światłami. Po lewej stronie ciągnął się solidny trzymetrowy mur ogradzający Strefę, a z prawej były krzaki, rzadkie zagajniki, od czasu do czasu mijali porzucone wille z zabitymi oknami i odrapanymi ścianami. Redrick widział dobrze w ciemności, a i ciemność nie była już taka zupełna, poza tym wiedział, co się zaraz stanie. Dlatego kiedy z przodu ukazała się miarowo przebierająca nogami zgięta postać, nawet nie zwolnił. Pochylił się tylko nad kierownicą. TAMTEN maszerował dokładnie środkiem jezdni. Jak wszyscy oni, zmierzał do miasta. Redrick ominął go, jadąc prawie poboczem, a potem nacisnął mocniej gaz.

– Matko Boska! – wymamrotał Barbridge. – Rudy, widziałeś to?

– Widziałem.

– Boże mój… Tylko tego nam jeszcze brakowało… – mruczał Ścierwojad, a potem zaczął się głośno modlić.

– Zamknij się! – warknął Redrick.

Gdzieś tutaj powinien być zakręt. Red zwolnił, wpatrzony w linię pochylonych domków i płotów ciągnących się po prawej. Stara stacja transformatorowa… słup z podpórką… podgniły mostek… Gwałtownie skręcił kierownicą, samochodem zarzuciło.

– A ty dokąd?! – wrzasnął dziko Barbridge. – Nogi mi zmarnujesz, kretynie!

Red odwrócił się i na oślep chlasnął starego w zarośniętą kolącym włosem twarz. Ścierwojad zakrztusił się i umilkł. Maszyną podrzucało, koła coraz to buksowały w rozmokłym po nocnym deszczu błocie. Schuhart włączył światła. Białe skaczące światło rozjaśniło zarastające trawą koleiny, wielkie kałuże, zmurszałe pochylone płoty. Barbridge płakał, chlipał i smarkał. Nic już nie obiecywał, skarżył się i groził, ale niezbyt głośno i niewyraźnie, tak że Redrick słyszał tylko pojedyncze słowa. Coś o nogach, o kolanach, o przystojnym Archiem… Potem zapadła cisza.

Osiedle ciągnęło się wzdłuż zachodniej granicy miasta. Kiedyś stały tu dacze, owocowe sady, letnie rezydencje ojców miasta i administracji. Zielone wesołe działki, oczka wodne z czystymi piaszczystymi brzegami, brzozowe zagajniki, stawy z rozmaitością karpi. Smród fabryk i mgła zjadliwych dymów nigdy tutaj nie dochodziły, tak samo zresztą jak miejska kanalizacja. Teraz wszystko było zaniedbane i porzucone, pozostał tylko budynek mieszkalny – za firanką świeciło na żółto okno, na gałązkach powieszono mokre od deszczu prześcieradło, a wielki pies, zatychając się ze złości, wybiegł z boku i przez chwilę gnał za samochodem w zawierusze grud błota pryskających spod kół.

Redrick przejechał ostrożnie przez stary pochylony mostek i kiedy z przodu ukazał się zakręt prowadzący w stronę miasta, zatrzymał auto, zgasił silnik. Wyszedł na drogę, nie oglądając się na Barbridge’a, i poszedł naprzód, chowając ręce w mokre kieszenie kombinezonu. Robiło się już całkiem jasno. Wszystko wokół było mokre, ciche i senne. Doszedł do drogi i ostrożnie wyjrzał zza krzaków. Posterunek powinien być stąd wyraźnie widoczny: mała budka na kołach, trzy świecące się okna, dymek z wąskiej wysokiej rury. Samochód patrolowy stał na poboczu. Pusty. Przez chwilę Redrick patrzył. Nikt się nie ruszał, widocznie patrolowcy zziębli przez całą noc i grzali się teraz w domku. Zapewne drzemali z papierosami przylepionymi do dolnej wargi.

– Psy – powiedział cicho.

Namacał w kieszeni kastet, wsunął palce w otwory, zacisnął w pięści zimny metal i kuląc się wciąż z zimna, nie wyjmując rąk z kieszeni, poszedł z powrotem. Samochód, lekko pochylony, stał w krzakach. Okolica była pusta, głucha, porzucona. Nikt tu nie zaglądał od co najmniej dziesięciu lat.

Kiedy Redrick podszedł do auta, Barbridge uniósł się i popatrzył na niego z otwartymi ustami. Wyglądał teraz na starszego nawet niż zazwyczaj. Był pomarszczony i łysy, zarośnięty brudną szczeciną, ze spróchniałymi zębami.

– Mapę dam… – wymamrotał niewyraźnie. – Wszystkie pułapki, wszystkie… Znajdziesz, nie pożałujesz…

Redrick słuchał go nieporuszony. Rozluźnił palce, wypuszczając kastet.

– Dobra. Masz leżeć nieprzytomny, rozumiesz? Jęcz i nie dawaj się dotykać.

Ruszyli.

I udało się. Nikt nie wyszedł z domku, kiedy terenówka zgodnie ze znakami i nakazami przejeżdżała obok. Red, zwiększając sukcesywnie prędkość, pomknął do miasta od południowej strony. Dochodziła szósta rano, ulice był puste, asfalt mokry i czarny, światła na skrzyżowaniach zmieniały się regularnie i niepotrzebnie.

Minęli piekarnię z wysokimi, jaskrawo oświetlonymi oknami i Redricka ogarnęła fala ciepłego, niesłychanie smakowitego powietrza.

– Głodny jestem – powiedział i aby rozluźnić obolałe mięśnie, oparł się mocniej o kierownicę.

– Co? – spytał Barbridge ze strachem.

– Mówię, że żreć mi się chce. Gdzie cię zawieźć? Do domu czy prosto do Rzeźnika?

– Do Rzeźnika, do Rzeźnika zasuwaj! – zamruczał pośpiesznie Ścierwojad. Pochylił się cały do przodu, dyszał Redrickowi w kark. – Prosto do niego! Nie inaczej! Jest mi winien siedemset dolców. Ale prędzej, prędzej! Pełzniesz jak wesz po mokrym grzebieniu! – Zaczął kląć bezsilnie i paskudnie, czarnymi, brudnymi słowami, bryzgając śliną, krztusząc się i zanosząc kaszlem.

Redrick nie odpowiedział. Nie miał ani czasu, ani siły uspokajać towarzysza. Powinien już z tym skończyć i z godzinkę albo chociaż pół pospać przed spotkaniem w Metropolu. Skręcił w Szesnastą, przejechał dwa kwartały i zatrzymał auto przed szarą piętrową willą.

Rzeźnik sam mu otworzył. Najwyraźniej dopiero wstał i szedł się myć. Miał na sobie drogi szlafrok ze złotymi frędzlami, w ręku szklankę ze sztuczną szczęką, włosy w nieładzie, pod mętnymi oczami napuchły ciemne podkowy.

– A! – powiedział. – Ruty! Szo sie stało?

– Wkładaj zęby i idziemy – powiedział Redrick.

– Ehe – odparł Rzeźnik, głową wskazał hol, a sam, szurając kapciami i poruszając się z zadziwiającą szybkością, podążył do łazienki. – Kto? – zapytał stamtąd.

– Barbridge.

– Co?

– Nogi.

W łazience polała się woda, rozległo się parskanie, plusk, coś potoczyło się po kaflach podłogi. Redrick usiadł ciężko w fotelu, wyjął papierosa i zapalił, rozglądając się. Tak, hol był niczego sobie. Rzeźnik nie żałował pieniędzy na wystrój. Był bardzo doświadczonym i modnym chirurgiem, dumą medycyny nie tylko miasta, ale i hrabstwa, a ze stalkerami łączyły go oczywiście pieniądze. Też czerpał korzyści ze Strefy. Brał w naturze, w towarze, który stosował w swojej medycynie. Brał w nauce, odkrywając u stalkerów nieznane wcześniej schorzenia i uszkodzenia organizmu. Brał w sławie – sławie pierwszego na świecie lekarza specjalisty w chorobach pochodzenia pozaziemskiego. Ale pieniędzmi również nie gardził. Absolutnie.

– Co dokładnie z nogami? – spytał lekarz. Wyszedł z łazienki z wielkim ręcznikiem na ramionach. Wytarł dokładnie długie nerwowe palce.

– Wpieprzył się do „flegmy” – wyjaśnił Red.

– Czyli koniec Barbridge’a – ocenił Rzeźnik. – Szkoda, świetny był z niego stalker.

– Nie koniec – odparł Redrick, odchylając się w fotelu. – Zrobisz mu protezy, a on na nich jeszcze polezie do Strefy.

– No dobrze – powiedział chirurg. Spoważniał, wyglądał teraz jak prawdziwy profesjonalista. – Moment, zaraz się ubiorę.

Wyszedł, po chwili było słychać, że gdzieś dzwoni, najpewniej do swojej kliniki, żeby się przygotowali do operacji. W tym czasie Redrick półleżał w fotelu i palił. Poruszył się tylko raz, żeby wyjąć piersiówkę. Pił maleńkimi łyczkami, bo zostało już tylko troszkę na dnie, i starał się o niczym nie myśleć. Po prostu czekał.

Potem razem wyszli do samochodu, Redrick usiadł za kierownicą, a Rzeźnik obok niego. Od razu przechylił się przez siedzenie i zaczął obmacywać nogi Ścierwojada. Barbrigde z miejsca się ożywił, mamrotał coś żałośnie, przysięgał ozłocić wybawcę, znów mówił o dzieciach i nieboszczce żonie, błagał, żeby uratować mu kolana. Gdy dojechali do kliniki, Rzeźnik zaklął, widząc, że przy podjeździe nie ma sanitariuszy, wyskoczył z auta i zniknął za drzwiami. Redrick znów zapalił, a Barbridge nagle powiedział jasno i dobitnie, jakby się całkiem już uspokoił:

– Chciałeś mnie zabić. Nie zapomnę ci tego.

– Przecież nie zabiłem – odpowiedział obojętnie Schuhart.

 

– Tak, nie zabiłeś. – Barbridge zamilkł na chwilę, a potem dodał: – To też zapamiętam.

– Zapamiętaj, zapamiętaj – rzekł Redrick. – Ty byś mnie na pewno nie zabił w takiej sytuacji.

Odwrócił się i popatrzył na rannego. Stary skrzywił się niepewnie, wysuszone wargi mu drżały.

– Ty byś mnie po prostu zostawił – dokończył Red. – Zostawiłbyś mnie w Strefie i kamień w wodę. Jak Okularnika.

– Okularnik sam umarł – mruknął ponuro Ścierwojad. – Nie przyczyniłem się do tego. Przycisnęło go.

– Kanalia jesteś. – Redrick odwrócił się z powrotem do kierownicy. – Ścierwojad.

Z budynku wyskoczyli zbudzeni ze snu sanitariusze, w biegu rozkładając nosze. Podbiegli do auta. Redrick patrzył obojętnie, jak zręcznie wywlekli Barbridge’a, ułożyli na noszach i ponieśli do kliniki. Ścierwojad leżał nieruchomy, z rękami na piersiach. Patrzył w niebo szklanym wzrokiem. Jego wielkie stopy, zżarte przez „flegmę”, były nienaturalnie wykręcone.

Barbridge to ostatni ze starych stalkerów, którzy zaczęli polowanie na pozaziemskie skarby od razu po Wizycie, kiedy Strefa jeszcze się nie nazywała Strefą, kiedy nie było tu ani instytutów, ani murów, ani sił policyjnych ONZ, kiedy miasto było sparaliżowane strachem, a świat śmiał się z nowego wymysłu dziennikarzy. Redrick miał wtedy dziesięć lat, Barbridge był jeszcze krzepkim i zręcznym mężczyzną – lubił wypić na cudzy rachunek, pobić się, przycisnąć w kącie nieostrożną dziewczynę. Własne dzieci jakoś go wówczas nie interesowały, a okrutną kanalią był już wtedy, bo kiedy się napił, z jakąś obrzydliwą przyjemnością lał żonę, bez krępacji, przy ludziach, jakby na pokaz. Wreszcie pobił ją na śmierć.

Redrick zawrócił i nie zwracając uwagi na sygnalizację świetlną, ścinając zakręty, pognał do domu.

Zatrzymał się przed garażem, a kiedy wyszedł z kabiny, zobaczył zarządcę, który szedł do niego od strony skwerku. Zarządca jak zawsze był nie w humorze, jego zmięta twarz z zapuchniętymi oczkami wyrażała skrajne obrzydzenie, zupełnie jakby nie stąpał po ziemi, ale po jakiejś gnojowicy.

– Dzień dobry – przywitał się Redrick uprzejmie.

Zarządca stanął dwa kroki przed nim, wskazał kciukiem za swoje plecy.

– To pańska robota? – spytał niewyraźnie. Dało się poznać, że to jego pierwsze słowa tego dnia.

– O czym pan mówi?

– Te huśtawki. Pan postawił?

– Ja.

– Dlaczego?

Redrick nie odpowiedział, podszedł do wrót garażu i zaczął je otwierać. Zarządca podążył za nim, stanął mu za plecami.

– Pytam, dlaczego pan zbudował te huśtawki? Kto pana prosił?

– Córeczka prosiła – odparł Red bardzo spokojnie. Uchylił skrzydła wrót.

– Nie o córkę pana pytam! – Zarządca podniósł głos. – O córce to osobna rozmowa. Pytam, kto panu zezwolił? Kto pozwolił panu rządzić się na skwerze?

Redrick odwrócił się i przez chwilę stał nieruchomo, wpatrując się uważnie w bladą żyłkowaną nasadę jego nosa. Zarządca cofnął się o krok i powiedział nieco spokojniej:

– I balkonu pan nie przemalował, chociaż tyle razy mówiłem…

– Niepotrzebnie się pan napina – przerwał mu Red. – I tak się nie wyprowadzę.

Wrócił do samochodu, włączył silnik. Kiedy położył dłonie na kierownicy, zauważył, jak pobielały mu kostki palców. Wystawił głowę przez okno i dorzucił, nie mogąc się powstrzymać:

– Ale jeśli kiedyś będę musiał się stąd wynieść, skurwysynu, wtedy lepiej się pomódl.

Wprowadził auto do garażu, włączył lampę i zamknął wrota. Wyjął z fałszywego baku worek z łupem, doprowadził samochód do porządku, włożył worek do starego plecionego kosza, na wierzchu położył sprzęt wędkarski, wciąż jeszcze mokry, oblepiony trawą i liśćmi, a na to rzucił martwe już ryby, które Barbridge wczoraj kupił w jakimś kramiku na przedmieściach. Potem obejrzał samochód jeszcze raz ze wszystkich stron, tak już z przyzwyczajenia. Do prawej tylnej opony przylgnął rozpłaszczony niedopałek. Redrick oderwał go, zbliżył do oczu. Szwedzki wyrób. Pomyślał chwilę i włożył peta do pudełka od zapałek. Miał tam już trzy niedopałki.

Schody były puste. Zatrzymał się przed drzwiami do swojego mieszkania. Otworzyły się, zanim zdążył sięgnąć po klucz. Wszedł bokiem, trzymając pod pachą ciężki koszyk. Zanurzył się w znajome ciepło i znajome zapachy rodzinnego domu. Guta objęła go za szyję, zamarła, przycisnąwszy twarz do jego piersi. Nawet przez kombinezon i ciepłą koszulę czuł, jak mocno bije jej serce. Nie przeszkadzał jej – cierpliwie stał i czekał, aż go puści, chociaż w tej samej chwili poczuł, jak bardzo jest zmordowany.

– Dobrze… – powiedziała wreszcie kobieta niskim, schrypniętym głosem, odstąpiła pół kroku i włączyła światło w przedpokoju, a potem poszła do kuchni. – Zaraz zrobię ci kawy…

– Ryby przytargałem – powiedział udawanie rześkim głosem. – Usmaż wszystkie od razu. Żreć mi się chce, sił nie mam.

Wróciła, ukrywając twarz w rozpuszczonych włosach. Red postawił koszyk na podłodze, pomógł Gucie wyciągnąć siatkę z rybami, razem zanieśli ją do kuchni i wrzucili zawartość do zlewu.

– Idź się umyć – powiedziała. – Jak wyjdziesz z łazienki, wszystko będzie gotowe.

– Jak Małpeczka? – spytał Redrick, siadając i zdejmując buty.

– Paplała cały wieczór. Ledwie dałam radę ją uśpić. Cały czas męczyła, gdzie tata i gdzie tata. Weź i przyprowadź jej tatę…

Zręcznie i bezszelestnie poruszała się po kuchni – mocna i ładna. Zakipiała już woda w garnuszku na kuchence, już leciały łuski spod noża, już skwierczał olej na największej patelni, już rozchodził się cudowny zapach świeżej kawy.

Redrick wstał, na bosaka wrócił do przedpokoju, wziął koszyk i odstawił go do spiżarki. Potem zajrzał do sypialni. Małpeczka spała beztrosko, skotłowana kołdra spłynęła na podłogę, koszulka zadarła się i całą dziewczynkę było widać jak na dłoni – maleńkie posapujące zwierzątko. Red nie wytrzymał i pogładził ją po plecach pokrytych ciepłą złocistą sierścią i po raz kolejny z zaskoczeniem skonstatował, jaka ta sierść jest długa i jedwabista. Naszła go przemożna ochota, żeby wziąć córeczkę na ręce, ale bał się ją obudzić, a poza tym był brudny jak święta ziemia, cały przesiąknięty Strefą i śmiercią. Wrócił do kuchni i powiedział:

– Nalej mi filiżankę kawy. Później się wykąpię.

Na stole leżała paczka przesyłek z wczorajszego wieczora: „Harmont Journal”, czasopismo „Kulturysta”, „Playboy” – sporo tego przyszło – oraz grube, w szarej okładce „Raporty Międzynarodowego Instytutu Obcych Cywilizacji”, wydanie 56. Redrick wziął od Guty filiżankę parującej kawy, sięgnął po „Raporty”. Jakieś zawijasy, znaczki, rysunki… Na zdjęciach znajome przedmioty w dziwacznych ujęciach. Ukazał się jeszcze jeden pośmiertny artykuł Kiryła: O pewnej nieoczekiwanej własności pułapek magnetycznych typu 77-b. Nazwisko „Panow” obwiedzione zostało czarną ramką, poniżej drobnym drukiem widniała informacja: „Doktor Kirył A. Panow, Rosjanin, zginął podczas przeprowadzania eksperymentu”. Redrick odrzucił czasopismo, parząc się, upił kawy i spytał:

– Ktoś przychodził?

– Szuwaks był – powiedziała Guta po chwili wahania. Stała przy kuchence i patrzyła na Reda. – Przylazł zupełnie zalany, więc go spławiłam.

– A Małpeczka co na to?

– Oczywiście nie chciała go wypuścić. Ryczeć postanowiła. Ale jej powiedziałam, że wujek Szuwaks źle się czuje. A ona mi tak rozsądnie odpowiedziała: „Znów się urżnął wujek Szuwaks”.

Redrick uśmiechnął się, upił jeszcze łyk kawy.

– Jak sąsiedzi?

Guta znów zamilkła na chwilę, zanim się odezwała.

– Jak zawsze…

– Jak nie chcesz, to nie musisz mówić.

– A tam! – Machnęła ręką. – W nocy puka ta baba z dołu. Gały ma jak spodki, z gęby aż piana pryska. I wrzeszczy, czego my to znowu piłujemy po nocy w łazience…

– Zaraza – wycedził Redrick przez zęby. – Słuchaj, może jednak wyjedziemy? Kupimy jakiś domek na przedmieściu, gdzie nikt nie mieszka, weźmiemy jakąś porzuconą willę…

– A Małpeczka?