Droga krajowa numer 106Tekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Piotr Lipiński Kroków siedem do końca. Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela (wyd. 2 zmienione)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci Republiki. O Algierczykach we Francji

Peter Robb Sycylijski mrok (wyd. 2)

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń (wyd. 2)

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (wyd. 2)

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 2)

Tomasz Grzywaczewski Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci (wyd. 2)

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier (wyd. 2)

Birger Amundsen Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 4)

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii (wyd. 2)

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji (wyd. 2)

Ewa Stusińska Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Łukaszenka. Niedoszły car Rosji (wyd. 2 zmienione)

Dawid Krawczyk Cyrk polski

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju (wyd. 2 zmienione)

Peter Hessler Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach (wyd. 2)

Peter Hessler Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie

Thomas Orchowski Wyspa trzech ojczyzn. Reportaże z podzielonego Cypru

Haruki Murakami Podziemie. Największy zamach w Tokio

Drauzio Varella Więźniarki

Paweł Smoleński Balagan. Alfabet izraelski (wyd. 2 zmienione)

Jan Pelczar Lecę. Piloci mi to powiedzieli

Marta Wroniszewska Tu jest teraz twój dom. Adopcja w Polsce

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 3)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej (wyd. 2)

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Oktawia Kromer Usługa czysto platoniczna. Jak z samotności robi się biznes

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji (wyd. 2)


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału włoskiego Statale 106. Viaggio sulle strade segrete della 'ndrangheta

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by © Sara Babusci / EyeEm / Getty Images

Copyright © by Minimum Fax, 2019

Copyright © by Antonio Talia, 2019

Published by arrangement with SAS Lester Literary Agency & Assciates

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2021

Copyright © for the Polish translation by Mateusz Salwa, 2021

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Ewa Charitonow

Korekta Magdalena Jakubowska i Gabriela Niemiec

Mapy © by d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-266-2

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Prolog

1 15 kilometr, Bocale

2 27 kilometr, Saline Ioniche

3 30 kilometr, Montebello Ionico

4 43 kilometr, Bova

5 62 kilometr, Brancaleone Marina

6 74 kilometr, Africo Nuovo

7 86 kilometr, Bovalino

8 86 kilometr, San Luca Sanktuarium Matki Boskiej w Polsi

9 91 kilometr, Platì

10 99 kilometr, Locri

11 104 kilometr, Siderno – Gioiosa Ionica

12 Kilometr 0, Reggio di Calabria

Podziękowania

Przypisy końcowe

Przypisy

Kolofon

Z tej ciszy coś zrodzić się może.

S. King, Desperacja, przeł. S. Sokołowski



Prolog

Z kościelnych witraży sączy się niebieskawo-czerwone światło. Pada na łysego mężczyznę o twarzy pooranej zmarszczkami i ozdobionej podkręconymi wąsami. Patrząc na niego, można odnieść wrażenie, że to jakiś frankijski król, jeden z tych, których widuje się na płaskorzeźbach gotyckich katedr, choć nie sposób skojarzyć ich z żadną dynastią. Tyle że kościół znajduje się w Pentedattilo, miasteczku widmie leżącym w prowincji Reggio di Calabria od strony Morza Jońskiego. A mężczyzna nazywa się Claudio Rodà.

Claudio Rodà Francję zna jednak dobrze, bo w tamtejszych kopalniach na północy spędził trzydzieści lat z okładem, po czym – jak mówi (jego wibrujące „r” zdradza lekkie francuskie naleciałości) – wydał część swojej emerytury na Lazurowym Wybrzeżu1. Ponieważ z czasem zaczęło mu się tam nudzić, razem z żoną postanowili wrócić do Kalabrii i od nowa zagospodarować stary dom nad morzem. Pragną spędzić starość w miasteczku, które oboje porzucili, gdy byli bardzo młodzi.

Kościołem w Pentedattilo pan Claudio opiekuje się od trzech lat: odkurza ławki, zamyka okna i naprawia witraże. Ponieważ kościół stoi w sercu miasteczka, które od co najmniej czterdziestu lat jest niezamieszkane, a śluby odprawia się w nim z rzadka, zapełniają go przede wszystkim umarli. Poza tym – ciągnie swoją opowieść – nie wszyscy mieszkańcy gminy spoczywają naprawdę w pokoju. Raz na przykład nakrył włamywaczy i – jak można sądzić po uśmieszku, który na mgnienie oka unosi mu wąsy, i szybkim ruchu ręką – nie ograniczył się bynajmniej do przepędzenia ich krzykiem. A z panem Claudiem i jego rękami nie chciałby mieć do czynienia nikt, kto okrada kościół.

W kaplicy Piotra i Pawła leży kilku członków rodziny Alberti; to być może pierwsze udokumentowane ofiary choroby, która szerzy się w okolicy. Historię tę znają tutaj wszyscy: w nocy 16 kwietnia 1686 roku baron Bernardino Abenavoli napada wraz ze swoimi ludźmi na zamek Albertich leżący dwa kroki powyżej kościoła, w którym akurat jesteśmy2. Niewiele wcześniej markiz Lorenzo Alberti ożenił się z Cateriną Cortéz, córką radcy wicekróla Neapolu, oraz obiecał rękę swojej siostry Antonietty kuzynowi, don Petrillowi Cortézowi. Ta podwójna zagrywka miała mu pozwolić wznieść się ponad poziom lokalnej arystokracji i otworzyć drogę do stolicy. Ręka Antonietty była jednak także przedmiotem wcześniejszego porozumienia kładącego kres długiej rywalizacji między Albertimi i Bernardinem o granice posiadłości i kontrolę nad nimi. Kiedy Abenavoli odkrywa, że za sprawą jakiegoś wysoko postawionego Hiszpana poszedł w odstawkę, organizuje nocny najazd, morduje szesnaście osób – wśród nich, rzecz jasna, także Lorenza Albertiego, który został raniony kulami z arkebuza, po czym czternaście razy pchnięty sztyletem – oraz porywa Antoniettę i Petrilla, hiszpańskiego paniczyka mogącego być użytecznym zakładnikiem.

 

Tak przynajmniej brzmi najbardziej znana wersja. Ale w tych stronach wersje wydarzeń nierzadko się mnożą, coraz bardziej różnią, a fakty się mieszają. Historyczne dokumenty przedstawiają je rozmaicie: mówią, że Bernardina i Antoniettę łączyła tajna umowa, że baron nie chciał zabijać rywali, ale tylko uciekł z dziewczyną, zostawiając w Pentedattilo swoich żołnierzy, rzeczywistych sprawców mordu. Tak czy inaczej, Antonietta i Bernardino pobierają się trzy dni później. W tym czasie wicekról Neapolu zdążył się już dowiedzieć o rzezi i wysłał żołnierzy, którzy będą oblegać Montebello. Koniec końców Antonietta trafi do klasztoru, a na blankach zamku w Pentedattilo zawisną głowy sześciu ludzi uczestniczących w morderstwie, aby nie było mowy o pomyłce. Bernardino ujdzie z życiem. Kilka lat później zaciągnie się pod fałszywym nazwiskiem do austriackiego wojska i w trakcie jednej z ekspedycji mających wspomóc Wenecjan zginie od kuli z tureckiego działa.

Claudio Rodà nie tylko opiekuje się grobem markiza Albertiego i odstrasza złodziejaszków. Stoi także na straży innych wspomnień. Odkąd zaczął zajmować się kościołem, ludzie powierzają mu dawne fotografie, które on oprawia w ramki i w odpowiednim porządku wywiesza na górnym piętrze zakrystii. Pokazuje mi ściany sal, gdzie umieścił czarno-białe wizerunki całych rodzin i zdjęcia twarzy, których już się nie spotyka – wklęsłe policzki, przeogromne oczy – układające się w długie drzewa genealogiczne ludzi zmarłych przed laty i od dziesięcioleci rozproszonych po świecie. Pan Claudio kataloguje je z taką samą troskliwością, z jaką opiekuje się ołtarzami i grobami. I gdy czasami ktoś przychodzi do niego z jakimś pytaniem, próbuje udzielić na nie odpowiedzi: „A ciocia Domenica, co się z nią stało?” „Zmieniła imię na Dominique i w 1962 roku wyszła za mąż gdzieś w Niemczech za niejakiego Stephana Holza”. Francesco Marrari został Frankiem; pochowano go w New Jersey, miał osiemdziesiątkę na karku3. Nie zawsze jednak udaje się pozszywać te opowieści – niektóre gałęzie drzewa zaraziły się miejscową chorobą i ni stąd, ni zowąd przestały rosnąć.

Poniżej Pentedattilo biegnie droga krajowa numer 106. Bierze swój początek w Reggio di Calabria i prowadzi wzdłuż Morza Jońskiego aż poza granice regionu. Gdy na mapę przebiegu DK 106 nałoży się drzewa genealogiczne, oczom ukaże się ukryty krajobraz powiązań, pokrewieństw, powtarzających się nazwisk oraz imion. Wszystkie te związki żyją w podziemiu i potrafią wychynąć na powierzchnię dwa lub trzy pokolenia później, także po drugiej stronie globu.

Stoimy na balkonie zakrystii górującym nad fragmentem drogi, którą wciśnięto między wybrzeże i wzgórza. Odwróciwszy się plecami do morza i spojrzawszy na północ, w kierunku wyżyn, można dojrzeć Montebello. To tam w 1968 roku, trzysta lat po baronie Abenavolim, rodzi się Giuseppe Pensabene, człowiek, który od roku 1985, za drugiej wojny ’ndranghety, zdobywa szlify żołnierza rodziny Imerti. Następnie, już pod koniec lat osiemdziesiątych, wyjeżdża do Lombardii, do Brianzy, a w 2010 roku – po operacji Crimine-Infinito[1] – wyrasta na lidera jednej z najważniejszych rodzin w północnych Włoszech i zyskuje przydomek Il Papa, Papież. Zostanie aresztowany w 2014 roku, gdy służby natrafią na ślady prania milionów euro, które przez Dubaj płynęły aż do Hongkongu.

Jeśli zwrócę się ku wschodowi, będę mógł zobaczyć miejscowość Bova Marina, stanowiącą bazę Antonina Vadali, tego samego, którego słowackie władze wydaliły w maju 2018 roku za handel kokainą. Kilka miesięcy wcześniej Vadalę aresztowano, a następnie zwolniono, w związku z morderstwem Martiny Kušnirovej i jej narzeczonego Jàna Kuciaka, dziennikarza zaangażowanego w badanie oszustw dokonywanych przy rozdziale funduszy europejskich. Wskutek tego podwójnego morderstwa upadł rząd w Bratysławie.

Gdy z zakrystii w Pentedattilo ruszę z kolei w góry i znajdę miejsce, z którego będzie się rozciągać szerszy widok, zobaczę – wciąż patrząc w kierunku wschodnim – zarys miasteczka San Luca, skąd pochodziły tak ofiary, jak i sprawcy mordu w niemieckim Duisburgu, gdzie w nocy 15 sierpnia 2007 roku zabito pięć osób związanych z klanem Pelle-Vottari.

Claudio Rodà żegna się ze mną i wraca do swoich drzew genealogicznych. Ja jeszcze patrzę na północ, w stronę, gdzie wznosi się Oppido Mamertina, rodzinna miejscowość Francesca Madafferiego, zwanego Mad Frankiem, który również w 2007 roku próbował przemycić do portu w Melbourne największy w historii transport ecstasy. A gdybym pojechał zaledwie osiemdziesiąt kilometrów w kierunku północno-zachodnim, trafiłbym do Siderno, skąd pochodzi rodzina Commisso, która w Vancouver handlowała sprowadzaną przez siebie kokainą, organizowała w Ontario wymuszenia i przyjmowała zlecenia na zabójstwa w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych.

I tak dalej. Od jednego miasteczka do drugiego choroba daje coraz bardziej złożone objawy, które rozchodzą się w cztery strony świata. DK 106 to nie nadmorska droga krajowa, lecz – już ze statystycznego punktu widzenia – powód do wstydu o zasięgu międzynarodowym. Jestem niemal pewien, że nigdzie na świecie nie ma drugiego takiego zagęszczenia wyżej wskazanych symptomów jak to, z którym mamy do czynienia na dystansie stu czterech kilometrów dzielących Reggio di Calabria od Siderno. Chorobę tę wywołuje najpewniej osad powstały z kombinacji określonych warunków i substancji, które wytrąciły się tylko tutaj i nigdzie indziej.

Przemierzenie tych stu czterech kilometrów to, jak sądzę, jedyny sposób, by ową chorobę rozpoznać.

1 15 kilometr, Bocale

Aby wydostać się na DK 106, należy wyjechać z Reggio. Opuścić śródmieście wraz z jego ulicami wychodzącymi na Cieśninę Mesyńską i zostawić za sobą dawne wojny na jego peryferiach i tamtejsze niedawne układy. Całą tę wszechobecną nutę dekadencji.

Miasto wciąż cechuje magnetyzm tak silny, że oddziałuje na całe wybrzeże. Chcąc domknąć opowieść o DK 106, na zakończenie podróży będziemy musieli jeszcze do niego powrócić.

Minąwszy na wpół opuszczony obszar przemysłowy i podupadające od lat lotnisko, droga dojazdowa do DK 106 wrzyna się w krajobraz, który przez kolejne sto cztery kilometry pozostanie taki sam: pośrodku asfalt, po lewej wzgórza, po prawej tory kolejowe i morze. Przecinająca region trasa symbolizuje podział Kalabryjczyków na tych z gór i tych znad morza. Dwa różne typy antropologiczne, które mimo to, na skutek rozmaitych przetasowań i przemieszczeń, od pokoleń krzyżują się ze sobą.

Wyruszamy pewnego wiosennego popołudnia. Wiatr wieje z północnego wschodu (czyli na południowy zachód), nie jest to zatem scirocco. Powietrze jest przejrzyste, chmury pędzą po niebie, światło przecina horyzont, ale nie oślepia. Początkowo droga przeciska się między szkieletami nieukończonych budynków – słońce odbija się w połaciach blachy i kikutach wsporników – lecz już za światłami w Pellaro ciąg tych potworków chwilowo się kończy i przed oczami rozpościera się panorama.

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Bocale ukształtowało właśnie scirocco. Ówcześni zamożni mieszkańcy Reggio, wyżsi urzędnicy, przedsiębiorcy, prawnicy, wszyscy działający w sektorze publicznym, wybudowali sobie domy nad morzem. Żeby mieć dokąd uciekać przed zaduchem, który paraliżuje miasto, gdy całymi dniami wieje ten południowo-wschodni wiatr.

Bocale wyrasta za cyplem Punta Pellaro, w miejscu gdzie zwykle wiatr się odmienia, leżącym zaledwie dziesięć kilometrów od Reggio. Gdyby jakiś konkurent w interesach doprowadził ukradkiem do zamknięcia przetargu w piątkowy wieczór, dałoby się jeszcze stąd dojechać do miasta i tuż przed upływem czasu wypełnić dziesiątki stron dokumentów.

Jestem przekonany, że wiele letnich rezydencji w Bocale powstało przede wszystkim po to, aby mieć na oku sąsiadów. W willach organizowano kolacje, uroczystości, przyjęcia, tajne spotkania. Gdyby wymyślono aplikację pozwalającą mierzyć, ile na danym obszarze podjęto decyzji w kwestii publicznych zleceń i ile ustawiono głosowań, w tym miejscu jej wskazania poszybowałyby pod niebo.

Wąska szosa po prawej prowadzi do drogi lokalnej, którą po niecałym kilometrze dojeżdża się do placyku otoczonego eukaliptusami. Dalej trzeba już pieszo pokonać podziemne przejście pod torami kolejowymi. Koniec końców tunel dociera na plażę i osiedle nierzucających się w oczy willi. Nie ma tu śladu zbytku, przynajmniej na zewnątrz; dwupiętrowe, otynkowane na biało budynki z gankami stoją na obszernych podwórzach otoczonych murami wysokimi na dwa–trzy metry. Jedynym wyraźnym przejawem luksusu – uzyskanym dzięki Bóg wie jakiemu zezwoleniu – jest to, że znajdują się bezpośrednio przy plaży i że roztacza się z nich wspaniały widok na cieśninę.

Ściany pierwszej willi po lewej są nieco obdrapane4. Nierzadko na posesji można dostrzec ruch. Może to ogrodnik opiekujący się bugenwillą, a może ktoś, kto szykuje łódź, by wypłynąć na ryby? Ilekroć tam bywałem, sąsiedzi powtarzali, że rodzina do tego domu już nie przyjeżdża. Czynili tym samym aluzje do złych wspomnień, których to miejsce jest pełne od trzydziestu lat.

Willa należała do Lodovica Ligata, byłego dziennikarza, byłego członka rady miejskiej, byłego parlamentarzysty i zdymisjonowanego prezesa Kolei Państwowych – w tamtym czasie największego pod względem liczby pracowników przedsiębiorstwa we Włoszech – który musiał ustąpić ze stanowiska po skandalu „złotych prześcieradeł”. Czyli po aferze z przetargami i łapówkami, która zmiotła całą wierchuszkę spółki[2].

Ligata zamordowano latem 1989 roku. Zabójstwo to pozostaje najważniejszym spośród dokonanych przez ’ndranghetę, a przy tym obiektem powszechnego społecznego wyparcia. Zbrodni nie upamiętniono w żaden szczególny sposób. Nie powstały żadne specjalne programy telewizyjne, nakręcone przy użyciu materiałów z archiwów RAI[3], ani dokumentalne w stylu true crime, które dotyczyłyby morderstwa popełnionego na jednym z najważniejszych urzędników państwowych w latach osiemdziesiątych. Nie ma też – jakżeby inaczej? – żadnych nagród jego imienia, żadnych ulic, żadnych tablic pamiątkowych.

Lodovico Ligato nie jest typem ofiary, o której świat polityki chciałby pamiętać. Wręcz przeciwnie, jest ofiarą morderstwa, którą chciałoby się usunąć z rodzinnego albumu najszybciej jak się da. Mówiąc o nim, trzeba zatem podpierać się słowami świadków, którzy zeznawali we wszystkich instancjach, a ponadto bazować na innych świadectwach, tych uzyskanych bezpośrednio. Wszystko to w nadziei, że uda się zrekonstruować wielowarstwowy kontekst tej sprawy i ukazać wszystkie jej zawiłości.

Bardzo późno w nocy z 26 na 27 sierpnia 1989 roku Lodovico Ligato wychodzi ze swojej willi, by odprowadzić dwójkę gości aż do placyku z eukaliptusami, gdzie zaparkowali samochód. Żegnają się, Ligato wraca do domu przez przejście podziemne. Dokładnie w chwili, gdy Giovanni Gentile wkłada kluczyk do zamka w drzwiach wozu, on i jego żona słyszą od strony plaży długą serię strzałów, po których dobiegają ich krzyki i zawodzenie. Chowają się do samochodu, a chwilę później z tunelu z dużą prędkością wypada dwóch ludzi na motocyklu, którzy znikają na drodze.

Ciało zdymisjonowanego prezesa Kolei Państwowych leży na stopniach jego własnego domu, kilka kroków od plaży i peronów. Śledczy dochodzą do wniosku, że w kierunku Lodovica Ligata wystrzelono łącznie trzydzieści pięć pocisków, z czego dwadzieścia sześć dosięgło celu. Strzały zostały oddane z trzech różnych sztuk broni, z czego dwóch: półautomatycznego glocka kaliber .9 parabellum oraz browninga kaliber 7,65, już wcześniej użyto w innych napadach5.

Według rekonstrukcji wydarzeń: tuż po wyjściu z tunelu Ligato zostaje raniony w plecy pierwszą serią strzałów, upada, podnosi się, próbuje uciekać w kierunku domu. Zabójcy podążają za nim, nie przestając strzelać, i wreszcie dobijają go czterema kulami, gdy leży już na schodach. Ostatni pocisk zostaje wystrzelony w stronę jego żony, Eugenii Mammany, której udaje się otworzyć furtkę wejściową. Kobieta szepce: „Nie zabijajcie mojego męża”, i czym prędzej zatrzaskuje furtkę, gdy widzi wycelowany w siebie pistolet. Strzał jest niecelny. Następnego ranka syn Enrico znajdzie kulę w salonie.

 

Zabójstwo Ligata nie tylko powala na kolana całą prowincję, która już od czterech lat ogarnięta jest wojną, ale także wywołuje podziemne wstrząsy. Te docierają aż do Rzymu.

Proces wyparcia rozpoczyna się natychmiast.

Rada miasta, pozostająca w klinczu od czerwcowych wyborów, które nie wyłoniły rzeczywistej większości, organizuje posiedzenie jak na okoliczność stanu wyjątkowego. Udaje się wybrać na burmistrza chadeka Pietra Battaglię. Tylko jeden radny, niejaki Agatino Licandro, wstaje wtedy z fotela, by uczcić pamięć Ligata.

Z kolei regionalne kierownictwo Chrześcijańskiej Demokracji wykonuje gest rodem ze Związku Radzieckiego – usuwa nazwisko Ligata ze wszystkich późniejszych dokumentów. Lokalny oddział partii w Reggio sugeruje natomiast po cichu, że zleceniodawców morderstwa należałoby szukać w Rzymie. W pogrzebie uczestniczy bardzo niewiele osób; krajowy zarząd nie przysyła przy tej okazji ani okolicznościowych listów, ani kierownictwa. Cztery dni po zabójstwie odbywa się w Palazzo Sturzo[4] krajowa rada partii: około trzynastej trzydzieści jej przewodniczący Ciriaco De Mita kończy swoje wystąpienie, które wygłasza przed publicznością złożoną z najważniejszych chadeków, lecz ani on, ani sekretarz Arnaldo Forlani, ani przewodniczący rady Giulio Andreotti[5], ani nawet minister do spraw Południa Riccardo Misasi – od dziesięcioleci wszechmocny kalabryjski lider uchodzący za politycznego ojca chrzestnego Lodovica Ligata – nie wspominają choćby słowem o zamordowaniu dawnego prezesa Kolei Państwowych6.

Jednak na scenie pojawia się medium, które wywołuje tego niepożądanego ducha. Nazywa się Oscar Luigi Scalfaro[6]. „Ligato jest nasz – mówi – bo był naszym posłem. Bo nie objął swojego stanowiska sam z siebie. I nawet jeśli chmury, które nad Ligatem się zebrały w związku z jego działaniami i przewinami, coraz bardziej gęstnieją, on pozostaje nasz. Bo jest czymś nie do pomyślenia, abyśmy odcinali się od błędów, bez względu na to, jakie one są, choćby i ciężkie. Czy chcemy w milczeniu przejść do porządku dziennego nad tym aktem rozlewu krwi? Czy może jednak wolimy przystanąć i pochylić się nad tym, że pewne działania mogą przynosić tak poważne skutki?”

Dziennikarze rzucają się na partyjnych przywódców, by poznać ich reakcje na te słowa, ale rozbijają się o niewzruszony mur. „Bez komentarza, choć to, co mówi Scalfaro, zawsze jest godne uwagi” – odpowiada Andreotti. „Ja nie będę rozmawiać. Partię reprezentuje Forlani” – oświadcza De Mita. Forlani nie mówi nic. Misasi, który przedstawia się jako numer jeden w Kalabrii, twierdzi, że już od jakiegoś czasu trzyma się od niej z dala. I dodaje: „Mam wrażenie, że ’ndrangheta nie jest tak zorganizowana jak mafia. To różne rodziny. Pomijając rzadkie przypadki, wzajemnie się zwalczają”.

Krajowe dzienniki publikują artykuły, w których zakłopotani autorzy dają do zrozumienia, że historia Ligata skończyła się tak, jak musiała się skończyć.

W tym samym czasie w Reggio dochodzi do inwazji porywaczy ciał.

Wydaje się, że w ciągu jednej nocy jakiś zwariowany naukowiec zastąpił obywateli miasta, przedsiębiorców i urzędników – tych samych, którzy w latach 1979 i 1983 oddali na Ligata dwadzieścia jeden tysięcy głosów, co było najwyższym w historii Reggio wynikiem uzyskanym przez pojedynczego kandydata – rzeszą ich sobowtórów z zapałem kreującą alternatywną wizję rzeczywistości. Zgodnie z nią Ligato był wyłącznie przygodnym znajomym, kimś w rodzaju chwilowego statysty, a nie postacią dominującą przez ostatnią dekadę w lokalnej polityce i cieszącą się poparciem niemal jednej trzeciej wyborców.

Powody konsternacji w krajowych strukturach chadecji są dość oczywiste: partia przeżywa kryzys zaufania, zaś aferą „złotych prześcieradeł” prasa i telewizja zajmują się miesiącami. Z kolei przyczyny psychicznej dysocjacji u mieszkańców tkwią o wiele głębiej: cała prowincja, a zwłaszcza Reggio, lęka się spojrzeć w twarz trupowi, bo ujrzałaby w niej własne odbicie.

Są osoby, które potrafią dostroić się do najdelikatniejszych wibracji miasta. Niektórzy kierowcy autobusów zawsze dokładnie wiedzą, na jaki ruch uliczny się natkną. Niektórzy agenci nieruchomości są w stanie wyczuć, jak zmieni się rynek mieszkań w danej dzielnicy, wykorzystując najdrobniejsze sygnały – w rodzaju otwarcia nowego sklepu. Urzędnicy katastralni potrafią z kolei powiązać ze sobą różne wydarzenia rozłożone w czasie i stwierdzić, czy dany obszar czeka rozwój, czy upadek. Lodovico Ligato był właśnie takim typem polityka – umiejącym dostroić się do pulsu swojego świata. Ten syn maszynisty mieszkający w mieście kolejarzy rozpoczął karierę jako redaktor komunikatów prasowych. Z czasem zaczął się piąć po partyjnych szczeblach, prowadząc prowokacyjne polemiki i bezwzględnie atakując przeciwników w łonie własnego ugrupowania i poza nim. Wysoki, potężny, o donośnym głosie i wyrazistej gestykulacji stworzył ruch złożony z mieszkańców dzielnicy Portanova. Kolejarzy, rzecz jasna, dysponujących coraz większymi pakietami głosów i zdolnych do zwierania szeregów przy okazji dowolnego publicznego spotkania – od najmniej istotnych dzielnicowych zebrań po posiedzenia rady miasta. Działali oni w sposób tak zdyscyplinowany, że zasłużyli sobie w powszechnej opinii na miano „chińczyków”.

W mieście, w którym wiatr zmienia kierunek trzy razy dziennie, a najbardziej charakterystycznym zjawiskiem jest fatamorgana, czyli miraż unoszący się nad wodami cieśniny, Ligato niezwykle sprawnie stosował taktykę nieustannej zmiany pozycji i uskuteczniał sztukę zastawiania pułapek wabiących złudzeniami. W kwestii pulsu miasta miał wyczucie absolutne, toteż jego starcie z najmroczniejszymi miejscowymi siłami nadciągało nieuchronnie.

Mający za sobą dwie kadencje w parlamencie, gdzie w Izbie Niższej wielokrotnie pełnił funkcję sekretarza Komisji do spraw Transportu, w 1985 roku Ligato został namaszczony na prezesa włoskich Kolei Państwowych, spółki zatrudniającej dwieście tysięcy pracowników, zarządzającej trzydziestoma sześcioma miliardami lirów, od której zależni byli – pośrednio lub bezpośrednio – niezliczeni klienci. Na szczyty największego pod względem liczby zatrudnionych przedsiębiorstwa we Włoszech wyniosło go przede wszystkim poparcie Riccarda Misasiego, byłego ministra edukacji, a zarazem byłego politycznego sekretarza Chrześcijańskiej Demokracji, wielkiego sprzymierzeńca Ligata na poziomie krajowym. Być może Misasi wyczuwał w swoim aż nazbyt obiecującym wychowanku zagrożenie dla siebie samego.

*

W toku procesu prowadzonego we wszystkich trzech instancjach zostanie ustalone, że zabójstwo Ligata to kulminacja wojny prowadzonej przez ’ndranghetę.

Wieńczy ono konflikt rozpoczęty w 1985 roku, który – zanim dobiegnie końca w roku 1991 – pociągnie za sobą śmierć bliżej nieokreślonej liczby osób. Przy całej rozbieżności w szacunkach (ofiar miało być od pięciuset do siedmiuset) liczba ta przytłacza jeszcze bardziej, jeżeli na przykład weźmie się pod uwagę, że w ośmiu wielkich masakrach, które wydarzyły się we Włoszech w latach 1969–1974, zginęło ich sto czterdzieści dziewięć[7].

Tak zwana druga wojna ’ndranghety wybucha wieczorem 11 października 1985 roku7. W chwili gdy Antonino Imerti, przezywany Nano Feroce, Dzikim Karłem, znajduje się w Villa San Giovanni[8], niedaleko siedziby towarzystwa ubezpieczeniowego, które często służy mu za przykrywkę dla rozmaitych nielegalnych działań, ktoś uruchamia bombę ukrytą w fiacie 500 zaparkowanym po drugiej stronie ulicy. Echo eksplozji niesie się na odległość wielu kilometrów i w mnóstwie okolicznych budynków pękają szyby. Ale kiedy na miejsce przyjeżdżają ratownicy, stwierdzają, że Imerti jakimś cudem jest cały i zdrowy, zaś wokół niego leży to, co pozostało z jego ochroniarzy. Ponieważ Imerti milczy uparcie, śledczy potrzebują wielu godzin na ustalenie, że byli nimi bracia Angelo i Vincenzo Palermowie oraz Umberto Spinelli, wszyscy około dwudziestki.

Policja na krótko zatrzymuje Imertiego, który wciąż nie otwiera ust, po czym go wypuszcza. Ale Nano Feroce musiał jednak komuś szepnąć słówko, bo odwet następuje przed upływem czterdziestu ośmiu godzin. Z pistoletu zostaje zastrzelony Paolo De Stefano, głowa rodziny stanowiącej w dużej mierze arystokrację świata zorganizowanej przestępczości w Reggio, oraz jego ochroniarz. Obaj giną, gdy przejeżdżają na motocyklu przez Archi, dzielnicę na północy miasta będącą terytorium De Stefanów.

W 1975 roku klany Imerti i De Stefano zawarły sojusz, który – mimo napięć i wzajemnych podejrzeń – przetrwał dekadę. Teraz z niewiadomego powodu tamto dawne porozumienie ulega dosłownemu wręcz rozerwaniu. Po ulicach miasta zaczynają krążyć grupy uzbrojonych ludzi szukających kolejnego celu. Wspólne interesy i związki matrymonialne wiążą rodzinę De Stefano z klanami Libri i Tegano. Rodzina Imerti tworzy z kolei „federację” z trzema innymi: Condello, Serraino i Rosmini. W ciągu miesiąca plaga rozszerza się na całą prowincję, a wszystkie rody z wybrzeży Morza Tyrreńskiego i Jońskiego muszą się opowiedzieć po jednej albo po drugiej stronie. Nierzadko też postanawiają wykorzystać tę wojnę do wyrównania dawnych porachunków.

„Jak się żyło w tamtym czasie?” Pytanie nasuwa się samo, lecz w Reggio próżno szukać na nie odpowiedzi. Podobnie jak na wiele innych. Kiedy wybuchła wojna, miałem lat osiem, kiedy dobiegła końca – czternaście. I choć trudno to dziś przyznać, prawda jest taka, że dla rozgarniętego chłopca o bujnej wyobraźni, nierozumiejącego, czym jest śmierć, ówczesne ponure klimaty miały w sobie coś ekscytującego. Dorastałem, czytając kryminały odkładane przez matkę oraz lokalny dziennik, który kupował ojciec, pełen opisów niedawnych egzekucji. W mojej głowie to Sherlock Holmes i Philip Marlowe ścigali Nana Ferocego i prowadzili śledztwo w sprawie zabójstwa Lodovica Ligata. Tymczasem reszta Włoch obserwowała wydarzenia w Reggio di Calabria z niesmakiem i obojętnością, jak gdyby chciała powiedzieć: „A niech ci południowcy sami się powyrzynają!”. Ja wiedziałem jedynie, że w moim mieście śmierć od strzałów z pistoletu jest na porządku dziennym.

Pamiętam, jak pewnego wieczoru siedziałem na tylnym siedzeniu samochodu ojca – razem z mamą, wujkiem i ciotką – a za nami jechała ciemna alfa romeo, w której widać było trzech mężczyzn. Ilekroć ojciec przyśpieszał, alfa siadała nam na ogonie, gdy zwalniał, nie chciała wyprzedzić. Tak przejechaliśmy długi odcinek DK 106, aż wreszcie na peryferiach Reggio alfa skręciła w jakąś mniejszą uliczkę. Cała rodzina rozważała wówczas dwie przeciwstawne hipotezy: albo ci ludzie byli płatnymi zabójcami, którzy jechali nie za tym samochodem, co trzeba, albo było to trzech debili, którzy spontanicznie postanowili zrobić idiotyczny dowcip, aby porozkoszować się atmosferą czasów.