Piknik na skraju drogiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 84,90  67,92 
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Пикник на обочине дороги

Copyright © 1972 by Arkady & Boris Strugatsky

Понедельник начинается в субботу

Copyright © 1964 by Arkady & Boris Strugatsky

ТРУДНО БЫТЬ БОГОМ

Copyright © 1964 by Arkady & Boris Strugatsky

За миллиард лет до конца света

Copyright © 1976, 1977 by Arkady & Boris Strugatsky

Улитка на склоне

Copyright © 1966, 1968 by Arkady & Boris Strugatsky

All rights reserved

Projekt okładki

Dark Crayon/Piotr Cieśliński

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Korekta

Maciej Korbasiński

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8234-593-3

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

PIKNIK NA SKRAJU DROGI

Przełożył Rafał Dębski

Trzeba tworzyć dobro ze zła,

bo nie ma nic innego,

z czego by można je tworzyć.

R.P. Warren

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Fragment wywiadu przeprowadzonego przez korespondenta Radia Harmont z doktorem Valentinem Pealmanem z okazji przyznania mu Nagrody Nobla

– …Zgodzi się pan chyba, doktorze, że za pierwsze ważne odkrycie w pana karierze należy uznać tak zwany radiant Pealmana?

– Wydaje mi się, że jednak nie. Radiant Pealmana nie był ani pierwszy, ani specjalnie ważny, ani – prawdę rzekłszy – nie należy nazywać go odkryciem. A jeśli już, to nie całkiem moim odkryciem.

– Oczywiście pan żartuje, doktorze. O radiancie Pealmana słyszał przecież każdy uczeń.

– To mnie akurat nie dziwi, gdyż istnienie rzeczonego radiantu zauważył jako pierwszy właśnie uczeń. Niestety, nie pamiętam, jak się nazywał. Proszę sprawdzić w Dziejach Wizyty Stetsona, gdzie wszystko zostało dokładnie wyjaśnione. Radiant odkrył jakiś uczeń, następnie współrzędne opublikował jako pierwszy pewien student, a potem z jakiegoś powodu ochrzczono to odkrycie moim imieniem.

– Tak, z odkryciami nieraz dzieją się zadziwiające rzeczy. Czy mógłby pan wyjaśnić naszym słuchaczom…

– Proszę uważnie posłuchać. Radiant Pealmana to bardzo prosta sprawa. Proszę sobie wyobrazić, że wprawił pan w ruch wielki globus i zaczął do niego strzelać z rewolweru. Dziury w globusie uczynione podczas obrotu zawsze utworzą pewną płynną krzywą. Cały sens tego, co pan określił mianem mojego pierwszego ważnego odkrycia, zasadza się na fakcie, że wszystkie Strefy Wizyty układają się na powierzchni naszej planety tak, jakby ktoś oddał do niej sześć strzałów z rewolweru, znajdując się gdzieś na linii łączącej Ziemię z Denebem. Deneb jest najjaśniejszą gwiazdą konstelacji Łabędzia, a punkt na nieboskłonie, z którego strzelano – że tak to sobie pozwolę określić – nazwano właśnie radiantem Pealmana.

– Dziękuję, doktorze. Drodzy słuchacze, wreszcie wyjaśniono nam sensownie, czym jest sławetny radiant! A przy okazji chciałbym przypomnieć, że przedwczoraj minęło trzynaście lat od dnia Wizyty. Doktorze Pealman, może zechce pan powiedzieć naszym słuchaczom parę słów z tej okazji?

– A co by ich właściwie zaciekawiło? Proszę wziąć pod uwagę, że w owym czasie nawet nie przebywałem w Harmont…

– Tym bardziej interesujące byłoby dowiedzieć się, co pan pomyślał, kiedy pańskie rodzinne miasto znalazło się w centrum zainteresowania obcej supercywilizacji…

– Prawdę mówiąc, najpierw uznałem, że to zwyczajna kaczka dziennikarska. Trudno mi było sobie wyobrazić, że w naszym starym, małym Harmont może się zdarzyć coś podobnego. Wschodnia Syberia, Uganda, południowy Atlantyk, proszę bardzo, to jeszcze jakoś dawało się wyjaśnić. Ale Harmont?

– Jednak w końcu musiał pan w to uwierzyć.

– W końcu tak.

– I co pan wtedy pomyślał?

– Przyszło mi nagle do głowy, że Harmont i pozostałe pięć punktów wydarzenia nazwanego Wizytą… o, przepraszam, wówczas było wiadomo tylko o czterech innych… Otóż rzeczywiście wówczas pomyślałem, że wszystkie punkty wyznaczają bardzo płynną krzywą. Sprawdziłem współrzędne radiantu i wynik opublikowałem w „Nature”.

– I w żaden sposób nie martwił się pan losem rodzinnego miasta?

– Widzi pan, wówczas już uznałem, iż Wizyta rzeczywiście miała miejsce, ale w żaden sposób nie mogłem zmusić się do uwierzenia w sensacje o płonących dzielnicach, o potworach pożerających starców i dzieci, o krwawych starciach między niezniszczalnymi intruzami a ponoszącymi najwyższe ofiary, dzielnymi królewskimi oddziałami pancernymi.

– I miał pan rację. Pamiętam, że nasz korespondent nieźle wówczas narozrabiał… Wróćmy jednak do spraw naukowych. Odkrycie radiantu Pealmana stanowiło pierwszy, lecz na pewno nie ostatni pański wkład w badanie spraw związanych z Wizytą, prawda?

– Pierwszy i ostatni.

– Ale przecież bez wątpienia uważnie obserwował pan przez cały ten czas międzynarodowe poszukiwania w Strefach…

– Tak… Od czasu do czasu zdarza mi się przekartkować „Raporty”.

– Ma pan na myśli „Raporty Międzynarodowego Instytutu Obcych Cywilizacji”?

– Zgadza się.

– A zatem co, pana zdaniem, okazało się najważniejszym odkryciem przez te trzynaście lat?

– Sam fakt Wizyty.

– Można bliżej?

– Wizyta jako taka wydaje się najważniejszym wydarzeniem nie tylko ostatnich trzynastu lat, ale całej historii ludzkości. Nie jest tak istotne, kim są czy kim byli przybysze. Nieważne, skąd przylecieli, po co, dlaczego przebywali na Ziemi tak krótko i gdzie udali się później. Ważne, że teraz ludzkość wie z całą pewnością, iż nie jest sama we wszechświecie. Obawiam się, że Międzynarodowy Instytut Obcych Cywilizacji nie będzie miał już więcej okazji dokonać bardziej fundamentalnego odkrycia.

– To bardzo interesujące, doktorze Pealman, ale pytając, miałem raczej na myśli sprawy związane z nowymi technologiami. Odkrycia, które człowiek mógłby wykorzystać we własnej nauce i technice. Przecież bardzo wielu uczonych uważa, że to, co znajduje się w Strefach Wizyty, mogłoby zmienić bieg naszej historii.

– Cóż, ja sam nie należę do zwolenników tego poglądu. Jeśli zaś chodzi o konkretne znaleziska, nie jestem specjalistą.

– Jednak od dwóch już lat jest pan konsultantem Komisji Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wizyty…

– Owszem, lecz nie ma to żadnego związku z badaniem pozaziemskich cywilizacji. W komisji wraz z kolegami reprezentujemy społeczność międzynarodową, ale tylko w kwestiach dotyczących kontroli realizacji decyzji ONZ w sprawie internacjonalizacji Stref. Mówiąc dosadnie, pilnujemy, żeby cudami znalezionymi w Strefach Wizyty rozporządzał tylko Międzynarodowy Instytut Obcych Cywilizacji.

– Czy po owe cuda ktoś śmie wyciągać ręce?

– Tak.

– Zapewne ma pan na myśli stalkerów?

– Nie wiem, o kim pan mówi.

– W Harmont tak nazywa się śmiałków, którzy na własne ryzyko zakradają się do Strefy i przynoszą wszystko, co uda się znaleźć. Stało się to wręcz nową profesją.

– Rozumiem. Ale akurat to nie leży w naszych kompetencjach.

– Oczywiście. Tym zajmuje się policja. Lecz byłoby interesujące dowiedzieć się w takim razie, co właściwie wchodzi w wasze kompetencje.

– Mamy do czynienia z ciągłym wypływem materiałów ze Stref Wizyty, a trafiają one do nieodpowiedzialnych osób i całych organizacji. Zajmujemy się nie przyczynami, ale skutkami tego wypływu.

– A nieco konkretniej, panie doktorze?

– Może lepiej porozmawiajmy o sztuce? Czy słuchaczy nie zainteresuje raczej moje zdanie na temat niezrównanej Gwendy Mueller?

– Ależ oczywiście! Ale najpierw chciałbym zamknąć temat związany z nauką. Czy pana, jako uczonego, nie kusi, aby samemu zająć się pozaziemskimi cudami?

– Jak by to powiedzieć… Niewykluczone.

– A zatem można mieć nadzieję, że pewnego pięknego dnia mieszkańcy naszego pięknego miasta spotkają na ulicy znakomitego obywatela Harmont?

– To całkiem możliwe.

1.

Redrick Schuhart, lat 23, kawaler, laborant Międzynarodowego Instytutu Obcych Cywilizacji, filia w Harmont

Stoimy sobie dzień wcześniej w magazynie. Wieczór już, wystarczy tylko zrzucić kombinezony i pokulać się do Bordgish na coś mocniejszego. No to sterczę sobie tak, ścianę podpieram, już zrobiłem, co do mnie należało, więc trzymam w gotowości papierosa, bo palić mi się chce jak diabli – dwie godziny bez dymka – a ten się grzebie jak mucha w smole. Jeden sejf załadował, zamknął i opieczętował, teraz wziął się do drugiego. Wyjmuje z transportera „pustaki”, każdy ogląda ze wszystkich stron (a ciężkie są cholery, będzie ze sześć i pół kilo sztuka) i z chrząknięciem równiutko układa na półce.

Walczy z tymi „pustakami” okrutnie długo i na mój gust bez najmniejszego pożytku dla ludzkości. Na jego miejscu dawno bym już na to plunął i zajął się czymś innym za te same pieniądze. Chociaż, z drugiej strony, jeśli się zastanowić, „pustak” to naprawdę rzecz zagadkowa i jakaś taka niepojęta. Mnóstwo już ich przytargałem, a jednak za każdym razem jak ścierwo zobaczę, nie mogę wyjść ze zdumienia. Składa się tylko z dwu miedzianych dysków wielkości spodków, grubych na pięć milimetrów, odległość między nimi wynosi dokładnie czterdzieści centymetrów i oprócz pustki nic tam nie ma. Literalnie nic. Można przesunąć rękę, można i głowę wsadzić, gdyby komuś całkiem odbiło z nudów. Tylko pustka, samo powietrze. A jednak wiąże je jakaś potworna siła, tak to przynajmniej rozumiem, dlatego jeszcze nikomu nie udało się ich ani do siebie przybliżyć, ani rozciągnąć.

 

Naprawdę trudno opisać „pustaki” na użytek kogoś, kto ich nigdy nie widział. Wszystko tutaj wydaje się aż nazbyt proste, kiedy się już wreszcie „pustak” zobaczy i uwierzy w jego istnienie. To tak jakby nakazać komuś opisywać szklankę albo – nie daj Boże – kieliszek. Tylko palcami będzie człowiek przebierał i klął w bezradnej desperacji. Dobrze, będziemy udawać, że wszystko jest zrozumiałe, a jeśli ktoś nie pojął, niech sobie weźmie „Raporty”, bo tam w każdym wydaniu można znaleźć informacje o tych cholernych „pustakach” wraz ze zdjęciami…

Kirył walczy z tymi „pustaczkami” już prawie rok. Pracuję z nim od samego początku, ale do tej pory nie zdołałem się zorientować, czego od nich chce. Inna rzecz, że mi na tej wiedzy specjalnie nie zależy. Niech sam najpierw zrozumie, o co mu chodzi, a wtedy go może wysłucham. Na razie jedno jest dla mnie jasne: chciałby chociaż jeden rozwalić, spalić kwasami, rozkruszyć pod prasą, rozpuścić w piecu hutniczym. Wtedy wszystko stanie się dla niego jasne, zyska sławę, a nauka całego świata zadrży w ekstazie. Lecz na razie, jak mi się zdaje, do tej wiekopomnej chwili jest jeszcze bardzo daleko. Na razie Kirył niczego nie osiągnął, zgryzł się tylko, zrobił się jakiś taki szary, milczący, a jego oczy nabrały wyrazu jak u chorego psa, zaczęły nawet łzawić. Gdyby to był ktoś inny, po prostu spiłbym go do nieprzytomności, zaprowadził do fajnej dziewuchy na porządny rozruch, a nazajutrz znów bym go skuł i znów posłał do dziewuchy, tym razem innej. Po tygodniu byłby jak nowy – uszy w górę, portki w dół, nóżki na stół, ogon jak drąg. Tylko że na Kiryła taka kuracja nie podziała, nie ma nawet co próbować. Nie taka jego natura.

I tak stoimy w magazynie, patrzę na niego, jaki się zrobił, jak mu się oczy zapadły, i zrobiło mi się go żal, aż serce ścisnęło. Wtedy postanowiłem. A właściwie trudno powiedzieć, że ja postanowiłem, bo miałem wrażenie, jakby ktoś kazał mi to powiedzieć.

– Słuchaj, Kirył…

A ten stoi, trzymając ostatni „pustak” z takim wyrazem twarzy, jakby cały chciał w niego wejść.

– Słuchaj, Kirył! A chciałbyś dostać pełny „pustak”?

– Pełny „pustak”? – Uniósł brwi i popatrzył na mnie, jakbym po chińsku do niego zagadał.

– No tak. To znaczy tę twoją hydromagnetyczną pułapkę… czy jak to tam nazywasz… obiekt siedemdziesiąt siedem-be. Tylko że z takim niebieściutkim gównem w środku.

Widzę, że zaczęło do niego docierać. Popatrzył na mnie, zmrużył oczy, a za łzawą psią zasłoną rozbłysło coś jakby światełko rozumu. Chyba tak się zwykł o podobnym zjawisku wyrażać.

– Czekaj – mówi. – Pełny? Taki „pustak”, ale pełny?

– No tak, przecież mówię.

– Skąd?

I już – wyleczył się mój Kirył. Uszy do góry, portki w dół, nóżki na stół, ogon jak drąg.

– Chodźmy – proponuję – zapalimy.

Schował szybko „pustak” do sejfu, zamknął drzwi, przekręcił zamek i poszliśmy z powrotem do laboratorium. Za pusty obiekt Ernest płaci teraz cztery stówy, a za pełny bym z niego, sukinsyna, całą podłą krew wypił. Można mi wierzyć lub nie, ale w tej chwili nawet nie myślałem o zysku, widząc, że Kirył wrócił między żywych, wyprężył się jak struna, aż się zdawało, że zadźwięczy, a po schodach leciał po cztery stopnie naraz, niecierpliwy taki, że nawet człowiekowi zapalić by nie pozwolił. Opowiedziałem mu wszystko ze szczegółami: jaki to „pustak”, gdzie leży i jak najlepiej się do niego dobrać. Od razu wyjął mapę, znalazł ten garaż, nadusił punkt palcem, spojrzał na mnie i z miejsca wszystko zrozumiał. Zresztą co tu niby było do zrozumienia…

– Ożeż ty! – Śmieje się od ucha do ucha. – Co poradzisz? Trzeba iść. Najlepiej jutro rano. Na dziewiątą zamówię przepustki i „kalosz”. Jak dobrze pójdzie, o dziesiątej wyjdziemy. Może być?

– Może – odpowiadam. – A kto na trzeciego?

– Po co nam jakiś trzeci?

– Bo wiesz, Kirył, to nie imprezka z dziewczętami. A gdyby ci się coś stało? Przecież to Strefa, porządek musi być.

Uśmiechnął się znowu i wzruszył ramionami.

– Jak uważasz, ty już wiesz lepiej.

Jeszcze by nie! Pewnie, że lepiej. Oczywiście, Kirył był wielkoduszny, starał się specjalnie dla mnie: przecież trzeci niepotrzebny, poradzimy sobie we dwóch, wszystko odbędzie się dyskretnie, nikt się nie domyśli niczego na mój temat. Tylko że ja wiedziałem doskonale jedno – pracownicy instytutu nie chodzą do Strefy w parach. Procedura wymaga, żeby dwóch wykonywało zadanie, a trzeci służył za obserwatora.

– Wziąłbym Austina – mówi Kirył. – Ale ty pewnie nie zechcesz. Chyba że coś się zmieniło?

– Nie – odpowiadam. – Tylko nie Austina. Jego weźmiesz innym razem.

Austinowi w sumie nic nie brakuje – odwaga i ostrożność występują u niego w odpowiednich proporcjach, lecz według mnie ten gość jest naznaczony. Nie potrafiłbym tego wytłumaczyć Kiryłowi, ale ja takie rzeczy widzę: jeśli ktoś uznał, że zna Strefę i całkowicie ją rozumie, wkrótce go szlag trafi. Tylko że ja wtedy nie mam ochoty być w pobliżu.

– No dobrze – mówi Kirył. – A Tender?

Tender to drugi laborant. Niczego sobie chłop, spokojny.

– Trochę za stary. I dzieciaki ma…

– Nie szkodzi, bywał już w Strefie.

– Dobrze – zgadzam się. – Niech będzie Tender.

Zostawiłem Kiryła nad mapą, a sam poszedłem prosto do Bordgish. Zgłodniałem potwornie i w gardle mi zaschło.

No i dobrze. Następnego dnia przychodzę do roboty jak zwykle przed dziewiątą, pokazuję przepustkę. Służbę w wartowni ma ten drągalowaty sierżant, któremu w zeszłym roku dałem wycisk, kiedy się po pijaku cisnął do Guty.

– Czołem – mówi. – Szukają cię po całym instytucie, Rudy.

Przerywam mu bardzo bardzo uprzejmie:

– Dla ciebie nie jestem Rudy, koleś. I nie podlizuj mi się, buraku.

– Jak rany, Rudy! – dziwi się. – Przecież wszyscy tak do ciebie mówią.

A ja przed wyjściem do Strefy odczuwam podniecenie, w dodatku jestem całkowicie trzeźwy. Chwytam trepa za wszarz i mówię mu, kim jest i w jaki sposób przyszedł na świat. Sierżant spluwa, zwraca mi przepustkę i darowuje sobie jakiekolwiek uprzejmości:

– Redrick Schuhart ma natychmiast zgłosić się do kapitana Herzoga, pełnomocnika wydziału bezpieczeństwa.

– O, właśnie – odpowiadam. – Tak, to co innego. Ucz się pilnie, panie sierżancie, a zostaniesz porucznikiem.

I myślę sobie: Co to znowu ma być? Po jaką nagłą jestem potrzebny kapitanowi Herzogowi w godzinach pracy? Dobra, pójdę się zameldować. Will ma gabinet na trzecim piętrze, ładny gabinet. I kraty w oknach, zupełnie jak w komisariacie policji. Siedzi przy biurku, pyka z fajki i wystukuje jakiś raport, a w kącie sierżancik przekopuje żelazną szafę. Nowy jest, nie znam go jeszcze. W naszym instytucie tych sierżantów jest jak psów, więcej niż w jakiejś dywizji, a wszyscy do siebie podobni: rumiani, krew z mlekiem. Nie wolno ich puszczać do Strefy, a na problemy świata mogą lać grubym strumieniem moczu z trzeciego piętra.

– Dzień dobry – mówię. – Wzywał mnie pan?

Will patrzy na mnie jak na powietrze, po czym odsuwa klawiaturę, kładzie przed sobą grubą teczkę i zaczyna przekładać kartki.

– Redrick Schuhart? – pyta.

– We własnej osobie. – Z trudem powstrzymuję chichot. Nerwy puszczają.

– Od kiedy pracuje pan w instytucie?

– Trzeci rok.

– Ma pan rodzinę?

– Jestem sam – mówię. – Sierota.

Wtedy odwraca się do swojego podoficerka i wydaje rozkaz surowym głosem:

– Sierżancie Lummer, pójdziecie do archiwum i przyniesiecie akta sprawy numer sto pięćdziesiąt.

Sierżancik zasalutował i zniknął, a Will zamknął teczkę i spytał ponurym tonem:

– Co, recydywa?

– Jaka recydywa?

– Sam wiesz najlepiej. Znów przyszły materiały w twojej sprawie.

Tego się mogłem spodziewać.

– A skąd przyszły?

Nachmurzył się, zaczął nerwowo stukać fajką w popielniczkę.

– Nie twoja rzecz – mówi. – Uprzedzam cię po starej znajomości: rzuć to, rzuć na zawsze. Jeśli cię złapią drugi raz, nie wykpisz się sześcioma miesiącami. A z instytutu wylecisz raz na zawsze w trybie natychmiastowym, dotarło?

– Dotarło – odpowiadam. – To rozumiem, oczywiście. Nie mam tylko pojęcia, co za gnój na mnie naszczekał…

Ale on znów patrzy na mnie ołowianym wzrokiem, śwista przez pustą fajkę i przekłada kartki. To dlatego, że właśnie wrócił sierżant Lummer ze sprawą numer sto pięćdziesiąt.

– Dziękuję, Schuhart – mówi kapitan Will Herzog zwany Wieprzem. – To wszystko, jest pan wolny.

Poszedłem do przebieralni, włożyłem kombinezon, zapaliłem. Przez cały czas męczyło mnie pytanie: Co jest grane? Skąd Herzog dostał cynk? Jeśli z instytutu, to wszystko kłamstwo, bo nikt o mnie tutaj nic nie wiedział i wiedzieć nie mógł. A jeśli informację przysłała policja… Ale oni nie mogą mieć innych danych oprócz moich starych spraw. A może Ścierwojad wpadł? Ten skurwiel, żeby ratować siebie, każdego pogrąży… Myślałem, myślałem i niczego nie wymyśliłem, więc dałem sobie spokój. Ostatni raz byłem w Strefie nocą trzy miesiące temu, łup już praktycznie upłynniłem, a pieniądze wydałem. Nie złapali mnie na gorącym uczynku, to mogą mnie cmoknąć w lewy pośladek.

Ale teraz, kiedy wchodziłem już po schodach, nagle mnie olśniło. Tak olśniło, że wróciłem do przebieralni, usiadłem i znów zapaliłem. Wychodziło na to, że nie mogę dzisiaj iść do Strefy. Jutro też nie. Ani pojutrze. Wychodziło na to, że te skurczybyki mnie pilnują, nie zapomnieli o mnie, a jeśli nawet, to ktoś im przypomniał. Nieważne teraz, kto konkretnie. Nie ma stalkera, który podejdzie do Strefy bliżej niż na strzał z pistoletu, jeśli wie, że jest obserwowany. Powinienem się teraz gdzieś zamelinować, wpełznąć w najciemniejszy kąt. I rżnąć głupa – jaka znowu Strefa? Przecież nie chodzę tam już od wielu miesięcy, nawet z przepustką! Dlaczego się czepiacie uczciwego laboranta?

Przemyślałem to sobie i poczułem nawet coś na kształt ulgi, że dzisiaj nie wolno mi leźć do Strefy. Tylko jak to wyjaśnić delikatnie Kiryłowi?

Powiedziałem po prostu:

– Nie idę do Strefy. Jakie mi przydzielisz zadanie?

Rzecz jasna, najpierw wytrzeszczył na mnie gały. Potem widać zaczął czegoś się domyślać, bo wziął mnie pod ramię, zaprowadził do swojego gabinetu, posadził za biurkiem, a sam przysiadł na parapecie. Zapaliliśmy w milczeniu.

– Coś się stało, Red? – zapytał ostrożnie.

Co mu powiedzieć?

– Nie. Nic się nie stało. Wczoraj przegrałem w pokera dwadzieścia dolców. Nieźle gra ten Nounan, cwaniak…

– Czekaj – przerwał mi Kirył. – Ty co, rozmyśliłeś się?

Aż jęknąłem z napięcia.

– Nie mogę – wycedziłem przez zęby. – Nie mogę, rozumiesz? Herzog mnie przed chwilą wezwał.

Kirył oklapł. Znów wyglądał jak sto nieszczęść, a jego oczy stały się takie jak przedtem – niczym u chorego pudla. Westchnął spazmatycznie, zapalił nowego papierosa od niedopałka poprzedniego i powiedział cicho:

– Wierz mi, Red, nikomu nie pisnąłem nawet słówka.

– Daj spokój. Czy ja mam coś do ciebie?

– Nawet Tenderowi jeszcze nic nie mówiłem. Przepustkę na niego wypisałem, ale nawet nie dowiadywałem się, czy zechce pójść.

Milczę i palę. Śmiech i grzech, człowiek niczego nie rozumie.

– Co Herzog powiedział? – pyta Kirył.

– Nic szczególnego. Ktoś na mnie naszczekał i tyle.

Spojrzał na mnie dziwnie, zeskoczył z parapetu i zaczął krążyć po pomieszczeniu.

On biega po gabineciku, a ja siedzę, wypuszczam dym i milczę. Pewnie – szkoda mi go i czuję żal, że tak się głupio złożyło. A już się zdawało, że wyleczyłem człowieka z melancholii. I kto winien? Ja, nikt inny. Skusiłem dzieciaka pierniczkiem, ale piernik w schowku, którego strzegą źli wujowie…

Kirył przestaje biegać, zatrzymuje się przy mnie i patrząc gdzieś w bok, pyta niepewnie:

– Słuchaj, Red, a ile może kosztować taki pełny „pustak”?

Z początku nie zrozumiałem, pomyślałem, że liczy na zakup gdzie indziej. Tylko gdzie coś takiego dostać? Możliwe, że to jedyna taka sztuka na świecie, a poza tym nie wystarczyłoby mu pieniędzy. Zresztą skąd miałby wziąć pieniądze zagraniczny specjalista, w dodatku Rosjanin? A potem nagle dotarło do mnie, co ten drań kombinuje – że ja urządzam to przedstawienie dla paru dolców? Ech, ty baranie, myślę, za kogo mnie uważasz?… Już otworzyłem gębę, żeby go zelżyć i obsobaczyć jak trzeba, ale dałem spokój. A niby za kogo miałby mnie uważać? Stalker to stalker, jak mu dobrze zapłacić, będzie ryzykował życie. Wygląda to tak, jakbym wczoraj zarzucił haczyk, a dzisiaj już zanęcam, kuszę, cenę chcę podwyższyć.

 

Mowę mi odebrało od takich myśli, a on uważnie mi się przygląda nieruchomym wzrokiem. W jego oczach dostrzegam już nie pogardę, ale coś w rodzaju zrozumienia. Postanowiłem mu to wyjaśnić. Spokojnie.

– Do garażu jeszcze nikt nie chodził z przepustką. Droga nie została nawet oznakowana, wiesz o tym doskonale. A teraz wyobraź sobie, że wracamy, a twój Tender zaczyna paplać, jak to trafiliśmy prościutko na miejsce, zabrali swoje i do wyjścia. Jakbyśmy dosłownie do zwykłego składu rupieci sobie poszli. Od razu się wszyscy domyślą, że wiedzieliśmy, po co tam leziemy. A to znaczy, że ktoś doskonale wiedział, co i jak. A kto z naszej trójki mógł wiedzieć, nie trzeba przecież dodawać. Wiesz, czym to dla mnie pachnie?

Skończyłem przemówienie, patrzymy sobie w oczy i milczymy. Potem Kirył nagle klasnął w dłonie, zatarł ręce i oznajmił energicznie:

– Cóż, jak nie, to nie. Rozumiem cię, Red, i nie mam prawa oceniać. Sam pójdę. Jakoś to będzie, nie pierwszy raz…

Rozłożył na parapecie mapę, pochylił się nad nią i cała jego energia wyparowała w jednej chwili. Słyszę, jak mruczy:

– Sto dwadzieścia metrów… nawet sto dwadzieścia dwa… A co tam jeszcze w samym garażu… Nie, nie wezmę Tendera. Jak myślisz, Red, może nie ma co brać Tendera? Ma przecież dwójkę dzieci…

– Samego cię nie puszczą – odpowiadam.

– E tam, puszczą – mamrocze. – Znam wszystkich sierżantów… i poruczników. Nie podobają mi się te ciężarówki! Stoją pod chmurką trzynaście lat, a wyglądają jak nowe… Dwadzieścia kroków dalej cysterna przerdzewiała i dziurawa jak sito, a one jakby z platformy przed chwilą zjechały… Ech, ta Strefa!

Podniósł głowę znad mapy, zapatrzył się w okno. Podążyłem za jego spojrzeniem. Szyby w naszych oknach są grube, ołowiowane, a za nimi Strefa-mateczka. Bliziutko tak, że wystarczy ręką sięgnąć, całą widać doskonale z dwunastego piętra.

Kiedy tak na nią spojrzeć, to ziemia jak ziemia. Słońce identycznie oświetla ją i całą okolicę, niby nic się tam nie zmieniło, wygląda dokładnie jak trzynaście lat temu. Świętej pamięci ojciec nie dostrzegłby nic szczególnego, co najwyżej by zapytał, dlaczego z kominów fabryki dym nie leci. Strajk czy co?… Hałdy jakiegoś żółtego kruszywa, nagrzewnice hutnicze połyskują, szyny, szyny, szyny, parowóz z doczepionymi platformami wagonów. Jednym słowem krajobraz przemysłowy. Tylko ludzi brak. Żywych i martwych. A tam widać nasz garaż – długa szara kiszka z otwartymi drzwiami; na placyku przed nim stoją ciężarówki. Trzynaście lat tak stoją i nic się z nimi nie dzieje. Kirył słusznie się tym niepokoi. Pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić między dwie maszyny, trzeba je łukiem omijać… Jest tam taka szczelina w asfalcie, oczywiście jeśli do tej pory jeszcze nie zarosła kolczatką… Sto dwadzieścia dwa metry? Od jakiego punktu on to liczy? A, pewnie od skrajnej tyczki. Tak, stamtąd właśnie tyle będzie. Jednak jajogłowi robią pomalutku postępy… Patrzcie ich, do samego wału oznaczyli trasę, i to jak sprawnie! A tam widać rozpadlinę, w której Ślimak zakończył życie, dosłownie dwa metry od ich drogi… A przecież Guzowaty ostrzegał Ślimaka: „Trzymaj się, durniu, jak najdalej od kanałów, bo nic z ciebie nie zostanie”. I rzeczywiście – nic z biedaka nie zostało… Ze Strefą jest tak: jak się wróci z towarem to cud, jak się wróci żywym to szczęście, kula od wartowników to i tak fart, a wszystko inne – w gestii fortuny…

Popatrzyłem na Kiryła i widzę, że mnie obserwuje z ukosa. Minę ma taką, że w tym momencie wszystko znów zaczynam analizować. Niech ich wszyscy diabli! Co mi niby te skurczybyki mogą zrobić? Rosjanin mógłby już nic nie mówić, ale powiedział:

– Laborancie Schuhart, z oficjalnych, podkreślam: oficjalnych źródeł, otrzymałem informacje, że oględziny garażu mogą się okazać bardzo ważne dla prac naukowych. Jest propozycja, aby tam się udać. Gwarantuję premię. – Rozjaśnił się jak księżyc w pełni.

– A jakież to są oficjalne źródła? – pytam, śmiejąc się jak głupi do sera.

– Poufne źródła. Ale panu mogę uchylić rąbka tajemnicy. – Przestał się uśmiechać, zasępił się. – Powiedzmy, że otrzymałem wiadomość od doktora Douglasa.

– Aha. Od doktora Douglasa… Od jakiego znowu Douglasa?

– Od Sama Douglasa – odpowiada sucho. – Zginął w zeszłym roku.

Aż dreszcz przebiegł mi po plecach. A niech cię szlag! Kto przed wyjściem gada o takich sprawach? Można jajogłowym tysiąc lat tłumaczyć, w życiu tego nie pojmą. Zdusiłem niedopałek w popielniczce i mówię:

– Dobra. Gdzie ten twój Tender? Długo będziemy na niego czekać?

Więcej już o tym nie rozmawialiśmy. Kirył zadzwonił do logistyków, zamówił „latający kalosz”, a ja w tym czasie oglądałem mapę. Niczego sobie było to odwzorowanie Strefy. Mapę sporządzono z fotografii lotniczej, porządnie powiększonej. Widać nawet wzór bieżnika opony walającej się przed wejściem do garażu. Każdemu stalkerowi by się przydała taka mapa… A zresztą jaki niby byłby z niej pożytek w nocy, kiedy celujesz tyłkiem w gwiazdy i własnych rąk nie możesz dostrzec?

Przyszedł Tender, czerwony, zdyszany. Córeczka mu zachorowała, latał po doktorach. Tłumaczy się, przeprasza. Ale też mamy dla niego niezły prezencik – do Strefy idziesz, bracie. W pierwszej chwili zapomniał nawet, że się zadyszał. „Jak to tak, do Strefy mam iść? Dlaczego właśnie ja?”. Jednak kiedy usłyszał o podwójnej premii i że Red Schuhart też idzie, poczuł się lepiej i znów jął dyszeć.

Zeszliśmy więc do „buduaru”, Kirył skoczył po przepustki. Pokazaliśmy je jeszcze jednemu sierżantowi, który na ich podstawie wydał nam skafandry. Trzeba powiedzieć, że to bardzo pożyteczny ubiór. Gdyby go jeszcze przefarbować z czerwonego na bardziej dyskretny kolor, każdy stalker wyskoczyłby spokojnie z pięciuset dolców i nie grymasił. Już dawno sobie przysiągłem, że przynajmniej jeden zdobędę. Na pierwszy rzut oka taki ubiór to nic szczególnego – przypomina skafander nurka głębinowego, nawet hełm ma podobny, z wielkim wizjerem z przodu. A może nawet bardziej podobny jest do ciśnieniowego kombinezonu lotniczego, albo i kosmicznego. Lekki, wygodny, nigdzie nie uciska i nie jest w nim gorąco. W czymś takim można i w ogień wleźć, i w trujące opary. Podobno materiał jest nawet kuloodporny. Oczywiście i ogień, i jakiś tam iperyt, i kula, wszystko to wynalazki ziemskie, człowiecze. W Strefie tego nie ma, tam trzeba się obawiać zupełnie innych zagrożeń. Co tu gadać, ubrani w te kombinezony także mrą w Strefie jak muchy. Inna sprawa, że bez nich mogłoby być dużo więcej ofiar. Chociażby przed „palącym kurzem” te ubiory chronią w stu procentach. Albo przed splunięciami „czarciego zielska”… No dobrze.

Włożyliśmy skafandry, przesypałem nakrętki z woreczka do kieszeni na biodrze i powlekliśmy się przez cały dziedziniec ku wejściu do Strefy. Tutaj właśnie tak jest przyjęte – defilować, żeby wszyscy wiedzieli: patrzcie, ludziska, oto idą bohaterowie złożyć życie na ołtarzu nauki w imię człowieczeństwa, wiedzy i Ducha Świętego, amen. Faktycznie – we wszystkich oknach aż do czternastego piętra widać głowy. Żegnają, współczują, brakuje tylko powiewających chusteczek i orkiestry dętej.

– Dłuższy krok – upominam Tendera. – Wciągnij brzuch, ofiaro kompanijna! Wdzięczna ludzkość o tobie nie zapomni!

Spojrzał na mnie i widzę, że mu nie do śmiechu. Bardzo dobrze, bo tu naprawdę nie ma się z czego śmiać. Lecz kiedy się idzie do Strefy, to albo płacz, albo kawały opowiadaj. A ja jeszcze w życiu nie płakałem. Popatrzyłem na Kiryła. Trzymał się nieźle, tylko ustami poruszał, jakby klepał pacierz.

– Modlisz się? – pytam. – Módl się, bracie, módl! Im głębiej w Strefę, tym bliżej nieba.

– Co? – pyta zdezorientowany.

– Módl się lepiej! – krzyczę. – Choć stalkerów i tak wpuszczają do nieba bez kolejki!

A on niespodziewanie uśmiechnął się i poklepał mnie po plecach, jakby chciał powiedzieć: „Nie bój się, ze mną nie zginiesz, a jeśli nawet, to umiera się tylko raz”. Doprawdy, zabawny z niego gość.

Oddaliśmy przepustki ostatniemu sierżantowi, który tym razem wyjątkowo okazał się porucznikiem. Znałem go, jego tatulek handluje ogrodzeniami cmentarnymi w Rexopolis. A „latający kalosz” już gotów, postarali się chłopaki, podstawili pod samą wartownię. Wszystko na miejscu: i pogotowie ratunkowe, i straż pożarna, i nasza dzielna gwardia, nieustraszeni ratownicy, czyli banda darmozjadów z helikopterem. Patrzeć na skurczysynów nie mogę!