Piknik na skraju drogi

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 84,90  67,92 
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4.

Redrick Schuhart, lat 31

Przez noc dolina ostygła, a o świcie zrobiło się całkiem zimno. Szli po nasypie, stąpając po spróchniałych podkładach między zardzewiałymi szynami. Redrick patrzył, jak na skórzanej kurtce Arthura Barbridge’a połyskują kropelki wytrącające się z gęstniejącej mgły. Chłopak stąpał lekko, wesoło, zupełnie jakby nie mieli za sobą nużącej nocy, nerwowego napięcia, od którego do tej pory drżała każda żyłka, dwóch potwornych godzin na mokrym czubku łysego wzgórza, które spędzili w męczącym półśnie, przyciśnięci do siebie plecami, żeby było cieplej, przeczekując strumień „zielonki” opływającej wzgórze i znikającej w parowie.

Po obu stronach nasypu zalegała mgła. Od czasu do czasu wpełzała na tory ciężkimi szarymi strugami i w tych miejscach szli po kolana w kłębiącej się leniwie zawiesinie. Pachniało mokrą rdzą, z błota po prawej ciągnęło stęchlizną. Nic wokół nie było widać prócz mgły, ale Redrick wiedział, że w obie strony ciągnie się pagórkowata równina z kamiennymi rozsypiskami, a za nią we mgle skrywają się góry. I wiedział jeszcze, że kiedy wzejdzie słońce, a mgła zamieni się w rosę, powinien zobaczyć gdzieś po lewej kadłub rozbitego śmigłowca i przed sobą szereg wagoników. Dopiero wtedy wszystko się zacznie.

Podrzucił wyżej plecak, żeby krawędź butli z helem nie wrzynała się w plecy. Ciężki sukinkot, jak z nim się czołgać? Półtora kilometra na czworakach… Ech, nie jęcz, stalkerze, dobrze wiedziałeś, na co się piszesz. Pięćset tysięcy dolców czeka na końcu drogi, dla takiej sumy można się nawet spocić. Łakomy kąsek, co? Na pewno im nie oddam za mniej niż pół miliona. Ścierwojad nie dostanie więcej niż trzydzieści tysięcy. A gówniarz… gówniarz nic nie dostanie. Jeśli stary gad powiedział chociaż pół prawdy, to gówniarz nie dostanie nic…

Znów spojrzał na plecy Arthura i przez chwilę obserwował, jak chłopak lekko idzie po dwa podkłady naraz, barczysty, wąski w biodrach, a długie kruczoczarne włosy kołyszą się w rytm kroków. Te włosy miał identyczne jak jego siostra. Sam się wpraszał, pomyślał ponuro Redrick. Sam. I dlaczego się tak napraszał? Drżał cały, łzy w oczach… „Niech pan mnie weźmie! Różni mi proponowali, ale ja bym chciał tylko z panem, przecież oni wszyscy do niczego się nie nadają! Tylko ojciec… Ale on teraz przecież nie może!”.

Redrick siłą woli odsunął to wspomnienie. Napawało go wstrętem i pewnie dlatego zaczął myśleć o siostrze chłopaka, o tym, jak z tą Diną spał – i na trzeźwo, i po alkoholu, i jakie to za każdym razem było rozczarowanie. Po prostu nie do pojęcia: taka śliczna baba, sto lat by się z nią człowiek kochał, a w istocie rzeczy to wydmuszka, kłamstwo, martwa kukła, nie kobieta. Kojarzyła mu się z guzikami na bluzce matki – były bursztynowe takie, półprzezroczyste, złociste, że chciało się je wsadzić do ust i ssać w oczekiwaniu jakiejś niezwykłej słodyczy. Więc brał je do ust i ssał, za każdym razem straszliwie się rozczarowywał. I za każdym razem zapominał o tym rozczarowaniu, a nawet nie to, że zapominał, lecz po prostu przestawał wierzyć własnej pamięci.

A może to jego ojczulek mi go podesłał, pomyślał o Arthurze. Ma przecież jakąś armatę w tylnej kieszeni… Nie, niemożliwe. Ścierwojad mnie zna. Wie, że ze mną nie warto zadzierać. I wie, jaki jestem w Strefie. Nie, to wszystko bzdura. Nie pierwszy ten smarkacz mnie prosił, nie pierwszy lał łzy, niektórzy nawet na kolana padali… A spluwy wszyscy oni ze sobą targają za pierwszym razem. Za pierwszym i ostatnim. Czyżby za ostatnim? Tak, chłopie! Tak właśnie, Ścierwojadzie, za ostatnim. Gdybyś się, tatuśku, dowiedział o tym jego pomyśle, własnymi kulami byś zatłukł syneczka swojego, w Strefie wymodlonego…

Nagle Red poczuł, że przed nimi coś jest. Niedaleko, o trzydzieści–czterdzieści metrów.

– Stój! – rzucił do Arthura.

Chłopak posłusznie zamarł w miejscu. Miał prawidłowe reakcje – zastygł z uniesioną nogą, dopiero po chwili powoli ją opuścił. Redrick stanął obok niego. Linia kolejowa schodziła tutaj w dół i całkiem znikała we mgle. A w tej mgle coś było. Coś wielkiego i nieruchomego. I niegroźnego. Redrick ostrożnie wciągnął nosem powietrze. Tak. Niegroźnego.

– Naprzód – powiedział cicho. Poczekał, aż Arthur zrobi krok, i ruszył za nim.

Widział kątem oka twarz towarzysza, jego rzeźbiony profil, czystą skórę policzka i zdecydowane wargi pod cieniutkimi wąsami.

Weszli we mgłę po pas, potem po szyję. Po upływie kilku sekund zamajaczyła przed nimi bryła wagonika.

– Już – powiedział Redrick, zdejmując plecak. – Siadaj tam, gdzie stoisz. Zapal sobie.

Arthur pomógł mu przy plecaku, a potem usiedli obok siebie na zardzewiałej szynie. Redrick otworzył klapę jednej z kieszeni, wyjął kanapki i termos z kawą, z zanadrza wydobył piersiówkę i z przymkniętymi oczami łyknął.

– Chcesz? – zaproponował, ocierając dłonią szyjkę. – Na odwagę…

Arthur pokręcił głową, nieco oburzony.

– Nie potrzebuję nic na odwagę, panie Schuhart. Wolałbym kawy, jeśli można. Straszna tu wilgoć, prawda?

– Prawda – zgodził się Redrick. Schował piersiówkę, wyjął kanapkę i zaczął jeść. – Kiedy mgła się rozwieje, zobaczysz, że tutaj dookoła same bagna. Kiedyś było tu zatrzęsienie komarów…

Zamilkł, nalał sobie kawy. Była gorąca, gęsta, słodka, w tej chwili smakowała o wiele lepiej niż alkohol. Pachniała domem, Gutą… I nie tak zwyczajnie Gutą, ale żoną w podomce, jeszcze zaspaną, z odciśniętym na twarzy guzikiem poduszki. Bardzo niedobrze, że się w to wplątałem, pomyślał. Pięćset tysięcy… Na cholerę mi tyle szmalu? Knajpę sobie za to kupię, czy co? Pieniądze są potrzebne tylko do tego, żeby o nich nie myśleć. To święta prawda i tutaj Dick ma rację. Ale w ostatnim czasie i tak o nich nie myślę. Bo po co mi teraz forsa? Mam dom z ogrodem, w Harmont zawsze się praca znajdzie… Podszedł mnie Ścierwojad, gnida obrzydliwa, podszedł mnie jak byle szczeniaka…

– Panie Schuhart – odezwał się nagle Arthur, patrząc w bok. – Pan naprawdę sądzi, że to coś spełnia życzenia?

– Przecież to bzdura – powiedział z roztargnieniem Redrick i zamarł z kubkiem przy ustach. – A skąd wiesz, po co idziemy?

Chłopak zaśmiał się zmieszany, przeczesał palcami czarne włosy.

– Domyśliłem się… Sam już nie wiem teraz, co mnie naprowadziło na tę myśl… Ale po pierwsze, ojciec kiedyś cały czas gadał o tej Złotej Kuli, a ostatnio przestał nagle, zamiast tego zaczął do pana łazić. Wiem przecież, że nie jesteście przyjaciółmi, cokolwiek by tam ojciec chrzanił… Po drugie, stał się jakiś dziwny. – Arthur znów się roześmiał i pokręcił głową na jakieś wspomnienie. – A ostatecznie wszystko do mnie dotarło, kiedy wypróbowywaliście ten ministerowiec… – Poklepał plecak, w którym znajdowała się ciasno zwinięta powłoka balonu. – Wyśledziłem was wtedy i widziałem, jak unosicie nim worek kamieni. Zdaje się, że w Strefie nie zostało już nic cięższego niż Złota Kula. – Ugryzł kanapkę, a potem mówił dalej z pełnymi ustami: – Nie rozumiem tylko, jak zamierza ją pan umocować, skoro z pewnością jest zupełnie gładka.

Redrick patrzył na niego znad kubka i rozmyślał, jak bardzo ojciec z synem są do siebie niepodobni. Ten chłopak wyglądał, jakby nie miał ze Ścierwojadem nic wspólnego. Ani twarzy, ani głosu, ani duszy. Ścierwojad miał głos ochrypły, przypochlebny, obrzydliwy jakiś, ale kiedy mówił o Kuli, mówił mocno. Nie dało się go nie słuchać. „Rudy – powiedział wtedy, pochylając się przez stół. – Zostało nas już tylko dwóch, ale też na dwóch mamy dwie nogi, obie twoje… Kto jeśli nie ty? Być może to najcenniejsza rzecz, jaka jest w Strefie! Komu się dostanie, co? Może tym lalusiom z ich maszynami? Przecież ja to znalazłem! Ilu naszych po drodze zginęło… A znalazłem ja! Nie zdradziłbym tajemnicy, ale widzisz, za krótkie mam teraz ręce… Nikomu oprócz ciebie nie powiem. Ilu ja młokosów zgromadziłem, szkołę całą dla nich otwarłem, ale żaden się nie nadaje, nie z tej gliny ich ulepiono… No dobrze, nie wierzysz w moc Kuli. Jak nie, to nie. Dla ciebie będą pieniądze. Dasz mi, ile zechcesz, znam cię, nie skrzywdzisz człowieka. A ja może nogi odzyskam. Odzyskam nogi, rozumiesz? Strefa mi je zabrała, może też ona mi je odda?”.

– Co? – spytał Redrick, otrząsając się ze wspomnień. Młody coś mówił.

– Pytałem, czy można zapalić, panie Schuhart.

– Jasne – odparł Redrick. – Pal sobie, pal, mówiłem przecież. Też wciągnę dymka.

Dopił kawę, wyjął papierosa i zapatrzył się w rzednącą mgłę. Psychol, pomyślał. Kompletny wariat. Nogi by chciał. Ścierwojad, gnida parszywa…

Po tych wszystkich rozmowach w duszy Reda zaległ jakiś osad trudny do określenia. W dodatku nie rozpraszał się z czasem, przeciwnie, gromadził się wciąż grubszy i grubszy. Nie wiadomo było, co to takiego, ale przeszkadzało, zupełnie jakby zaraził się od Ścierwojada, lecz nie jakimś świństwem, raczej siłą albo czymś podobnym. Nie, nie siłą. Czym w takim razie?

No dobrze, powiedział sobie. Może tak: wyobraźmy sobie, że nie doszedłem tutaj. Zebrałem się, spakowałem, ale coś się stało… Złapali mnie, na przykład. Byłoby źle? Na pewno. A dlaczego? Bo forsa przepadła? Nie, nie w tym problem. Że to dobro dostanie się kanaliom? Chrypakom i Szkieletom? No tak, coś w tym jest. Źle by było. Ale co mi do tego? Przecież wszystko jedno, co się komu dostanie…

– Brrr… – Arthur podrzucił ramionami. – Do kości mrozi. Panie Schuhart, może da mi pan teraz łyczek?

Redrick wyjął piersiówkę i podał mu. A przecież nie zgodziłem się od razu, pomyślał nagle. Dwadzieścia razy wysłałem Ścierwojada do diabła, a za dwudziestym pierwszym uległem. Jakoś stało się to ponad moje siły. I ostatnia rozmowa okazała się krótka i zdecydowana. „Cześć, Rudy. Mapę przyniosłem. Może jednak popatrzysz?”. Spojrzałem mu w oczy, a oczy u niego jak czyraki – żółte z czarną kropką – i powiedziałem: „Popatrzę”. Wszystko. Pamiętam, że pijany byłem wówczas, cały tydzień piłem. Na duszy mi było wyjątkowo paskudnie. A, co tam, wszystko mi jedno! Poszedłem to poszedłem. Po cholerę w tym grzebię jak patykiem w gównie! Boję się, czy co?

 

Wzdrygnął się. Z mgły doleciało długie, tęskne skrzypnięcie. Poderwał się jak dźgnięty ostrogą, zaraz potem Arthur skoczył na równe nogi. Ale znów było cicho, tylko żwir szurał cicho, osuwając się spod nóg.

– Chyba ładunek się wysypuje – wyszeptał Arthur niepewnie, z trudem dobierając słowa. – Wagoniki z kruszywem przerdzewiały… od dawna tu stoją…

Redrick patrzył prosto przed siebie i nic nie widział. Przypomniał sobie. Była noc. Zbudził go właśnie taki dźwięk, bolesny i tęskny, ginący jak we śnie. Tylko że to nie był sen. To krzyczała Małpeczka, siedząc w swoim łóżku pod oknem, a z drugiego końca mieszkania odpowiadał jej ojciec, podobnie długim i skrzypiącym głosem, tylko jeszcze z jakimś bulgotaniem. Tak się nawoływali i nawoływali w ciemności – cały wiek i jeszcze dłużej. Guta zbudziła się, chwyciła Redricka za rękę, czuł jej pokryte potem ramię. Leżeli sto lat i jeszcze sto lat, słuchając, a kiedy Małpeczka zamilkła i położyła się, Red poczekał jeszcze trochę, potem wstał, poszedł do kuchni i wypił pół butelki koniaku. Od tej nocy się rozpił.

– …albo żwir i kruszywo – mówił Arthur. – One osiadają z czasem. Od wilgoci, od erozji, z innych przyczyn.

Redrick popatrzył na jego pobladłą twarz i usiadł. Papieros wypadł mu z palców, zapalił więc nowego. Chłopak postał jeszcze, rozglądając się strachliwie, po chwili także usiadł i powiedział cicho:

– Słyszałem opowieści, że w Strefie ktoś żyje. Jacyś ludzie. Nie przybysze, ale ludzie właśnie. Niby że Wizyta zastała ich tutaj i zmutowali… przystosowali się do nowych warunków. Wie pan coś o tym?

– Tak – odparł Redrick. – Ale to nie tutaj. W górach. Na północnym zachodzie. Pasterze jacyś.

…Oto czym mnie zaraził, myślał. Szaleństwem swoim mnie zaraził. Dlatego tutaj polazłem. Tego właśnie tutaj szukam… Reda wypełniło jakieś dziwne, zupełnie nowe uczucie. Zdawał sobie sprawę, że to uczucie jednak wcale nie jest nowe, że dawno już czaiło się gdzieś we wnętrznościach, ale dopiero teraz domyślił się jego istnienia, wszystko znalazło się na swoim miejscu. To, co do tej chwili zdawało się bzdurą, szalonymi bredniami pieprzniętego starca, stało się jedyną nadzieją, jedynym sensem życia. Dopiero teraz zrozumiał, że jedynym, co mu zostało, co jeszcze trzymało go przy życiu przez ostatnie miesiące, była nadzieja na cud. On, głupiec i cymbał, odsuwał od siebie tę nadzieję, szydził z niej, przepijał ją, zadeptywał, bo tak się przyzwyczaił. Bo nigdy w życiu, od dziecka, nie liczył na nikogo prócz siebie, a ten rachunek nieodmiennie wyrażał się w banknotach, jakie udawało się wyrwać, wydrzeć, wygryźć z otaczającego obojętnego chaosu. Tak było zawsze i tak byłoby dalej, gdyby w końcu nie znalazł się w takiej pułapce, z której żadna forsa go nie wyciągnie, w której liczenie na siebie już nie wystarczy. A teraz nadzieja – już nie nadzieja, ale pewność – cudu wypełniła go od stóp po czubek głowy, dziwił się sam sobie, jak mógł przedtem żyć w takim beznadziejnym mroku… Roześmiał się, trącił Arthura w ramię.

– Co, stalkerze? – powiedział. – Zabrudziłeś majty? Przyzwyczajaj się, bracie, nie krępuj się, w domu odpierzesz.

Arthur spojrzał na niego ze zdziwieniem, uśmiechając się niepewnie. A Redrick zmiął przetłuszczony papier po kanapkach, wrzucił pod wagonik i legł na plecaku, opierając się na łokciu.

– No dobrze – rzekł. – A przypuśćmy, że ta Złota Kula rzeczywiście… Czego byś sobie zażyczył?

– Czyli jednak pan w to wierzy? – spytał szybko Arthur.

– To nieistotne, czy wierzę. Odpowiedz na pytanie.

I naprawdę zapragnął dowiedzieć się, o co może poprosić Złotą Kulę taki chłopak, młodziak zupełny, niedawno jeszcze uczniak. Z ciekawością obserwował, jak Arthur pochmurnieje, stroszy wąsiki, spogląda na niego i odwraca wzrok.

– Na pewno nogi dla ojca… – oświadczył wreszcie. – Żeby w domu zawsze było dobrze…

– Kłamiesz – przerwał mu Red dobrodusznym tonem. – Pamiętaj, bratku, że Złota Kula spełnia tylko skryte życzenia, tylko takie, które jeśli się nie spełnią, lepiej się powiesić.

Arthur Barbridge poczerwieniał, znów spojrzał na Reda i zaraz spuścił oczy, całkiem zrobił się czerwony, aż mu się łzy zakręciły pod powiekami. Redrick się roześmiał.

– Wszystko jasne. Dobrze, to nie moja sprawa. Zachowaj marzenia dla siebie… – Nagle przypomniał sobie o pistolecie i pomyślał, że jeśli jest jeszcze czas, trzeba wziąć pod uwagę wszystko, co można. – Co masz w tylnej kieszeni? – spytał niedbale.

– Pistolet – burknął Arthur i zagryzł wargi.

– Po co?

– Do strzelania, a do czego? – odparł chłopak wyzywająco.

– Wyrzuć go lepiej – powiedział surowo Redrick. – Dawaj go zaraz. W Strefie nie ma do kogo strzelać. Dawaj.

Arthur chciał coś powiedzieć, ale zmilczał, sięgnął za plecy, wyjął wojskowego kolta i podał go Redrickowi, trzymając za lufę. Schuhart wziął pistolet, podrzucił go i zapytał:

– Masz jakąś chustkę? Zawiniemy go.

Wziął od chłopaka chustkę do nosa, czyściutką, pachnącą wodą kolońską, zawinął pistolet i położył na podkładzie.

– Niech sobie na razie tutaj poleży. Jeśli Bóg pozwoli, wrócimy tu i zabierzemy. Może faktycznie trzeba się będzie ostrzeliwać patrolowcom… Chociaż ostrzeliwać się patrolowcom, bracie…

Arthur pokręcił zdecydowanie głową.

– Nie po to go wziąłem – oznajmił stanowczo. – Jest tylko jeden nabój w komorze. Gdyby mi się przytrafiło jak ojcu…

– A, jeśli o to idzie… – Redrick rozciągał słowa, świdrując chłopaka wzrokiem. – Możesz być spokojny. Gdyby tak się zdarzyło, do tego miejsca jakoś cię dociągnę, obiecuję… Patrz, rozwiewa się.

Mgła rzedła w oczach. Z nasypu spełzła całkiem, a na dole mleczny tuman osiadał i rozpływał się, ukazując okrągłe szczeciniaste wierzchołki pagórków, między którymi widać było gdzieniegdzie ospowatą powierzchnię skisłego bagna, pokrytą rzadkim laskiem wierzbowym. Na horyzoncie, za pagórkami, zabłysły jaskrawą żółcią szczyty gór, niebo nad nimi stało się jasnobłękitne. Arthur obejrzał się przez ramię i wykrzyknął w zachwycie. Redrick spojrzał w tamtą stronę. Na wschodzie góry zdawały się czarne, a nad nimi połyskiwała i przelewała się znajoma szmaragdowa łuna – zielona zorza Strefy. Redrick wstał, rozpiął pasek i spytał:

– Nie chcesz sobie ulżyć? Wiesz, potem nie będzie już gdzie i kiedy…

Poszedł za wagonik, przykucnął na nasypie i patrzył, jak szybko gaśnie zieleń, a zastępuje ją barwa różowa, zza grzbietów gór zaś wstaje pomarańczowy skrawek słońca. Pagórki zaczęły rzucać długie cienie, wszystko stało się ostre, wyraziste, widoczne jak na dłoni, a na wprost przed sobą o jakieś dwieście metrów Redrick dostrzegł helikopter. Maszyna spadła najwidoczniej w samo centrum „krwawego pola”, bo cały korpus był zgnieciony jak blaszany naleśnik, jedynie ogon pozostał cały, tylko lekko wygięty, tak że czarnym hakiem sterczał nad płaszczyzną między wzgórzami. Śmigło statecznika pozostało nienaruszone i poskrzypywało cicho, poruszane lekkim wiaterkiem. „Pole” musiało być potężne, nie nastąpił nawet porządny pożar, więc na spłaszczonej powierzchni połyskiwał czerwono-błękitny emblemat Królewskich Sił Powietrznych, którego Redrick nie widział już od nie wiadomo ilu lat i prawie zapomniał, jak wygląda.

Po załatwieniu potrzeby wrócił do plecaka, wyjął mapę i rozłożył ją na spieczonej powierzchni kruszywa w wagoniku. Kamieniołomu nie było stąd widać, zasłaniało go wzgórze z poczerniałym, spalonym drzewem na czubku. To wzgórze należało obejść z prawej strony, małym jarem między nim a drugim pagórkiem, który także było widać – był całkiem goły, o zboczach pokrytych kamiennymi osypiskami.

Zgadzały się wszystkie punkty orientacyjne, lecz Redrick nie był zadowolony. Wykształcony w ciągu wielu lat instynkt stalkera protestował przeciwko samej myśli, niedorzecznej i sprzecznej z logiką, aby wybierać drogę między dwoma bliskimi siebie wzniesieniami. Dobrze, pomyślał Red. Jeszcze zobaczymy. Na miejscu wszystko się okaże. Droga do tego jaru biegła przez bagno, po odkrytym równym terenie, który wydawał się stąd bezpieczny, ale po przyjrzeniu się Redrick zauważył między suchymi kępami jakąś ciemnoszarą plamę. Spojrzał na mapę. Zaznaczono na niej to miejsce krzyżykiem i koślawymi literami napisano „Szuler”. Czerwona linia trasy wiodła z prawej strony krzyżyka. Ksywa nie była obca Redowi, ale nie mógł sobie przypomnieć, kto to ten Szuler, jak wyglądał i kiedy zginął. Pamięć podsunęła tylko wspomnienie zadymionej sali w Bordgish, jakieś pijane drapieżne gęby, ogromne czerwone łapy zaciśnięte na szklankach, grzmiący rechot, rozdziawione żółtozębe paszcze – fantastyczna horda tytanów i gigantów zebranych przy wodopoju. To był jeden z najwyraźniejszych obrazów z młodości, czyli pierwsza wizyta w Bordgish. Co wtedy przyniosłem? Zdaje się, że „pustaki”. Prosto ze Strefy. Byłem mokry, głodny, oszołomiony, z workiem przerzuconym przez ramię. Wpadłem do tej knajpy, rzuciłem worek na kontuar przed samym nosem Ernesta, spoglądając dookoła groźnie i szczerząc zęby, wytrzymałem wodospad szyderstw, poczekałem, aż Ernest – jeszcze wtedy młody, zawsze z muszką pod szyją – odliczy ileś tam zielonych… Nie, wtedy to nie były jeszcze zielone, ale kwadraciaki, waluta królewska, z jakąś tam półnagą babką w płaszczu i wianku… Doczekałem się, schowałem forsę do kieszeni i niespodziewanie dla samego siebie capnąłem z kontuaru kufel i trzasnąłem nim w najbliższą roześmianą mordę…

Redrick uśmiechnął się i pomyślał: Może to właśnie był Szuler?

– Można tak przechodzić między wzgórzami, panie Schuhart? – spytał półgłosem Arthur. Stał obok Reda i również przyglądał się mapie.

– Zobaczymy na miejscu – stwierdził Redrick. Wciąż studiował mapę. Widniały na niej jeszcze dwa krzyżyki: jeden na zboczu pagórka z drzewem, drugi na kamiennym osypisku. Pudel i Okularnik. Trasa wiodła także między nimi. – Zobaczymy na miejscu – powtórzył, złożył mapę i schował do kieszeni.

Zlustrował Arthura od stóp do głów.

– Jak tam ze stolcem? – zapytał, a potem nie czekając na odpowiedź, rozkazał: – Daj mi plecak na ramiona… Pójdziemy jak przedtem. – Podskoczył, układając plecak, podregulował paski. – Idziesz przodem tak, żebym cię widział w każdym momencie. Nie oglądaj się, nasłuchuj uważnie. Mój rozkaz jest prawem. Pamiętaj, że trzeba będzie się sporo czołgać, nie bój się wszelkiego syfu, jeśli każę „morda w ziemię”, to wykonaj bez gadania… Zapnij kurtkę. Gotów?

– Gotów – odparł Arthur głucho. Widać było, że jest bardzo zdenerwowany. Policzki miał zupełnie czerwone, jak nigdy dotąd.

– Kierunek marszu tam. – Redrick machnął ręką w stronę najbliższego wzgórza, sto metrów od nasypu. – Jasne? To ruszamy.

Arthur westchnął spazmatycznie, przekroczył szynę, zaczął schodzić bokiem z nasypu. Żwir osypywał się za nim.

– Powoli, powoli – uspokajał Red. – Nie ma się dokąd tak śpieszyć.

Podążył ostrożnie śladem towarzysza, równoważąc ciężar plecaka pracą mięśni nóg. Kątem oka bezustannie obserwował chłopaka. Boi się szczeniak, myślał. I bardzo dobrze, że się boi. Na pewno ma przeczucia. Jeśli jest chociaż trochę podobny w tym do ojca, powinien coś przeczuwać… Żebyś ty wiedział, Ścierwojadzie, jak stoją sprawy. Żebyś ty wiedział, Ścierwojadzie, że tym razem cię posłucham. „A tutaj, Rudy, sam nie przejdziesz. Chcesz czy nie chcesz, musisz tym razem kogoś ze sobą zabrać. Mogę zaoferować któregoś z moich gówniarzy, z tych, co żal ich nie będzie”… Przekonałeś mnie. Pierwszy raz w życiu zgodziłem się na coś podobnego. No dobra. Może jakoś obejdzie się bez tego, ja to nie Ścierwojad, może uda się znaleźć inne wyjście…

– Stop! – rozkazał.

Arthur się zatrzymał. Stał po kostki w rdzawej wodzie. Zanim Redrick zszedł do niego, bagno już wciągnęło chłopaka po kolana.

– Widzisz ten kamień? – spytał Schuhart. – Ten pod wzgórzem. Kieruj się na niego.

Chłopak ruszył naprzód. Red puścił go na dziesięć kroków i dopiero sam poszedł. Trzęsawisko pod stopami cmokało i śmierdziało. To było martwe trzęsawisko – ani muszek, ani żab, nawet wierzbina wyschła tu i zgniła. Redrick rozglądał się na wszystkie strony, ale na razie było zupełnie spokojnie. Wzgórze zbliżało się powoli, zasłaniało niskie jeszcze słońce, potem zakryło całą wschodnią część nieboskłonu. Przy kamieniu spojrzał w stronę nasypu. Teraz słońce jasno go oświetlało, stał na nim rząd dziesięciu wagoników, część z nich wykoleiła się i leżały teraz na boku, żwir pod nimi pokryty był rudymi zaciekami wysypanego kruszywa. A dalej, w stronę kamieniołomu, na północ od wagonów, powietrze nad torami drżało i przelewało się, od czasu do czasu rozbłyskiwały tam i gasły natychmiast maleńkie tęcze. Redrick popatrzył na to drżenie, splunął i odwrócił się.

 

– Dalej – powiedział i Arthur skierował w jego stronę napiętą twarz. – Zaraz. Te szmaty widzisz? Nie, nie tam patrzysz, bardziej na prawo.

– Tak, widzę – odparł chłopak.

– To był niejaki Szuler. Kiedyś był. Nie słuchał starszych i teraz leży tam specjalnie po to, żeby pokazać mądrym ludziom drogę. Weź dwa palce w prawo od Szulera… Już? Odznaczyłeś sobie w pamięci? Tam, widzisz, wierzbina rośnie nieco gęściej… Tamtędy pójdziemy. Ruszaj!

Szli teraz równolegle do nasypu. Z każdym krokiem wody pod nogami ubywało, szybko wyszli na suchy grunt porośnięty kępami trawy. A z mapy wynika, że tutaj wszędzie jedno bagno, pomyślał Redrick. Stara już ta mapa. Dawno Barbridge tutaj nie chodził, nie miał jej kto zaktualizować. To źle. Jasne, łatwiej iść po suchym, wolałbym jednak to bagno… Ależ on kroczy, pomyślał o Arthurze. Jakby spacerował Główną Aleją.

Chłopak najwyraźniej już nieco okrzepł, bo szedł teraz pewnym krokiem. Jedną rękę wsunął do kieszeni, drugą swobodnie sobie machał, zupełnie jak na przechadzce. Redrick pogrzebał w kieszeni, wyjął dwudziestogramowy otoczak, wycelował i rzucił w głowę Arthura. Trafił w potylicę. Chłopak jęknął, chwycił się za głowę, skulił się i upadł na suchą trawę. Redrick stanął nad nim.

– Tak czasem bywa, Archie – powiedział pouczającym tonem. – To nie promenada, nie wyszedłeś sobie ze mną na spacerek.

Arthur wstał powoli. Był zupełnie blady.

– Wszystko jasne? – spytał Redrick.

Chłopak przełknął ślinę i pokiwał głową.

– Doskonale. A następnym razem dostaniesz w zęby. Jeśli jeszcze będziesz żywy. Naprzód!

Mógłby być niezły stalker z chłopaczka, myślał Redrick. Pewnie miałby ksywę Przystojniaczek. Przystojniaczek Archie. Mieliśmy już jednego Przystojniaka, nazywał się Dixon, a teraz wołają na niego Suseł. Jedyny stalker, który dostał się w „skręcarkę” i przeżył. Udało mu się. Kretyn nieszczęsny do dzisiaj sądzi, że go Barbridge wtedy uratował. Gówno prawda! Ze „skręcarki” nie da się nikogo wyciągnąć… Ale że ze Strefy go wywlókł, to na pewno. Taki właśnie szlachetny postępek ma Ścierwojad na koncie. Spróbowałby go nie wyciągnąć… To był czas, kiedy już te jego sztuczki wszystkich zdrowo wkurzyły i dostał wyraźne ostrzeżenie, co będzie, jeśli znowu wróci sam. Przecież właśnie wtedy nazwali go Ścierwojadem, przedtem miał ksywę Konisko.

Redrick poczuł na lewym policzku ledwie wyczuwalny ruch powietrza i zanim zdążył pomyśleć, już zawołał:

– Stój!

Wyciągnął rękę w lewo. Powiew był tam silniejszy. Gdzieś między nimi a nasypem znajdowało się „krwawe pole”, a może szło po samym nasypie, w końcu te wagoniki z jakiegoś powodu się poprzewracały. Arthur stał jak wryty, nawet się nie odwrócił.

– Idź nieco bardziej w prawo – polecił Red.

Tak, niezły byłby z niego stalker… Co za licho, żal mi go, czy jak? Tego jeszcze brakowało. A kto mnie kiedykolwiek pożałował?… Nie, tak w ogóle to i owszem, żałowali. Kirył mnie żałował. Dick Nounan mnie żałuje. Chociaż on może nie tyle ze względu na mnie, ile na Gutę, bo go do niej ciągnie. Ale pewnie i mnie żałuje, porządnym ludziom jedno w drugim nie przeszkadza… Tylko ja jakoś nie mam okazji nikogo żałować. Zawsze jest wybór „albo-albo”… Pierwszy raz z pełną ostrością wyobraził sobie ten wybór: albo ten chłopaczek, albo moja Małpeczka. A tutaj wybór jest oczywisty. Jeśli tylko cuda są możliwe, powiedział jakiś sceptyczny głos wewnątrz, a Red z przerażeniem i rozdrażnieniem zdusił go natychmiast.

Minęli kłąb szarych szmat. Z Szulera nie zostało literalnie nic, tylko opodal w zeschniętej trawie leżał przerdzewiały na wskroś pręt pelengatora. Był czas, kiedy wielu stalkerów korzystało z tych urządzeń. Kupowali je cichaczem u wojskowych intendentów, liczyli na nie jak na samego Pana Boga, a potem dwaj z rzędu zginęli z nimi, zabici przez podziemne wybuchy. Wtedy się skończyło. Kim był ten Szuler? Ścierwojad go tu przyprowadził czy sam przylazł? I dlaczego tak go ciągnęło w stronę kamieniołomu? Dlaczego nic o tym nie słyszałem?… Cholera, ależ przypieka! I to o poranku, a co będzie później?

Arthur, idący pięć kroków z przodu, otarł pot z czoła. Redrick zerknął na słońce. Wciąż jeszcze wisiało dość nisko. Nagle zdał sobie sprawę, że sucha trawa pod nogami nie szeleści, jak jeszcze przed chwilą, ale jakby skrzypi, niczym mąka ziemniaczana, nie jest już kłująca i twarda, jak przedtem, ale miękka i słaba. Rozsypywała się pod butem niczym płaty sadzy. Zobaczył wyraźnie odciśnięte ślady Arthura i rzucił się na ziemię, krzycząc: „Padnij!”.

Zarył twarzą w trawę, a ona zamieniła się w pył pod jego policzkiem. Zazgrzytał zębami ze złości – co za niepowodzenie! Leżał, starając się nie ruszać, wciąż jeszcze mając nadzieję, że może to się przesunie, chociaż wiedział przecież, że wpadli na całego. Upał rósł, napływał, oblewając całe ciało, oblepiał jak prześcieradło oblane wrzątkiem, oczy zalał pot.

– Nie ruszaj się, wytrzymaj! – zawołał do Arthura i sam starał się wytrzymać.

I daliby radę, wszystko by się skończyło dobrze, tylko by się spocili, ale okazało się to ponad siły Arthura. Albo nie dosłyszał wołania Redricka, albo zbyt się przeraził, a może przypiekło go jeszcze mocniej niż Schuharta. W każdym razie przestał nad sobą panować i z gardłowym wyciem rzucił się przygarbiony tam, gdzie skierował go bezmyślny instynkt, czyli do tyłu, w stronę, w którą absolutnie biec nie należało. Redrick ledwie zdążył unieść się i chwycić go obiema rękami za nogę, po czym zwalili się na ziemię, wzniecając tuman pyłu. Arthur krzyknął nienaturalnie wysokim głosem, rąbnął Redricka wolną nogą w twarz, skulił się i zadrżał, a Redrick, sam już ledwie wytrzymując ból, wpełzł na niego, wciskając poparzoną twarz w skórzaną kurtkę chłopaka, starając się go przydusić, wetrzeć w ziemię. Obiema rękami trzymał za długie włosy tłukącą się bezładnie głowę i wściekle uderzał czubkami butów oraz kolanami po nogach, po ziemi, po pośladkach. Słyszał jakby z dużej odległości jęki i wrzaski dochodzące spod niego, a także swój ochrypły krzyk: „Leż, kurwa, leż, bo zabiję!”. A z góry spadały coraz to nowe kaskady rozpalonego węgla, już zaczynała się palić odzież, już trzeszczała wzdymająca się pęcherzami skóra na nogach i bokach. Red, wciskając czoło w szary popiół, przyciskając piersią do ziemi głowę tego przeklętego smarkacza, nie wytrzymał i zawył na całe gardło…

Nie pamiętał, kiedy to się wreszcie skończyło. Zrozumiał tylko, że znów może oddychać, że powietrze na powrót stało się powietrzem, a nie rozgrzaną parą wypalającą gardło. Musieli się śpieszyć, żeby jak najszybciej wyrwać się z tego diabelskiego rusztu, zanim znów się uaktywni. Zszedł z Arthura, który leżał nieruchomo, chwycił jego nogi, przytrzymał pod pachą i pomagając sobie wolną ręką, poczołgał się do przodu, nie spuszczając oczu z linii, za którą znów zaczynała się trawa – martwa, sucha, kłująca, ale prawdziwa. Zdawała mu się teraz wspaniałym miejscem do życia. Popiół skrzypiał między zębami, oparzoną twarz co chwila oblewały resztki żaru, pot lał się w oczy, pewnie dlatego, że z brwi i rzęs nic nie zostało. Trudno było wlec Arthura, którego kurtka zdawała się czepiać każdej nierówności po drodze, pośladki paliły Reda żywym ogniem, przy każdym ruchu plecak urażał sparzoną potylicę. Ból i duchota sprawiły, że Redrick z przerażeniem pomyślał o poparzeniach – czy nie są aby śmiertelne?