Zgiń kochanie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału Matate, amor

Przekład Agata Ostrowska

Redakcja Ewa Pawłowska

Korekta Marcin Grabski, Jagoda Pawłowska, Agnieszka Wójcik

Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski

MATATE, AMOR

Copyright © 2012 by Ariana Harwicz

All rights reserved.

Polish edition published by arrangement with Michael Gaeb Literary Agency, Berlin

Copyright © for the Polish translation by Agata Ostrowska, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2020

Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Simone Padovani/Awakening/Getty Images

Skład i łamanie Dariusz Ziach

ISBN: 978-83-955508-1-2 (EPUB); 978-83-955508-1-2 (MOBI)

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2020

Wydanie pierwsze

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151

03-948 Warszawa


Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Zgiń, kochanie

Leżałam na trawie między powalonymi drzewami, słońce ogrzewało mi wewnętrzną stronę dłoni i zdawało mi się, że ten promień to nóż, za pomocą którego mam wypuścić sobie całą krew z żył jednym krótkim cięciem w tętnicę szyjną. Za mną, na tle stanowiącego dekorację domu – trochę zniszczonego, ale przytulnego – słyszałam głosy męża i syna. Obaj byli nadzy. Pluskali się w niebieskim plastikowym baseniku, woda miała temperaturę trzydziestu pięciu stopni. Była niedziela przed dniem wolnym. Leżałam zaledwie o kilka kroków od nich, ukryta w wysokiej trawie. Szpiegowałam ich. Jak to możliwe, że ja, słaba, chora kobieta, która fantazjuje o nożu, mam być żoną i matką tych dwóch osobników? Co zrobię? Ukryłam się, jeszcze mocniej wtulając ciało w ziemię. Nie zabiję ich. Wypuściłam nóż z dłoni. Jak gdyby nigdy nic poszłam rozwiesić pranie. Porządnie przypięłam do sznurka skarpetki mojego dziecka i mojego mężczyzny. Majtki i koszulki. Musiałam wyglądać jak prosta wieśniaczka, która rozwiesza pranie, wyciera ręce w spódnicę i wraca do kuchni. Nie mieli pojęcia. Rozwieszanie prania zakończyło się sukcesem. Znów mogłam położyć się między pniami drzew. Ludzie tutaj przygotowują się na zimę jak zwierzęta. Nic nas od nich nie różni. Mnie samej, światłej kobiecie z wyższym wykształceniem, bliżej do bestii niż tym zdychającym lisom o splamionych czerwienią i szeroko rozdziawionych, podpartych kijkami pyskach. W ostatnie Boże Narodzenie mój sąsiad Frank, mieszkający kilka kilometrów dalej, najstarszy z siedmiorga rodzeństwa, palnął sobie ze strzelby w tyłek. Urocza niespodzianka dla całej jego gromadki. Facet podtrzymał rodzinną tradycję. Zastrzelił się prapradziadek, pradziadek, dziadek i ojciec, można powiedzieć, że przyszła kolej na niego. A ja? Normalna kobieta z normalnej rodziny, jednak ekscentryczka, odbiegająca od przyjętej normy, matka dziecku i z drugim być może w drodze, chociaż na tym etapie – kto wie. Powolutku wsunęłam dłoń w majtki. I pomyśleć, że to ja odpowiadam za wychowanie syna. Mąż mnie woła, żebym przyszła wypić z nim piwo pod pergolą, pyta: „Ciemne czy jasne?”. Mały chyba się zesrał, a ja muszę mu kupić tort na miesięcznicę urodzin. Inne matki na pewno same pieką. Sześć miesięcy to podobno zupełnie co innego niż pięć czy siedem. Za każdym razem, gdy na niego patrzę, przypomina mi się, jak mój mąż klęczał za mną i już, już miał mi się spuścić na plecy, ale w ostatniej chwili wpadł mu do głowy pomysł, żeby mnie obrócić i wejść. Gdyby mnie wtedy nie obrócił, gdybym zacisnęła uda, gdybym złapała go za fiuta, to teraz nie musiałabym jechać do cukierni po tort śmietanowy albo czekoladowy i świeczki, to już pół roku. Inne od chwili porodu powtarzają w kółko: „Już nie wyobrażam sobie bez niego życia, jakby był ze mną od zawsze” – pff. „Już idę, kochanie!” – chcę krzyczeć, ale zapadam się jeszcze głębiej w spękaną ziemię. Chcę warczeć, skomleć, a zamiast tego pozwalam komarom się gryźć, delektować się moją słodką skórą. Słońce odbija się w srebrnym ostrzu noża w mojej dłoni, oślepia mnie. Niebo jest czerwone, fioletowe, drży. Słyszę, że mnie szukają, obsrane dziecko i goły mąż. „Ma-ma, ta-ta, ka-ka”. To moje dziecko gada, przez całą noc. „Ko-ko-na-na-ba-ba”. Już są. Zostawiam nóż na spalonym słońcem trawniku z nadzieją, że kiedy znów go znajdę, będzie skalpelem, piórem wiecznym, pinezką. Wstaję rozpalona i rozdrażniona świerzbieniem między nogami. „Jasne czy ciemne?”. „Jak wolisz, kochanie”. Jesteśmy jedną z tych par, które odruchowo dorzucają „kochanie” na końcu każdego zdania, nawet gdy już się nienawidzą: „Nie chcę cię już więcej widzieć, kochanie”. „Już idę” – mówię i jestem fałszywą wieśniaczką w czerwonym fartuszku w grochy i z rozdwojonymi końcówkami włosów. „Daj mi jasne” – proszę z obcym akcentem. I jestem kobietą, która się zapuściła, ma próchnicę i już nie czyta. Czytaj, idiotko – mówię sobie – przeczytaj jedno zdanie od początku do końca. Oto jesteśmy razem we trójkę, jak na rodzinnym portrecie. Wznosimy toast za zdrowie dziecka i pijemy piwo, syn na swoim krzesełku żuje jakiś listek. Wkładam mu palce do buzi, a on piszczy i gryzie mnie bezzębnymi dziąsłami. Mąż chce posadzić drzewo, żeby zapewnić dziecku długie życie, a ja nie wiem, co na to odpowiedzieć, uśmiecham się jak gąska. Czy on jest tego świadom? Tyle jest pięknych i zdrowych kobiet w okolicy, a on zadał się ze mną. Cudzoziemką z żółtymi papierami. Wariatką, którą powinno się zakwalifikować jako przypadek beznadziejny. „Ale dziś parno, co? Będzie tak jeszcze trochę trzymać” – mówi. Ja pociągam długie łyki z butelki, oddychając przez nos i pragnąc, tak, umrzeć.

Jestem w pokoju synka, w bladym błękitnym świetle widzę swoją pierś, która nasyca go z każdym wyssanym łykiem. Mój mąż, przyzwyczaiłam się już tak go nazywać, pali na zewnątrz, słyszę regularne wypuszczanie dymu – fffff, fffff. Mały krztusi się mlekiem, opieram go sobie o ramię, żeby mu się odbiło, uwalniam go od powietrza uwięzionego w żołądku, powietrza z mojego mleka, powietrza z mojej piersi, powietrza z wnętrza mnie. Po beknięciu opada bezwładnie, łapki mu zwisają, powieki robią się ciężkie, oddech spowalnia jak w letargu. Kładę go zawiniętego w mój szal, a kiedy go otulam – Isadora Duncan. Komu przypada jakie życie. W którym ciele jesteś. Już nie słyszę dymu ulatującego między zębami małżonka. Wyrzucam ciężką pieluchę. Podchodzę do przeszklonych drzwi, zawsze wyobrażam sobie, że przechodzę przez szybę, która tnie całe moje ciało, zawsze chcę przejść przez własny cień. Jednak tuż przed zderzeniem zatrzymuję się i otwieram. Na dworze mój mąż sika strumieniem barwy mate, widzę gorące, żółtawe krople padające kaskadą na blaszaną ścianę garażu. Odwraca się do mnie i uśmiecha, trzymając sflaczały członek, po czym gasi peta strugą moczu. „Popatrzymy w gwiazdy?”. Nigdy nie potrafiłam mu wytłumaczyć, że gwiazdy mnie nie interesują. Nie ciekawi mnie to, co się dzieje na niebie. Nie obchodzi mnie jego teleskop – taszczy go teraz z trudem na tyły działki, prawie do miejsca, gdzie teren opada w stronę lasu. Nie chcę ich liczyć, wypatrywać kształtów, sprawdzać, która świeci najjaśniej, dowiadywać się, dlaczego nazywają się: Pas Oriona, Sznur Pereł albo Wielki Wóz. Rozstawia ten swój skarb, ukochane ustrojstwo na trójnogu. Mój mąż należy do tej kategorii ludzi, którzy wiecznie tryskają entuzjazmem. „Widzisz ten Sznur Pereł?”. „Tak, kotku”. „Spójrz na te błyszczące, migotliwe punkciki, aż chciałoby się je zjeść, są takie malutkie, a pomyśleć, że tak naprawdę to ogromne ciała niebieskie”. Nie – pomyślałam – nie lubię złudzeń. Ani optycznych, ani dźwiękowych, ani czuciowych, ani zapachowych, ani mózgowych – nie lubię czarnych obiektów na niebie. „Mnie dają zastrzyk energii” – mówi. „Spójrz na tę konstelację i spróbuj przeskakiwać z jednej gwiazdy na drugą, jakbyś przechodziła przez mostek z rozhuśtanych bali... i spójrz tam, to wygląda jak czaszka szkieletu!”. Jego zachwyt sprawia mi ból. Obejmuje mnie ramieniem. Nie przytulaliśmy się od wielu miesięcy. Nie trzymamy się też za ręce, bo pchamy wózek albo nosimy małego. „Widzisz Wielką Niedźwiedzicę i Małą Niedźwiedzicę?”. „Tak, pewnie” – odpowiadam i odwzajemniam uścisk, ale mój wzrok zatrzymuje się na skrawku pozbawionym gwiazd, przyciąga mnie brak światła. W obliczu groźnego ciemnego nieba, które wisi nad nami każdej nocy... „Kometa!” – zawołał i z emocji wypuścił mnie z objęć. Nie zauważyłam jej. „Trzeba patrzeć uważnie, widać je tylko przez krótką chwilę, kiedy przelatują blisko Słońca. Widziałaś, jak leciała?” – spytał zirytowany. Później od razu zapalił fajkę. „Chodzi o to, żeby się orientować w topografii nieba. Popatrz na tamto skupisko gwiazd, wyobraź sobie linię i podążaj za nią wzrokiem, widzisz? To wcale nie jest trudniejsze niż odczytanie mapy drogowej i podążanie wytyczoną trasą, żeby nie wpaść do morza”. Zdawało mi się, że dziecko ryczy, ale każdej nocy słyszę jego płacz, a kiedy przychodzę, panuje absolutna cisza, jakby kilka sekund tego kwilenia gdzieś się nagrało i odtwarzało samoczynnie w kółko. Czasami jednak nie słyszę nic. Siedzę na kanapie kilka metrów od jego pokoju, oglądam program o zamianie żon czy supernianiach albo maluję paznokcie, a tu nagle pojawia się mój ukochany w majtkach opuszczonych do połowy i zadaje mi takie pytanie: „Dlaczego on ciągle płacze? Czego mu trzeba? Jako matka powinnaś to wiedzieć”. „Nie wiem, czego mu trzeba – odpowiadam – nie mam bladego pojęcia”... „Blask księżyca cię nie odpręża? Podejdź do okularu, przyjrzyj mu się uważnie, bo jutro już nie będzie taki sam, te szare kratery, chciałbym go zjeść albo wyjarać!”. Spojrzałam na tarczę księżyca, ale myślałam tylko o tamtym płaczu, gruczoły produkowały wydzielinę, organizm niecierpliwie czekał, żeby przestało. Rady młodej położnej środowiskowej, która przyszła na wizytę domową wezwana przez zaalarmowaną teściową: „Jeśli dziecko płacze tak bardzo, że czuje pani, jakby miała stracić panowanie nad sobą, trzeba uciekać. Przekazać dziecko komuś innemu i odejść w jakieś spokojne miejsce, gdzie można zebrać myśli i odzyskać równowagę. Jeśli nawet jest pani sama i nie może go nikomu przekazać, i tak proszę uciekać. Zostawić dziecko w bezpiecznym miejscu i oddalić się choćby o kilka metrów”. Muszą chyba działać w tych okolicach jakieś znachorki, które za jedną opłatą wyleczą męża z niestrawności i odpędzą kaprysy dzieciaka. „Żałuję, że nie brałem udziału w programie Apollo... Słuchasz mnie? Albo w jakiejś innej misji kosmicznej... Wiesz? Patrzeć z pokładu Apolla na oddalającą się Ziemię... Cii. Płacze? Gdzie niby płacze? Ja ci tu opowiadam o Księżycu! On jest taki jak my, lubi się ukrywać” – mówi, a ja myślę o godzinach noszenia dziecka w ramionach, w różnych pozycjach, od wyczerpania do płaczu, od płaczu do wyczerpania, myślę o tym, że dziecko jest dziką bestią, o tym, jak na zawsze ktoś inny nosi nasze serce. W końcu miał już dość, złożył teleskop i odniósł go do garażu, gdzie zostawił go z narzędziami, traktorem swojego ojca i kajakiem z wiosłami. Maluszek – jak nazywają go moi teściowie – nie płakał, w pokoju panowała taka grobowa cisza, że musiałam go dotknąć, żeby sprawdzić, czy żyje. Następnie wróciłam do salonu z przeszklonymi drzwiami, ruszyłam prosto na swoje odbicie w szybie i tuż przed wkroczeniem w samą siebie otworzyłam. Mój mąż palił kolejnego papierosa, napoczął już drugą paczkę, i obrażał po równo mnie i Księżyc. Patrzyłam na spowijającą go chmurę dymu i poczułam strach. Najbardziej agresywna uwaga, jaką skierował pod moim adresem przez te siedem lat, brzmiała: „Lecz się”. Ja w pierwszym miesiącu narzeczeństwa powiedziałam mu: „Już nie żyjesz”. Staliśmy ramię w ramię w chłodnym nocnym powietrzu, trawa rosiła nam stopy. Nogi mieliśmy całkiem mokre. Przeorana przez krety ziemia była upstrzona kopcami. On już nie patrzył w górę, ja też nie. Mimo to zdawało mi się, że po niebie przemknęła kometa, ulotna jak wszystko w życiu. W końcu poszliśmy spać, każde do swojego łóżka. Przyzwyczaiłam się już spać sama, choć naburmuszona, w tym domu, który niegdyś był zagrodą mleczną, cokolwiek miałoby to znaczyć. „Rodzinę można stworzyć z czegokolwiek” – rzuciłam w przestrzeń, kiedy zamykały mi się oczy.

 

Kiedy mój mąż wyjeżdża, każdej sekundzie ciszy towarzyszy horda demonów panosząca się w moim mózgu. Na przezroczystym dachu harcuje szczur. Chyba świetnie się bawi, skubaniec. Co minutę się upewniam, czy dziecko oddycha, dotykam go, żeby sprawdzić, czy zareaguje, odkrywam kocyk, zmieniam pozycję, zapalam światło, biorę je na ręce – jest jeszcze takie malutkie, wciąż może paść ofiarą śmierci łóżeczkowej. Chwilę później odzyskuję równowagę umysłu, robię sobie kanapkę i siadam przed telewizorem. Zaraz jednak rozlega się „aaach, aaach” puchacza, przeraża mnie ten genitalny, mimowolny, erotyczny odgłos. Wyłączam telewizor. Wyobrażam sobie orgię zwierząt, jelenia, szczura i dzika. Parskam śmiechem, ale po chwili zaczynam się bać tej dziwnej zbieraniny stworzeń. Te wszystkie łapy, skrzydła, ogony i łuski splątane w wyścigu po przyjemność. W jaki sposób dochodzi dzik? Znowu słyszę to „aaach, aaach”, jakby kogoś wieszali, „aaach, aaach”, chrapliwy, koci gulgot wydobywający się z haczykowatego dzioba puchacza. Poprzez przeszklone drzwi salonu widzę starą przyczepę kempingową na tyłach ogrodu. Nie wiem, czemu ten dom na kółkach, który nieraz zostawiał nas na pastwę losu pośrodku drogi, jest przeklęty. Pordzewiał, ale mój mąż twierdzi, że wyciągnie jeszcze parę kilometrów, że moglibyśmy pojechać całą trójką nad morze. Mimo wszystko się boję, że ten gruchot się przewróci i dziecko przejedzie się nim na tamten świat. Pożegna się z życiem między jednym zakrętem a drugim. Między drugą a czwartą w nocy jest najgorzej, później odpuszcza i mogę sobie przyrządzić coś do jedzenia. Jednak między drugą a czwartą krążę, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Widzę, jak gałka w drzwiach sama się przekręca. Widzę siebie, jak idę do lasu i puszczam wózek w dół zbocza. „Aaach, aaach” – na szczęście dzwoni telefon. „Jak daleko jesteś, kochanie? Jeszcze dwieście osiemdziesiąt kilometrów? A, zjadłeś zestaw w McDonaldzie? A potem zatankowałeś? Dobrze, zadzwoń z następnego postoju. Buziaki”. Buziaki. Telefony z trasy wyrywają mnie z obłędu. Wracam sprawdzić, czy mały śpi. Układam zabawki w kolejności, w jakiej się u nas pojawiły. Czy mój najdroższy małżonek pójdzie do taniego hoteliku z kasjerką z McDrive’a? Chodzę po domu na bosaka. Idę coś przekartkować. Mam pełną biblioteczkę nieprzeczytanych książek, które kupiłam na okres ciąży. „Nie jestem dobra w łóżku, on o tym wie” – mówię sobie ni stąd, ni zowąd. Dlatego poszedł do jakiegoś przydrożnego motelu z łuszczącą się farbą na ścianach, a niezbyt lotna kasjerka tańczy mu na ptaku sprawniej niż ja. Lubię myśleć o seksie, a nie go uprawiać. Zawsze byłam niezła z teorii i oblewałam praktykę, dlatego nie potrafię prowadzić samochodu, ale znam na pamięć przepisy ruchu drogowego. Próbuję się skupić na Virginii Woolf podarowanej mi przez męża, ale mam za dużo pokarmu. Czemu on tyle śpi? Czemu się nie budzi? Śmierć dziecka to science fiction. Idę sprawdzić. Wychodzę z domu, drogą przejeżdża z wielką prędkością czerwone ferrari. Zatrzymuję się w bramie z komórką w ręku. Mówią, że od tych fal można dostać raka. Moja dłoń jest więc już w stanie terminalnym. Powinien lada chwila dzwonić, zawsze się odzywa ze stacji benzynowej. U naszej sąsiadki Melisy, samotnej matki dwójki dzieci, jest otwarte okno i pali się światło. Wydaje mi się, że płacze albo jęczy. Świeci dupą za pieniądze, tak zarabia na życie, jakiś facet wpisze jej na czacie „o Jezu, ale babka!” i zapłaci więcej, żeby dalej się gapić na jej szparę. Dlaczego telefon nie dzwoni? Klient chce ją wylizać, ona się rozkracza, typ obślinia monitor komputera w swoim mieszkaniu w centrum miasta. Patrzę na kundelka uwiązanego przed domem, wywala na mnie jęzor. Dzwoni! „Kochanie... Hej! Heeej! Pijesz kawę z automatu? Co jadłeś? Czekam, nie kładę się spać... Ja ciebie też, pa. Buziaki”. Buziaki. No i już, zadzwonił. Rozmawiałam z nim takim głosem, jakim powinno się rozmawiać z mężem. Zadałam to samo pytanie co zawsze: „Co jadłeś?”. Dlaczego my, kobiety, zawsze pytamy naszych mężów, co jedli? Czego niby próbujemy się dowiedzieć, pytając, czy jedli – że się z kimś przespali? Że są z nami nieszczęśliwi? Że myślą o tym, żeby od nas odejść, kiedy mówią, że kupią sobie jeszcze loda? Schodzę do lasu, ostrożnie wymijając pokrzywy. W pewnej chwili pojawia się jeleń, który przeszywa mnie brutalnym spojrzeniem, jakim nikt mnie jeszcze nigdy nie obdarzył. Chciałabym go przytulić, gdyby to było możliwe. Następnie przeczytałam kilka stron, od czasu ciąży czytam coraz wolniej, jedna strona i odpływam. Ale cóż to za odgłos, jakby westchnienie urwane w połowie? Farbowana na rudo sąsiadka prezentuje swoją szparę czy to pies w rui? Czekanie na męża jest dla mnie torturą. Powinnam coś ugotować na jego powrót, ale nie wiem co. Zawsze opowiada tę samą anegdotę. O tym, jak teściowie przyjechali do nas na cały dzień, a ja przygotowałam obiad. Zaserwowałam krokiety ryżowe z ryżem. I wszyscy się ze mnie śmiali. Nie wszyscy, dziecko się nie śmiało. Ale zanim dziecko się pojawiło – wszyscy. Pękali ze śmiechu. Czasem chciałabym, żeby zaczęło płakać, abym mogła bez poczucia winy wślizgnąć mu się do łóżeczka i opróżnić piersi. W te dni, kiedy nie ma mojego męża, robię się agresywna. Poluję na najsłabszych, na przykład na tę grubą pielęgniarkę, która robi zastrzyki przeciwzakrzepowe mojemu choremu sąsiadowi w domu. Babka codziennie rano przyjeżdża białym samochodzikiem, punktualnie o siódmej. Niezmiennie zachowuje się dokładnie tak samo. Gasi silnik, wysiada z auta i idzie w stronę domu takim krokiem, jakim poruszają się wyłącznie pracownicy administracji publicznej albo pielęgniarki składające wizyty domowe na wygwizdowie. Dziś równo o siódmej wyniosłam śmieci i rzuciłam jej przelotnie spojrzenie wyrażające odrazę. Ona przywitała się ze mną jak cywilizowany człowiek, a ja odwarknęłam. Podniosłam głos, zrobiłam parę kroków w jej stronę i byłam gotowa posunąć się do rękoczynów. A ona aż się skurczyła. Biedna grubaska myślała pewnie, że pochodzę z jakiegoś kraju wstrząsanego wojną. Byłam rozczochrana, ubrana w starą koszulkę męża do gry w kosza, w której miałam zupełnie inną figurę. Pewnie myślała, że walnę ją z bańki i powybijam zęby. Zestrachana pośpieszyła do domu pacjenta, żeby zdezynfekować miejsce wbicia igły i zrobić zastrzyk. Z wyższością odnoszę się do kasjerek w supermarkecie, dostawców pizzy i manikiurzystek. Robię im awantury w miejscach publicznych, uwielbiam robić sceny, upokarzać ich, uświadamiać im, jakimi są tchórzami. Bo tym właśnie są: cykorami. Jak to możliwe, że nikt mi się nie postawił? Dlaczego nikt nie zawiadomił władz, żeby mnie deportowano? Słuszność jest ewidentnie po ich stronie, to ja szukam zaczepki, a oni tylko wykonują swoją pracę i nikomu nie wadzą. W dni, kiedy mój mąż wyjeżdża, zostawiam plastikową lalkę noworodka na tylnym siedzeniu samochodu w środku lata. Strasznie mnie bawi, jak ci wszyscy przechodnie i urzędnicy państwowi się tym przejmują. Uwielbiam obserwować reakcje tych porządnych obywateli, bohaterów gotowych rozwalić szybę, żeby uratować maleństwo przed uduszeniem. Widok wozu strażackiego pędzącego na sygnale to dla mnie świetna rozrywka. Co za imbecyle. A jeśli będę chciała zostawić swoje dziecko w samochodzie przy temperaturze odczuwalnej sięgającej czterdziestu stopni, to zostawię. I nic mnie nie obchodzi, że to czyn karalny. Jeśli będę chciała wybrać bezprawie, jeśli zapragnę zostać jedną z tych dzieciobójczyń, to zostanę. Jeśli zachce mi się pójść na dwadzieścia lat do więzienia albo uciec przed wymiarem sprawiedliwości, to też jest jakaś opcja. Parę dni temu blondyneczka z sąsiedztwa powiedziała pielęgniarce, że w naszej wiosce, ale po drugiej stronie rzeki, jakiś facet napastował seksualnie małą dziewczynkę. Rozmowa potoczyła się dalej, jak gdyby nigdy nic. Tylko ja mogłam postanowić, że wychowam syna w tym zoo pełnym naćpanych kwasem punkowców, od stóp do głów pokrytych siniakami w wyniku przypadkowych upadków i banalnych aktów autodestrukcji. Moim zdaniem, jeśli mąż albo ojciec cię leje, musisz zawalczyć o siebie. Trzeba było odpowiedzieć rykiem, a nie życzyć miłego dnia. Degeneraci. Pogawędki, a może raczej solipsyzm, do którego już przywykłam, wydał wreszcie owoce. W końcu słyszę silnik samochodu męża. Prosto do bramy, uśmiechnąć się. Oto i on, już podjeżdża... Wymija jakiś kamień, ja chodzę tam i z powrotem, niecierpliwię się, niech już wysiądzie i mnie pocałuje, chcę poczuć zapach tytoniu w jego wąsach. Całujemy się. Bez języczka, jak wszystkie małżeństwa. Wchodzimy do domu, odstawia walizkę z próbkami i niesprzedanym towarem. Układa porządnie stosy pudełek, pokazuje mi zwitki dziesiątek. Cztery tysiące w banknotach po dziesięć, wow! Pomagam mu ściągnąć kurtkę. Podgrzewam jego drugą już tej nocy kolację, z mikrofalówki zaczynają lecieć iskry. Zostawiłam jedzenie zbyt długo, parzę się, wyjmując talerz. Siadamy przy stole. Patrzymy na siebie i rozmawiamy, ale to wszystko w cudzysłowie: ani to patrzenie, ani prawdziwa rozmowa. Po chwili wychodzi, mówi, że musi sikać na dworze, bo kto to widział sikać w domu. Jest uzależniony od świeżego powietrza, nie wiem, czemu ma takiego pierdolca na punkcie nieba. Lubi, kiedy jest niebieskie, najbardziej go cieszy brak chmur. Mnie osobiście jest zupełnie obojętne, czy jestem pod gołym niebem, czy zamknięta w bagażniku. W końcu dziecko opróżnia mi i prawą, i lewą. Mój mąż ogląda kreskówki, żeby się odmóżdżyć. Podchodzę go pogłaskać, a on marudzi, że przeszkodziłam mu w ziewaniu. Później jedno po drugim gasimy światła na naszym ranczu, gdzie w powietrzu nadal unosi się delikatna woń skóry. Gdzieś w połowie mojego maratonu masturbacji znów rozległo się „aaach, aaach” i się zdekoncentrowałam – „aaach”. Poszłam przemyć twarz i wpadłam na niego. Był tak samo zgrzany jak ja. Wymieniliśmy przelotne spojrzenia i rozeszliśmy się każde w swoją stronę.

Moje ostatnie wspomnienie z ciąży to Boże Narodzenie, kiedy cała rodzina mojego męża przyjechała z jeszcze bardziej zapadłych dziur niż nasza wioska. Żołądek mi się przewracał, dziecko ruszało się nienormalnie szybko, a wszyscy trzymali kciuki, by nie musieli pędzić ze mną do porodu i mogli spokojnie dokończyć indyka z jabłkami. Stałam w salonie przed rozpalonym kominkiem, nie pamiętam, żebym zrobiła coś nietypowego, co mogłoby zdradzić moją desperację. Przez jakiś czas utrzymywałam wszystko, jak mi się zdawało, w nasilającym się, choć subtelnym rozchwianiu, gdy nagle ktoś mi zaoferował, bym usiadła i napiła się czegoś zimnego. Nie sądziłam, że pragnieniu śmierci może zaradzić łyk wody i posadzenie tyłka na krześle. „Dziękuję, babciu, nie kłopocz się” – ale i tak mnie posadzili i przynieśli szklankę zimnej wody. W końcu mnie szlag trafi przez tych ludzi w moim otoczeniu. Wolałabym mieć za sąsiadów Egona Schielego, Luciana Freuda i Francisa Bacona, wtedy mój syn mógłby rozwijać się intelektualnie i dorastać ze świadomością, że na świecie, na który go sprowadziłam, dzieją się rzeczy nieco ciekawsze niż to ciągłe otwieranie świetlików, przez które i tak nic nie widać. Ledwie wszyscy pozostali rozeszli się do pokojów, by strawić posiłek, słyszę, że mój teść zaczyna kosić zasypaną śniegiem łąkę swoim nowym zielonym traktorem, i myślę, że gdybym musiała zlinczować całą rodzinę w zamian za choć jedną minutę sam na sam z Glennem Gouldem, zrobiłabym to. Następnie patrzyłam, jak siada przy biurku i przegląda paragony z supermarketu z ostatniego miesiąca. Czytał cenę każdego produktu i sprawdzał na kalkulatorze, czy wszystko się zgadza. Kiedy skończył obliczenia w zeszycie, w którym zapisywał miesięczne wydatki, lampka na biurku świeciła już zbyt słabo, żeby cokolwiek przeczytać. Zjedliśmy kolację, znowu wszyscy razem, i nadal pamiętam podświetloną od tyłu, zmęczoną twarz zwyczajnego człowieka, który uważał się za niezwykłego. Później wyczyścił protezę i poszedł spać. I już, to ma być przeżyty dzień? Tak wygląda istota ludzka, która przeżyła kolejny dzień z życia? W sypialni ma strzelbę, kilka nabojów na szafce nocnej. „Zawsze powtarzam, że nie dam się zabić we własnym łóżku. Jeśli usłyszę jakiś hałas, naładuję strzelbę i zejdę na parter. A jeśli coś będzie nie tak, to strzelę”. Stojąc wyprostowany, mówił, wsysając ślinę, która zawsze zbierała mu się w gardle. Teściowa przez cały dzień patrzyła na mnie z troską. Nie wiedziała już chyba, co jeszcze mogłaby dla mnie zrobić, kiedy o świcie zapukała do moich drzwi i weszła nieśmiało z kolejną szklanką wody i zielono-białą tabletką. „Dziękuję” – powiedziałam, a kiedy tylko wyszła, cisnęłam tabletkę w ogień. Nie lubię skutków ubocznych. Nie lubię antydepresji. Jedyne, co mogłam robić w takich sytuacjach, to objąć brzuch rękami i czekać. Dziecko spało tam w środku, otulone flakami, obce mi. On mi też zresztą niewiele pomagał w tamtych dniach. Gdy tylko skończyło się rytualne wznoszenie kieliszków i składanie życzeń, starałam się zniknąć z oczu mojemu mężowi, który już rzucał strzałkami do tarczy na tarasie. Przy każdym chybionym rzucie wydawał z siebie nerwowe „uuuch!”. Przemierzyłam salon pełen rozdartych papierów prezentowych, wstążek i łyżek cedzakowych, podeszłam do sterty ubranek dla dziecka, ale niczego nie wybrałam. Udałam się do lasu, wycieńczona skurczami. Ból wraca teraz i rzuca się na mnie jak pies. Pytania z tamtych świąt przeszywają mnie mocniej niż wystrzały kłusowników. „Przeglądałaś oferty pracy? Zamierzacie posłać małego do żłobka? Starczy wam na zapłacenie podatków? A ubezpieczenie zdrowotne? Potrzebujecie pomocy?”. Dotarłam. Nocą przychodzę tutaj tylko w pilnych wypadkach. Jak mój teść może spędzać wieczór dwudziestego czwartego grudnia na sprawdzaniu paragonów, a później spać ze strzelbą pod poduszką? Jak moja teściowa może mówić tak cichutko, drobić tymi malutkimi kroczkami, być taka grzeczniutka, a następnie oferować prozac przyszłej matce? Jak mój teść i moja teściowa mogą spać w łóżku z tą samą pościelą, kołdrami i narzutami, wśród tych samych wytapetowanych ścian od pięćdziesięciu lat? Mój mąż dał sobie spokój z rzutkami i poszedł mnie szukać w lasku. Idę przed siebie i zagłębiam się między gęsto rosnące pnie i pędy krzewów. Jestem jedna, ale moje ciało to dwoje. Wśród smużek dymu widzę grupkę Cyganów, która rozbiła obóz nad zaśnieżoną sadzawką. Mają przyczepę tak samo zdezelowaną jak nasza. Widzę, jak palą i śmieją się w obcym języku na zamarzniętej tafli. Rano teściowie będą narzekać na porzucone puszki po piwie i strzykawki. Dalej są ule z dzikim miodem i droga prowadząca do autostrady. Po obfitych deszczach ze ściółki wyszły ogromne ilości grzybów, a teraz zaczynają gnić. Chciałabym, żeby pierwsze słowo, jakie wypowie mój syn, było piękne. Jest to dla mnie ważniejsze niż ubezpieczenie zdrowotne. Jeśli nie będzie piękne, to niech nie mówi wcale. Niech powie: magnolia, niech powie: litość, nie: mama czy tata, nie: woda. Niech powie: flirt. Mąż zastał mnie taplającą się w kałuży. Zawstydziłam się, powiedziałam, że już mi dużo lepiej, i biegiem wróciłam do domu.

 

Moje pierwsze wspomnienie z dzieckiem poza moim ciałem pochodzi z ganku przed domem. Zapada noc i zaczyna się spadek sił, podenerwowanie, zmiana stanu. Boję się, że mogę zrobić noworodkowi krzywdę, dlatego siedzę w wiklinowym fotelu, licząc robaczki świętojańskie albo to, ile razy usłyszę odgłos jakiegoś zwierzęcia. Nie idę do stołu, kiedy wołają mnie na posiłki, ciągle jeszcze resztki bożonarodzeniowej uczty, ani przed kominek, gdzie zebrała się teraz rodzina. Słyszę widelce zanurzające się w ustach, słucham, jak przełykają, podczas gdy ja tracę głowę, ale wcale nie wiem, czy naprawdę się to dzieje. Nikt tego nie wie. Ani ja, ani mój mąż, ani nawet lekarz. Moja teściowa jest uzależniona, wystarczy kichnięcie i już chce wzywać doktora. Kocha ich, wręcz ubóstwia. Myślę, że kiedy mówi „lekarz”, od razu robi się mokra. Nie wiem, co według niej mogą poradzić na jej zrujnowaną trzustkę. Moja głowa zapada w letarg, gubi się gdzieś na brzegu. Kiedy w końcu raczę wrócić do środka, jedzenie zdąży już wystygnąć i będzie leżało na blacie kuchennym z odręcznie napisanym liścikiem: „Smacznej kolacji, kocham Cię”. U kresu nocy mam już w sobie tyle skumulowanej furii, że mogłabym pić aż do zawału serca. Tak sobie mówię, choć to wcale nie jest prawda. Nie zdołałabym w siebie wlać nawet pół butelki. Tak płyną moje dni, a raczej tkwią w ciągłym impasie, zatorze. Powolne zatracenie. Teraz moja teściowa serwuje deser, łyżka skrobie o dno miski. Gruszki w koniaku, a może w czekoladzie. Nikt już nie pyta, dlaczego z nimi nie siedzę. Dlaczego nie dzielę już łoża ani stołu, ani łazienki. Czasami wychodzę i zaczynam kopać w powietrze, a gdybym nawet zauważyła, że teściowie podglądają mnie przez okno, i tak bym nie przestała. Naliczyłam już trzy robaczki świętojańskie, a musi być ich więcej. Z tego miejsca widzę wszystko, dlatego nie wchodzę do środka. Śmierć jest obecna w ogniu, w dywanie, w zasłonach, w powietrzu uwięzionym w starych wiejskich meblach i w srebrnych sztućcach. W wazonie bez kwiatów. Śmierć sączy się ze sterty parasoli piętrzącej się przy drzwiach. Kładę się i wstaję tyle razy, że nie wiem, kiedy to się dzieje. Dziecko jest tak drobniutkie, że gubi się w pościeli niczym mała rybka. Wszyscy będą ubrani na czarno, z dziećmi włącznie. Ta noc wzbudza we mnie lęk, puściłabym sobie w tle Glenna Goulda, ale mojego męża nudzi muzyka klasyczna. „Od razu usypiam, kochanie” – mówi. Fakt, że mój teść zmarł we śnie, dodatkowo pogarsza sytuację. Niebo wydaje mi się aksamitną kurtyną, za którą nie mogę zajrzeć. Próbuję tysiące razy, ale za każdym razem zaciąga się coraz ściślej. Nie pomagają też jego ostatnie słowa przed pójściem spać: „Mój wnuczek pójdzie w moje ślady” – jakie to banalne i patetyczne. Stojąc nad jego grobem, nagle niezwykle wyraźnie przypomniałam sobie jego zęby. Zawsze go bolały albo czyścił je specjalną szczoteczką, nie przerywając rozmowy. Niektórzy – nieliczni – płakali za moimi plecami. Inni z szacunku trzymali się na stosowną odległość od grobu. I już. Oto człowiek, który zmarł. Gotowe. Jak koń galopujący przez miasteczko, w którym nikt już nie pamięta stukotu jego kopyt. Obejmuję mojego męża, a nowo narodzone dziecko uśmiecha się do grobów. Myślałam o teściowej otwierającej okna i drzwi, żeby przewietrzyć dom. Wyrzucić jego okulary. Czuć zapach swojego ukochanego na oparciu fotela bujanego, w którym zdarzało mu się drzemać. Moja biedna teściowa. Od tej pory będzie gotowała już nie dla niego, ale patelnie, na których przyrządzała mu jajka sadzone, i garnki na owsiankę pozostaną te same. Rozda skarpetki męża sąsiadom o tym samym rozmiarze stopy. Podczas gdy opuszczają trumnę do grobu, widzę ją, jak idzie z łazienki do łóżka, słyszę jej głos, kaszel, chrapanie. Przez koszulę nocną widać jej ciemne, granatowe sutki, spod rąbka wystają spuchnięte kostki. Moja teściowa z dłonią przy ustach, tuląca basen męża. A później moja teściowa w zwolnionym tempie, staruszka z niepokojem otwierająca drzwi przesuwne lub zamykająca świetlik. Opowiada rodzinie, że przed śmiercią jej ukochany wymierzył jej mocny cios pięścią, ale później lekarz wyjaśnił, że to była reakcja odruchowa. Wtedy po raz pierwszy poczułam się jej bliska.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?