Szanchaj

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V. UCHYLONY RĄBEK ZASŁONY

Tak wła­śnie pew­nej nie­dzie­li wy­ra­ził się za­wsze opa­no­wa­ny i wy­twor­ny me­ce­nas Lu­bicz, gdy w sa­lo­ni­ku ge­ne­ra­ło­wej Osta­po­wej zgro­ma­dził się cały kom­plet by­wal­ców. Kil­ku star­szych pa­nów, a wśród nich mru­kli­wy se­na­tor Ableu­chow, za­sia­dło do zie­lo­nych sto­li­ków. Mło­dzież, po­su­nąw­szy stół ku ścia­nie, urzą­dzi­ła dan­cing przy dźwię­kach płyt gra­mo­fo­no­wych, resz­ta go­ści po­dzie­li­ła się na więk­sze i mniej­sze gru­py i gwa­rzy­ła na prze­róż­ne te­ma­ty. Szcze­gól­ne jed­nak za­in­te­re­so­wa­nie bu­dzi­ły opo­wia­da­nia i do­my­sły, do­ty­czą­ce kil­ku nie­daw­no przy­by­łych z Sy­be­rii osób. Istot­nie mo­gły one wzbu­dzić za­cie­ka­wie­nie, gdyż nowi emi­gran­ci przy­by­wa­li już bar­dzo rzad­ko. Gra­ni­ce Sy­be­rii zo­sta­ły od daw­na szczel­nie za­mknię­te, więc ci, któ­rzy prze­kra­cza­li kor­don, na­le­że­li do naj­zu­chwal­szych śmiał­ków i mu­sie­li nie­raz prze­by­wać da­le­ką i nie­bez­piecz­ną dro­gę. Po­zaz­dro­ścić by jej mo­gli naj­zu­chwal­si na­wet po­dróż­nicy. Nie­któ­rzy bo­wiem mu­sie­li sfor­so­wać Pa­mir i Tian-Szan, a po­tem na wiel­błą­dach lub kon­no wlec się po­przez całą Azję Środ­ko­wą, za­ha­cza­jąc, a nie­raz i prze­ci­na­jąc mar­twą pu­sty­nię Gobi, za­nim mo­gli do­trzeć do Chin wła­ści­wych i oprzeć się wresz­cie o Szan­chaj – ów wy­ma­rzo­ny raj, ten wy­lot ku… nie­ist­nie­ją­cej już oj­czyź­nie.

W kół­ku, ota­cza­ją­cym pa­nią domu, sze­ro­ko i elo­kwent­nie o tym wszyst­kim roz­pra­wiał me­ce­nas, z nie­zrów­na­ną ele­gan­cją ba­wiąc się bi­no­kla­mi na sze­ro­kiej, czar­nej ta­siem­ce.

– Mu­szę pań­stwa ostrzec – mó­wił Lu­bicz ta­jem­ni­czym, przy­ci­szo­nym na­gle gło­sem, co wła­śnie zmu­si­ło wszyst­kich do tym więk­szej uwa­gi – mu­szę ostrzec przed zbyt­nią szcze­ro­ścią i nie­dy­skre­cją wo­bec no­wych przy­by­szów z ostat­nich cza­sów! Pe­wien mój zna­jo­my ofi­cer z wy­wia­du ge­ne­ra­ła Sie­mio­no­wa po­ka­zy­wał mi w ka­wiar­ni na Cre­eku dwóch osob­ni­ków, od dwu ty­go­dni mysz­ku­ją­cych po Szan­cha­ju. Są to agen­ci-ko­mu­ni­ści, po­sy­ła­ni za­gra­nicę w szcze­gól­nie waż­nych spra­wach. Mój zna­jo­my nie wąt­pi, że ści­ga­ją ko­goś z nowo przy­by­łych. Na­leży za­cho­wać wiel­ką ostroż­ność, aby ko­muś nie wy­rzą­dzić krzyw­dy!

Za­pa­no­wa­ło mil­cze­nie. Każ­dy z obec­nych usi­ło­wał przy­po­mnieć so­bie, czy nie spo­tkał gdzieś przy­pad­ko­wo po­dej­rza­nych osob­ni­ków, zde­ma­sko­wa­nych przez Lu­bi­cza.

– Czy nie na­le­ży cza­sem do tej dwój­ki ten wy­soki, mil­czą­cy blon­dyn, co to parę razy po­ka­zał się w ka­wiar­ni Gre­ena, a na­wet raz pod­cho­dził do sena­tora? – za­py­ta­ła ja­kaś mło­da dama, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa. – Ten to rze­czy­wi­ście miał zło­wro­gi i ta­jem­ni­czy wy­gląd!

– Ależ nie! – za­wo­ła­ła z ukra­iń­skim ak­cen­tem sie­dzą­ca na­prze­ciw­ko pa­nien­ka – czar­no­oka i sma­gła. – Nie! Ten, co roz­ma­wiał wte­dy z se­na­to­rem Ableu­cho­wem, prze­stał już być za­gad­ką. Wiem to od Lud­mi­ły So­mo­wej, gdyż po­ka­za­ła mi go na uli­cy i po­wie­dzia­ła, że wła­śnie za­miesz­kał u nich w po­ko­iku, wie­cie pań­stwo, w tym – na pra­wo od sie­ni, na­zy­wa się Wa­gin, Ser­giusz Wa­gin…

Nikt nie zwró­cił uwa­gi na roz­mo­wę pań, ale sto­jący koło okna rot­mistrz Kli­mow po­chy­lił nad nimi bla­dą, wy­chu­dzo­ną twarz i spy­tał z na­głym oży­wie­niem:

– Jak pani po­wie­dzia­ła, pan­no Nino? Wa­gin? Ser­giusz?

– Tak na­zy­wa­ła go Lud­mi­ła – po­twier­dzi­ła zdzi­wio­na nie­co sma­gła pa­nien­ka.

Kli­mow za­tarł ręce i za­śmiał się ci­cho.

– No… no… – za­czął chra­pli­wym, ury­wa­nym gło­sem. – Ten to jest gor­szy od każ­de­go agen­ta bol­sze­wic­kie­go!… Po­my­śleć tyl­ko, że tu w Szan­cha­ju, gdzie ze­bra­ło się tylu ofi­ce­rów i in­nych uczci­wych Ro­sjan, może prze­by­wać bez­kar­nie taki Wa­gin!…

– Cóż to za czło­wiek? – roz­le­gły się py­ta­nia, a po­wstrzy­mać się od nie­go nie mógł na­wet Lu­bicz.

Kli­mow za­chi­cho­tał po swo­je­mu, niby ptak, wy­da­ją­cy dra­pież­ny skwir, i kasz­ląc, po­czął wy­ma­chi­wać rę­ka­mi. Uspo­ko­iw­szy się nie­co, za­czął mó­wić, wpa­tru­jąc się z po­gar­dą i zło­śli­wo­ścią w spo­koj­ną twarz ad­wo­ka­ta, któ­re­go od pierw­sze­go spo­tka­nia or­ga­nicz­nie nie zno­sił:

– Że ci pań­stwo mogą nie wie­dzieć o Ser­giu­szu Wa­gi­nie – to nic dziw­ne­go, bo na­zwi­sko jego, dzię­ki przed­się­wzię­tym za­wcza­su środ­kom za­po­bie­gaw­czym, nie obi­ło się o uszy sze­ro­kie­go ogó­łu, ale żeby pan, me­ce­na­sie, pan, któ­ry, jak twier­dzi, miał tak bar­dzo roz­le­głe sto­sun­ki w Pe­ters­bur­gu, mógł nie sły­szeć o Wa­gi­nie, to mi się wprost w gło­wie nie mie­ści i bu­dzi po­dej­rze­nia, że albo pan stra­cił pa­mięć, albo… całe to ga­da­nie o sto­li­cy i pań­skich zna­jo­mo­ściach w naj­wyż­szych sfe­rach jest po­spo­li­tą buj­dą i bla­gą.

Wszy­scy wie­dzie­li od daw­na o nie­chę­ci, któ­rą ży­wił cho­ry żan­darm do ad­wo­ka­ta, i przy­zwy­cza­ili się już do cią­głych jego do­cin­ków, ale mimo to tym ra­zem po­wie­dze­nie Kli­mo­wa prze­kra­cza­ło wszel­ką mia­rę i za­kra­wa­ło już na obe­lgę.

Zro­zu­mia­ła to też na­tych­miast pani Osta­po­wa i su­ro­wym, nie­do­pusz­cza­ją­cym żad­ne­go sprze­ci­wu gło­sem za­czę­ła swój sa­kra­men­tal­ny fra­zes, dru­zgo­cący, jak wszyst­kim się wy­da­wa­ło, nie­sto­sow­nie i nie­kul­tu­ral­nie za­cho­wu­ją­ce­go się go­ścia:

– Pew­ne­go razu, kie­dy z nie­bosz­czy­kiem mę­żem by­li­śmy na przy­ję­ciu u ich ce­sar­skich mo­ści w Car­skim Sio­le…

Kli­mow chrząk­nął nie­cier­pli­wie i nie zwra­ca­jąc już uwa­gi na ad­wo­ka­ta, za­trzy­mał na ge­ne­ra­ło­wej ostry, szy­der­czy wzrok wy­pło­wia­łych oczu w czer­wo­nych ob­wód­kach przy­puch­nię­tych po­wiek.

Zwra­ca­jąc się do niej, po­wie­dział ze śmie­chem:

– Wła­śnie… wła­śnie!… Car­skie Sio­ło… Wa­gin ma bez­po­śred­ni z nim zwią­zek!

– O czym pan mówi, rot­mi­strzu? – spy­ta­ła mimo woli za­cie­ka­wio­na pani Osta­po­wa, ale w tej sa­mej chwi­li wsta­ła z ka­na­py i skie­ro­wa­ła się ku drzwiom, aby przy­wi­tać wcho­dzą­cą pa­nią So­mo­wą i jej cór­kę.

– Tra­fia­cie pa­nie na cie­ka­wą roz­mo­wę – po­wie­dzia­ła śpiew­nym gło­sem. – Czym mogę słu­żyć? Kawą czy her­ba­tą? Mar­to, po­wiedz, aby po­da­no pa­niom her­ba­ty!… Pro­szę przy­siąść się do nas!

Pa­nie wi­ta­ły się ze zna­jo­my­mi i wresz­cie, zna­lazł­szy wol­ne miej­sca, usia­dły.

Rot­mistrz, pa­trząc na pa­nią So­mo­wą wzro­kiem in­kwi­zy­to­ra, spy­tał:

– Sły­sza­łem, że u pani za­miesz­kał Ser­giusz Wa­gin?

– Tak jest! – od­par­ła spo­koj­nie. – Bar­dzo do­brze wy­cho­wa­ny czło­wiek i ide­al­ny sub­lo­ka­tor! Wy­cho­dzi z domu rano i po­wra­ca póź­no wie­czo­rem. Jesz­cze ani razu ni­cze­go nie żą­dał, na­wet im­bry­ka z go­rą­cą wodą do her­ba­ty…

Kli­mow zno­wu wy­buch­nął śmie­chem.

– Sko­ro nic nie wie­cie pań­stwo lub ma­cie tak fa­tal­nie krót­ką pa­mięć, przy­po­mnę wam coś nie­coś o Wa­gi­nie! – po­wie­dział świsz­czą­cym gło­sem. – Na­zwi­sko to po­win­ni pa­mię­tać wszy­scy, a już szcze­gól­nie ci, któ­rzy, jak twier­dzą, mie­li szczę­ście by­wać na przy­ję­ciach ce­sar­skich – he, he, he!

Go­ście aż się sku­li­li z prze­ra­że­nia. Zu­chwa­ły rot­mistrz ci­snął ka­my­czek do ogród­ka sa­mej pani Osta­po­wej. Wszy­scy wie­dzie­li, że robi to umyśl­nie i śmia­li się w du­chu, że prze­cież ge­ne­ra­ło­wa zro­zu­mie wresz­cie ak­cen­ty wąt­pli­wo­ści co do tego, o czym z ta­kim na­tchnio­nym pa­to­sem opo­wia­da­ła, wzdy­cha­jąc do daw­nej świet­no­ści swe­go ży­cia. Wy­czu­wała się bu­rza, wi­szą­ca w po­wie­trzu. Pani Osta­powa zmarsz­czy­ła lek­ko brwi i moc­niej za­ci­snę­ła war­gi. Lu­bicz po­śpiesz­nie wło­żył bi­no­kle i wy­pro­sto­wał się. Miał minę i po­sta­wę ry­ce­rza, wy­stę­pu­ją­ce­go w obro­nie swej damy.

– Żan­dar­mo­wi lejc dziś pod ogon tra­fił! – mruk­nął ktoś z go­ści do są­sia­da, ale ten tyl­ko wes­tchnął i nic nie od­po­wie­dział.

Ge­ne­ra­ło­wa, oso­ba spryt­na, zro­zu­mia­ła, że nie czas te­raz na ja­kieś re­pli­ki i ob­ra­zę, więc z ca­łym spo­ko­jem i ła­god­no­ścią po­wie­dzia­ła:

– Cze­ka­my za­tem, cze­ka­my na przy­po­mnie­nie nam o tym Wa­gi­nie… Może to oso­bli­wie za­in­te­re­so­wać pa­nią So­mo­wą…

Kli­mow usiadł i za­ci­ska­jąc cien­kie, pra­wie prze­zro­czy­ste pal­ce, roz­po­czął swe opo­wia­da­nie:

– Pa­mię­ta­cie pań­stwo rok 1915? Ro­sną­cy wpływ ce­sa­rzo­wej, wtrą­ca­nie się cha­ma i oszu­sta Ra­spu­ti­na do po­li­ty­ki? Strasz­ne, hań­bią­ce były to cza­sy! Ro­sję po­py­cha­no ku zdra­dzie so­jusz­ni­ków i ku za­war­ciu po­ko­ju z Niem­ca­mi… Pa­mię­ta­cie, pań­stwo? No – chwa­ła Bogu, bo my­śla­łem, że i to już wy­wie­trza­ło wam z gło­wy! Otóż w tym cza­sie nie­któ­rzy wiel­cy ksią­żę­ta i me­tro­po­li­ta mo­skiew­ski Ma­ka­ry pro­si­li ce­sa­rza, aby od­da­lił od sie­bie mał­żon­kę – Niem­kę… Car nie usłu­chał. Ksią­żę­ta mu­sie­li po­je­chać na wy­gna­nie, a me­tro­po­li­cie za­kne­blo­wa­no czymś usta… Wkrót­ce po­tem syn se­na­to­ra Wa­gi­na – Ser­giusz, ko­rzy­sta­jąc ze zna­jo­mo­ści wśród dwo­ra­ków, upla­no­wał za­mach na ce­sa­rzo­wą w Car­skim Sio­le. Wy­kry­to to przy­pad­ko­wo, ale Wa­gin znik­nął, cho­ciaż przed uciecz­ką zdą­żył jesz­cze wy­ko­nać za­mach na Ra­spu­ti­na i w nie­zro­zu­mia­ły wprost spo­sób uka­zał się we Fran­cji, gdzie po­sła­ni za nim lu­dzie zgu­bi­li wkrót­ce ślad. No! My wie­my, jak się to robi! He, he, he! Do­pie­ro w rok póź­niej je­den z agen­tów po­li­cji po­li­tycz­nej spo­tkał go przy­pad­kowo w Evians i… nie po­wró­cił już stam­tąd… Po­dob­no zwło­ki jego po kil­ku ty­go­dniach wy­ło­wio­no z Je­zio­ra Le­mań­skie­go i… nie roz­po­zna­no.

 

– Ach! – roz­legł się prze­ra­żo­ny okrzyk Lud­mi­ły So­mo­wej. – Mamo… sły­szysz?

Za­in­te­re­so­wa­nie słu­cha­czy było jed­nak tak wiel­kie, że nikt nie zwró­cił uwa­gi na ten okrzyk ani na po­bla­dłą strasz­li­wie twarz pa­nien­ki.

– Wa­gin znik­nął bez śla­du… – cią­gnął żan­darm. – Nie wy­kry­to żad­nych sto­sun­ków jego z par­tia­mi re­wo­lu­cyj­ny­mi… Nikt o nim nic nie sły­szał i na­gle te­raz Wa­gin przy­był do Szan­cha­ju! Jaką dro­gą? Do­brze ubra­ny, spo­koj­ny i za­pew­ne ma­te­rial­nie za­bez­pie­czo­ny…

– Po­wie­dział mi, że ma pie­nię­dzy na je­den za­le­d­wie mie­siąc – ci­chym gło­sem wtrą­ci­ła pani So­mo­wa.

– Łgał! – sta­now­czym gło­sem za­wo­łał rot­mistrz. – Nie­wąt­pli­wie jest agen­tem bol­sze­wic­kim i wszy­scy nie­ba­wem prze­ko­na­my się o tym!

– Dla­cze­go pan z taką pew­no­ścią to twier­dzi? – spy­ta­ła rot­mi­strza ge­ne­ra­ło­wa, chcąc uspo­ko­ić str­wo­żoną pa­nią So­mo­wą.

Kli­mow wzru­szył ra­mio­na­mi nie­cier­pli­wie i pra­wie krzyk­nął:

– Dla­te­go, że był on pre­kur­so­rem czer­wo­nych ka­tów! Ro­sja może ist­nieć, ję­cząc pod ba­tem abso­lut­ne­go cara-de­spo­ty, albo mio­tać się i ko­nać w drgaw­kach anar­chii. Wa­gin za­dał cios uro­ko­wi car­skiej ro­dzi­ny i ośmie­lił in­nych zdraj­ców tar­gnąć się na wła­dzę de­spo­tycz­ną, któ­rą wy­koń­czył Le­nin…

– Ce­sarz i na­stęp­ca tro­nu żyją! – za­pro­te­sto­wały ja­kieś star­sze, zwię­dłe pa­nie. – Na wła­sne oczy wi­dzia­ły­śmy orę­dzie, pod­pi­sa­ne przez nich…

Kli­mow re­cho­tał, trzę­sąc się cały:

– Zwy­kłe mrzon­ki emi­gran­tów bez oj­czy­zny… Szan­taż po­li­tycz­ny! Z ce­sar­skiej ro­dzi­ny ko­ści już nie po­zo­sta­ło… Ja to wiem naj­le­piej, bom prze­słu­chi­wał uczest­ni­ków mor­der­stwa… O wy – ła­two­wier­ni, na­iw­ni i nędz­ni!

Ka­szel jął go du­sić i wstrzą­sać ca­łym cia­łem. Za­sła­nia­jąc so­bie usta chust­ką, Kli­mow szyb­ko opu­ścił po­kój.

– Od­szedł wresz­cie! – wes­tchnę­ła Osta­po­wa. – Bar­dzo przy­kry czło­wiek… Cią­gle kra­cze…

– Już nie­du­żo mu po­zo­sta­ło! – po­wie­dział Lu­bicz. – Le­d­wie du­sza w nim ko­ła­cze, dla­te­go nie chcia­łem od­po­wia­dać na jego nie­sto­sow­ne do­cin­ki i in­sy­nu­acje… Zresz­tą – je­stem wyż­szy po­nad to… Ale bądź co bądź uchy­lił on rą­bek ta­jem­ni­cy co do tego Wa­gi­na.

Na­wią­za­ła się wspól­na roz­mo­wa nie­zmier­nie oży­wio­na. Opo­wia­da­nie Kli­mo­wa pod­nie­ci­ło wszyst­kich. Mó­wio­no wy­łącz­nie o Wa­gi­nie, za­po­mi­na­jąc zu­peł­nie o in­nych przy­by­szach, o któ­rych wspo­mi­nał ad­wo­kat.

– To dziw­ne, zu­peł­nie dziw­ne, jak ty po­tra­fi­łaś, Ludo, przej­rzeć Wa­gi­na? – szep­nę­ła pani So­mo­wa, po­chy­la­jąc gło­wę ku cór­ce. – Jak te­raz mamy po­stą­pić?

Lud­mi­ła sie­dzia­ła bla­da, z przy­mknię­ty­mi ocza­mi. Pod­nio­sła je wresz­cie na mat­kę i po­wie­dzia­ła ci­cho, le­d­wie po­ru­sza­jąc war­ga­mi:

– Nie, nie! Czu­łam coś in­ne­go, coś zu­peł­nie in­ne­go… On za­bił ko­bie­tę… To okrop­ne! Żyć pod jed­nym da­chem z mor­der­cą to męka!…

– Ludo, uspo­kój się!… Pa­mię­taj o na­szej sy­tu­acji…

Dziew­czy­na, za­ci­ska­jąc ręce, od­po­wie­dzia­ła na­tych­miast z tłu­mio­nym wy­bu­chem po­draż­nie­nia:

– Prze­cież mil­czę, cho­ciaż cier­pię strasz­li­wie! W na­szym miesz­ka­niu oba­wiam się do­ty­kać kla­mek, drzwi i przed­mio­tów, by nie czuć śla­dów rąk Wa­gina!

Umil­kła, bo pod­szedł do nich se­na­tor Ableu­chow.

– Jak się pa­nie mie­wa­ją? – za­py­tał, wi­ta­jąc zna­jo­me.

Pani So­mo­wa, od­pro­wa­dziw­szy star­ca na bok, opo­wie­dzia­ła mu o tym, co przed chwi­lą po­sły­sza­ła o swo­im lo­ka­to­rze.

Se­na­tor drgnął i z prze­ra­że­niem pa­trzał na wy­lę­kłe i znę­bio­ne pa­nie.

– Ser­giusz Wa­gin za­miesz­kał u pani?… – beł­ko­tał. – Ser­giusz Wa­gin…

– Wie­my już, że jest nie­do­szłym mor­der­cą cesa­rzo­wej i Ra­spu­ti­na, któ­ry tak sku­tecz­nie, wprost cu­dow­nie le­czył na­stęp­cę tro­nu… – szep­nę­ła pani So­mo­wa. – Co ro­bić? Niech pan po­ra­dzi!… Wymó­wić mu miesz­ka­nie? Czyż znaj­dzie­my no­we­go loka­tora? Prze­cież ten wy­naj­mo­wa­ny przez nas po­ko­ik jest je­dy­nym źró­dłem do­cho­du poza skrom­nym za­rob­kiem Ludy… Mu­szę le­czyć syn­ka… ga­śnie mi z dniem każ­dym…

Mia­ła łzy w oczach i war­gi jej drża­ły. Ableu­chow zsu­nął oku­la­ry na czo­ło i ująw­szy pa­nią So­mo­wą pod ra­mię, po­chy­lił się do jej ucha i szep­tać po­czął:

– Znam Ser­giu­sza… przy­jaź­ni­łem się z jego oj­cem – moim ko­le­gą z Se­na­tu. Znam całą tę spra­wę… Ser­giusz po­świę­cił się dla Ro­sji… Gdy­by za­mach jego udał się – nie mie­li­by­śmy bol­sze­wi­zmu, bo w zwal­cze­niu jego w za­rod­ku sa­mym do­po­mo­gli­by nam alian­ci… A tak… wy­szli­śmy z woj­ny na­pięt­no­wa­ni zdra­dą!… Po za­ma­chu Ser­giusz znikł i ro­dzi­ce jego nic o nim nie wie­dzie­li… Se­na­tor miał ty­sią­cz­ne przy­kro­ści po uciecz­ce syna… Pod­czas bol­sze­wi­zmu sta­rzy umar­li w wię­zie­niu… Jak pa­nie wie­dzą – głód, ty­fus pla­mi­sty… Tak, tak! Ale żeby Ser­giusz był agen­tem bol­sze­wic­kim – temu nie uwie­rzę ni­g­dy!

Wes­tchnął cięż­ko i uści­snąw­szy dłoń obu pa­niom, od­szedł zgar­bio­ny i smut­ny. Wspo­mnie­nia strasz­nych cza­sów przy­tło­czy­ły go do zie­mi. Czuł się wzbu­rzo­ny do głę­bi i od­dy­chał cięż­ko, po­ryw­czo. Pani So­mo­wa po­wtó­rzy­ła cór­ce roz­mo­wę swo­ją z Ableu­cho­wem i pa­trząc na Lud­mi­łę z nie­po­ko­jem, spy­ta­ła:

– Ro­zu­miesz, że to ina­czej się przed­sta­wia niż oskar­że­nie, rzu­co­ne przez tego obrzy­dli­we­go Kli­mo­wa?

Dziew­czy­na dłu­go mil­cza­ła, za­ci­ska­jąc war­gi, aby nie wy­po­wie­dzieć mio­ta­ją­cych się w niej my­śli. Ro­zu­mia­ła prze­cież, że mat­ka chwy­ta­ła się słów sena­tora jak to­ną­cy – de­ski. Pani So­mo­wa pra­gnę­ła za wszel­ką cenę za­trzy­mać u sie­bie lo­ka­to­ra. Robi­łaby to za­pew­ne na­wet w tym wy­pad­ku, gdy­by lo­ka­tor ten był no­to­rycz­nym zbrod­nia­rzem, aby tyl­ko pła­cił i nie po­wo­do­wał za­tar­gów z po­li­cją szan­chaj­ską. Wal­czy­ła, jak mo­gła i umia­ła, o ży­cie umie­ra­ją­ce­go na gruź­li­cę syn­ka. Wie­dzia­ła już bo­wiem, że nie może zni­kąd ocze­ki­wać po­mo­cy. Mu­sia­ła bory­kać się, od­rzu­ca­jąc od sie­bie za­sa­dy i prze­są­dy ro­dzin­ne, spo­łecz­ne, to­wa­rzy­skie i re­li­gij­ne. Lud­mi­ła wie­dzia­ła o tym wszyst­kim, mil­cza­ła więc, nie pod­no­sząc oczu na mat­kę.

– No, wi­dzisz, ko­cha­nie moje, no, wi­dzisz, że nie jest tak źle – szep­ta­ła pani So­mo­wa. – Taki czci­god­ny i po­waż­ny czło­wiek jak Ableu­chow zna­lazł prze­cież uspra­wie­dli­wie­nie dla Wa­gi­na!

Dziew­czy­na moc­niej za­ci­snę­ła pal­ce i sku­lo­na po­czę­ła ma­ły­mi ły­ka­mi pić her­ba­tę. Mat­ka uspo­ko­iła się i z wdzięcz­no­ścią spoj­rza­ła na ciem­ną, po­chy­lo­ną nad sto­łem gło­wę cór­ki. Ucie­szy­ła się, gdy do Lud­mi­ły zbli­ży­ła się Mar­ta Osta­po­wa.

– Jak ci się po­wo­dzi, Ludo? – spy­ta­ła pięk­na pa­nien­ka obo­jęt­nym gło­sem, jed­no­cze­śnie szu­ka­jąc wzro­kiem mło­de­go do­cen­ta.

Pan­na So­mo­wa obej­rza­ła się na nią i od­par­ła:

– Nic się nie zmie­ni­ło! Pra­cu­ję w biu­rze ogło­szeń „Hen­ry Wef­fers and Co”. Ro­bię wy­cin­ki ze wszyst­kich ga­zet an­giel­skich i ame­ry­kań­skich. Znam już na pa­mięć fir­my eks­por­to­we ca­łe­go świa­ta, rej­sy stat­ków, ta­ry­fy cel­ne i prze­wo­zo­we…

– I wszyst­ko to za pięć do­la­rów ty­go­dnio­wo? – uśmiech­nę­ła się Mar­ta.

– Za czte­ry – po­pra­wi­ła ją Lud­mi­ła. – Czte­ry do­la­ry ty­go­dnio­wo za osiem go­dzin pra­cy biu­ro­wej. Ależ je­stem bar­dzo za­do­wo­lo­na! Za­ro­bek dzien­ny i sto­su­nek sze­fów i ko­le­gów do mnie – do­bry.

– Jesz­cze by mia­ło być ina­czej? – obu­rzy­ła się Mar­ta. – Gdzież by za te gro­sze zna­leź­li ci ży­dow­scy Jan­ke­si taką in­te­li­gent­ną i su­mien­ną pra­cow­nicę? Oni to wie­dzą! Znam ja te re­ki­ny… Sami łaj­da­czą się po Carl­to­nach lub na Cre­eku, a ty ślę­czysz nad sto­sa­mi ga­zet i ro­bisz swo­je wy­cin­ki! Wy­zy­ski­wa­cze!!!

– Szes­na­ście do­la­rów mie­sięcz­nie to opła­co­ne ko­mor­ne! – szep­nę­ła dziew­czy­na. – Mamy więc za­bez­pie­czo­ny dach nad gło­wą. To, co się za­ro­bi do­dat­ko­wo – idzie na wy­ży­wie­nie, ubra­nie i… le­kar­stwa dla bra­ta… Ro­bię wie­czo­ra­mi ko­rek­tę w pi­śmie ro­syj­skim i prze­kła­dy z wło­skie­go dla do­dat­ku nie­dziel­ne­go… Mama wy­naj­mu­je… po­kój…

– Ach, praw­da! Za­po­mnia­łam cię spy­tać – czy in­te­re­su­ją­cy jest ten wasz Wa­gin? – oży­wi­ła się na­gle pa­nien­ka. – Bar­dzo ro­man­tycz­ny typ, coś z ta­jem­nic dwo­ru ma­dryc­kie­go lub z Pa­ła­cu Do­żów! Opo­wiedz, moja dro­ga, bo to bar­dzo cie­kawe!

Lud­mi­ła zno­wu po­chy­li­ła gło­wę i ci­chym, nie­chęt­nym gło­sem od­po­wie­dzia­ła:

– Wi­dzia­łam go tyl­ko raz je­den!

– Je­den raz? To nie­moż­li­we!

– Tak! Wy­cho­dzę z domu wcze­śnie, a gdy wra­cam wie­czo­rem, jego jesz­cze nie ma. Przy­cho­dzi póź­no… W po­rze obia­do­wej je­ste­śmy w domu sami, bo Wa­gin cały dzień spę­dza na mie­ście…

– Cóż on robi?

– Nie wiem… Nikt o nie­go nie pyta… Nikt go nie od­wie­dza… Ma­mu­sia twier­dzi, że zdo­by­ła so­bie ide­al­ne­go lo­ka­to­ra, i jest z tego sta­nu rze­czy zado­wo­lo­na…

– Ro­man­tycz­ny mło­dzie­niec, pę­dzą­cy za­gad­ko­wy tryb ży­cia – to wprost nie­by­wa­łe! – za­wo­ła­ła Mar­ta. – Mu­szę go po­znać ko­niecz­nie. Po­wiem swe­mu do­cen­to­wi, aby go do nas za­cią­gnął!

Lud­mi­ła mil­cza­ła, z nie­po­ko­jem słu­cha­jąc pa­pla­niny przy­ja­ciół­ki.

W tym sa­mym cza­sie do dom­ku na po­se­sji Jun-cho-sana wcho­dził ten, o któ­rym mó­wio­no we wszyst­kich po­ko­jach pen­sjo­na­tu i re­stau­ra­cji „Woł­ga”. Wa­gin, otwo­rzyw­szy swo­im klu­czem drzwi do sie­ni, za­trzy­mał się na­gle. W po­ko­iku pani So­mo­wej spo­za cien­kiej ścia­ny do­szły go jęki, su­chy, roz­dzie­ra­ją­cy ka­szel i ury­wa­ne łka­nie. Do­my­ślił się, że pła­cze i ję­czy cho­ry chło­pak. Po­chy­liw­szy się, szu­kał już klu­czem dziur­ki w swo­ich drzwiach, gdy za ścia­ną roz­le­gło się cięż­kie rzę­że­nie, ostry, pe­łen prze­ra­że­nia krzyk i ci­sza, bu­dzą­ca na­gły nie­po­kój i zgnę­bie­nie.

Wa­gin wy­pro­sto­wał się i na­słu­chi­wał przez chwi­lę. Nie­raz już sły­szał te od­gło­sy i na­głą ci­szę, co przy­tła­cza­ła i trwo­ży­ła. Za ścia­ną pa­no­wa­ło mil­cze­nie, prze­ry­wa­ne tyl­ko zna­nym mu już od kil­ku dni zgrzy­tli­wym ty­ka­niem ze­ga­ra. Pod­szedł­szy na pal­cach, przy­ło­żył ucho do drzwi. Nie po­chwy­cił żad­nego dźwię­ku, tyl­ko ze­gar z ja­kąś zło­wro­gą, tępą obo­jęt­no­ścią od­li­czał se­kun­dy.

„Ni­ko­go nie ma przy cho­rym, czy co?” – mi­gnę­ła Wa­gi­no­wi myśl, więc ostroż­nie za­pu­kał do drzwi.

Nikt mu nie od­po­wie­dział. Na­ci­snął klam­kę i przez szpa­rę zaj­rzał do wnę­trza. Na tap­cza­nie, z któ­re­go spa­dła po­dusz­ka, zwi­sa­ło bez­wład­ne cia­ło mło­de­go, może pięt­na­sto­let­nie­go chłop­ca. Twa­rzy jego nie mógł wi­dzieć, bo cho­ry miał zwie­szo­ną gło­wę, a dłu­gie kasz­ta­no­wa­te, jak u Lud­mi­ły, wło­sy opa­dły mu na czo­ło i po­licz­ki. Na prze­ście­ra­dle roz­pły­wa­ła się duża krwa­wa pla­ma; czer­wo­ne kro­ple ście­ka­ły z nie­go i pa­da­ły na pod­ło­gę, okry­tą zie­lo­ną bam­bu­so­wą matą. Wa­gin uniósł chłop­ca, po­ło­żył na wznak i za­czął cu­cić go, na­cie­ra­jąc wodą czo­ło, skro­nie i bla­de, ko­ści­ste ręce o żół­ta­wych, wę­zło­wa­tych pal­cach. Obej­rzaw­szy się, spo­strzegł na sto­le bu­te­lecz­kę z le­kar­stwem i łyż­kę. Na­peł­nił ją i do otwar­tych ust ostroż­nie wle­wał płyn. Cho­ry po chwi­li otwo­rzył głę­bo­ko za­pad­nię­te, ciem­ne i prze­ra­żo­ne oczy. Sy­czą­cym, le­d­wie po­chwy­ty­wa­nym przez Wa­gi­na szep­tem spy­tał:

– Ze­mdla­łem? Gdzie mama? Kto pan jest?

Wa­gin uśmiech­nął się do chło­pa­ka i po­gro­ził mu pal­cem.

– Nie wol­no dużo mó­wić! – po­wie­dział. – Miesz­kam tu, w po­ko­ju obok… Po­sły­sza­łem, że za­czą­łeś kasz­lać, i chcia­łem po­móc, bo wi­dzę, że wszy­scy wy­szli…

Cho­ry od­po­wie­dział mu sła­bym uśmie­chem i szep­nął:

– Sie­dzia­ła przy mnie Bi-nań, alem ode­słał ją, bo mi się spać za­chcia­ło… Przy­po­mnia­łem so­bie te­raz, że to dziś nie­dzie­la! Ma­mu­sia z Ludą po­szły do cer­kwi, a po­tem mia­ły wstą­pić do Osta­po­wych… Czu­łem się dziś znacz­nie le­piej… aż tu na­gle przy­szedł ten… krwo­tok…

Prze­ra­że­nie wy­krzy­wi­ło mu na­gle mi­zer­ną twarz.

– Pa­nie… pa­nie… ja umrę? Praw­da?

Wa­gin od­czuł śmier­tel­ny strach tego dziec­ka i żal tak mu ści­snął ser­ce, że aż się sam so­bie zdzi­wił, a po­tem ucie­szył się na­wet. Zdzi­wił się, bo prze­cież tyle już wi­dział nie­szczęść i mąk, że zdą­żył przy­zwy­cza­ić się do naj­po­twor­niej­szej nę­dzy ludz­kiej i z filo­zo­ficz­nym spo­ko­jem spo­glą­dać na łzy, roz­pacz i śmierć. Uświa­do­mił już so­bie od daw­na, że żyje w okre­sie wiel­kie­go ka­ta­kli­zmu, żą­da­ją­ce­go i po­chła­nia­ją­ce­go mi­lio­ny ofiar. Stward­nia­ło mu więc ser­ce i zo­bo­jęt­nia­ło na wszyst­ko, co nie mia­ło bez­po­śred­niej i naj­bliż­szej stycz­no­ści z nim sa­mym i z jego wal­ką o wła­sne ży­cie. Ucie­szył się więc szcze­rze, po­czuw­szy ści­ska­ją­cy mu ser­ce żal na wi­dok roz­pa­czy umie­ra­ją­ce­go chłop­ca. Zna­czy­ło­by to, że du­sza jego po­wra­ca do daw­ne­go sta­nu, że sam prze­sta­je po­wo­li być tyl­ko ści­ga­nym i za­gro­żo­nym ze wszyst­kich stron zwie­rzę­ciem ludz­kim, bo oży­wa już w nim współ­czu­cie dla ko­goś in­ne­go, a na­wet pra­gnie­nie nie­sie­nia po­cie­chy i po­mo­cy. Było to coś zu­peł­nie no­we­go od wie­lu, wie­lu lat – i to wła­śnie jak gdy­by nie­wąt­pli­wy znak uzdro­wie­nia ucie­szy­ło Wa­gi­na i pod­nie­ci­ło. Uśmiech­nął się we­so­ło i za­wo­łał:

 

– Taki so­bie zuch, a o śmier­ci coś glę­dzi! Aż wstyd słu­chać! My­śla­łem, że ko­muś mą­dre­mu skła­dam wi­zy­tę, a tu znaj­du­ję głup­ta­sa, któ­ry ja­kieś bred­nie ple­cie od rze­czy!… No, co się to sta­ło?

Chło­pak, któ­ry od kil­ku mie­się­cy wi­dział tyl­ko smut­ne, str­wo­żo­ne oczy mat­ki i sio­stry, wpa­try­wał się te­raz chci­wie, z ja­kąś bu­dzą­cą się w nim na­gle na­dzie­ją w we­so­łą twarz nie­zna­jo­me­go i po chwi­li zno­wu już sy­czał:

– Mama mówi, że cho­ru­ję na prze­wle­kły bron­chit, ale… ja wiem… ja wiem… że to gruź­li­ca i… śmierć!… Dziś do­sta­łem krwo­to­ku… to już czwar­ty w tym mie­sią­cu…

– Je­że­li ktoś sam sie­bie za ży­cia grze­bie, no to cóż in­ne­go ma do ro­bo­ty, jak tyl­ko umrzeć? – prze­ry­wa­jąc cho­re­mu, za­śmiał się bez­tro­sko Wa­gin. – Bron­chit czy gruź­li­ca – to wszyst­ko jed­no, moż­na wyjść zwy­cię­sko i z tego, i z dru­gie­go, ale trze­ba bo­ry­kać się z cho­ro­bą, a nie pod­da­wać się jej… Coś tam za­ra­dzi­my…

Urwał, bo chło­pak chrząk­nął kil­ka razy i wy­pluł do chust­ki ciem­ny skrzep krwi.

– Po­cze­kaj no chwil­kę, przy­ja­cie­lu! – po­wie­dział Wa­gin i wy­biegł z po­ko­ju.

Wy­szedł­szy na Fu-Tien-Koo, szyb­kim kro­kiem zdą­żał w stro­nę „Go­spo­dy Czte­rech Stron Świa­ta”.

Od­szu­kaw­szy w ja­kiejś dziu­rze za­spa­ne­go Mi­czu­ri­na, wstrzą­snął nim kil­ka razy i obu­dził.

– Wsta­waj, pa­nie lej­te­nan­cie! – mó­wił do zdu­mio­ne­go dra­ba. – Mam pil­ny in­te­res do pana. Z roz­mo­wy na­szej wy­wnio­sko­wa­łem, że pan tu do­brze zna wszyst­kich i wszyst­ko.

– Istot­nie – za­mru­czał Mi­czu­rin – znam każ­dego jak łysą ko­by­łę. I nie bar­dzo mam wy­gó­ro­waną opi­nię o na­szych współ­ro­da­kach, nie wy­łą­cza­jąc „sfe­ry woj­sko­wej”. Wy­wa­li­li mnie ci – z ła­ski Bo­żej i sa­mo­zwań­ców – ge­ne­ra­ło­wie i puł­kow­ni­cy ze swej ban­dy za to, że uwa­żam za zbrod­nię pod­trzy­my­wa­nie woj­ny do­mo­wej i wy­słu­gi­wa­nie się na­tu­ral­nym wro­gom Ro­sji – Ja­poń­czy­kom… Bo to wi­dzi­cie, czci­god­ny ro­da­ku…

– Cze­kaj pan! Póź­niej mi pan o tym opo­wie, a te­raz po­trze­bu­ję mieć na­tych­miast le­ka­rza – do­bre­go i ta­nie­go, bo na dro­gie­go esku­la­pa nie mam for­sy! – prze­rwał mru­cze­nie lej­te­nan­ta Wa­gin i szarp­nął go za ra­mię.

Mi­czu­rin spu­ścił wresz­cie nogi ze skrzy­ni i prze­cią­gnął się po­tęż­nie. W pi­jac­kich, męt­nych oczach świ­ta­ła mu ja­kaś myśl, z tru­dem prze­dzie­ra­ją­ca się przez opa­ry oko­wi­ty. Wresz­cie spoj­rzał na Wa­gi­na i za­mru­czał:

– Że też ma pan czel­ność dla ta­kie­go dro­bia­zgu bu­dzić spra­co­wa­ne­go czło­wie­ka! Je­że­li ktoś z pań­skich przy­ja­ciół za­mie­rza wy­ko­pyrt­nąć się, to ra­dzę zwró­cić się do miej­skie­go szpi­ta­la chiń­skie­go. Do dzie­się­ciu nie zdą­ży zli­czyć, jak już sta­nie na sąd Boży, opu­ściw­szy ten pa­dół łez, wes­tchnień i zgrzy­ta­nia zę­bów…

Ude­rzył się brud­ną dło­nią w czo­ło i mru­żąc oczy, spy­tał:

– A może to panu wy­pa­dło nie­po­żą­da­ne­go bliź­nie­go wy­słać w nad­ziem­ską kra­inę… bez roz­gło­su i wzmia­nek w ru­bry­ce „Zmar­li”? Tedy…

– Mów pan!

– Tedy mam ja tu przy­ja­cie­la… do­sko­na­łe­go le­ka­rza… Mogę po­wie­dzieć – sła­wę… ra­czej – daw­ną sła­wę! Pły­wał ze mną na krą­żow­ni­ku „Szma­ragd”… Zna­ko­mi­ty le­karz… Za­rzu­cił tu ko­twi­cę w Szan­cha­ju na za­wsze i…

– Roz­pił się jak pan, lej­te­nan­cie… – do­my­ślił się Wa­gin.

– O, za po­zwo­le­niem! – obu­rzył się Mi­czu­rin. – Mój przy­ja­ciel, dok­tor Oskar von Plen, by­naj­mniej nie jest pi­ja­kiem… Jak to zwy­kle Nie­miec… Zna pan na­sze ro­syj­skie przy­sło­wie – co Mo­ska­lo­wi na zdro­wie, to Niem­cu – śmierć… Cien­kie mają i deli­kat­ne fla­ki! Von Plen in­nym spo­so­bem uprzy­jem­nia so­bie ży­wot…

– Do­brze już, do­brze! – prze­rwał mu Wa­gin. – Czy da­le­ko stąd miesz­ka ten pań­ski przy­ja­ciel?

– Może ze sto albo sto pięć­dzie­siąt kro­ków, za­raz za ja­omy­niem – ob­ja­śnił Mi­czu­rin.

– Chodź­my do nie­go! Oby­śmy go tyl­ko za­sta­li w domu! – wes­tchnął Ser­giusz.

– Za­sta­nie­my, nie ma o to oba­wy! – za­ry­czał, wy­bu­cha­jąc śmie­chem, drab i po­czął wcią­gać na sze­ro­kie bary po­ła­ta­ną i przy­krót­ką kur­mę chiń­ską.

Wkrót­ce po tej roz­mo­wie wcho­dzi­li już do dłu­gie­go, ciem­ne­go bu­dyn­ku. Pod ni­skim pu­ła­pem, gdzie wid­nia­ły na za­kop­co­nych bel­kach mi­ster­ne rzeź­by chiń­skie, snu­ły się smu­gi gorz­kie­go dymu. W mro­ku z tru­dem moż­na było doj­rzeć sze­ro­ką pry­czę i le­żą­cych na niej lu­dzi. Sta­ry Chiń­czyk, sie­dzą­cy przy drzwiach, zim­nym i po­gar­dli­wym wzro­kiem śli­zgnął się po twa­rzach wcho­dzą­cych go­ści i na­wet nie po­ru­szył się. Wa­gin z Mi­czu­ri­nem szli po gru­bej ma­cie, za­głu­sza­ją­cej od­gło­sy ich kro­ków, aż się za­trzy­ma­li przy sa­mym koń­cu pry­czy, gdzie po­chy­lony nad małą lamp­ką olej­ną ja­kiś nie­zmier­nie wy­soki i chu­dy czło­wiek o nie­przy­tom­nych oczach i wy­pie­kach na twa­rzy py­kał gru­bą bam­bu­so­wą faj­kę. Sta­li przy nim i dłu­go mu się przy­glą­da­li. Le­żą­cy na pry­czy czło­wiek kil­ka razy spoj­rzał na nich, lecz zda­wa­ło się, że nie wi­dzi ich. Go­re­ją­ce oczy o roz­sze­rzo­nych źre­ni­cach wi­dzia­ły za­pew­ne coś in­ne­go, gdyż na twa­rzy zja­wiał mu się co chwi­la szczę­śli­wy, pe­łen za­chwy­tu uśmiech, a dziw­nie czer­wo­ne i świe­że jak u dziew­czy­ny, małe, pięk­nie wy­kro­jo­ne usta szep­ta­ły coś bez­dź­więcz­nie.

– Oska­rze Wil­hel­mo­wi­czu! Dok­to­rze! – zwró­cił się do nie­go Mi­czu­rin.

Von Plen nie od­po­wie­dział. Ły­sie­ją­ca gło­wa cięż­ko upa­dła na brud­ną po­dusz­kę. Wa­gin zo­ba­czył te­raz do­kład­nie chu­dą twarz, oko­lo­ną ja­sną, z lek­ka ru­da­wą bro­dą, pięk­ne, ła­god­ne usta, dłu­gie wąsy i nie­zdro­we, ciem­ne ru­mień­ce na za­pa­dłych po­licz­kach.

– Cho­ry, czy co? – szep­nął Ser­giusz.

Mi­czu­rin wzru­szył ra­mio­na­mi i śmie­jąc się ci­cho, od­po­wie­dział:

– Zdro­wie ma jak że­la­zo!… To dzia­ła­nie opium… No, ale mu­si­my go wy­cią­gnąć z tej nir­wa­ny! Dok­to­rze von Plen! Hej, dok­to­rze!

Wi­dząc, że ten się nie ru­sza, lej­te­nant ze sto­ją­cego na pry­czy kub­ka chlu­snął mu wodą w twarz. Le­karz za­mru­czał coś i otwo­rzył oczy.

– To ja, Mi­czu­rin! Wsta­waj pręd­ko! Mamy do cie­bie in­te­res. Pil­na spra­wa!

Von Plen zno­wu przy­mknął oczy, a wte­dy lej­te­nant po­chy­lił się nad nim i po­wie­dział mu do ucha:

– Cho­rzy cze­ka­ją!…

Te sło­wa po­dzia­ła­ły jak stru­mień lo­do­wa­tej wody lub jak prąd elek­trycz­ny. Le­karz po­ru­szył się i uczy­nił wy­si­łek, aby usiąść. Cia­ło jed­nak bez­wład­ne było jesz­cze i cią­ży­ło jak bry­ła oło­wiu. Wszak­że obu­dzo­na już świa­do­mość po­czę­ła dzia­łać. Von Plen z tru­dem prze­wró­cił się na ple­cy. Wy­prę­żył się cały, skurcz prze­mknął mu po twa­rzy, pa­znok­cie zgię­tych pal­ców wpi­ły mu się w dło­nie. Ru­mień­ce zni­kły na­gle, zda­wa­ło się, że cała krew od­bie­gła od gło­wy, a rzę­si­sty pot okrył pięk­ne, wy­so­kie czo­ło. Drgnę­ły si­na­we po­wie­ki i unio­sły się po­wo­li. Trwa­ło to kil­ka se­kund za­le­d­wie. Niby pchnię­ty ja­kąś nie­wi­dzial­ną siłą, von Plen ze­rwał się z pry­czy, zga­sił lamp­kę i ob­cią­ga­jąc na so­bie dzi­wacz­nie wy­glą­da­ją­cy na jego ko­ści­stej fi­gu­rze wa­to­wa­ny strój chiń­ski, nie­co ochry­płym gło­sem spy­tał z nie­po­ko­jem: