Piknik na skraju drogi

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 84,90  67,92 
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Spocznijcie, sierżancie – mówię. – Jestem zadowolony z waszej postawy.

Wyszczerzył zębiska, jakbym mu powiedział nie wiadomo jaki komplement.

– Zuch z ciebie, Rudy – odzywa się. – Jestem dumny z takiej znajomości.

– A co? Będziesz miał co opowiadać dziewczynom w swojej Szwecji?

– Jeszcze pytasz! Z majtek będą na mój widok wyskakiwać.

W sumie całkiem fajny z niego chłop. Ja wprawdzie takich rosłych i rumianych nie lubię, ale dziewuchy lubią bardzo. A przecież rzecz nie we wzroście… Idę sobie ulicą i rozmyślam, o co w tym chodzi. Słoneczko świeci, ludzi nie ma. I nagle zachciało mi się natychmiast zobaczyć Gutę. Tak po prostu. Popatrzeć na nią, potrzymać za rękę. Po wyjściu ze Strefy tylko jedno człowiekowi zostaje – potrzymać dziewczynę za rękę. Szczególnie jeśli przypomnieć sobie te opowieści o dzieciach stalkerów… Ale co mi tam teraz Guta, powinienem raczej wypić przynajmniej flaszkę czegoś mocniejszego.

Doszedłem do parkingu, a tam kordon. Stoją dwie maszyny patrolowe w całej okazałości, szerokie, żółte, z reflektorami i karabinami maszynowymi. No i oczywiście obok błękitne kaski. Całą ulicę zastawili, nie ma jak przejść. Ale idę ze spuszczonym wzrokiem – lepiej żebym teraz na nich nie patrzył, w dzień w ogóle na nich lepiej nie patrzeć. Są tam dwie lub trzy takie mordy, że jeśli je rozpoznam, skończy się awanturą. Mają kupę szczęścia, że mnie Kirył ściągnął do instytutu, bo tych skurwieli bym znalazł i zarżnął bez mrugnięcia…

Przechodzę przez kordon nieco bokiem, wystawiając naprzód ramię, już prawie się udało, ale nagle słyszę: „Hej, stalker!”. Udaję, że mnie to nie dotyczy, idę dalej, wyjmuję z paczki papierosa. Ktoś mnie dogania, chwyta za rękę. Strząsam obcą dłoń i pytam uprzejmie, odwracając się lekko:

– Dlaczego się pan mnie czepia?

– Czekaj, stalker. Dwa pytania.

Podniosłem wzrok. Kapitan Quotterblood. Stary znajomy. Jakoś wysechł mocno i jakby zżółkł.

– O, wszystkiego najlepszego, kapitanie. Jak pańska wątroba?

– Ty mnie nie próbuj zagadywać, stalker – mówi dobitnie i przewierca mnie wzrokiem. – Powiedz lepiej, dlaczego się nie zatrzymujesz, kiedy cię wołają?

Od razu zjawiły się dwa błękitne kaski, stanęły za jego plecami – łapy na kaburach, oczu nie widać, tylko ciemne szczeliny pod okapami. Skąd w tej Kanadzie takich biorą? Na rozpłód ich do nas przysłali, czy co?… W dzień nie boję się patroli, ale gnoje zawsze mogą zrobić przeszukanie, a teraz mi to niepotrzebne do niczego.

– Wołał mnie pan, kapitanie? – dziwię się. – Chodziło o jakiegoś stalkera…

– A ty już nie jesteś stalkerem?

– Odkąd z pańskiej łaski odsiedziałem swoje, rzuciłem ten fach. Całkowicie. Dziękuję, kapitanie, że mi pan wtedy oczy otworzył. Gdyby nie pan…

– Co robiłeś w przedstrefie?

– Jak to co? Pracuję tam już od dwóch lat.

I żeby zakończyć tę nieprzyjemną rozmowę, wyjmuję identyfikator. Quotterblood wziął, obejrzał uważnie, sprawdził każdy znaczek, obwąchał, myślałem, że jeszcze obliże. Zwraca mi dokument, zadowolony, z roześmianymi oczami, zarumienił się nawet.

– Wybacz, Schuhart. Nie spodziewałem się. A zatem moje rady nie poszły na marne. No to pięknie. Możesz wierzyć lub nie, ale już wtedy przypuszczałem, że jeszcze wyjdziesz na ludzi. Nie chciało mi się w głowie pomieścić, żeby taki chłopak…

I się, cholera, rozkręcił. Pomyślałem, że na moje nieszczęście jeszcze jednego melancholika udało mi się wyleczyć. Słucham go i słucham, oczka spuszczam niby wstydliwie, potakuję, rozkładam ręce i nawet nóżką lekko wiercę po płycie chodnika. Żołdacy za jego plecami posłuchali trochę, ale ich chyba zemdliło, bo odeszli do weselszego towarzystwa. A kapitan opowiada mi o perspektywach: nauka to światło, a jej brak to ciemność nieprzejrzana. Bóg uczciwą pracę kocha i ceni. Ogólnie chrzani ten oficer zupełnie jak kapelan, który nam przytruwał w więzieniu w każdą niedzielę. A mnie się chce wypić, że wytrzymać nie mogę. Nic to, Red, myślę, braciszku, to też musisz przetrzymać. Cierpliwości, chłopie! Ten pacan nie da rady utrzymać takiego tempa, już się zadyszał… Na szczęście jeden z samochodów włączył sygnał. Kapitan obejrzał się, warknął coś ze złością i podał mi rękę.

– Cóż – powiada – miło było poznać uczciwego człowieka, panie Schuhart. Z przyjemnością wychyliłbym z tobą szklaneczkę z tej okazji. Wprawdzie ostrego alkoholu pić mi nie wolno, lekarze zabraniają, ale piwka chętnie. Jednak widzisz – służba! Na pewno się jeszcze spotkamy.

Nie daj Panie Boże, myślę. Ale rączkę mu ściskam i czerwienię się, i grzebię nóżką, wszystko, żeby był zadowolony. Wreszcie sobie polazł, a ja pognałem jak strzała do Bordgish.

O tej porze lokal zazwyczaj jest pusty. Ernest stoi za barem, wyciera pokale i ogląda je pod światło. Zadziwiająca sprawa, że kiedykolwiek by człowiek wszedł do knajpy, barmani zawsze wycierają szkło, zupełnie jakby od tej czynności zależało zbawienie ich duszy. I może taki to robić przez cały dzień – weźmie kieliszek, zmruży oczy, popatrzy pod światło, pochucha na szkło i zaczyna trzeć. Potrze, potrze, znów obejrzy, teraz od strony dna, i znowu trze…

– Cześć, Ernie! – witam się. – Nie szoruj tak, bo dziurę zrobisz!

Popatrzył na mnie przez pokal, coś wyburczał, jakby był brzuchomówcą, i bez zbędnego gadania nalał mi gorzały na cztery palce. Wgramoliłem się na stołek, łyknąłem, przymknąłem oczy, potrząsnąłem głową i znów łyknąłem. Chłodnia pomrukuje, z szafy grającej dochodzi jakieś zawodzenie, Ernest chucha na następne szkło. Dobrze tutaj, spokojnie… Dopiłem wódę, postawiłem szklankę na kontuar, a Ernest natychmiast nalewa następną dawkę czystej.

– Lepiej już? – burczy. – Odpuściło ci, stalkerze?

– O siebie się martw i lepiej trzyj. Wiesz, jeden taki też tarł i tarł, aż wreszcie przywołał złego ducha. Żył sobie potem w szczęściu i dostatku.

– Kto to był? – pyta Ernie z niedowierzaniem.

– A barman taki tutaj, jeszcze przed tobą.

– No i co?

– No i nic. Myślisz, że po co była Wizyta? On tarł, tarł… i stało się. Kto nas odwiedził twoim zdaniem?

– A niech cię – mówi Ernie z szacunkiem.

Wyszedł na zaplecze i wrócił z talerzem. Grillowane kiełbaski. Postawił talerz przede mną, podsunął keczup i znów chwycił za szkło. Ernest zna swój fach. Oko ma sokole, od razu widzi, że stalker wraca ze Strefy, że będzie towar. Wie też Ernie, czego stalkerowi potrzeba po powrocie. Swój człowiek ten Ernie. Dobrodziej nasz.

Zjadłem kiełbaski, zapaliłem i zacząłem obliczać, ile też Ernest zarabia na naszej braci. Nie wiem, ile płacą za towar w Europie, ale obiło mi się o uszy, że taki „pustaczek” idzie za jakieś dwa i pół tysiąca. Ernie nie płaci nam nawet czterech setek. „Bateryjki” stoją nie mniej niż sto, a my przy dobrych wiatrach dostajemy dwie dychy. I wszystko mniej więcej tak samo wygląda. Oczywiście przetransportowanie towaru do Europy swoje kosztuje. Temu w łapę, tamtemu w łapę, utrzymują bez wątpienia szefów logistyki… Jeśli dobrze zliczyć, Ernest wcale tak dużo kasy nie da rady wyczesać – z piętnaście, dwadzieścia procent, nie więcej, a gdyby wpadł, dostanie z dziesięć lat jak nic…

W tej chwili moje rozmyślania przerywa jakiś uprzejmy typek. Nie zauważyłem nawet, jak wszedł. Pojawia się przy moim prawym łokciu i pyta:

– Można?

– Nie ma sprawy – mówię. – Proszę bardzo.

Maleńki jakiś ten facet, chudziutki, z ostrym nosem i muszką zamiast krawata. Gdzieś go już widziałem, ale nie pamiętam zupełnie gdzie. Wlazł na stołek obok i mówi do Ernesta:

– Bourbona poproszę! – I od razu do mnie: – Proszę wybaczyć, ale zdaje się, że pana znam. Pracuje pan w Międzynarodowym Instytucie Obcych Cywilizacji?

– Zgadza się. A pan?

Zręcznie wydobył z kieszonki wizytówkę, położył przede mną. „Alois Makno, agent pełnomocny Biura Emigracyjnego”. No pewnie, że go znam. Namawia ludzi, żeby wyjechali z miasta. Ktoś bardzo by chciał, żeby Harmont opustoszało. I tak została ledwie połowa dawnej populacji, a oni pragną całe miasto oczyścić. Odsunąłem kartonik.

– Nie, dziękuję. Nie interesuje mnie to. Marzę o tym, rozumie pan, żeby złożyć kości w ojczystej ziemi.

– Dlaczego? – pyta z ożywieniem. – Proszę wybaczyć ciekawość, ale co pana tutaj trzyma?

Zaraz mu powiem co!

– Wiele rzeczy! Słodkie wspomnienia z dzieciństwa. Pierwszy pocałunek w miejskim ogrodzie. Mamusia i tatuś. To, jak pierwszy raz wdałem się pijaniutki w bójkę w tym właśnie barze. Miły sercu posterunek policji… – Wyjąłem z kieszeni zasmarkaną chusteczkę, przyłożyłem ją do oczu. – Nie, za żadne skarby!

Koleś pośmiał się, spróbował swojego bourbona i mówi w zadumie:

– Nie potrafię was zrozumieć, mieszkańcy Harmont. Ciężko się tutaj żyje. Władzę sprawują organizacje militarne. Zaopatrzenie kiepskie. Strefa pod samym nosem, żyjecie jak na wulkanie. W każdej chwili może się rozpocząć jakaś epidemia, albo i coś gorszego… Rozumiem starców – im trudno ruszyć się ze znajomego miejsca. Ale tacy jak pan… Ile pan ma lat? Dwadzieścia dwa, może trzy, nie więcej… Proszę zrozumieć, nasze biuro to organizacja charytatywna, działalność nie przynosi korzyści. Ludzie powinni opuścić to przeklęte miejsce i zacząć normalnie żyć. Przecież dajemy na początek wsparcie finansowe, zatrudnienie w nowym miejscu… a młodym ludziom, takim jak pan, możliwość nauki… Nie, zupełnie nie rozumiem.

– A co? – pytam. – Nikt nie chce wyjeżdżać?

– Nie to, żeby zupełnie nikt. Niektórzy się zgadzają, szczególnie całe rodziny. Ale młodzież i starzy… Po co wam to miasto? Toż to dziura straszliwa, zapyziała prowincja…

Wtedy zdradziłem mu wielką tajemnicę.

– Panie Makno, wszystko się zgadza oprócz kasy, jak to mówią. Nasze miasteczko to rzeczywiście dziura. Tylko że teraz to jest dziura prowadząca do przyszłości. Przez tę dziurę takie rzeczy wpompujemy do waszego parszywego świata, że wszystko się zmieni. Życie stanie się inne, normalne, każdy będzie miał to, czego potrzebuje. Taka to dziura. Przez tę dziurę rozwija się nauka. A kiedy zyskamy odpowiednią wiedzę, wszyscy staną się bogaci. I do gwiazd polecimy, i dotrzemy, gdzie nam się zamarzy. Taka właśnie to dziura…

 

Przerwałem, bo dostrzegłem, że Ernest patrzy na mnie z ogromnym zdumieniem, i zrobiło mi się głupio. Nie lubię powtarzać cudzych słów, nawet jeśli się z nimi zgadzam. Tym bardziej że mnie to zawsze jakoś nie tak wychodzi. Kiedy mówi Kirył, można się zasłuchać z otwartą gębą. A ja niby to samo wyłuszczam, ale jakoś dziwnie brzmi. Może dlatego, że Kirył nigdy nie podsuwał towaru Ernestowi…

A kochany Ernie zorientował się i szybciutko nalał mi od razu na sześć palców, jakby się martwił, że coś mi się dzisiaj stało. Ostronosy pan Makno znów wysączył odrobinę bourbona i mówi:

– Tak, oczywiście… Wieczne akumulatory, „niebieskie panaceum”… Ale czy naprawdę wierzy pan w to, co powiedział?

– Nie pańska sprawa, w co naprawdę wierzę – odpowiadam. – Mówiłem o mieście. A od siebie powiem tak: co mam niby wspaniałego zobaczyć w tej waszej Europie? Nudę waszą? W dzień harujesz, wieczorem gapisz się w telewizor, w nocy leziesz z paskudną babą do łóżka bachory płodzić. Te strajki, demonstracje, pieprzona polityka… W trumnie widzę waszą cuchnącą Europę.

– Ale czemu zaraz Europa? Są inne możliwości.

– E tam, wszędzie jest tak samo, a na Antarktydzie w dodatku zimno.

Co najdziwniejsze, wierzyłem z całej duszy w to, co mówię. I nasza Strefa, cholera zakichana, morderczyni, bardziej mi w tej chwili była bliska niż te ich Europy i Afryki. Pijany jeszcze nie byłem, ale na chwilę ogarnęła mnie wizja, jak to wracam zmordowany z pracy w tłumie takich samych kretynów, jak mnie dusi tłok w metrze, jak mi wszystko zbrzydło i nic mi się nie chce.

– A pan co powie? – Ostronosy zwraca się do Ernesta.

– Mam robotę – odpowiada dobitnie Ernie. – Nie jestem jakimś smarkaczem! Wszystkie pieniądze ulokowałem w tym interesie. Nieraz sam komendant do mnie zachodzi, prawdziwy generał, a nie jakaś kozia dupa. Po cholerę miałbym wyjeżdżać?

Makno zaczął coś tam mu wyjaśniać za pomocą liczb, ale już nie słuchałem. Chlapnąłem jak należy ze szklaneczki, wyjąłem z kieszeni drobne, zlazłem ze stołka i nastawiłem szafę grającą na cały regulator. Jest taka jedna piosenka Nie wracaj, jeśli nie masz pewności. Bardzo dobrze mi robi słuchanie jej po wizycie w Strefie. Automat grzmi i zawodzi, a ja biorę szklaneczkę i idę w kąt do „jednorękiego bandyty” uregulować stare porachunki. Czas zaczął mknąć jak wicher.

Przegrywam ostatnią monetę, a tu wkraczają w gościnne progi Richard Nounan z Szuwaksem. Szuwaks już prawie na rzęsach chodzi i patrzy tylko, komu by przyłożyć, a Richard troskliwie podtrzymuje go pod rękę i odwraca jego uwagę dowcipami. Świetna para! Szuwaks wielki, czarny jak oficerski bucior, kędzierzawy, ręce do kolan, a Dick maleńki, okrąglutki, różowiutki, zadowolony taki i życzliwy, że prawie emanuje własnym blaskiem.

– O! – woła Dick na mój widok. – Red jest tutaj! Chodź do nas, Red!

– Wła-właśnie! – ryczy Szuwaks. – W całym mieście jest tylko dwóch ludzi: Red i ja! Wszyscy pozostali to świnie, dzieci szatana! Red! Ty też szatanowi służysz, ale jednak człowiek z ciebie…

Podchodzę do nich ze swoją wódką, Szuwaks łapie mnie za ubranie, sadza przy stoliku i mówi:

– Siadaj, Rudy! Siadaj, sługo szatana! Lubię cię. Zapłaczmy razem nad grzechami ludzkości. Gorzko zapłaczmy!

– Zapłaczemy – potakuję. – A teraz łykniemy łez grzechu.

– Zaprawdę, nadchodzi ten dzień – zaczął wieszczyć Szuwaks. – Albowiem osiodłany został koń blady, a jeździec włożył już nogę w strzemię. I daremne są modlitwy zaprzedanych szatanowi. I ocaleni zostaną tylko ci, którzy wystąpili przeciwko niemu. Wy, dzieci człowiecze, szatanem opętane, szatańskimi świecidełkami omamione, szatańskich skarbów łaknące, powiadam wam: jesteście ślepe! Opamiętajcie się, kanalie, dopóki nie jest za późno! Podepczcie diabelskie błyskotki! – Nagle zamilkł, jakby zapomniał, co ma być dalej. – A dadzą mi tutaj coś do wypicia? – spytał zupełnie innym głosem. – Gdzie ja właściwie jestem?… Wiesz, Rudy, znów mnie wylali z roboty. Powiadają, żem agitator. A ja im tłumaczę: opamiętajcie się, ślepcy, ku przepaści pędzicie i innych ślepców za sobą ciągniecie! To się śmieją. Dałem kierownikowi po gębie i poszedłem. Wsadzą mnie teraz do mamra. A za co?

Wrócił Dick z butelką.

– Dzisiaj ja stawiam! – zawołałem do Ernesta.

Dick spojrzał na mnie bystro.

– Wszystko w porządku – mówię. – Premię będziemy przepijać.

– Chodziliście do Strefy? – pyta Dick. – Coś przynieśliście?

– Pełny „pustak” – wyjaśniam. – Ku chwale nauki. I pełne portki na dodatek. Polejesz gorzały czy gapimy się na siebie?

– „Pustak”! – zawodzi Szuwaks. – Dla jakiegoś tam „pustaka” życie ryzykowałeś! Przeżyłeś, lecz wyniosłeś na świat jeszcze jedno diabelstwo. Skąd możesz wiedzieć, Rudy, ile krzywdy i grzechu…

– Przymknij się, Szuwaks – mówię zniecierpliwiony. – Pij i ciesz się, że wróciłem żywy. Za powodzenie, chłopaki!

Dobrze poszło za powodzenie. Szuwaks całkiem się rozkleił – siedzi, płacze, łzy leją mu się z oczu jak z zepsutego kranu. To nic, znam go dobrze. To po prostu takie stadium – zalewać się łzami i przepowiadać, że Strefa to diabelska pokusa, nic stamtąd wynosić nie można, a co już zostało wyniesione, należałoby zwrócić i żyć tak, jakby Strefy wcale nie było. Co diabelskie diabłu, znaczy. Lubię tego Szuwaksa. W ogóle lubię cudaków. Kiedy ma pieniądze, skupuje towar od każdego i nawet się nie targuje, a potem w nocy zasuwa do Strefy, żeby go zakopać… Ależ ryczy teraz! To nic, jeszcze się rozkrochmali.

– A co to jest ten „pełny pustak”? – pyta Dick. – Zwykłe „pustaki” znam, ale żeby pełne? Pierwsze słyszę.

Wytłumaczyłem mu. Pokręcił głową, zacmokał.

– Tak. Ciekawe. To coś zupełnie nowego. Z kim chodziłeś? Z Rosjaninem?

– Tak. Z Kiryłem i z Tenderem. Wiesz, to nasz laborant.

– Musiałeś się z nimi nieźle namordować.

– No właśnie nie. Całkiem nieźle się trzymali. Szczególnie Kirył. Urodzony stalker. Trochę więcej doświadczenia, mniej młodzieńczej niecierpliwości i mógłbym z nim codziennie odwiedzać Strefę.

– I każdej nocy? – pyta Richard z uśmieszkiem.

– Daj spokój – proszę. – Żarty żartami…

– Wiem, żarty żartami, ale za takie można zdrowo po mordzie dostać. Niech będzie, możesz mi kiedyś wypłacić dwa plaskacze.

– Komu dwa plaskacze? – poderwał się Szuwaks. – Który to?

Chwyciliśmy go za ręce, posadziliśmy. Dick wetknął mu w usta papierosa. Szuwaks się uspokoił. A ludzi tymczasem przybywało. Cały bar już był oblepiony, większość stolików zajęta. Ernest zawołał swoje dziewczyny, zaczęły biegać, roznosić zamówienia – temu piwo, temu drinki, temu czystą. Widzę, że w ostatnim czasie w mieście pojawiło się sporo obcych. W większości to jacyś gówniarze w pstrych szalikach do podłogi. Podzieliłem się tym spostrzeżeniem z Dickiem. Zgodził się ze mną.

– Właśnie. Zaczynają się inwestycje budowlane. Instytut chce postawić trzy nowe gmachy, a oprócz tego zamierzają Strefę odgrodzić murem na długości od cmentarza do starego rancza. Kończą się dobre czasy dla stalkerów.

– A były w ogóle kiedyś dobre? – prycham. I myślę: No proszę, to mi nowiny. Czyli koniec z dorabianiem na boku. Może to i lepiej – mniejsza pokusa. Będę chodzić do Strefy w dzień, jak praworządny pracownik, wprawdzie pieniądze nie te, ale za to o ile bezpieczniej: „kalosz”, skafander, nie ma kłopotów z patrolami… Przeżyć można i za pensję, a pić się będzie za premię. I nagle ogarnął mnie smutek. Znów trzeba będzie każdy grosz liczyć – na to można sobie pozwolić, na to w żadnym wypadku, Gucie zbieraj na każdą kieckę, nie chodź do baru, lepiej do kina… A wszystko takie szare. Szary każdy dzień, każdy wieczór i każda noc.

Siedzę tak i myślę, a Dick nadaje mi nad uchem:

– Wczoraj zaszedłem do hotelowego baru łyknąć coś na lepszy sen. Siedzą jacyś nowi. Od razu mi się nie spodobali. Przysiada się jeden do mnie i zaczyna rozmawiać ogródkami, daje do zrozumienia, że mnie zna, wie, kim jestem, gdzie pracuję, i napomyka, że jest gotów dobrze zapłacić za różne tam usługi…

– Kapuś – mówię. Nie bardzo mnie to wszystko ciekawi, tajniaków widziałem mnóstwo i nasłuchałem się od nich o najróżniejszych usługach.

– Nie, kochanieńki, to nie szpicel. Lepiej posłuchaj. Chwilkę z nim pogadałem, oczywiście ostrożnie, udawałem naiwniaczka. Jego interesują pewne przedmioty w Strefie, i to przedmioty bardzo konkretne. Akumulatory, „świerzby”, „czarne bryzgi” i inna taka biżuteria mu niepotrzebna. A o tym, czego by chciał, tylko napomykał.

– A tak bliżej? – pytam.

– „Upiorna flegma”, jeśli dobrze zrozumiałem. – Dick jakoś dziwnie na mnie popatrzył.

– Ach, potrzebuje „upiornej flegmy”! – mówię odkrywczo. – A „lampy śmierci” przypadkiem by nie chciał?

– O to samo go zapytałem.

– I co?

– Wyobraź sobie, że też by reflektował.

– Tak? – Pokręciłem głową. – To niech sam sobie przyniesie. Toż to łatwe jak splunąć! „Upiornej flegmy” piwnice są pełne po sufit, tylko wziąć wiadro i nabierać. Pochówek na własny koszt.

Dick milczy, patrzy na mnie spode łba i nawet się nie uśmiecha. Co za cholera? Chce mi zaproponować pracę, czy jak? I nagle do mnie dotarło.

– Moment – mówię. – A kto to był? „Flegmy” nie wolno badać nawet w instytucie.

– Wreszcie załapałeś. – Dick cały czas wlepia we mnie wzrok. – Badania potencjalnie niebezpieczne dla ludzkości. Rozumiesz już, kto to taki?

Niczego nie rozumiałem.

– Przybysze z kosmosu, czy co?

Richard roześmiał się, poklepał mnie po ramieniu.

– Wypijmy lepiej, naiwny dzieciaku!

– Wypijmy – zgadzam się, ale jestem rozzłoszczony. Znaleźli sobie naiwnego dzieciaka, skurczybyki! – Hej, Szuwaks! Nie śpij, bierz kieliszek!

Ale Szuwaks śpi. Położył czarny łeb na czarny stolik, ręce opadły mu do ziemi. Wypiliśmy więc bez Szuwaksa.

– No dobrze – mówię. – Naiwniak ze mnie czy nie, ale na tego typa doniósłbym komu trzeba. Kto jak kto, lecz ja na pewno nie lubię policji, jednak sam bym doniósł.

– Jasne. – Dick się krzywi. – A tam by cię zapytali z miejsca, dlaczego też ów typ właśnie do ciebie się zwrócił.

Potrząsnąłem głową.

– Wszystko jedno. Ty, tłusty wieprzu, mieszkasz tutaj trzeci rok, a w Strefie nigdy nie byłeś, „upiorną flegmę” widziałeś tylko w telewizji. Jakbyś zobaczył na żywo, co potrafi zrobić z człowiekiem, porzygałbyś się z miejsca. To, mój drogi, straszna rzecz, nie wolno jej ze Strefy wynosić… Sam wiesz, że stalkerzy to ludzie z grubsza ciosani, tylko o forsie myślą, ale na coś takiego nie poszedłby nawet świętej pamięci Ślimak. Ścierwojad Barbridge też by się nie zgodził… Boję się zgadywać, komu i do czego potrzebne jest to świństwo…

– No cóż – mruczy Dick. – To wszystko prawda. Tylko widzisz, bracie, jakoś mi się nie uśmiecha, żeby pewnego pięknego ranka znaleźli mnie w łóżeczku i stwierdzili, że popełniłem samobójstwo. Nie jestem stalkerem, jednak człowiek ze mnie też prosty i rzeczowy, i żyć, rozumiesz, całkiem lubię. A że żyję od dawna, przywykłem do tego…

Nagle Ernest zawołał zza kontuaru:

– Panie Nounan! Telefon do pana!

– Co za diabeł – warknął Dick. – Znów pewnie jakaś reklamacja. Wszędzie człowieka znajdą. Wybacz na chwilę.

Wstał i poszedł odebrać telefon. A ja zostałem z Szuwaksem i butelką. Z Szuwaksa pożytku najmniejszego nie było, ale z butelki już tak. Diabli by wzięli Strefę, nigdzie nie ma od niej spokoju. Gdziekolwiek by się poszło, z kimkolwiek by się rozmawiało, zawsze Strefa, Strefa, Strefa… Pewnie, łatwo Kiryłowi opowiadać, że dzięki niej zapanuje wieczny pokój i powszechne szczęście. Kirył to dobry człowiek, nikt też go nie nazwie głupcem, wręcz przeciwnie, jest przecież uczonym, ale o życiu nie ma najmniejszego pojęcia. Nie jest sobie w stanie wyobrazić, ile różnych kanalii kręci się wokół Strefy. Choćby teraz, proszę bardzo – „upiorna flegma” komuś by się przydała. Nie, Szuwaks, choć to pijak, chociaż ma religijnego kręćka, ale jak tak pomyśleć, to można by mu przyznać rację, że należy oddać diabłu, co diabelskie. Nie ruszać gówna…

Nagle na miejscu Dicka siada jakiś szczeniak w kolorowym szaliku.

 

– Pan Schuhart? – pyta.

– A bo co?

– Mam na imię Kreon. Pochodzę z Malty.

– Tak? – Wzruszam lekko ramionami. – I co tam słychać na Malcie?

– Całkiem nieźle, ale nie o tym chciałem rozmawiać. Ernest mnie do pana skierował.

Tak, myślę sobie, jednak gnojek z tego Ernesta. Nie ma w nim litości, nic w nim nie ma. Siedzi sobie taki chłopaczek – smagły, czyściutki, przystojniutki, nie golił się chyba jeszcze nigdy ani porządnie dziewczyny nie ściskał, a Ernestowi wszystko jedno, zrobi wszystko, żeby jak najwięcej ludzi zagnać do Strefy. Choćby tylko co trzeci wrócił z towarem, wyjdzie na swoje…

– No i jak sobie żyje nasz stary Ernest? – pytam zjadliwie.

Chłopak ogląda się w stronę kontuaru i odpowiada:

– Jak na moje oko całkiem nieźle mu się powodzi. Chętnie bym się z nim zamienił.

– A ja nie. Wypijesz?

– Dziękuję, ale nie piję.

– To zapal.

– Przepraszam, ale również nie palę.

– Niech cię szlag! – Uśmiecham się. – Po cholerę ci więc pieniądze?

Poczerwieniał, spoważniał w jednej chwili.

– To już z pewnością tylko moja sprawa, panie Schuhart, nieprawdaż?

– Co prawda, to prawda – przytakuję i nalewam sobie na cztery palce. W głowie już, trzeba powiedzieć, nieco mi szumi, ciało ogarnia takie przyjemne odprężenie. Strefa całkiem odpuściła. – Teraz jestem pijany – mówię. – Bawię się, jak widzisz. Byłem w Strefie, wróciłem żywy i z forsą. Nieczęsto się zdarza, żeby wracać żywym, a jeszcze rzadziej, żeby z pieniędzmi. Odłóżmy więc poważne rozmowy na kiedy indziej…

Chłopak zrywa się, przeprasza, a ja widzę, że wrócił Dick. Stoi obok swojego krzesła i minę ma taką, że od razu wiem, że coś się stało.

– Co jest? – pytam. – Znów twoje butle nie trzymają?

– Tak. Znowu.

Siada, nalewa sobie, dolewa mnie, a ja widzę, że nie chodzi o reklamacje. Reklamacje, trzeba uczciwie powiedzieć, to on uczciwie i bezwzględnie olewa.

– Wypijmy – burczy. – Wypijmy, Red. – I nie czekając na mnie, opróżnia jednym haustem zawartość szklaneczki, znów nalewa. – Wiesz, co się stało? Kirył Panow nie żyje.

– W takim razie – mówię – wypijmy za spokój jego duszy.

Spogląda na mnie wielkimi oczami, a ja dopiero w tej chwili czuję, jakby się we mnie wszystko oberwało. Wstaję, opieram się rękami o blat i patrzę na Dicka z góry.

– Kirył?! – Przed oczami mam srebrną pajęczynę, znów słyszę, jak rwie się z potrzaskiwaniem.

Przez ten okropny odgłos dociera do mnie głos Dicka, jakby z bardzo daleka:

– Zawał serca. Znaleźli go pod prysznicem. Pytali o ciebie, powiedziałem, że jesteś zupełnie zdrowy. Nie mogą zrozumieć, co się stało.

– A co tutaj jest do rozumienia? Strefa…

– Siadaj. – Dick ciągnie mnie za rękaw. – Siadaj i napij się.

Nic nie widzę dookoła oprócz srebrnej pajęczyny. Cały bar jest w niej zaplątany, ludzie ruszają się, a nitki potrzaskują, kiedy się o nie ocierają. W środku stoi chłopak z Malty, na jego twarzy maluje się zdziwienie. Ta twarz jest taka dziecinna, biedak nic nie rozumie.

– Chłopaczku – mówię do niego łagodnie – ile potrzebujesz? Tysiąc wystarczy? Bierz… Bierz! – Wpycham mu pieniądze i krzyczę: – Idź do Ernesta, powiedz mu, że jest kanalia i podlec. Nie bój się, powiedz mu! To tchórz!… Powiedz i od razu idź na stację, kup bilet i spieprzaj na swoją Maltę! Nie zatrzymuj się nigdzie po drodze!…

Nie pamiętam, co tam jeszcze krzyczałem. W pewnej chwili ocknąłem się przed kontuarem, a Ernest postawił przede mną szklankę z napojem orzeźwiającym.

– Naprawdę jesteś dzisiaj przy forsie? – pyta.

– Tak. Jestem…

– To może kredyt mi zwrócisz? Muszę jutro zapłacić podatek.

I wtedy widzę, że ściskam w ręku forsę. Patrzę na nią i burczę:

– No proszę, znaczy nie wziął, Kreon Maltański… Dumny chłopak… Co tam, wszystko pozostałe to wyrok losu…

– Co się z tobą dzieje? – pyta Ernie. – Przesadziłeś trochę?

– Nie. Jestem w porządku.

– Poszedłbyś do domu. Jednak przesadziłeś.

– Kirył nie żyje – mówię.

– A to kto znowu? Ten ospowaty?

– Sam jesteś ospowaty, ćwoku – warczę. – Z tysiąca takich jak ty nie zrobiliby jednego Kiryła. Obrzydliwy typ z ciebie. Handlarzyk śmierdzący. Śmiercią handlujesz, sukinsynu. Kupiłeś nas wszystkich za zielone… Jak chcesz, to zaraz rozpieprzę twój kramik.

Zamachnąłem się jak należy i nagle czuję, że mnie łapią i gdzieś ciągną. A ja już nic nie rozumiem i rozumieć nie chcę. Drę się tylko, wyrywam, kopię na oślep. Oprzytomniałem dopiero w toalecie, cały mokry, z rozbitą gębą. Patrzę na siebie w lustrze i nie poznaję. Tik mam jakiś nerwowy, a nigdy dotąd nie miałem. Słyszę, że na sali hałas – coś trzaska, tłuką się naczynia, dziewuchy piszczą i Szuwaks wrzeszczy niczym biały niedźwiedź w rui: „Kajajcie się, wszy! Gdzie Rudy? Gdzieście Rudego zabrali, pomioty szatańskie?!”.

Syrena policyjna.

Kiedy tylko ją usłyszałem, w głowie od razu przejaśniało. Wszystko pamiętam, wszystko wiem, wszystko rozumiem. A w duszy pusto – jedna lodowata złość. Tak, myślę, zaraz ci urządzę wieczorek. Pokażę ci, kto to stalker, ty śmierdzący handlarzu. Wyjąłem z kieszeni „świerzba”, nowiutkiego, nieużywanego, parę razy ścisnąłem go między palcami dla rozruchu, uchyliłem drzwi i wrzuciłem do najbliższej spluwaczki. Potem otworzyłem okienko i wyskoczyłem na zewnątrz. Chciałbym, oczywiście, zobaczyć, jak rozwija się sytuacja, ale musiałem jak najszybciej spadać. Bardzo kiepsko znoszę „świerzby”, krew mi od nich z nosa leci.

Przebiegłem przez podwórze i słyszę, że ładunek zaczął działać na najwyższym biegu. Najpierw zawyły i rozszczekały się psy w całej dzielnicy. Zwierzęta pierwsze wyczuwają „świerzba”. Potem w knajpie ktoś zakrzyczał tak, że mi uszy zatkało mimo odległości. Wyobraziłem sobie, co tam się dzieje – ten wpadł w przygnębienie, tamten w szał bojowy, inny nie wie, gdzie się schować ze strachu… Straszna rzecz ten „świerzb”. Nieprędko zapełni się znowu lokal Ernesta. Pewnie się skurczysyn domyśli, że to ja, ale chrzanię to… Koniec. Nie ma już stalkera Reda. Wystarczy w zupełności. Nie będę sam na śmierć chodzić i innych durniów ze sobą ciągnąć. Pomyliłeś się, Kiryle, mój przyjacielu najdroższy. Wybacz, ale wychodzi na to, że nie ty miałeś rację, lecz ma ją Szuwaks. Ludzie nie powinni w Strefie niczego szukać. Nie ma tam nic dobrego.

Przelazłem przez płot i powlokłem się do domu. Gryzę wargi, chciałbym płakać, ale nie mogę. Przede mną pustka, nic nie ma. Nuda powszednich dni. Kiryle, przyjacielu jedyny, jak teraz będzie? Jak będzie bez ciebie? Rysowałeś mi wizje nowego, odmienionego świata… A teraz co? Może w dalekiej Rosji ktoś po tobie zapłacze, bo ja nie potrafię. A przecież to ja jestem wszystkiemu winien, cholera ciężka! Nikt inny, tylko ja! Jak mogłem, skurwiel jeden, zawlec go do garażu, zanim mu oczy przywykły do ciemności? Całe życie byłem jak wilk, tylko o sobie myślałem… I oto nagle postanowiłem kogoś uszczęśliwić, obdarować. Po kiego czorta w ogóle powiedziałem mu o tym „pustaku”?… Kiedy sobie o tym przypomniałem, poczułem gulę w gardle, miałem ochotę zawyć jak prawdziwy wilk. I chyba nawet zawyłem, bo ludzie jakoś dziwnie zaczęli ustępować mi z drogi. A potem nagle lżej mi się uczyniło, bo zobaczyłem Gutę.

Idzie mi naprzeciw, moja piękna, moja dziewuszka, idzie, swoimi ślicznymi nóżkami stąpa, sukieneczka kołysze się nad kolankami, wszyscy się na nią gapią, a ona idzie prosto jak strzelił i na nikogo nie zwraca uwagi. Od razu zrozumiałem, że mnie szuka.

– Witaj, Guta – mówię. – A gdzie żeś to się wybrała?

Obrzuciła mnie spojrzeniem i od razu dostrzegła wszystko – rozbitą gębę, mokrą kurtkę, pokaleczone pięści. Ale powiedziała tylko:

– Witaj, Red. Właśnie cię szukam.

– Wiem. Chodźmy do mnie.

Ona milczy, odwraca się i patrzy w bok. Jaką ma śliczną główeczkę, jaką szyjkę, zupełnie jak młodziutka klacz, dumna i niepokorna. A potem mówi: