Szanchaj

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV. OAZA NA BUBBLING WELL

W re­stau­ra­cji ro­syj­skiej „Woł­ga”, miesz­czą­cej się przy Bub­bling Well, jak zwy­kle w nie­dzie­lę, tłocz­no było i gwar­no. Emi­gran­ci, nie do­ja­da­jąc przez cały ty­dzień, przy­cho­dzi­li tu w nie­dzie­lę, aby zna­leźć się wśród zna­jo­mych, choć na tych parę go­dzin oder­wać się od bez­na­dziej­nej nę­dzy i bez­ce­lo­wo­ści ist­nie­nia, po­sły­szeć ja­kieś no­wi­ny, naj­czę­ściej fan­ta­stycz­ne, z pal­ca wy­ssa­ne, ale da­ją­ce bły­ski otu­chy, co znów po­zwa­la­ło tym lu­dziom wy­krze­sać z sie­bie ni­kłą iskrę we­so­ło­ści, wy­grze­bać cień na­dziei z same­go dna ser­ca, któ­re co­dzien­nie umie­ra­ło, ko­ła­cząc w pier­si bez­wład­nie, jak roz­bi­ty wóz na wy­bo­jach i ko­le­inach bez­dro­ża. Wte­dy sta­wał się cud! Na bla­dych war­gach po­ja­wiał się uśmiech, w gło­sie drga­ły za­po­mnia­ne nuty bez­tro­skiej we­so­ło­ści, na po­licz­kach wy­kwi­ta­ły ru­mień­ce. W tym zbio­ro­wi­sku nę­dza­rzy i ska­zań­ców od daw­na zni­kły już róż­ni­ce sta­nu i śla­dy ety­ki sy­tych i bo­ga­tych lu­dzi, ale za to z nie­by­wa­łą pe­dan­te­rią prze­strze­ga­no tam form to­wa­rzy­skich. Gdy ktoś z emi­gran­tów nie miał już sił ani chę­ci do za­cho­wa­nia tych form – to prze­sta­wał by­wać w „Woł­dze”. Nikt tu ni­ko­go nie oszu­ki­wał, nie pro­sił o po­życz­kę, nie ro­bił żad­nych wy­rzu­tów. Nie­chęt­nie przyj­mo­wa­no tu zło­śli­wy żart lub cierp­ki, wi­siel­czy hu­mor. Jak An­gli­cy, któ­rzy pod­czas po­dró­ży w dżun­gli lub na lo­dow­cach Hima­la­jów golą się co­dzien­nie i choć­by sym­bo­licz­nie prze­bie­ra­ją się do wie­czor­ne­go po­sił­ku, tak i ci emi­gran­ci ro­syj­scy za­cho­wa­niem swo­im w to­wa­rzy­stwie usi­ło­wa­li na­wią­zać co­raz bar­dziej zry­wa­ją­ce się nici z prze­szło­ścią i spo­łe­czeń­stwem. Usi­ło­wa­nia te były roz­pacz­li­we i tra­gicz­ne, gdyż każ­dy z od­wie­dza­ją­cych „Woł­gę” go­ści w świa­do­mo­ści swej niósł nie­od­stęp­ne py­ta­nie: „Czy będę jesz­cze mógł przyjść tu w na­stęp­ną nie­dzie­lę?”.

Co­raz czę­ściej zda­rza­ło się istot­nie za­uwa­żyć nie­obec­ność ja­kie­goś sta­łe­go by­wal­ca i do­wie­dzieć się, że „wyż­sza siła” sta­nę­ła na dro­dze zna­jo­me­mu lub przy­ja­cie­lo­wi. Wię­zie­nie, cho­ro­ba lub śmierć na za­wsze wy­trą­ca­ły lu­dzi z tego śro­do­wi­ska, gdzie po­tra­fił prze­cho­wać się po­mi­mo wszyst­ko skra­wek cy­wi­li­za­cji i echo ży­cia to­wa­rzy­skie­go.

Sama wła­ści­ciel­ka ja­dło­daj­ni i skrom­ne­go pen­sjo­natu nada­wa­ła też wszyst­kie­mu na­le­ży­ty ton. Ra­czej na­wet – ton sztyw­ny, prze­sad­nie ety­kie­tal­ny. Nie­sta­ra jesz­cze, może czter­dzie­sto­pię­cio­let­nia pani Ma­ria Osta­po­wa owdo­wia­ła nie­daw­no. W okre­sie ist­nie­nia sy­be­ryj­skie­go rzą­du, gdy to jego ar­mia wschod­nia zwy­cię­skim mar­szem do­tar­ła da­le­ko w głąb Ro­sji eu­ro­pej­skiej, mąż pani Ma­rii – ge­ne­rał do­stał się z ro­dzi­ną za Ural i bę­dąc czło­wie­kiem prze­wi­du­ją­cym, na­tych­miast wy­emi­gro­wał z pew­nym ka­pi­ta­li­kiem do Szan­cha­ju. Ro­zej­rzaw­szy się po te­re­nie, wraz z żoną wy­na­ję­li koło Bub­bling Well przy­tul­ną wil­lę i urzą­dzi­li w niej pen­sjo­nat i re­stau­ra­cję. Na Ro­sję, zwal­cza­ją­cą „czer­wo­nych zbi­rów”, jak się wte­dy pi­sa­ło o bol­sze­wi­kach, ist­nia­ła w owych cza­sach moda, więc do re­stau­ra­cji pań­stwa Osta­po­wów chęt­nie za­glą­da­ło ba­wią­ce się to­wa­rzy­stwo cu­dzo­ziem­skie, spra­gnio­ne wszel­kich no­wo­ści w Szan­cha­ju, zna­nym już do naj­drob­niej­szych szcze­gó­łów – od ja­omy­nia, gdzie rą­ba­no gło­wy ku­li­som za uro­jo­ne naj­czę­ściej zbrod­nie, her­ba­ciar­ni dziel­ni­cy chiń­skiej i pa­ła­cy­ków na Su­czou Cre­eku, za­miesz­ka­łych przez mię­dzy­na­ro­do­we zbio­ro­wi­ska pięk­nych i do­stęp­nych ko­biet wszyst­kich na­ro­dów i ras – do pa­lar­ni opium, po­dej­rza­nych do­mów scha­dzek, dan­cin­gów i wspa­nia­łych sa­lo­nów kon­su­la­tów. Poza no­wo­ścią lo­ka­lu, urzą­dzo­ne­go z wy­twor­ną pro­sto­tą, po­cią­ga­ła ku so­bie wy­bor­na kuch­nia mo­skiew­ska. Obia­da­mi z ku­le­bia­ka, pro­sia­kiem w so­sie chrza­no­wym, je­sio­trem po ro­syj­sku i „gu­riew­ską” kasz­ką za­chwy­ca­no się nie mniej niż zupą z gniazd ja­skół­czych, po­traw­ką z tre­pan­gów, sa­łat­ką z mło­dych pę­dów bam­bu­so­wych i le­gu­mi­ną z ocu­krzo­nej sza­rań­czy. Przed­się­bior­stwo Osta­po­wów roz­wi­ja­ło się bły­ska­wicz­nie. Mał­żon­ko­wie roz­my­śla­li już zu­peł­nie po­waż­nie nad na­by­ciem wil­li na wła­sność. I na­gle wszyst­ko wzię­ło w łeb.

Pew­nej nocy po­li­cja szan­chaj­ska wtar­gnę­ła do pen­sjo­na­tu na Bub­bling Well i prze­pro­wa­dzi­ła rewi­zję. W po­ko­ju słyn­ne­go w swo­im cza­sie in­ży­nie­ra Gri­szi­na wy­kry­to no­wo­cze­śnie urzą­dzo­ną fa­brycz­kę nie­by­wa­le ar­ty­stycz­nie wy­ko­na­nych, lecz… fał­szy­wych bank­no­tów ro­syj­skich. Areszt lo­ka­to­ra, przy­mu­so­we przez ty­dzień za­mknię­cie re­stau­ra­cji i atmo­sfe­ra plo­tek, krą­żą­cych od tego cza­su do­ko­ła pen­sjo­natu ro­syj­skie­go, w oka­mgnie­niu od­stra­szy­ły cu­dzo­ziem­ców. Na tę klien­te­lę nie moż­na już było li­czyć. Prze­pa­dła na za­wsze. Na­le­ża­ło więc cały byt przed­się­bior­stwa i ro­dzi­ny oprzeć je­dy­nie na ro­syj­skiej emi­gra­cji. Wy­da­wa­ło się to zu­peł­nie nie­pew­ną pod­sta­wą, gdyż zu­bo­że­nie ro­da­ków ka­ta­stro­fal­nie po­stę­po­wa­ło na­przód i prę­dzej czy póź­niej moż­na było ocze­ki­wać, że i ta też klien­te­la wy­czer­pie się do resz­ty.

Tak czar­ne per­spek­ty­wy do­pro­wa­dzi­ły ge­ne­ra­ła do anew­ry­zmu ser­ca. Pew­ne­go wie­czo­ra, prze­glą­da­jąc księ­gi ra­chun­ko­we, ob­su­nął się na nie stro­ska­ną te­raz, a do nie­daw­na jesz­cze dziar­ską, mar­so­wą twa­rzą. Pani Ma­ria Osta­po­wa zna­la­zła męża w biu­rze wte­dy do­pie­ro, kie­dy już zdą­żył ze­sztyw­nieć. Wdo­wa, wy­pra­wiw­szy mę­żo­wi wspa­nia­ły po­grzeb z udzia­łem licz­nych de­le­ga­cji kół woj­sko­wych i zwa­żyw­szy wszyst­kie moż­li­wo­ści, po­sta­no­wi­ła wszak­że przed­się­bior­stwa nie zwi­jać. Zni­ży­ła tyl­ko znacz­nie jego po­ziom. „Woł­ga” sta­ła się wła­ści­wie zwy­kłą, skrom­ną ja­dło­daj­nią, a duży sa­lon z we­ran­dą w ogro­dzie – nie­za­re­je­stro­wa­nym ni­g­dzie klu­bem. Za wstęp do nie­go pła­co­no drob­ną sumę, pła­co­no też za prze­glą­da­nie pism, za ko­rzy­sta­nie z ma­łe­go bi­lar­du, za zie­lo­ne sto­li­ki i sta­re kar­ty. Za to wszyst­ko gene­ra­ło­wa i jej pięk­na, sztyw­na, jak „za­cza­ro­wa­na kró­lew­na” (tak ją okre­śla­no w ko­łach eli­ty emi­gra­cyj­nej) dwu­dzie­sto­dwu­let­nia cór­ka – Mar­ta stwa­rza­ły na­strój, pod­trzy­my­wa­ły wy­so­ki ton i ilu­zję daw­ne­go, świet­ne­go ży­cia. Ren­to­wa­ło się to wca­le, wca­le nie­źle. Wy­nio­sła, spo­koj­na i do­stoj­na pani Ma­ria śle­dzi­ła bacz­nie, aby w jej sa­lo­nie wszyst­ko od­by­wa­ło się com­me il faut, a gdy ktoś z go­ści, zdzi­cza­ły w usta­wicz­nym lęku o ju­tro, stro­ska­ny o los ro­dzi­ny, po­zo­sta­ją­cej w rę­kach bol­sze­wi­ków, wy­ry­wał się z ja­kimś sło­wem nie­od­po­wied­nim i zbyt do­sad­nym, ge­ne­ra­ło­wa pro­sto­wa­ła się, sztyw­nia­ła i su­chym gło­sem rzu­ca­ła w prze­strzeń niby waż­kie upo­mnie­nie:

– Kie­dy by­wa­li­śmy z nie­bosz­czy­kiem mę­żem na przy­ję­ciach dwor­skich…

Wszy­scy wie­dzie­li, że pań­stwo Osta­po­wie ni­g­dy nie byli na dwo­rze, bo – i skąd­że znów? Wszak­że cała ka­rie­ra ofi­cer­ska Osta­po­wa prze­szła na głu­chej pro­win­cji – na Ura­lu i w Tur­kie­sta­nie, zresz­tą za cza­sów car­skich zna­no go tyl­ko jako puł­kow­ni­ka in­ten­den­tu­ry, któ­re­go je­den z licz­nych wo­dzów ar­mii par­ty­zanc­kich nie wia­do­mo ja­kim pra­wem i za ja­kie za­słu­gi ozdo­bił szli­fa­mi ge­ne­ral­ski­mi. Wszyst­ko to było zna­ne po­wszech­nie, ale nikt na te prze­chwał­ki i pięk­ne kłam­stwo pani domu nie re­ago­wał. Prze­ciw­nie – każ­de­mu z bez­dom­nych, zde­kla­so­wa­nych roz­bit­ków ży­cio­wych chcia­ło się wie­rzyć, że ta przy­stoj­na jesz­cze, po­staw­na i do­stoj­na Ma­ria Pio­trow­na doty­kała po­ły­sku­ją­cej, pa­li­san­dro­wej i ma­ho­nio­wej po­sadz­ki Zi­mo­we­go Pa­ła­cu ca­rów – ce­gla­ste­go, suro­wego i ol­brzy­mie­go gma­chu Ra­strel­le­go. To pod­no­si­ło wszyst­kich tych nę­dza­rzy w ich wła­snych oczach i wdzięcz­ni byli ge­ne­ra­ło­wej za jej cu­dow­ną im­pro­wi­za­cję. Za­wsty­dzo­ny swo­im nie­tak­tem i tak ele­ganc­ko skar­co­ny gość ku­lił się i chi­cho­cząc ob­leś­nie, biegł do pani Osta­po­wej, aby uca­ło­wać jej rękę i prze­pro­sić.

W pierw­szą nie­dzie­lę po za­miesz­ka­niu Wa­gi­na u pani So­mo­wej – w „Woł­dze” zgro­ma­dzi­ło się spo­ro go­ści. Wszy­scy sie­dzie­li przy dwóch dłu­gich sto­łach. Na­wią­za­ła się roz­mo­wa o róż­nych naj­bar­dziej ob­cho­dzą­cych za­gad­nie­niach i no­wi­nach z Ro­sji. Jak pręd­ko prze­mi­nie znie­na­wi­dzo­ny bol­sze­wizm? Kie­dy wresz­cie zo­sta­ną po­skro­mie­ni i po­wie­sze­ni roz­zu­chwa­lo­ne i roz­pa­no­szo­ne „cha­my i Żydy”, wo­dzą­cy rej w no­wej Ro­sji pro­le­ta­riac­kiej? Wszy­scy, pomi­mo że mi­nę­ło już trzy lata, wma­wia­li so­bie, że lada chwi­la ży­cie po­wró­ci do daw­ne­go ło­ży­ska. Ta śle­pa, bez­myśl­na wia­ra była też jed­ną z po­tęg, pod­trzy­mu­ją­cych te rze­sze nie­szczę­śliw­ców, wy­rzu­co­nych, jak ryby na piasz­czy­stą ła­chę, na obcy im, nie­zna­ny brzeg, sta­ją­cy się z dniem każ­dym co­raz bar­dziej wro­gim. Utra­ta tej dzie­cin­nie na­iw­nej wia­ry sta­ła­by się kre­sem roz­pa­czy, upad­ku i za­gła­dy. Każ­dy z tych lu­dzi uświa­da­miał to so­bie zu­peł­nie ja­sno.

Ad­wo­kat Lu­bicz, wy­so­ki, zgrab­ny, mimo iż miał sre­brzy­stą, nie­zwy­kle buj­ną czu­pry­nę, nie­dba­łym ru­chem owi­ja­jąc do­ko­ła pal­ca czar­ny sznu­rek bino­kli, opo­wia­dał płyn­nie, umie­jęt­nie ak­cen­tu­jąc waż­ne ustę­py swe­go prze­mó­wie­nia:

– Jak by tam nie było, a fakt fak­tem, że ochot­ni­cze ar­mie na po­łu­dniu trzy­ma­ją się jesz­cze i kto wie, czy po re­or­ga­ni­za­cji nie sta­ły się sil­niej­sze ide­owo i mo­ral­nie? Co do mnie, to mu­szę się przy­znać, że po­kła­dam szcze­gól­ną na­dzie­ję w ba­ro­nie Wran­glu. Jest to sys­te­ma­tycz­ny, zim­ny, po­zba­wio­ny wszel­kie­go ro­man­ty­zmu Nie­miec. Ta­kie­go wła­śnie po­trze­bo­wa­li­śmy daw­no! Ro­sja­nin, czy to De­ni­kin, czy Kor­ni­łow i Ka­le­dzin, czy Koł­czak – zbyt dużo sen­ty­men­ta­li­zmu, ma­rzy­ciel­stwa i szko­dli­we­go, bo pra­wie bier­ne­go i fa­ta­li­stycz­ne­go me­sja­ni­zmu wkła­da­li w całe to przed­się­wzię­cie wal­ki z czer­wo­ną Mo­skwą, z tymi ban­dy­ta­mi i Ży­da­mi. Wran­gel bę­dzie bił, a sen­ty­men­ty swo­je po­zo­sta­wi w ta­bo­rze, na póź­niej! Cha, cha, cha! Ale i oprócz Wran­gla coś in­ne­go jesz­cze gro­zi te­raz bol­sze­wi­kom! I to dla nich – naj­strasz­niej­sze i naj­nie­bez­piecz­niej­sze…

 

– Co ta­kie­go? O czym pan mówi, Grze­go­rzu Szy­mo­no­wi­czu? – roz­le­gły się nie­cier­pli­we py­ta­nia.

– A to do­pie­ro ka­ta­ryn­ka ad­wo­kac­ka! – obu­rzał się ktoś pół­gło­sem, ale spo­tkaw­szy się z peł­nym wy­rzu­tu wzro­kiem pięk­nej Mar­ty, za­krztu­sił się na­gle i za­czął kasz­leć.

– Pro­szę pań­stwa – cią­gnął trium­fu­ją­cym i uro­czy­stym gło­sem ad­wo­kat – mia­łem wczo­raj w ręku „Vor­wa­erts” i prze­czy­ta­łem ob­szer­ne spra­woz­da­nie o za­ma­chu na Le­ni­na.

– Za­mach na Le­ni­na? Za­mach na tego anty­chry­sta? – po­sy­pa­ły się ze­wsząd ner­wo­we py­ta­nia. – Jak­że to było?!

Ad­wo­kat opo­wie­dział treść ar­ty­ku­łu, umiesz­czo­nego w nie­miec­kim dzien­ni­ku so­cja­li­stycz­nym, i mó­wił da­lej:

– W sze­re­gach swo­ich bol­sze­wi­cy mają już zdraj­ców albo ra­czej – opo­zy­cję ter­ro­ry­stycz­ną i to wła­śnie musi ich zgu­bić bar­dzo pręd­ko. Dwa – trzy nowe za­ma­chy i Żydy drap­ną z Ro­sji, a bez nich cała ta krwa­wa fe­eria skoń­czy się od razu. Nasz kmio­tek, nasz ro­bo­ciarz ro­syj­ski nie jest sko­ry do roz­le­wu krwi… Spo­koj­ny, cier­pli­wy i ci­chy jest nasz na­ród, po bo­że­mu żyć pra­gnie. Do­wiódł nam tego nasz wiel­ki Lew Toł­stoj…

W koń­cu dru­gie­go sto­łu roz­legł się na­gle cien­ki, prze­ni­kli­wy chi­chot. Śmiał się chu­dy jak szcza­pa, bla­dy, o oczach, pod­krą­żo­nych ciem­no­bru­nat­ny­mi cie­nia­mi, Kli­mow, daw­ny rot­mistrz żan­dar­me­rii, do­go­ry­wa­ją­cy w Szan­cha­ju, bo go zże­rał rak na wą­tro­bie.

– Rot­mi­strzu!… – za­czę­ła ge­ne­ra­ło­wa, za­mie­rza­jąc umi­ty­go­wać Kli­mo­wa, gdyż wie­dzia­ła już z do­świad­cze­nia, co zna­czy ten zgrzy­tli­wy, przy­kry chi­chot żan­darm­ski. Kli­mow jed­nak nie był dziś w uspo­so­bie­niu, by ule­gać do­stoj­nej pani Osta­po­wej. Chi­cho­tał dłu­go, a co­raz pi­skli­wiej i ze wzra­sta­ją­cą aro­gan­cją. Wresz­cie prze­mó­wił. Miał mięk­ki bary­ton, ja­kiś pod­stęp­ny, niby skra­da­ją­cy się.

– No, no! Pa­nie ad­wo­ka­cie! Grzmiał tu pan przed chwi­lą prze­ciw­ko sen­ty­men­ta­li­zmo­wi ro­syj­skie­mu, a sam wpadł pan w nie­do­pusz­czal­ny, bab­ski, łza­wy sen­ty­men­ta­lizm, któ­ry przede wszyst­kiem zgu­bił Ro­sję! Nasz kmio­tek i ro­bot­nik spo­koj­ny jest, ci­chy i pra­gnie żyć po bo­że­mu? Co za na­iw­ność! Co za zbrod­ni­cza śle­po­ta? Co za bez­czel­ne oszu­stwo? Mówi pan za­pew­ne o ro­bot­ni­ku, któ­ry w mo­skiew­skiem miesz­ka­niu pana za­wie­szał je­dwab­ne dra­pe­rie na drzwiach ga­bi­ne­tu? Kmiot­ka zaś wi­dzi pan przed sobą w chwi­li, gdy ten stoi bez czap­ki i kła­nia się panu w pas, bo coś chce od pana wy­cy­ga­nić? Nie, mój pa­nie! Mnie pro­szę za­py­tać, co to za by­dlę ten kmio­tek i ten ro­bot­ni­czek ro­syj­ski z jego ży­ciem po­dług przy­ka­zań bo­skich! Tylu ich na­wy­sy­ła­łem w naj­dal­sze kąty Sy­bi­ru, aby czym prę­dzej bez krzy­ku i ha­ła­su po­wyz­dy­cha­ły te ka­na­lie od mro­zu, szkor­butu, gło­du, bie­gun­ki i fe­bry! Nasz lud to dzi­ki, po­gań­ski lud, dzik­szy od lu­do­żer­ców afry­kań­skich!… Tam­ci to przy­naj­mniej za­ła­twia­ją się krót­ko i wę­zło­wa­to! No­żem po gar­dle i już! Krew od­da­je się fe­ty­szom w ofie­rze, wą­tro­ba i ner­ki – ka­pła­nom, śle­dzio­na i żółć – zna­cho­rom, a resz­ta – ca­łe­mu to­wa­rzy­stwu. Ro­syj­ski zaś „ci­chy i spo­koj­ny”, „boży” czło­wiek nie zja­da bliź­nie­go, ale lu­bu­je się w jego ko­na­niu w mę­kach, któ­rych na­uczył się z ko­ściel­nych ksiąg, krzy­wo i głu­pio przez ciem­nych anal­fa­be­tów po­ję­tych. Za­bić to mało dla nie­go! Nie! Ty, bra­cie, po­męcz się do ostat­niej chwi­li, aby tyl­ko dłu­żej, aby tyl­ko jak naj­wy­myśl­niej! Stąd to po­wol­ne wy­cią­ga­nie trze­wi, za­ci­ska­nie głów po­mię­dzy de­ska­mi, zdzie­ra­nie skó­ry, wy­łu­py­wa­nie oczu, wy­ry­wa­nie ję­zy­ka, pod­sma­ża­nie na wę­glach, ob­le­wa­nie wodą na mro­zie…

– Rot­mi­strzu, dość tych ohyd­nych, prze­ra­ża­ją­cych szcze­gó­łów! – za­wo­ła­ła wresz­cie ge­ne­ra­ło­wa. – Do cze­go pan wła­ści­wie zmie­rza?

– Do tego, czci­god­na pani, że to nie Ży­dzi, Łoty­sze i Chiń­czy­cy zmie­ni­li Ro­sję w krwa­we pie­kło, tyl­ko nasz ro­dzi­my, ci­chy, „boży” kmio­tek i jego sy­na­lek – ro­bo­ciarz „uświa­do­mio­ny” i ro­dzo­ny brat te­goż, na­jem­nik – ciem­ny jak noc! Tego nikt nie chciał w Ro­sji zro­zu­mieć i zdys­kon­to­wać, a zresz­tą może na­wet naj­tęż­sze umy­sły nie były w sta­nie uświa­do­mić so­bie ca­łej na­giej, strasz­nej praw­dy. Przy­naj­mniej twier­dzić to moż­na sta­now­czo od­no­śnie na­szych pi­sa­rzy, za­wra­ca­ją­cych nam i za­gra­ni­cy gło­wy, tych wszyst­kich – Gle­ba Uśpień­skie­go, Ter­pi­go­re­wa, Muj­że­la, Ko­ro­len­ki, a na­wet prze­sław­ne­go Lwa Toł­sto­ja! Chi, chi, chi!

– Prze­sa­da! Sa­mo­bi­czo­wa­nie! Sa­dyzm po­ni­że­nia wła­sne­go na­ro­du i oj­czy­zny! – za­wo­łał ad­wo­kat, bły­ska­jąc szkła­mi.

– Aj, aj, aj! – prze­cią­gnął szy­der­czym gło­sem Kli­mow. – Pa­nie Lu­bicz, pan mu­siał się jed­nak cze­goś uczyć w uni­wer­sy­te­cie, więc nie wol­no panu prze­ciw­sta­wiać się praw­dzie hi­sto­rycz­nej.

– Żan­darm, bro­nią­cy praw­dy hi­sto­rycz­nej! – szep­nął ja­kiś zbłą­ka­ny na wy­gna­niu mło­dy do­cent uni­wer­sy­te­tu, po­chy­la­jąc się nad sto­łem i zer­ka­jąc w stro­nę pan­ny Mar­ty Osta­po­wej.

Pa­nien­ka uśmiech­nę­ła się ką­ci­ka­mi zmy­sło­wych warg i nie­znacz­nie po­trzą­snę­ła ufry­zo­wa­ną głów­ką.

Wy­ra­ża­ła tym wszyst­ko – apro­ba­tę dow­cip­nej uwa­gi do­cen­ta, lek­ką iro­nię, za­lot­ny wy­rzut i nie­ja­sną za­chę­tę.

– Jak to? – spy­tał Lu­bicz.

– Tak to! – na­tych­miast po­chwy­cił wy­zwa­nie rot­mistrz. – Racz pan zaj­rzeć do hi­sto­rii bun­tów chłop­skich w Ro­sji od epo­ki Bu­ła­to­wa, Ra­zi­na, Pu­ga­czo­wa aż do roku 1918! Tam znaj­dzie pan wszyst­kie ce­chy „bó­stwa” na­sze­go ludu, wszyst­kie! Uj­rzy pan dzie­ci, wie­sza­ne na rze­my­ku, uwią­za­nym do szyi mat­ki, dziew­czyn­ki nie­let­nie, gwał­co­ne w oczach zwią­za­nych ro­dzi­ców, pa­tro­sze­nie cię­żar­nych bab i wy­py­cha­nie ich sło­mą, pod­pa­la­ną póź­niej przy pi­ja­nym ryku i śmie­chu „ci­chych, spo­koj­nych kmiot­ków” pana me­ce­na­sa! To, co się dzie­je w Ro­sji, to, pań­stwo moi mili, na­sze, ro­dzi­me, ro­syj­sko-ta­tar­skie, z krwi na­szej i z ko­ści wy­ro­słe! Na to nie tar­gnął­by się ani Żyd, ani ża­den in­no­ple­mie­niec, bo rura by mu nie wy­trzy­ma­ła, stru­chlał­by i od­padł. Ale my! Oho – my to lu­bi­my „czer­wo­ne­go kura” pu­ścić i wszel­kiej mo­krej imać się ro­bo­ty, my na­jeźdź­cy, my – dzicz me­ty­sów mon­gol­skich, my, któ­rzy uko­cha­li­śmy Chry­stu­sa za to tyl­ko, że Go gdzieś tam bądź co bądź po­rząd­nie umę­czy­li, choć my, gdy­by On wpadł w na­sze łapy, zro­bi­li­by­śmy to może le­piej, wy­myśl­niej i głów­nie na we­so­ło, pi­jąc, śpie­wa­jąc na­sze spro­śne, cham­skie pio­sen­ki na­ro­do­we i klnąc tak, że aż nie­bo nad Gol­go­tą sczer­nia­łoby na wie­ki wie­ków! Wierz­cie mi, ro­da­cy na­iw­ni, że po­nie­śli­śmy karę za­słu­żo­ną i cier­pieć ją bę­dzie­my dłu­go, aż osta­tecz­nie za­tru­je­my się roz­pa­czą i krwią, niby wód­ką, gdy to już przez gar­dło nie prze­cho­dzi… Klin kli­nem, pięk­ne pa­nie i szla­chet­ni pano­wie! To mówi wam ten, któ­ry nie­ba­wem już za­mie­ni się w cuch­ną­cą pa­dli­nę, w siar­czek wo­do­ru i amo­niak, a więc my­dlić wam oczu nie po­trze­bu­je!

Za­pa­dło dłu­gie i cięż­kie mil­cze­nie.

– Ależ nie­zmier­nie waż­nych no­win do­wie­dzie­li­śmy się od Grze­go­rza Szy­mo­no­wi­cza! Istot­nie – nie­ocze­ki­wa­ną, a brze­mien­ną w skut­ki no­wi­nę!

Tak ode­zwa­ła się ge­ne­ra­ło­wa, ro­biąc raz jesz­cze pró­bę skie­ro­wa­nia roz­mo­wy na inną dro­gę – bar­dziej spo­koj­ną i ra­do­sną.

– Wła­śnie, wła­śnie! – za­wo­ła­ły obec­ne pa­nie. – Ogrom­nie waż­ne, do­nio­słe wy­pad­ki!

Lu­bicz znów spo­glą­dał na wszyst­kich trium­fu­ją­cym wzro­kiem, któ­ry, gdy zwra­cał się ku pani domu, sta­wał się dziw­nie cie­płym i wni­kli­wym. W ko­lo­nii ro­syj­skiej nie było ta­jem­nic. Se­kre­tem po­li­szy­ne­la więc na­zy­wa­no za­bie­gi Lu­bi­cza o po­zy­ska­nie ser­ca i, co mia­ło jesz­cze waż­niej­sze zna­cze­nie, ręki za­bez­pie­czo­nej ma­te­rial­nie wdo­wy, ma­ją­cej do­brze mimo wszyst­ko pro­spe­ru­ją­ce przed­się­bior­stwo. Ta­kim też se­kre­tem była jak naj­da­lej po­su­nię­ta re­zer­wa ge­ne­ra­ło­wej i pro­wa­dzo­ny przez nią wy­wiad co do cy­wil­ne­go sta­nu re­pre­zen­ta­cyj­ne­go ad­wo­ka­ta, po­wszech­nie ucho­dzą­ce­go za ka­wa­le­ra. Ser­ce wdo­wy pod­szep­ty­wa­ło jej skraj­ną ostroż­ność, bo któż to te­raz po­tra­fi roz­gryźć i przej­rzeć bliź­nie­go? A nuż pew­ne­go dnia zja­wi się na­gle wier­nie i wy­trwa­le dą­żą­ca do mał­żon­ka współ­cze­sna, przed­się­bior­cza Pe­ne­lo­pa i… ach, wiel­ki Boże, ileż to już razy oży­wali nie­bosz­czy­cy i po­wra­ca­li w ob­ję­cia żon, któ­re za­zna­ły już praw­nych ob­jęć no­wych mał­żon­ków! Ostroż­ność i czuj­ność były prze­to ze wszech miar wska­za­ne, więc pani Ma­ria Osta­po­wa uda­wa­ła, że nie spo­strze­ga zmien­nych od­cie­ni w pięk­nych jesz­cze i wy­ra­zi­stych oczach Lu­bi­cza i nie bie­rze na swój karb jego wes­tchnień, na­głe­go smut­ku lub zde­ner­wo­wa­nia. Co do obec­ne­go jego ży­cia i kon­du­ity – mia­ła o nim zu­peł­nie za­do­wa­la­ją­ce in­for­ma­cje. Żył jak inni, z dnia na dzień, z przy­pad­ko­wych za­rob­ków, w in­nych cza­sach, być może, nie­zu­peł­nie… all ri­ght (pani Osta­po­wa wy­ro­bi­ła już so­bie na tu­łacz­ce dość to­le­ran­cyj­ny żar­gon!). Lu­bicz po przy­by­ciu do Szan­cha­ju osią­gnął pe­wien roz­głos jako zręcz­ny do­rad­ca po­kąt­ny, umie­ją­cy wy­cią­gać roda­ków z nie­by­wa­le nie­raz za­wi­łych sy­tu­acji, or­ga­ni­zo­wać skru­pu­lat­nie i po­my­sło­wo wy­re­ży­se­ro­wa­ną tru­pę świad­ków, usta­lać nie­moż­li­we, zda się, ali­bi i zbi­jać z tro­pu wła­dze śled­cze i po­li­cję.

A la gu­er­re, com­me à la gu­er­re! – my­śla­ła pani Ma­ria, oży­wia­jąc w swej pa­mię­ci ostat­nią roz­mo­wę lub przy­pad­ko­we spo­tka­nie z ad­wo­ka­tem, do­brze gra­ją­cym rolę za­ko­cha­ne­go.

Czu­ła zresz­tą dla Lu­bi­cza wdzięcz­ność po­dwój­ną. Za­czę­ło się to jesz­cze za ży­cia ge­ne­ra­ła, gdy to poli­cja chiń­ska, na­sła­na przez kon­su­lat an­giel­ski na ich wil­lę, przy­par­ła Osta­po­wów do muru, oskar­ża­jąc ich o ukry­wa­nie fał­sze­rza. Trud­no było istot­nie przy­pusz­czać, żeby w pen­sjo­na­cie nie za­uwa­żo­no ta­jem­ni­czej ma­szyn­ki dru­kar­skiej i nie sły­sza­no jej stu­ku pod­czas fa­bry­ka­cji no­wiut­kich stu­ru­bló­wek z por­tre­tem Ka­ta­rzy­ny, w po­kaź­nej ilo­ści dość dłu­go i bez­kar­nie kur­su­ją­cych po Szan­cha­ju. Osta­po­wom gro­ził pro­ces o współ­udział w zbrod­ni. Mu­sia­ło to skoń­czyć się ru­iną. Wte­dy to po raz pierw­szy na ho­ry­zon­cie sta­dła Osta­po­wów po­ja­wił się Lu­bicz. Przy­szedł i z miną ta­jem­ni­czą, zim­ny, wy­twor­ny, za­pro­po­no­wał swo­je usłu­gi jako obroń­ca, od razu bez ogró­dek wy­mie­nia­jąc żą­da­ne za to ho­no­ra­rium – po­kój i peł­ne utrzy­ma­nie na cały czas swe­go po­by­tu w Szan­cha­ju. Mał­żon­ko­wie zgo­dzi­li się na­tych­miast, bo przez gło­wę im nie prze­szło, że tak zna­ny ad­wo­kat ugrzęź­nie w ba­gnie emi­granc­kiem bez na­dziei wy­do­sta­nia się z nie­go. Lu­bicz po­ka­zał wkrót­ce, co umie. Na­za­jutrz już za­żą­dał no­wej rewi­zji w po­ko­ju fał­sze­rza, opa­trzo­nym w pie­czę­cie poli­cyj­ne i są­do­we. Wła­dze, stwier­dziw­szy, że pie­czę­cie są nie­na­ru­szo­ne, ze­rwa­ły je i otwo­rzy­ły po­kój. Przy re­wi­zji zna­le­zio­no wa­liz­kę dziw­ne­go kształ­tu, ukry­tą w pie­cu nad pa­le­ni­skiem. W niej to ma­szyn­ka po­my­sło­we­go in­ży­nie­ra Gri­szi­na mie­ści­ła się tak do­kład­nie jak bi­no­kle Lu­bi­cza w fu­te­ra­le alu­mi­nio­wym.

– To dziw­ne! – krę­cił gło­wą sę­dzia śled­czy. – To dziw­ne, że wa­liz­ka ta nie zo­sta­ła zna­le­zio­na przy pierw­szej re­wi­zji!

– Istot­nie – bar­dzo dziw­na i ka­ry­god­na nie­udol­ność po­li­cji – naj­spo­koj­niej w świe­cie wtó­ro­wał mu ad­wo­kat – lecz to nie może do­ty­czyć mo­ich klien­tów, tyl­ko pa­nów…

Drwią­cy ton Lu­bi­cza wy­pro­wa­dził z rów­no­wa­gi sę­dzie­go. Mru­żąc oczy i za­cie­ra­jąc ręce, spy­tał:

 

– Czym­że jed­nak wy­tłu­ma­czy pan fakt, że pań­stwo Osta­po­wo­wie nie sły­sze­li stu­ku pusz­czo­nej w ruch ma­szy­ny dru­kar­skiej? Co pan na to po­wie?

Lu­bicz, zdej­mu­jąc bi­no­kle, od­po­wie­dział na­tych­miast:

– Moi mo­co­daw­cy byli za­sko­cze­ni nie­spra­wie­dli­wie spa­da­ją­cym na nich po­dej­rze­niem i nie wska­zali pew­nej waż­nej oko­licz­no­ści…

– Cóż to za oko­licz­ność?

– Miesz­ka­ją­cy w tym po­ko­ju Gri­szin miał zwy­czaj (przy­naj­mniej tak twier­dził!) tre­no­wać się w wio­sło­wa­niu, w tym celu ma­jąc u sie­bie spe­cjal­ny apa­rat. Pod­czas re­wi­zji nie zna­le­zio­no go dla­te­go, że po­psuł mu się i zo­stał od­da­ny do na­pra­wy. Dziś wła­śnie do­star­czył go nie­ja­ki Mi­czu­rin. Niech pan sę­dzia prze­ko­na się, że ło­mot tego przy­rzą­du przy­po­mi­na bar­dzo stuk ja­kiejś ma­szy­ny w ru­chu…

Sę­dzia prze­ko­nał się i od tego cza­su Osta­po­wo­wie mie­li spo­kój.

Taka była jed­na z przy­czyn wdzięcz­no­ści gene­ra­ło­wej dla Lu­bi­cza, dru­ga zaś była in­tym­niej­sza, głęb­sza i z ko­bie­cej na­tu­ry wy­pły­wa­ją­ca jak wiecz­nie żywe źró­dło. Pani Ma­ria Osta­po­wa, choć li­czy­ła so­bie do­pie­ro czter­dzie­ści pięć wio­sen, po prze­ży­ciach swo­ich z okre­su woj­ny i re­wo­lu­cji, czu­ła się znu­żo­ną i znacz­nie star­szą. W pew­nym mo­men­cie za­czę­ła na­wet za­nie­dby­wać się, uwa­ża­jąc się już za ko­bie­tę pas­sée i oto na­gle spo­strze­gła za­in­te­re­so­wa­nie się nią ta­kie­go wy­twor­ne­go i wy­bred­ne­go męż­czy­zny, ja­kim był istot­nie Lu­bicz. To do­da­ło jej sił i chę­ci do otrzą­śnię­cia się z bier­no­ści i ogar­nia­ją­ce­go ją po­go­dze­nia się z lo­sem sta­rze­ją­cej się ko­bie­ty, po­czu­ła się znów daw­ną Ma­rią Pio­trow­ną, pięk­ną, po­żą­da­ną i, jak mó­wio­no, nie­raz w prze­szło­ści otwie­ra­ją­cą tym dro­gę mę­żo­wi do ka­rie­ry. Od­ży­ła też jak mo­tyl, gdy po zim­nej nocy po­czu­je cie­płe pro­mie­nie sło­necz­ne. Za to wła­śnie naj­głę­biej wdzięcz­na była Lu­bi­czo­wi, a tak szcze­rze, że na­wet nie krzy­wi­ła się na nie­go za zbyt dłu­go prze­cią­ga­ją­cy się po­byt w pen­sjo­na­cie „Woł­ga”, gdzie ad­wo­kat na trze­cim pię­trze miał ów bez­płat­ny, wą­ski jak kisz­ka, ciem­na­wy po­ko­ik – tuż obok nie­zbęd­nej ubi­ka­cji i wej­ścia na strych.