Szanchaj

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II. SYNU CZŁOWIECZY, W POŚRODKU DOMU DRAŻNIĄCEGO TY MIESZKASZ

(2 Pror. Ezech.)

Bo­ha­ter nasz, je­śli w ogó­le moż­na za­li­czyć go do osob­ni­ków o tak pom­pa­tycz­nej na­zwie ro­dza­jo­wej, nie mógł w owych cza­sach li­czyć so­bie wię­cej jak trzy­dzie­ści lat. Jed­nak – trzy­dzie­ści lat w pew­nych okre­sach, na­wie­dza­ją­cych ludz­kość, sta­no­wi epo­kę o ta­kiej roz­pię­to­ści prze­ży­tych wra­żeń i zmien­no­ści psy­chi­ki, że z tru­dem daje się ona ogar­nąć umy­słem. Mózg w tych wy­pad­kach wi­kła się w la­bi­ryn­cie wąt­pli­wo­ści, za­czy­na­jąc od naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cej, gdy to czło­wiek nie jest pew­ny, czy nie po­mie­szał róż­nych lu­dzi i czy nie przy­pi­su­je jed­ne­mu osob­ni­ko­wi prze­żyć kil­ku lub kil­ku­na­stu, i – koń­cząc wresz­cie na naj­trud­niej­szej – kie­dy to sam so­bie za­da­je py­ta­nie, w jaki spo­sób wszyst­kie te wy­pad­ki moż­na było prze­żyć i czy istot­nie prze­ży­ło się je. A może był to tyl­ko zły sen, cięż­ka zmo­ra lub cho­ro­bli­we maja­cze­nie czło­wie­ka, pod wpły­wem nie­zna­nych po­bu­dek wchła­nia­ją­ce­go na­gle fi­zycz­ne i emo­cjo­nal­ne prze­ży­cia dzie­siąt­ków po­ko­leń?

To­też każ­dy rok ta­kie­go wy­tę­żo­ne­go, po­wi­kła­ne­go, nie­praw­do­po­dob­ne­go ży­cia rów­nał się kom­plek­so­wi kil­ku by­tów. Za­cie­ra­ły się gra­ni­ce po­szcze­gól­nych okre­sów, ko­lej­ność zja­wisk wy­my­ka­ła się spod kon­tro­li pa­mię­ci, cała zaś li­nia ży­cio­wa – łań­cuch przy­czyn i skut­ków – sta­pia­ły się w chao­tycz­ne zbie­go­wi­sko fak­tów, któ­re tra­ci­ły już swo­ją ostrość i nie wzbu­dza­ły ja­kich­kol­wiek emo­cji, z wy­jąt­kiem chy­ba pew­nych mo­men­tów szcze­re­go zdu­mie­nia nie­za­in­te­re­so­wa­ne­go zresz­tą w nich ob­ser­wa­tora. Obiek­tyw­ność i obo­jęt­ność wy­czer­pa­nej emo­cjo­nal­no­ści – ta­kie tyl­ko wy­ni­ki po­zo­sta­wia po so­bie po­dob­ne ży­cie – bo­ga­te w nie­zno­śnie ostre wra­że­nia. Nic więc dziw­ne­go, że trzy­dzie­sto­let­ni za­le­d­wie czło­wiek, ja­kim po­zna­je­my na­sze­go boha­tera, choć miał mło­dą, ścią­głą twarz, gę­ste, ja­sne wło­sy, bia­łe, zdro­we zęby, wy­so­ką i mu­sku­lar­ną po­stać, zdra­dza­ją­cą nie­po­spo­li­tą siłę fi­zycz­ną i ja­kąś przy­cza­jo­ną dra­pież­ną zwin­ność zwie­rza, go­to­we­go do sko­ku, mógł po­wie­dzieć o so­bie (a w rzad­kich chwi­lach szcze­ro­ści na­wet ma­wiał), że jest już sta­ry – sta­ry spa­da­ją­cym nań do­świad­cze­niem kil­ku na­raz ge­ne­ra­cji róż­nych, nie­po­dob­nych do sie­bie okre­sów dzie­jo­wych.

Wpraw­ny zresz­tą ob­ser­wa­tor spo­strzegł­by u nie­go za­pew­ne nie­omyl­ne ozna­ki sta­ro­ści. Na czo­le, po­mię­dzy brwia­mi i od ką­ci­ków warg, umie­ją­cych moc­no się za­ci­skać, aż do moc­ne­go pod­bród­ka wy­żło­bi­ły so­bie za­wi­łe ło­ży­ska głę­bo­kie zmarszcz­ki, któ­re już ni­czym zła­go­dzić się nie dają; w bla­do­nie­bie­skich, sze­ro­ko roz­war­tych oczach, pa­trzą­cych twar­do i zim­no, ja­kaś we­wnętrz­na, męt­na mgieł­ka przy­sła­nia­ła źre­ni­ce, ukry­wa­jąc do­kład­nie wszel­kie uczu­cia i wra­że­nia. Spod ener­gicz­nie za­ry­so­wa­nych łu­ków brwi pa­trzy­ły te oczy prze­ni­kli­wie, czuj­nie i groź­nie; zda­wa­ło się, iż wi­dzia­ły wszyst­ko, prze­bi­ja­jąc po­tę­gą ty­się­cy ukry­tych w nich źre­nic mury gma­chów, tka­ninę ubrań, mię­śnie i ko­ści oglą­da­ne­go czło­wie­ka. Małe, ra­so­we ręce o dłu­gich, cien­kich pal­cach zdol­ne były do na­głe­go i moc­ne­go chwy­tu, cho­ciaż za­cho­wy­wa­ły spo­kój, do­wo­dzą­cy wiel­kiej rów­no­wa­gi du­cho­wej lub siły woli; małe sto­py moc­no wpie­ra­ły się w zie­mię, jak gdy­by każ­dym kro­kiem swo­im pod­kre­śla­jąc sta­now­czość i nie­złom­ność za­mie­rzeń ich wła­ści­cie­la. Na zim­nej, spo­koj­nej, pra­wie nie­ru­cho­mej twa­rzy błą­kał się chwi­la­mi szy­der­czy uśmiech, jak gdy­by za­da­jąc ko­muś po­gar­dli­we py­ta­nie:

– N-no! Co bę­dzie da­lej?

Bo­ha­ter nasz przy­był do Szan­cha­ju ja­koś dziw­nie rap­tow­nie i od pierw­szych chwil, le­d­wo po­de­szwa­mi żół­tych trze­wi­ków do­tknął gra­ni­to­wych ko­stek jego ulic, miał wy­gląd czło­wie­ka, od daw­na tu za­miesz­ka­łe­go i nie­ocze­ku­ją­ce­go żad­nych już nie­spo­dzia­nek. W ko­łach emi­gran­tów ro­syj­skich, uczę­szcza­ją­cych do tych sa­mych ta­nich re­stau­ra­cji i dru­go­rzęd­nych ka­wiar­ni, po­ja­wie­nie się nie­zna­jo­me­go wzbu­dzi­ło ostre za­cie­ka­wie­nie i pe­wien nie­po­kój. Więk­szość Ro­sjan wy­ra­ża­ła na­wet prze­ko­na­nie, że jest to taj­ny agent po­li­cji an­giel­skiej.

– Może ktoś z na­szych ro­da­ków w tak wiel­ką wplą­tał się afe­rę, że aż z Lon­dy­nu przy­sła­no tu urzęd­ni­ka Sco­tland Yar­du? – do­my­śla­li się daw­ni mi­ni­stro­wie i sze­fo­wie róż­nych de­par­ta­men­tów.

Woj­sko­wi, obej­rzaw­szy bacz­nie nie­zna­jo­me­go, mru­cze­li do sie­bie:

– Trud­no nas na­brać! Cha, cha! Tego ptasz­ka po­de­sła­li nam bol­sze­wi­cy! Prze­ko­na­cie się, że dla za­my­dle­nia oczu po­wa­łę­saw­szy się kil­ka dni sa­mot­nie, po­cznie „na­wią­zy­wać kon­tak­ty” na mo­dłę szpie­gów so­wiec­kich… Zna­my już te sztucz­ki!

Po­my­li­li się jed­nak wszy­scy, gdyż nie­zna­jo­my, sie­dzą­cy wła­śnie przy sto­li­ku w ka­wiar­ni i bez­ce­re­mo­nial­nie przy­glą­da­ją­cy się obec­nym go­ściom, wstał na­gle i pod­szedł do okna, gdzie za­sło­nię­ty ga­ze­tą ukrył się sta­ry se­na­tor, taj­ny rad­ca Ableu­chow.

– Eks­ce­len­cjo, Pio­trze Paw­ło­wi­czu, nie po­zna­je mnie pan?

Se­na­tor na­su­nął oku­la­ry na nos i odło­żyw­szy dzien­nik, przyj­rzał się uważ­nie sto­ją­ce­mu przed nim nie­zna­jo­me­mu.

– Prze­pra­szam… – mruk­nął nie­chęt­nym gło­sem, oba­wia­jąc się nie­unik­nio­ne­go za­wsze w ta­kich wy­pad­kach ata­ku na kie­szeń z po­wo­ła­niem się na „zna­ne sze­ro­kie­mu ogó­ło­wi mi­ło­sier­ne ser­ce eks­ce­len­cji” i na wspól­nych zna­jo­mych, a na­wet krew­nia­ków – prze­pra­szam, ale…

Sto­ją­cy przed nim czło­wiek o skrze­płej twa­rzy nie dał mu jed­nak skoń­czyć zda­nia. Po­chy­liw­szy się nad sto­li­kiem i czu­jąc zwró­co­ne na sie­bie spoj­rze­nia wszyst­kich obec­nych, po­wie­dział tak ci­cho, że tyl­ko sam rad­ca mógł go po­sły­szeć:

– Je­stem Ser­giusz Wa­gin… Nie mam za­mia­ru o co­kol­wiek pro­sić pana, Pio­trze Paw­ło­wi­czu, niech się pan nie oba­wia!…

Przez twarz mó­wią­ce­go prze­mknął szy­der­czy uśmiech.

– Na szczę­ście ży­cie na­uczy­ło mnie ob­cho­dzić się bez czy­jej­kol­wiek po­mo­cy – do­dał na­tych­miast.

– Ser­giusz Wa­gin, syn… – wy­szep­tał Ableu­chow z ja­kimś prze­ra­że­niem w gło­sie.

– Syn pań­skie­go ko­le­gi z Se­na­tu – kiw­nął gło­wą Wa­gin, ale spo­strze­gł­szy lęk w star­czych oczach biu­ro­kra­ty, moc­niej za­ci­snął war­gi i syk­nął: – Prze­pra­szam, że ośmie­lam się przy­po­mnieć eks­ce­len­cji, ale po tylu la­tach tu­łacz­ki i, do­praw­dy, nie­by­wa­le ohyd­ne­go ży­cia chcia­łem spę­dzić choć pół go­dzi­ny w daw­nym to­wa­rzy­stwie! Odej­dę za­raz, ale sko­ro na­zwi­sko moje aż tak prze­ra­zi­ło pana, pro­szę o dys­kre­cję…! Czy przy­rze­ka mi to pan?

Sta­rzec pra­wie nie­przy­tom­nym wzro­kiem wpa­try­wał się w groź­ną w tej chwi­li twarz Wa­gi­na, aż wresz­cie z tru­dem wy­ją­kał:

– Je­że­li pan tego so­bie ży­czy… ow­szem… za­cho­wam na­zwi­sko pana w ta­jem­ni­cy!

– Dzię­ku­ję! Nie tyle cho­dzi mi, oczy­wi­ście, o na­zwi­sko, ile… o ko­men­ta­rze do nie­go, eks­ce­len­cjo – po­wie­dział z na­ci­skiem.

Wa­gin ukło­nił się i po­wró­ciw­szy do swe­go sto­li­ka, z obo­jęt­ną miną usiadł przy nim. Nic nie zdra­dza­ło w nim wzru­sze­nia, tyl­ko trzy głę­bo­kie bruz­dy na czo­le po­ru­szy­ły się gwał­tow­nie raz i dru­gi, ale znie­ru­cho­mia­ły wkrót­ce.

Wy­pił po­da­ną mu her­ba­tę, prze­rzu­cił ogło­sze­nia w ro­syj­skim świst­ku, wy­da­wa­nym w Szan­cha­ju przez ja­kie­goś bez­czel­ne­go re­ki­na żół­to­pra­so­we­go, za­pi­sał so­bie coś w no­te­sie i za­pła­ciw­szy kel­ner­ce, opu­ścił ka­wiar­nię.

Wte­dy do­pie­ro znaj­du­ją­cy się na sali emi­gran­ci oto­czy­li sta­re­go se­na­to­ra, wy­py­tu­jąc go o nie­zna­jo­mego.

Ableu­chow marsz­czył czo­ło i wzru­szał ra­mio­na­mi, mru­cząc nie­za­do­wo­lo­nym gło­sem:

– Nie wy­mie­nił mi swe­go na­zwi­ska… Omy­lił się, wziąw­szy mnie za ko­goś in­ne­go…

– Ale czy to nasz – Ro­sja­nin? – roz­le­gły się py­ta­nia.

– Są­dzę, że tak! W każ­dym ra­zie bie­gle i czy­sto mówi po ro­syj­sku – od­po­wie­dział Ableu­chow, zno­wu za­sła­nia­jąc się ga­ze­tą i zsu­wa­jąc szkła na czo­ło.

– No, je­śli tak – mó­wi­li roz­cza­ro­wa­ni Ro­sja­nie – to nic in­ne­go, tyl­ko przy­był tu nowy szpieg bol­sze­wic­ki, aby nas śle­dzić i o wszyst­kim do­no­sić do Mo­skwy.

Wy­gnań­cy, tchórz­li­wi zbie­go­wie oma­mia­li się szcze­gól­ną uwa­gą, jaką mu­siał zwra­cać na nich czer­wo­ny rząd pro­le­ta­ria­tu. Tym­cza­sem w Mo­skwie nikt o nich na­wet nie wspo­mi­nał. Spryt­ni i do­świad­cze­ni ma­che­rzy re­wo­lu­cyj­ni wie­dzie­li, że te odłam­ki ca­ra­tu mu­szą się roz­sy­pać jak sta­ra ce­gła gma­chów śre­dnio­wiecz­nych; inni zaś, je­śli wy­mrzeć nie ze­chcą, po­wró­cą, skam­łać będą, ka­jać się i bła­gać o li­tość i ka­wa­łek chle­ba. Ko­mi­sa­rze lu­do­wi zna­li prze­cież do­kład­nie hi­sto­rię Ro­sji, a za­gar­nię­te przez nich taj­ne ar­chi­wum po­li­tycz­ne nie­jed­ną od­sło­ni­ło przed nimi nędz­ną i ohyd­ną nik­czem­ność. W Krem­lu więc nikt nie wąt­pił, że jed­no tyl­ko sło­wo o amne­stii i ja­kiej ta­kiej moż­li­wo­ści ist­nie­nia przy­cią­gnę­ło­by do no­wej Ro­sji dzie­więć dzie­sią­tych ca­łej emi­gra­cji, lecz ta po­wrot­na fala nie­po­trzeb­nych, ogłu­pia­łych do resz­ty nie­do­bit­ków prze­szło­ści nie była wca­le pożą­dana. Kil­ka ty­się­cy głod­nych gąb i dwa razy tyle ni­g­dy nie­ima­ją­cych się cięż­kiej, istot­nej pra­cy rąk – na co i po co to było rzą­do­wi, bu­rzą­ce­mu pod­wa­li­ny ca­ra­tu? Co mo­gli dać z sie­bie ci „daw­ni lu­dzie” zu­chwa­łe­mu Le­ni­no­wi i jego Mię­dzy­na­ro­dów­ce, zmie­rza­ją­cym po skoń­czo­nej woj­nie do­mo­wej ku go­rącz­ko­wej bu­do­wie cze­goś zu­peł­nie no­we­go, ni­g­dy nie­wi­dzia­ne­go, a ogrom­ne­go i po­wsta­ją­ce­go szyb­ciej od osła­wio­nych pi­ra­mid egip­skich? Nie były to czcze i bru­tal­nie re­kla­mo­we za­mia­ry, gdyż nie ja­kichś tam nędz­nych sześć­dze­siąt ty­się­cy, jak w Te­bach, Kar­na­ku i Gi­zeh, ale mi­lio­ny nie­wol­ni­ków po­kor­nych i ni­cze­go nie­żą­da­ją­cych, oprócz ka­wał­ka chle­ba i cuch­ną­cej, su­chej ryby, moż­na było w każ­dej chwi­li pchnąć na naj­zu­chwal­szą, naj­nie­bez­piecz­niej­szą i naj­fan­ta­stycz­niej­szą ro­bo­tę.

 

Agi­ta­cja za­gra­ni­cą, skie­ro­wa­na prze­ciw­ko no­wym go­spo­da­rzom Ro­sji, a więc – szko­dli­wa opi­nia, ura­bia­na przez emi­gran­tów? Le­nin i jego to­wa­rzy­sze, przez sze­reg lat gło­du­ją­cy za­gra­ni­cą, po­zna­li do­kład­nie, do naj­głęb­szych taj­ni­ków zma­te­ria­li­zo­wa­ną, amo­ral­ną du­szycz­kę współ­cze­snej cy­wi­li­za­cji, gdy to ilo­ścią zło­ta w ban­kach i war­to­ścią kon­ce­sji oce­nia­no i mie­rzo­no „kul­tu­rę” lu­dów! Wszel­ką agi­ta­cję prze­ciw­ko nim i naj­gor­szą o nich opi­nię moż­na było w cią­gu jed­nej doby zmie­nić i roz­pro­szyć, da­jąc Euro­pej­czy­kom i Ame­ry­ka­nom opcje na naf­tę, wę­giel, że­la­zo, man­gan, azbest i zło­to sy­be­ryj­skie! Czy war­to było za­tem przej­mo­wać się star­czym zrzę­dze­niem ja­kichś tam umar­la­ków, z gło­du, cho­rób i zim­na pa­da­ją­cych na uli­cach wspa­nia­łych sto­lic Za­cho­du, i gdzieś – aż w Szan­cha­ju lub na roz­sza­la­łym, puch­ną­cym od bo­gac­twa Man­hat­ta­nie? Nikt w Mo­skwie o tym nie my­ślał i żad­nych ob­ser­wa­to­rów do Szan­cha­ju nie po­sy­łał. Kontr­re­wo­lu­cja od roku już za­chły­snę­ła się w mo­rzu krwi i od­ro­dzić się nie mia­ła sił i woli.

Wa­gin szedł Bun­dem, za­tło­czo­nym ko­ro­wo­dem tram­wa­jów, au­to­bu­sów, sa­mo­cho­dów i ma­łych wóz­ków, po­py­cha­nych przez „rik­szów”, a skrę­ciw­szy wspa­nia­łą Nan­king Road, nie zwra­cał uwa­gi na prze­pych ol­brzy­mich skle­pów i skła­dów dro­gich ka­mie­ni, zło­tych i srebr­nych ca­cek i na­czyń, je­dwa­biu, arty­stycz­nych wy­ro­bów z czar­nej i czer­wo­nej laki. Dą­żył tam, gdzie na kon­ce­sji fran­cu­skiej as­fal­to­wa jezd­nia Ave­nue de deux Répu­bli­qu­es ury­wa­ła się na­gle przed bra­mą w mu­rze daw­ne­go Szan­cha­ju i gdzie bie­gła da­lej uli­ca Fu-Tien-Koo, prze­ci­na­ją­ca całą dziel­ni­cę chiń­ską.

Tam do­pie­ro za­czął się roz­glą­dać z za­cie­ka­wie­niem.

Tuż za mu­rem bru­ko­wa­na już uli­ca bie­gła ku ma­łemu sztucz­ne­mu je­zior­ku, oto­czo­ne­mu drze­wa­mi i traw­ni­kiem. Czer­wo­no la­ko­wa­ny, po­ła­ma­ny w zy­gza­ki mo­stek pro­wa­dził do ma­low­ni­czej, uczęsz­cza­nej przez Eu­ro­pej­czy­ków her­ba­ciar­ni „Pod Wierz­bami”, gdzie po po­łu­dniu przy­cho­dzi­li też Chiń­czy­cy, za któ­ry­mi słu­dzy nie­śli klat­ki ze skrzy­dla­ty­mi śpie­wa­ka­mi, osła­dza­ją­cy­mi do­lce far nien­te żół­to­li­cych dżen­tel­me­nów. W po­bli­żu ka­wiar­ni sta­ły domy chiń­skich bo­ga­czy i jesz­cze wspa­nial­sze domy pu­blicz­ne, ozna­czo­ne czer­wo­ny­mi la­tar­nia­mi z za­chę­ca­ją­cy­mi i nie­zmier­nie ro­man­tycz­ny­mi na­pi­sa­mi. Wi­śnio­wa i zło­ta laka biła ze­wsząd w oczy, po­wy­gi­na­ne fan­ta­stycz­nie, okry­te ema­lio­wa­ny­mi płyt­ka­mi da­chy ulu­bio­ne­go w kra­ju sty­lu „tin” ja­rzy­ły się w słoń­cu. Tam i sam ja­kiś dum­ny mi­lio­ner wy­bu­do­wał dla sie­bie sie­dzi­bę z kil­ku­pię­tro­wą basz­tą „gu”, ozdo­bio­ną po ro­gach zło­co­ny­mi gło­wa­mi smo­ków. Prze­pych ten ury­wał się jed­nak koło świą­ty­ni, sto­ją­cej w środ­ku dziel­ni­cy.

Da­lej, jak okiem się­gnąć, na ol­brzy­miej płasz­czyź­nie roz­par­ło się na wszyst­kie stro­ny stło­czo­ne zbio­ro­wi­sko sza­ro­żół­tych, ma­łych dom­ków tu­byl­czych. Ule­pio­ne z gli­ny lub zie­mi, zmie­sza­nej z na­wo­zem i sło­mą, o strze­chach z ba­dy­lów ga­olia­nu, męt­nie wy­zie­ra­jąc okna­mi, za­kle­jo­ny­mi sza­rym, prze­tłusz­czo­nym pa­pie­rem, chro­nio­ne lek­ki­mi drzwia­mi z ram bam­bu­so­wych i mat sło­mia­nych – dom­ki cią­gnę­ły się, zda się, w nie­skoń­czo­ność, prze­ry­wa­ną tam i sam wą­ski­mi po­przecz­ni­ca­mi. Oko nie mia­ło na czym spo­cząć, gdyż wszę­dzie wo­kół cią­gnę­ła się ta sza­ro­żół­ta jed­no­staj­ność i tyl­ko w trzech miej­scach ja­skra­wy­mi pla­ma­mi od­ci­na­ły się fał­do­wa­ne wy­myśl­nie da­chy świą­tyń, a gdzieś da­le­ko po­nad bez­barw­nym zbie­go­wi­skiem ubo­gich i smut­nych bu­dow­li, niby straż lub ja­kiś znak ostrze­gaw­czy, tkwi­ła czer­wo­na sied­mio­pię­tro­wa basz­ta pa­go­dy Lo­on­gh­wa, smu­kła, o dzi­wacz­nie po­wy­gi­na­nych, po­gar­bio­nych oka­pach z barw­nych da­chó­wek por­ce­la­no­wych. Obok tej świą­ty­ni cie­szy­ło wzrok kil­ka bu­ro­zie­lo­nych drzew, któ­re nie zdą­ży­ły jesz­cze zrzu­cić wszyst­kich li­ści; za to w resz­cie dziel­ni­cy chiń­skiej – na ca­łej jej sza­rej pa­le­cie – nie biła w oczy żad­na barw­niej­sza pla­ma – ani zie­lo­nej ko­ro­ny lub czar­nych ko­na­rów drzew, ani na­wet ba­dy­la ja­kiej­kol­wiek ro­śli­ny – nic, tyl­ko te sza­ro­żół­te dom­ki – fan­ze i bure, cuch­ną­ce bło­to mia­sta przy­ro­dzo­nych, od­wiecz­nych go­spo­da­rzy Szan­cha­ju. Gdzieś tam, na koń­cu Fu-Tien-Koo po­wie­wa­ła trój­kąt­na czer­wo­no-czar­na cho­rą­giew i ma­ja­czył ja­kiś maszt z de­ską, za­pi­sa­ną czar­ny­mi hie­ro­gli­fa­mi. Idą­cy uli­cą cu­dzo­zie­miec nie wie­dział, że zbli­ża się do chęt­nie i tłum­nie od­wie­dza­ne­go przez ob­co­kra­jow­ców ja­omy­nia, gdzie sę­dzio­wie chiń­scy wy­ko­ny­wa­li wy­ro­ki śmier­ci, wraz z ła­pów­ką pod­su­wa­ne im przez re­zy­den­tów eu­ro­pej­skich.

Wy­bo­istą, peł­ną wyrw i ka­łuż uli­cą cią­gnę­ły tu nie­raz ukrad­kiem roz­ko­ły­sa­ne na re­so­rach li­mu­zy­ny, wio­zą­ce pięk­ne la­dies i dżen­tel­me­nów, wy­stro­jo­nych już na dan­cing po­obied­ni. Dą­ży­li tu oni na wi­do­wi­sko nie­po­spo­li­te. Kat ocze­ki­wał już go­ści i co chwi­la ob­cie­rał swój sze­ro­ki miecz. Gdy zaś spa­da­ły gło­wy ni­ko­mu nie­zna­nych i z rzad­ka tyl­ko na go­rą­cym uczyn­ku po­chwy­co­nych ban­dy­tów, a wro­ny i ja­strzę­bie w ocze­ki­wa­niu sty­py roz­sia­da­ły się po kra­wę­dzi gli­nia­ne­go muru, dżen­tel­me­ni upro­wa­dza­li swo­je lek­ko drżą­ce, a cza­sem na­wet roz­na­mięt­nio­ne damy do aut i wieź­li je do Astor Ho­use’u i Carl­to­nu na kie­li­szek kok­taj­lu i nie­zbęd­ną por­cję tań­ców, po któ­rych ra­zem zni­ka­li w przy­tul­nych, dys­kret­nych ga­bi­ne­ci­kach w tea-ho­use, gdzie, po­dob­na do cie­nia, prze­su­wa się mil­czą­ca służ­ba chiń­ska o za­gad­ko­wych, nie­ru­cho­mych źre­ni­cach.

W po­bli­żu ja­omy­nia Wa­gin od­na­lazł mały, jak zresz­tą i wszyst­kie inne, do­mek pod nu­me­rem ty­siąc sie­dem­set pięć­dzie­siąt.

– To tu… – mruk­nął do sie­bie, spraw­dziw­szy za­pi­sa­ny w no­tat­ni­ku ad­res, i za­pu­kał do drzwi zale­pio­nych pa­pie­rem, wzmoc­nio­nym skrzy­żo­wa­ny­mi de­ska­mi z czar­nym na­pi­sem na nich: „Stan­dard Oil Com­pa­ny”.

Opa­sły Chiń­czyk w czar­nym, za­tłusz­czo­nym strasz­li­wie cha­ła­cie i je­dwab­nej cza­pecz­ce na gło­wie, szcze­rząc rzad­kie, żół­te kły i mru­żąc prze­bie­głe oczy za gru­by­mi szkła­mi oku­la­rów w śmiesz­nie du­żej opra­wie ro­go­wej, spy­tał ła­ma­ną an­gielsz­czy­zną:

– Cze­go ży­czy so­bie wiel­ce czci­god­ny cu­dzo­zie­miec?

– Chciał­bym wie­dzieć, czy tu miesz­ka pani Wie­ra So­mo­wa – spy­tał Wa­gin.

Chiń­czyk za­czął trząść gło­wą i beł­ko­tać:

– Tak, tak! Miesz­ka na po­dwór­ku, w bar­dzo pięk­nym dom­ku!

Ser­giusz prze­szedł sień, pod pu­łap wy­pcha­ną wo­rami z soją i skrzy­nia­mi z ole­jem bo­bo­wym, i przez prze­ciw­le­głe drzwi wy­do­stał się na po­dwór­ko, ma­lut­kie, czy­ste, po bo­kach ob­sa­dzo­ne ni­ski­mi krzacz­kami her­ba­cia­ny­mi; w środ­ku jego, na tle gru­bej war­stwy żwi­ru, bił w oczy okrą­gły klomb, pe­łen ja­kichś je­sien­nych fio­le­to­wych kwia­tów i po­dob­nych do kling sza­bel li­ści iry­so­wych. Na koń­cu po­dwó­rza stał schlud­ny do­mek o trzech roz­su­wa­nych okien­kach, z ga­necz­kiem o cien­kich, rzeź­bio­nych fi­la­rach i wy­myśl­nym dasz­ku z ryn­na­mi w kształ­cie głów żu­ra­wi.

Tu daw­niej miał miesz­ka­nie syn mój – mó­wił Chiń­czyk – ale od­na­ją­łem je te­raz czci­god­nej pani…

Na od­głos kro­ków idą­cych lu­dzi, drzwi otwo­rzy­ły się. Na ga­ne­czek wy­szła bar­dzo do­stoj­na, siwa już dama i spy­ta­ła po an­giel­sku:

– Czy pan z ogło­sze­nia? Szu­ka pan po­ko­ju?

– Tak jest! – od­parł po ro­syj­sku Wa­gin, zdej­mu­jąc ka­pe­lusz. – Czy mógł­bym obej­rzeć lo­kal?

Pani So­mo­wa ru­chem ręki za­pro­si­ła go do wnę­trza dom­ku.

W ma­łej iz­deb­ce z że­la­znym łóż­kiem, jed­nym sto­łem, umy­wal­ką i trze­ma krze­seł­ka­mi usie­dli i pa­trzy­li na sie­bie tym dziw­nie ostrym wzro­kiem, ja­kim pa­trzeć umie­ją lu­dzie, któ­rzy nie­raz już wi­dzie­li przed sobą śmierć. Dłu­gie mil­cze­nie mo­gło­by cią­żyć komu in­ne­mu, lecz tych dwo­je lu­dzi uwa­ża­ło je za nie­zbęd­ne. Mu­sie­li przy­pa­trzeć się so­bie, po­ro­bić wła­sne spo­strze­że­nia i wy­cią­gnąć wnio­ski, kie­ru­ją­ce dal­szym po­stę­po­wa­niem. W tej wni­kli­wej i szcze­gó­ło­wej ob­ser­wa­cji, zda się, bra­ły udział nie tyl­ko zna­ne, co­dzien­nie przez lu­dzi uży­wa­ne zmy­sły, lecz ja­kieś inne jesz­cze, bu­dzą­ce się w nad­świa­do­mo­ści, wy­ostrzo­ne w cięż­kiej nie­wy­mow­nie i za­wsze tra­gicz­nej wal­ce o byt. Wy­czu­wa­li obo­je, że w tej chwi­li jak gdy­by wy­mo­ty­wu­ją z sie­bie ja­kieś nici ta­jem­ni­cze, oglą­da­ją je mi­li­metr po mi­li­me­trze, niby trwa­łość ich i for­ma za­bez­pie­czyć mia­ły spraw­ne czyn­no­ści nie­wi­dzial­nej ma­szy­ny, tką­cej moż­li­wość współ­ży­cia.

Mil­cze­nie, dłu­gie i prze­sy­co­ne prą­da­mi in­tu­icji, nie krę­po­wa­ło ich by­naj­mniej i nie nu­ży­ło.

Za cien­ką ścia­ną ktoś za­no­sił się od su­che­go, du­szą­ce­go kasz­lu, a gdy na chwi­lę ury­wał, do­bie­ga­ło gło­śne ty­ka­nie ścien­ne­go ze­ga­ra i lek­ki zgrzyt jego me­cha­ni­zmu, sta­re­go za­pew­ne i za­rdze­wia­łe­go. W ku­chen­ce za dru­gą ścia­ną po­brzę­ki­wa­ły me­ta­lo­we ko­cioł­ki czy kub­ki i plu­ska­ła woda.

Pierw­szy prze­mó­wił Wa­gin. Z lek­ka wy­krzy­wia­jąc usta i od­sła­nia­jąc bia­łe, ostre zęby, po­wie­dział:

– Je­że­li pani nie bę­dzie mia­ła nic prze­ciw temu – wy­na­jął­bym ten po­kój. Na wszyst­kie moż­li­we py­ta­nia po­sta­ram się dać jak naj­szczer­szą odpo­wiedź. Nie je­stem za­moż­ny, cha, cha – mam wła­śnie tyle tyl­ko pie­nię­dzy, ile mi star­czy na mie­siąc, więc ten czas ma pani bądź co bądź za­bez­pie­czo­ny… Mie­siąc w na­szym ży­ciu to wszak dużo. Nie­praw­daż?

To mó­wiąc, po­ło­żył na sto­le bank­not i cią­gnął da­lej zim­nym i obo­jęt­nym to­nem:

– Zresz­tą prze­ko­na­ny je­stem, że dam so­bie radę w Szan­cha­ju, jak da­wa­łem ją so­bie wszę­dzie, gdzie tyl­ko od roku 1915 rzu­cał mnie los… do­praw­dy, dość ka­pry­śny, nie­szczę­dzą­cy mi przy­krych nie­raz nie­spo­dzia­nek… Mam na­dzie­ję, że po­zo­sta­nę lo­ka­to­rem na czas dłuż­szy…

Za­śmiał się z ja­kimś gorz­kim szy­der­stwem, a zmarszcz­ki głę­biej wcię­ły mu się w skó­rę czo­ła.

– Czym się pan trud­ni? – spy­ta­ła bez szcze­gól­nego zresz­tą za­in­te­re­so­wa­nia, ra­czej po to tyl­ko, aby wziąć udział w roz­mo­wie i nie po­zo­sta­wać bier­ną słu­chacz­ką.

– Obec­nie? Tu? – uśmiech­nął się zło­śli­wie pra­wie. – Za­pew­ne tym sa­mym, czym i pani – za­mie­rzam wal­czyć o ży­cie, jak umiem i mogę. Róż­ny­mi się dro­ga­mi cho­dzi­ło i róż­nych, po­wiedz­my na­wet bez prze­sa­dy, w s z y s t k i c h za­wo­dów się pró­bo­wało… Ale, o ile są­dzić mogę, to i pani łyk­nę­ła emi­granc­kiej bie­dy?

Ski­nę­ła tyl­ko gło­wą i unio­sła nie­co ciem­ne brwi. Po chwi­li wy­cią­gnę­ła do Wa­gi­na rękę.

– Więc w szczę­śli­wą go­dzi­nę – pro­szę się wpro­wa­dzić! – po­wie­dzia­ła spo­koj­nym gło­sem.

Uści­snąw­szy po­da­ną mu dłoń, wy­szedł na po­dwór­ko, mruk­nąw­szy dość gło­śno, żeby pani So­mo­wa mo­gła go usły­szeć:

– Miło tu i za­cisz­nie…

– A tak! – od­po­wie­dzia­ła na­tych­miast. – Go­spodarz Jun-cho-san – bo­ga­ty ku­piec. Han­dlu­je soją, ole­jem i ma­ku­cha­mi. Lubi po­rzą­dek i czy­stość. Uwa­żam, że tra­fi­łam bar­dzo szczę­śli­wie, wy­na­jąw­szy tę cha­łup­kę.

– Istot­nie! – zgo­dził się Wa­gin i raz jesz­cze ukło­niw­szy się pani Wie­rze, skie­ro­wał się ku wyj­ściu.

Wkrót­ce po tej wi­zy­cie przed dom Jun-cho-sana za­je­cha­ła dwu­kon­na do­roż­ka chiń­ska, a z niej wy­siadł Wa­gin i z po­mo­cą fur­ma­na wniósł do po­ko­ju dwie wa­liz­ki skó­rza­ne. W pół go­dzi­ny póź­niej był już roz­lo­ko­wa­ny w no­wej sie­dzi­bie.

 

Pani So­mo­wa, zaj­rzaw­szy do po­ko­ju, za­py­ta­ła:

– Może po­trze­bu­je pan cze­go? Czy nie dać wrząt­ku na her­ba­tę?

– Dzię­ku­ję! – od­parł krót­ko, ury­wa­jąc ni­kły wą­tek moż­li­wej roz­mo­wy.

Po chwi­li wy­szedł z domu. Miał jesz­cze bar­dziej sku­pio­ną twarz i nie­zwy­kle ostry, bacz­ny wy­raz oczu. Przy­po­mniał mu się na­gle prze­strach na sze­ro­kiej, ste­ra­nej twa­rzy se­na­to­ra Ableu­cho­wa. Za­ci­snął war­gi i syk­nął:

– Tchó­rze! Nędz­ni­cy! Kre­ty! Zdraj­cy!

Po­sły­szał wła­sny syk i zdu­miał się. Od daw­na ni­czym tak bar­dzo się nie prze­jął.

Zmu­sił się do wy­rzu­ce­nia z pa­mię­ci prze­ra­żo­ne­go ob­li­cza eks­ce­len­cji. To go od razu uspo­ko­iło. Ru­szył przed sie­bie, roz­glą­da­jąc się na wszyst­kie stro­ny. Chciał do­kład­nie po­znać dziel­ni­cę, w któ­rej za­miesz­kał, i zaj­rzeć moż­li­wie wszę­dzie.