Szanchaj

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

An­to­ni Fer­dy­nand Ossen­dow­ski

Szan­chaj

Po­wieść współ­cze­sna

Re­dak­cja Mał­go­rza­ta Jóź­wiak

Pro­jekt okład­ki Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Kon­wer­sja do wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski (epub@mi­ko­laj.co)

Opra­co­wa­no na pod­sta­wie wy­da­nia:

Wy­daw­nic­two Pol­skie, Po­znań [1937]

© Co­py­ri­ght for this edi­tion Wy­daw­nic­two LTW

ISBN 978-83-7565-126-3

Wy­daw­nic­two LTW

ul. Sa­wic­kiej 9, Dzie­ka­nów Le­śny

05-092 Ło­mian­ki

tel./faks (022) 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: wyd@ltw.com.pl

Spis treści

Stro­na re­dak­cyj­na

TOM I

I. I WI­DZIA­ŁEM NIE­WIA­STĘ, SIE­DZĄ­CĄ NA CZER­WO­NEJ BE­STII…

II. SYNU CZŁO­WIE­CZY, W PO­ŚROD­KU DOMU DRAŻ­NIĄ­CE­GO TY MIESZ­KASZ

III. I UPA­LE­NI BYLI LU­DZIE UPA­LE­NIEM WIEL­KIM

IV. OAZA NA BUB­BLING WELL

V. UCHY­LO­NY RĄ­BEK ZA­SŁO­NY

VI. DAW­NE ŻY­CIE OD­ZY­WA SIĘ BRU­TAL­NIE…

VII. KTÓŻ OD­GAD­NIE DU­SZĘ LUDZ­KĄ?

VIII. OKO ZA OKO, ZĄB ZA ZĄB…

IX. NIE ZA­ZNASZ RA­DO­ŚCI BEZ GO­RY­CZY

X. GŁÓD

XI. KON­CERN PRA­SO­WY „SZUN-PAO”

XII. PRZE­PO­WIED­NIE DOK­TO­RA PLE­NA ZISZ­CZA­JĄ SIĘ

XIII. DU­SZE CZŁO­WIE­CZE…

XV. PRZED­SIĘ­BIOR­STWO TI-FONG-TAJA

XVI. STA­RE ŚMIE­CIE – NOWE TRO­SKI

TOM II

I. ŻY­CIE PŁY­NIE ZA­WI­ŁYM ŁO­ŻY­SKIEM

II. ŻYWE SER­CA NA GIEŁ­DZIE ŚMIER­CI

III. NA NIE­ZNA­NYCH FA­LACH

IV. MIA­STO MĘŻ­CZYZN

V. KTO W POJ­MA­NIE WIE­DZIE, W POJ­MA­NIE PÓJ­DZIE

VI. OB­JA­WIE­NIE

VII. PO­ŁÓŻ­CIE SER­CA SWO­JE NA DRO­GI WA­SZE

VIII. DZIE­JE CZTE­RECH DNI

IX. WID­MA I ŻY­CIE

X. MIA­STO, KTÓ­RE NIE ZA­ZNA­ŁO PO­KO­JU

XI. NA PRZE­CIW­LE­GŁYM BRZE­GU KA­NA­ŁU

XII. W OGNIU WIEL­KIEJ TRO­SKI

I. I WIDZIAŁEM NIEWIASTĘ, SIEDZĄCĄ NA CZERWONEJ BESTII…

(Obj. Jana Apo­sto­ła)

Prze­klę­te, znie­na­wi­dzo­ne mia­sto.

Jed­no z tych, gdzie dłu­go nie ga­sła łuna mi­nio­nej woj­ny lu­dów, gdzie pło­nie ona do­tych­czas na skłę­bio­nych ob­ło­kach.

Nie­któ­re z nich sze­ro­ko roz­sła­wi­ły po świe­cie okrut­ne swo­je na­zwy.

To jed­nak naj­strasz­niej­sze było na pew­no, bo prze­ra­ża­ją­co obce, bez­na­dziej­nie da­le­kie.

Na­zy­wa­ło się Szan­chaj.

An­gli­cy wy­ma­wia­ją to sło­wo ina­czej – Szan­ghaj.

Jest w tym coś z ude­rze­nia to­po­ra, spa­da­ją­ce­go na chu­dy kark chiń­skie­go ban­dy­ty, coś z dra­pież­nego chrząk­nię­cia kata przy za­ma­chu. Nasz ję­zyk na­da­je tej na­zwie brzmie­nie bez­tro­skiej obo­jęt­no­ści, a może – lek­kie­go po­draż­nie­nia: „Zejdź z dro­gi!”.

Kto lub co ma zejść z dro­gi? Przed­miot, któ­ry moż­na od­rzu­cić kop­nię­ciem nogi? Pies lub kot bez­pań­ski? Czy też czło­wiek głod­ny, cho­ry, zroz­pa­czo­ny?

Tak, tak – wszyst­ko ra­zem ogar­nia to strasz­ne sło­wo – S z a n c h a j…

Bo­ga­te, prze­ra­ża­ją­co lud­ne, peł­ne fa­bryk, biur li­nii okrę­to­wych wszyst­kich na świe­cie ban­der, oka­za­łych gma­chów ban­ko­wych, lloy­dów, to­wa­rzystw ubez­pie­cze­nio­wych, skła­dów han­dlo­wych, agen­cji eks­por­to­wych, oży­wio­ne nie­by­wa­łym ru­chem ulicz­nym i jesz­cze więk­szym – w por­cie, na Bun­dzie i w dru­gim – na Wu­sun­gu, od daw­na po­cią­ga­ło ku so­bie z ca­łe­go świa­ta roz­bit­ków ży­cio­wych moż­li­wo­ścią za­rob­ku lub przy­naj­mniej na­dzie­ją na naj­mar­niej­sze choć­by ist­nie­nie.

Ty­sią­ce, nie, set­ki ty­się­cy szu­ka­ją­cych dla sie­bie ka­wał­ka chle­ba wchło­nął roz­le­gły, gwar­ny, zgieł­kli­wy Szan­chaj.

Nikt nie zdo­łał­by zli­czyć i jako tako usys­te­ma­ty­zo­wać tych, kogo wy­rzu­ci­ły na jego gra­ni­to­we wy­brze­że i wspa­nia­łą jezd­nię as­fal­to­wą wzbu­rzo­ne fale dzie­jo­we, wciąż jesz­cze prze­wa­la­ją­ce się od Atlan­tyku do Oce­anu Spo­koj­ne­go!

Przede wszyst­kim – któż by po­tra­fił po­li­czyć sa­mych Chiń­czy­ków?

Co naj­mniej mi­lion głod­nych gar­dzie­li za­pę­dzi­ła tu nie­usta­ją­ca w Pań­stwie Nie­ba woj­na do­mo­wa, gdy to nie­do­uczo­na w Ber­li­nie, Lon­dy­nie, Pa­ry­żu i No­wym Jor­ku mło­dzież wiel­kie­go nie­gdyś i choć bez­bron­ne­go, ale nie­zwal­czo­ne­go ce­sar­stwa od roku 1912, nie oszczę­dza­jąc mi­lio­nów ist­nień ludz­kich, mie­nia na­ro­do­we­go i wspa­nia­łej swej kul­tu­ry tak trwa­łej, iż moż­na na­zwać ją od­wiecz­ną, usi­ło­wa­ła pchnąć Chi­ny kon­fu­cjań­skie i ce­sar­skie, kraj ładu, dys­cy­pli­ny i ety­kie­ty oby­wa­tel­skiej, na tory „eks­pre­scy­wi­li­za­cji”. Pa­no­wać po­czę­ło bez­myśl­ne ma­rze­nie o prze­kre­śle­niu jed­nym po­cią­gnię­ciem pió­ra, o oba­le­niu czczym fa­jer­wer­kiem kra­so­mó­stwa od­ręb­nej, przez pięć czy ileś tam ty­siąc­le­ci kro­czą­cej wła­sny­mi szla­ka­mi kul­tu­ry i o prze­ści­gnię­ciu we wszyst­kich wa­dach i błę­dach lu­dów Za­cho­du, dla któ­rych ci wy­cho­wan­ko­wie uni­wer­sy­te­tów eu­ro­pej­skich i ame­ry­kań­skich czu­li bez­mier­ną po­gar­dę i zim­ną nie­na­wiść. Wy­nik oka­zał się nie­zmier­nie opła­ka­nym dla kra­ju Sy­nów Nie­ba, w okre­sie, gdy ostat­nia ich la­to­rośl pę­dzi­ła mo­no­ton­ny ży­wot więź­nia ho­no­ro­wego za szkar­łat­ny­mi mu­ra­mi Za­ka­za­ne­go Gro­du. Ra­dy­kal­ny Kan­ton wy­stą­pił prze­ciw­ko umiar­ko­wa­nemu Pe­ki­no­wi i za­wrza­ła woj­na po­łu­dnia z pół­nocą, krwa­wa, za­cie­kła woj­na do­mo­wa! Am­bit­ni, awan­tur­ni­czy ge­ne­ra­ło­wie-chrze­ści­ja­nie, pod­ju­dza­ni przez mi­sjo­na­rzy pro­te­stanc­kich; ge­ne­ra­ło­wie, wier­ni dy­na­stii, i wprost hersz­to­wie ban­dy­tów, wer­bu­jąc ochot­ni­ków, two­rzy­li ar­mie, pro­wa­dzi­li woj­nę na wła­sną rękę, pu­sto­sząc kwit­ną­ce nie­gdyś pro­win­cje i mia­sta, le­żą­ce w po­bli­żu nie­licz­nych dróg, prze­ci­na­ją­cych kraj. Ościen­na Ro­sja bol­sze­wic­ka agi­to­wa­ła wście­kle, rzu­ca­jąc zło­to, gło­sząc pod­stęp­ne ha­sła i znaj­du­jąc na­jem­nych awan­tur­ni­ków, któ­rzy na cze­le „czer­wo­nych” od­dzia­łów od za­cho­du i pół­no­cy po­su­wa­li się do­li­na­mi Żół­tej i Nie­bie­skiej Rze­ki, wzma­ga­jąc za­męt i sze­rząc klę­skę. Po­wta­rzał się tra­gicz­ny i ża­ło­sny ob­raz upad­ku po­tę­gi Asy­rii i Ba­bi­lo­nii, Im­pe­rium Per­skie­go, Rzy­mu i ko­czo­wej mo­nar­chii Czyn­gi­sy­dów.

Po­zba­wie­ni zie­mi, mie­nia i bez­pie­czeń­stwa rol­nicy, rze­mieśl­ni­cy, drob­ni han­dla­rze, a na­wet bez­do­mni, nie­ma­ją­cy nic do stra­ce­nia ku­li­si szu­ka­li bez­piecz­ne­go miej­sca.

Gdzież zna­leźć je moż­na było pew­niej jak nie w Szan­cha­ju, gdzie ze­środ­ko­wa­ły się in­te­re­sy ka­pi­ta­łu za­gra­nicz­ne­go, gdzie na uli­cach tkwi­ły po­ste­run­ki po­li­cji cu­dzo­ziem­skiej, w kon­su­la­tach kwa­te­ro­wa­ły od­dzia­ły an­giel­skie, ja­poń­skie, ame­ry­kań­skie, fran­cu­skie i wło­skie, na re­dzie zaś sta­ły, wy­cią­ga­jąc dra­pież­ne szy­je dział, tor­pe­dow­ce, krą­żow­ni­ki i pan­cer­ni­ki pod ban­de­ra­mi ob­cych państw?

Pół mi­lio­na, a na­wet, jak znaw­cy twier­dzi­li, cały mi­lion ta­kich bez­dom­nych, po­zba­wio­nych wszyst­kie­go ucie­ki­nie­rów prze­kro­czy­ło mury chiń­skiej dziel­ni­cy – Cza­pei, wsią­kło w małe, brud­ne jej domy, wy­cią­gnię­te sza­ro­żół­ty­mi sze­re­ga­mi wzdłuż ulic i ka­na­łów, za­ba­gnio­nych za­wsze, cuch­ną­cych gni­ją­cym mo­czem, pa­dli­ną i – śmier­cią.

Wsią­kło i… cze­ka­ło na coś, cze­go nie umia­ło so­bie uświa­do­mić.

Ży­wi­ły się te set­ki ty­się­cy lu­dzi nie wie­dzieć jak i czym. Wy­bie­ra­no wszyst­ko, co się dało wy­brać ze śmiet­nisk miej­skich, wy­ła­py­wa­no go­łę­bie, wro­ny, żaby, my­szy, szczu­ry i kre­ty po po­lach i ogro­dach, wy­ko­py­wa­no ko­rze­nie ja­kichś, głod­nym lu­dziom tyl­ko zna­nych ro­ślin ja­dal­nych, ło­wio­no ryby po brze­gach mo­rza i w rze­ce, zbie­ra­no mię­cza­ki i wodo­ro­sty, wy­rzu­ca­ne pod­czas przy­pły­wu, że­bra­no i kra­dzio­no. Za mi­secz­kę sple­śnia­łe­go i ski­słe­go ryżu lu­dzie bez wy­tchnie­nia pra­co­wa­li po osiem­na­ście go­dzin po to, by po mie­sią­cu tego pie­kła gdzieś za mia­stem, dum­nym ze swe­go bo­gac­twa i prze­py­chu, sko­nać z prze­kleń­stwem na ustach w ohyd­nej gli­nian­ce lub w ro­wie przy­droż­nym.

 

Tej wez­bra­nej fali, na­pły­wa­ją­cej z Man­dżu­rii, Dże­ho­lu, z pro­win­cji po­łu­dnio­wych i za­chod­nich li­czo­no naj­wię­cej, cho­ciaż nikt w przy­bli­że­niu na­wet nie wie­dział, ile zroz­pa­czo­ne­go ma­te­ria­łu ludz­kie­go zgro­ma­dzi­ło się w Szan­cha­ju i po wio­skach oko­licz­nych.

Kro­cie! Praw­dzi­wa na­wa­ła! Po­wódź nę­dzy i obłę­du!

Nikt nie trosz­czył się o los przy­by­szów i bez­pie­czeń­stwo sa­me­go mia­sta. My­ślał o tym tyl­ko kon­su­lat an­giel­ski i żą­dał od chiń­skich władz nie­zbęd­nych za­rzą­dzeń, aby ochro­nić cu­dzo­ziem­ców od moż­li­wych epi­de­mii cho­le­ry, dżu­my, trą­du… i za­bu­rzeń ulicz­nych.

Sprze­daj­ni i po­wol­ni roz­ka­zom an­giel­skich i ame­ry­kań­skich re­zy­den­tów oj­co­wie mia­sta wy­ko­na­li żą­da­nie ob­co­kra­jow­ców i w po­bli­żu Si­cha-Wei zbu­do­wali ol­brzy­mi piec, przy­po­mi­na­ją­cy in­dyj­skie „wie­że mil­cze­nia”. Zwo­żo­no tam zna­le­zio­ne tru­py nie­bo­szczy­ków i pa­lo­no na sto­sach, ukła­da­nych z ło­dyg ga­olia­nu. Osza­la­ła z gło­du i stra­chu bie­do­ta, któ­ra na ra­zie po­zo­sta­wa­ła jesz­cze przy ży­ciu, z rado­ścią po­wi­ta­ła to za­rzą­dze­nie władz miej­skich.

Całe tłu­my gło­do­mo­rów – pół­na­gich, owrzo­dzo­nych i owszo­nych – mo­gły te­raz grze­bać w po­pio­łach i wy­cią­gać ko­ści z ochła­pa­mi nie­do­pa­lo­ne­go mię­sa.

Rada mu­ni­cy­pal­na po­sze­rzy­ła, roz­bu­do­wa­ła sta­re wię­zie­nia i wznio­sła gma­chy dwu no­wych… Spo­kój za­pa­no­wał w Szan­cha­ju.

Ty­sią­ce lu­dzi, gi­ną­cych z wy­cień­cze­nia, duru i szkor­bu­tu, w mil­cze­niu, cier­pli­wie, z tę­pym upo­rem ocze­ki­wa­ło ja­kichś nie­zna­nych zmian, któ­re na­dą­ża­ły… na­dą­ża­ły.

Tym­cza­sem w ho­te­lach, „ary­sto­kra­tycz­nych” ka­wiar­niach i na dan­cin­gach bia­li dżen­tel­me­ni i stroj­ne la­dies flir­to­wa­li, tań­czy­li i ba­wi­li się, jak mo­gli i umie­li naj­le­piej. Pa­trząc na to ży­cie bia­łych przy­by­szów – aro­ganc­kich i po­gar­dli­wych, wy­dać się mo­gło, że to ja­kieś ćmy kre­ślą swój nie­opatrz­ny, sza­leń­czy lot ko­li­sty nad nisz­czą­cym pło­mie­niem lam­py, że to odu­rze­ni ha­szy­szem der­wi­sze i obłęd­ne, hi­ste­rycz­ne ba­ja­de­ry mio­ta­ją się w tań­cu śmier­ci w mie­ście za­dżu­mio­nym, od świa­ta od­cię­tym.

Do mo­rza bez­ro­bot­nych i głod­nych Chiń­czy­ków po za­gar­nię­ciu Sy­be­rii przez bol­sze­wi­ków wpły­nę­ły nowe po­to­ki. Zu­peł­nie od­mien­ne nio­sły one w swo­ich wi­rach odłam­ki spo­łe­czeństw.

Nie­zmier­nie barw­ne było to nowe zbie­go­wi­sko ludz­kie. Niem­cy, Ło­ty­sze, Ma­dzia­rzy, Au­stria­cy, Cze­si, Po­la­cy, Gru­zi­ni, Or­mia­nie i inni z tej wie­ży Ba­bel, z tej nie­prze­rwa­nej mêlée des na­tions, de­zer­te­rzy z od­dzia­łów ame­ry­kań­skich, an­giel­skich, fran­cu­skich, przy­sła­nych jako po­sił­ki dla krót­ko­trwa­łe­go rzą­du nie­za­leż­nej Sy­be­rii re­pu­bli­kań­skiej. Byli też tacy, któ­rzy, spę­dziw­szy kil­ka lat w obo­zach dla jeń­ców z wiel­kiej woj­ny, za­po­mnia­ni przez swo­je wła­dze oj­czy­ste, tu­ła­li się po Sy­bi­rze; część ich dla ka­wał­ka chle­ba i cie­płe­go kąta za­ło­ży­ła „przy­god­ne gniaz­da ro­dzin­ne”, nie czu­jąc by­naj­mniej dla tych „ci­chych przy­sta­ni” mi­ło­ści ani wdzięcz­no­ści i nie wy­si­la­jąc się na­wet na zro­zu­mie­nie du­szy ko­bie­ty, z za­ufa­niem, a nie­raz i praw­dzi­wym uczu­ciem ma­rzą­cej o zgod­nym i szczę­śli­wym po­ży­ciu; jed­ni jako fa­chow­cy zna­leź­li za­trud­nie­nie dla sie­bie na ko­le­jach i w ko­pal­niach, dru­dzy znów, prze­kra­da­jąc się ku wscho­do­wi, gdzie spo­dzie­wa­li się zna­leźć opie­kę swo­ich kon­su­lów, za­ra­bia­li na każ­dy etap mę­czeń­skiej włó­czę­gi pra­cą u chło­pów na po­rę­bach, przy bu­do­wie do­mów, przy na­pra­wie na­rzę­dzi rol­ni­czych, ze­gar­ków, bro­ni, ima­li się ry­bo­łó­stwa, a na­wet wróż­biar­stwa i zna­chor­stwa. Tych już nic nie łą­czy­ło z kra­jem – ani wspo­mnie­nia, ani sen­ty­ment dla ła­god­ne­go i wy­ro­zu­mia­łe­go ludu sy­be­ryj­skie­go. Cała ich wola i ener­gia skie­ro­wa­ne były je­dy­nie na po­wrót do tej czy in­nej „oj­czy­zny”, któ­ra, jak wie­rzo­no po­wszech­nie, po wstrzą­sie wo­jen­nym cu­dow­nym spo­so­bem kwit­nąć za­czy­na­ła, wzbo­ga­cać się i cie­szyć nie­by­wa­łym do­bro­by­tem i trwa­łym po­ko­jem.

Za tymi pta­ka­mi wę­drow­ny­mi przy­by­li tu też wkrót­ce i Ro­sja­nie – emi­gran­ci, ucho­dzą­cy przed bol­sze­wi­ka­mi, su­ną­cy­mi ku Pa­cy­fi­ko­wi. Wyż­sza biu­ro­kra­cja przed­wo­jen­na, nie­do­bit­ki ary­sto­kra­cji, któ­rej nie uda­ło się za­wcza­su umknąć na za­chód, ofi­ce­ro­wie „bia­łej”, wal­czą­cej z „czer­wo­ny­mi”, ar­mii, in­ży­nie­ro­wie, le­ka­rze, ad­wo­ka­ci, kup­cy, a na­wet du­cho­wień­stwo – tak to się przed­sta­wiał uno­szo­ny wart­kim po­to­kiem wy­da­rzeń ów miał z gru­zów do nie­daw­na jesz­cze wiel­kie­go i po­tęż­ne­go, zda się, gma­chu, gdzie stał tron dy­na­stii, z krwi i du­cha ob­cej Ro­sji i do rdze­nia zniem­cza­łej.

Na bru­ku szan­chaj­skim zna­la­zły się całe nie­raz licz­ne ro­dzi­ny – męż­czyź­ni, ko­bie­ty, mło­de dziew­czy­ny i dzie­ci.

Wszy­scy przy­by­wa­li do Szan­cha­ju z pro­mien­ną na­dzie­ją, niby do Zie­mi Obie­ca­nej, prze­świad­cze­ni, że daw­ni kon­su­lo­wie roz­po­rzą­dza­ją znacz­ny­mi suma­mi, do­sta­tecz­ny­mi dla prze­wie­zie­nia emi­gran­tów do Fran­cji, Włoch lub Ju­go­sła­wii, gdzie zbie­go­wie spo­dzie­wa­li się od­na­leźć krew­nych i przy­ja­ciół, sły­sza­no bo­wiem o tych, co za­wcza­su wraz z po­sia­da­ny­mi ka­pi­ta­ła­mi wy­nie­śli się z ogar­nię­tej krwa­wym sza­łem Ro­sji; inni po­kła­da­li jesz­cze na­dzie­je w ban­kach ro­syj­skich.

Prze­cież – ro­zu­mo­wa­ły mio­ta­ją­ce się prze­ra­żo­ne mó­zgi bie­da­ków – sko­ro nie sta­ło Ro­sji car­skiej, pie­nią­dze jej na­le­żą do oby­wa­te­li wier­nych tra­dy­cjom ca­ra­tu? Na­stą­pi po­dział ka­pi­ta­łów, zgro­ma­dzo­nych w ka­sach ban­ko­wych, każ­dy otrzy­ma sumę, do­sta­tecz­ną na prze­trwa­nie roku lub dwóch, bo dłu­żej wszak ta wi­chu­ra trwać chy­ba nie może!

I oto roz­po­czę­ło się po­szu­ki­wa­nie kon­su­lów i obi­ja­nie pro­gów ban­ków.

Kon­su­lo­wie jed­nak od daw­na już do­rę­czy­li po­sia­dane przez nich pie­nią­dze skar­bo­we rzą­do­wi sybe­ryj­skie­mu i ge­ne­ra­łom, reszt­ka­mi sił sza­lo­nych ochot­ni­ków pod­trzy­mu­ją­cych woj­nę dy­wer­syj­ną z so­wie­ta­mi.

Ban­ki li­kwi­do­wa­ły in­te­re­sy i zdą­ży­ły już prze­ka­zać wszyst­kie de­po­zy­ty do cen­tra­li, two­rzą­cych się w Pa­ry­żu, Lon­dy­nie, Ber­li­nie i Zu­ry­chu.

Pew­ne­go mar­ne­go, burz­li­we­go dnia, gdy na Wu­sun­gu aż po­nad skar­py przy­sta­ni z sy­kiem i hu­kiem wy­la­ty­wa­ły wspie­nio­ne bał­wa­ny, a po­ryw­czy wiatr je­sien­ny po­trzą­sał ko­na­ra­mi sta­rych drzew w par­ku na Bun­dzie, po­dmu­chy jego roz­wia­ły ostat­nie wid­ma na­dziei i oba­li­ły ma­rzy­ciel­skie, efe­me­rycz­ne pla­ny co do przy­szło­ści no­wych przy­by­szów do mia­sta, któ­re­go na­zwa tak bar­dzo przy­po­mi­na­ła chrząk­nię­cie kata, ści­na­ją­ce­go gło­wę ska­za­ne­mu na śmierć nę­dza­rzo­wi.

Przy­szłość bo­wiem je­dy­nie w okre­sach trwa­łej ide­olo­gii pod­da­je się uję­ciu w ramy liczb sta­łych lub przy­naj­mniej praw­do­po­dob­nych. W do­bie zaś, kie­dy ko­ścio­ły zdo­by­wa­ły się je­dy­nie na bło­go­sła­wień­stwo dla po­szar­pa­nych odłam­ka­mi szrap­ne­li „bo­ha­te­rów”, bro­nią­cych wia­ry, pań­stwa, kró­la jed­no­gło­we­go – czy­li mo­nar­chii, lub wie­lo­gło­we­go – ina­czej – de­mo­kra­cji, na kro­pie­nie wodą świę­co­ną dział, ka­ra­bi­nów, po­ci­sków ga­zo­wych i ło­dzi pod­wod­nych; gdy myśl eli­ty, rzą­dzą­cej na­ro­da­mi, skie­ro­wa­na zo­sta­ła na gra­bież i roz­bój, któ­re mia­ły być wyko­nane rę­ka­mi spo­koj­nych wie­śnia­ków i spra­co­wa­nych ro­bot­ni­ków – wszel­kie pla­ny mu­sia­ły za­wieść, po­nie­waż nie zna­le­zio­no by w owych cza­sach cen­ty­me­tra bo­daj sta­łej po­wierzch­ni, gdzie by moż­na je było na czymś pew­nym oprzeć i ugrun­to­wać.

To­też w ko­łach emi­gra­cji wy­bu­chła od razu pa­ni­ka i roz­pacz. Opu­sto­sza­ły ho­te­le, zaj­mo­wa­ne przez za­moż­niej­szych lu­dzi; bied­niej­si szu­ka­li przy­tuł­ku w chiń­skiej dziel­ni­cy. Naj­bied­niej­si, to zna­czy – zu­peł­nie nic nie­po­sia­da­ją­cy, prze­no­si­li się na dżon­ki i kry­py ry­bac­kie, gni­ją­ce na cuch­ną­cej Hu­ang­pu i Wu­sung-Kian­gu, lub głod­ni i po­nu­rzy wa­łę­sa­li się po stre­etach, par­kach i po oko­li­cach Szan­cha­ju, na Nan­king czy Fu­czou Road, go­dzi­na­mi wy­sta­wa­li przed szy­ba­mi za­kła­dów ju­bi­ler­skich, gdzie chiń­scy kup­cy umiesz­cza­li mi­lio­no­wej nie­raz war­to­ści zło­te przed­mio­ty, dro­gie ka­mie­nie i sre­bro.

Miesz­ka­nia bar­dziej za­sob­nych emi­gran­tów oble­gane były od rana do wie­czo­ra przez tych, któ­rym głód i roz­pacz skrę­ca­ły kisz­ki, wy­su­sza­ły ję­zyk i wy­krzy­wia­ły twarz.

Co­raz czę­ściej pa­da­ły tam su­ro­we, gorz­kie, ob­raź­li­we, a na­wet groź­ne sło­wa. Z dniem każ­dym roz­le­ga­ła się co­raz śmie­lej ja­do­wi­ta mowa nie­na­wi­ści.

Tak trwa­ło całe dwa mie­sią­ce, aż wresz­cie sta­ło się to, co stać się mu­sia­ło, gdyż po­dob­ne oko­licz­no­ści nie­zmien­nie do nie­unik­nio­nych, a za­wsze tych sa­mych do­pro­wa­dza­ją wy­ni­ków.

Nie­złom­ne i lo­gicz­ne pra­wo nę­dzy!

Pew­nej nocy nie­zna­ni spraw­cy prze­do­sta­li się prze­ko­pem z ja­dło­daj­ni, utrzy­my­wa­nej przez Gre­ka, Ar­chi­stra­ti­ga Po­dy­pu­lo­sa, do są­sied­nie­go skle­pu słyn­ne­go złot­ni­ka Wu-Czang-Hsi­na i wy­nie­śli na pięć ty­się­cy do­la­rów to­wa­ru. Po­nie­waż jed­nak przy tym wła­ma­niu zgi­nę­ła od­da­na do na­pra­wy ko­lia żony wi­ce­kon­su­la Wiel­kiej Bry­ta­nii, w spra­wę tę wda­ła się po­li­cja an­giel­ska i z całą bez­względ­no­ścią i za­wo­do­wą sys­te­ma­tycz­no­ścią prze­pro­wa­dziw­szy do­cho­dze­nie, usta­li­ła, że pe­wien były wy­so­ki urzęd­nik ro­syj­ski za­pro­po­no­wał Gre­ko­wi spół­kę na ogra­bie­nie Wu-Czang-Hsi­na. Wła­ści­ciel ja­dło­daj­ni „Ilia­da”, a z nim daw­ny biu­ro­kra­ta osie­dli w po­nu­rej „Lo­usa” – wię­zie­niu kar­nym.

Czci­god­ny Po­dy­pu­los wpadł w taką roz­pacz, że po­wie­sił się na wła­snych szel­kach; biu­ro­kra­ta zaś od­sia­dy­wał swój ter­min spo­koj­nie, za­do­wo­lo­ny z cie­płe­go przy­tuł­ku i co­dzien­nej po­lew­ki ry­żo­wej z su­szo­ną na słoń­cu rybą lub cuch­ną­cy­mi kra­ba­mi. My­jąc ustę­py, uśmie­chał się ta­jem­ni­czo, ży­wiąc na­dzie­ję, że od­naj­dzie kie­dyś ukry­tą przez sie­bie zdo­bycz, o czym te­raz wie­dział je­dy­nie tyl­ko on, gdyż wi­sie­lec-Grek już się nie li­czył. Spół­ka zo­sta­ła roz­wią­za­na w spo­sób na­tu­ral­ny i ka­te­go­rycz­ny.

Drob­ne kra­dzie­że, na­pa­dy ban­dyc­kie, wy­myśl­ne i dow­cip­ne w swej pro­sto­cie oszu­stwa, zu­chwa­łe szan­ta­że, szu­ler­ka wszyst­kich moż­li­wych od­cie­ni, fał­szo­wa­nie cze­ków i we­ksli, strę­czy­ciel­stwo wszel­kie­go, naj­ohyd­niej­sze­go na­wet ro­dza­ju, po­dej­mo­wa­nie się krzy­wo­przy­się­stwa w są­dach zda­rza­ły się co­dzien­nie, bo sta­ły tu się ta­kim sa­mym za­wo­dem jak ad­wo­ka­tu­ra, prak­ty­ka le­kar­ska, fach in­ży­nie­ra, bu­dow­ni­cze­go i rze­mieśl­ni­ka, jak od­pra­wia­nie mo­dłów nad nie­bosz­czy­kiem, kro­pie­nie wodą świę­co­ną ko­na­ją­cych i da­wa­nie ślu­bów.

Nie mi­nę­ło na­wet pół roku, a nikt już się nie gor­szył tymi zbrod­nia­mi i nie po­gar­dzał ro­da­ka­mi, któ­rzy sta­cza­li się co­raz ni­żej i ni­żej.

Co praw­da – róż­ni­ce po­zio­mów etycz­nych rów­nież ule­gły zmia­nie. Zbli­ża­ły się one co­raz bar­dziej ku so­bie. Wszyst­ko, cze­go zmu­szo­ny był imać się czło­wiek, uwa­ża­no już za nor­mal­ną i nie­zbęd­ną wal­kę o byt, za spryt ży­cio­wy, za ową will of life, za zdol­ność przy­sto­so­wy­wa­nia się do wa­run­ków ist­nie­nia.

W po­głę­bia­ją­cym się upad­ku upa­try­wa­no na­wet ja­kąś au­re­olę i świę­tość mę­czeń­stwa, a ge­ne­zy i przy­czyn zbrod­ni i wy­stęp­ku do­szu­ki­wa­no się w nie­zro­zu­mia­łym, draż­nią­co ta­jem­ni­czym tek­ście Apo­ka­lip­sy.

Le­piej nie­co dzia­ło się w ko­łach woj­sko­wych i du­cho­wień­stwa. Ofi­ce­ro­wie otrzy­my­wa­li jesz­cze skrom­ne za­sił­ki z po­zo­sta­łych sum, znaj­du­ją­cych się w rę­kach daw­nych do­wód­ców „bia­łej” ar­mii, ko­rzy­sta­li z za­po­móg, a na­wet sta­łe­go upo­sa­że­nia od agen­tów ja­poń­skich, trzy­ma­ją­cych w re­zer­wie tych trzy ty­sią­ce bo­jo­wych ofi­ce­rów na wy­pa­dek woj­ny z Ro­sją So­wiec­ką; nie­któ­rzy wresz­cie po­ta­jem­nie szpie­go­wa­li na rzecz bol­sze­wic­kie­go po­sel­stwa w Pe­ki­nie i otrzy­my­wa­li od nie­go sta­łe wy­na­gro­dze­nie za ro­bo­tę.

 

Du­cho­wień­stwo na­to­miast zna­la­zło przy­tu­łek w pra­wo­sław­nej, nie­gdyś bar­dzo hoj­nie upo­sa­żo­nej przez rząd car­ski, mi­sji w sta­rej sto­li­cy Chin i opu­ści­ło Szan­chaj z ro­dzi­na­mi na za­wsze.

Obie te gru­py emi­gran­tów ro­syj­skich za­mknę­ły się w gra­ni­cach swe­go za­wo­du i stro­ni­ły ry­go­ry­stycz­nie od resz­ty ro­da­ków, gi­ną­cych w zgieł­kli­wym Szan­cha­ju, roz­zu­chwa­lo­nym przez mi­lio­no­we afe­ry, roz­ba­wio­nym, ży­ją­cym w usta­wicz­nie tra­wią­cej go go­rącz­ce i po­ści­gu za zło­tem i sza­lo­ny­mi, za­wsze nie­zdro­wy­mi ucie­cha­mi, gor­szą­cy­mi Chiń­czy­ków. Żół­ci lu­dzie w mil­cze­niu i po­gar­dli­wej nie­na­wi­ści przy­glą­dali się obłę­do­wi na­jeźdź­ców, zdo­by­wa­ją­cych ich oj­czy­znę pod­stę­pem, prze­kup­stwem, bez­czel­no­ścią i sta­łą groź­bą, któ­ra wia­ła od opan­ce­rzo­nych burt mil­czą­cych krą­żow­ni­ków i zwró­co­nych na mia­sto paszcz ar­mat­nich.

„I wi­dzia­łem nie­wia­stę, sie­dzą­cą na czer­wo­nej be­stii, peł­nej słów bluź­nier­stwa, ma­ją­cej sie­dem głów i ro­gów dzie­sięć. Nie­wia­sta owa przy­oble­czo­na była w pur­pu­rę i kar­ma­zyn i uzło­co­na zło­tem, dro­gim ka­mie­niem i per­ła­mi, ma­jąc ku­bek zło­ty w ręce swej, peł­ny obrzy­dli­wo­ści i plu­ga­stwa wsze­te­czeń­stwa swo­je­go. A na czo­le swo­im – imię na­pi­sa­ne: Ta­jem­ni­ca, Ba­bi­lo­nia Wiel­ka, mat­ka wsze­te­czeństw i obrzy­dli­wo­ści zie­mi. Wi­dzia­łem nie­wia­stę ową pija­ną krwią świę­tych, krwią mę­czen­ni­ków”… – za­czy­ty­wa­li się głod­ni, śmier­tel­nie prze­ra­że­ni emi­gran­ci roz­dzia­ła­mi Ob­ja­wie­nia Jana Apo­sto­ła w wi­dze­niu jego na pu­styn­nym Pat­mo­sie.

Co­raz czę­ściej i chęt­niej sto­so­wa­li do sie­bie ta­jem­ni­czy tekst Apo­ka­lip­sy.

„Wsze­tecz­ni­ca, okrut­na Wiel­ka Ba­bi­lo­nia to Szan­chaj! – my­śle­li. – On to pije krew mę­czen­ni­ków – na­szą krew!”

Nie­na­wi­dzi­li nie­rząd­ni­cy, drże­li przed nią i be­stią, na któ­rej sie­dzia­ła.

Ich cho­ra wy­obraź­nia utoż­sa­mia­ła po­two­ra apo­ka­lip­tycz­ne­go z Chi­na­mi o sied­miu gło­wach – wiel­kich mia­stach z Pe­ki­nem, Nan­ki­nem i Kan­to­nem na cze­le, a ro­gów dzie­sięć be­stii – toć dzie­sięć naj­wyż­szych pa­gód i świą­tyń, gdzie sta­ły bó­stwa prze­ra­ża­ją­ce, o kłach i ro­gach strasz­li­wych.

Wiel­ka Ba­bi­lo­nia, niby to ol­brzy­mia pa­ję­czy­ca, co­raz chci­wiej wy­sy­sa­ła krew „mę­czen­ni­ków” i za­tru­wa­ła mózg ich i wolę.

Kil­ka ro­dzin wy­mar­ło już z gło­du. Zna­jo­mi, przy­ja­cie­le i krew­ni je­den po dru­gim ode­szli, wy­zwo­le­ni wresz­cie i na za­wsze uko­je­ni.

Za­po­mnia­no o nich nie­ba­wem w bez­na­dziej­nym bo­ry­ka­niu się o każ­dą go­dzi­nę ży­cia.

Ten i ów za­strze­lił się z po­ży­czo­ne­go re­wol­we­ru lub otruł się kar­bo­lem. Kil­ku mło­dzień­ców, ogra­biw­szy prze­cho­dzą­ce­go kup­ca, urzą­dzi­ło so­bie pija­tykę we wspa­nia­łym Carl­to­nie, pod­bi­ja­jąc ser­ca Ame­ry­ka­nek i An­gie­lek nie­zrów­na­ną sztu­ką ta­necz­ną, a po­tem, za­kradł­szy się do za­pa­so­wej szat­ni, po­wie­si­ło się na ha­kach, za­dzierz­gnąw­szy so­bie na szy­jach strycz­ki z po­rwa­nych na pa­ski ko­szul.

Ja­kaś zroz­pa­czo­na mat­ka po­roz­bi­ja­ła młot­kiem głów­ki swym dzie­ciom na pa­ra­pe­cie Cre­eku, sama zaś z mo­stu sko­czy­ła do brud­ne­go ka­na­łu. Wpadł­szy w na­gły szał, ja­kiś mąż udu­sił głod­ną, cho­rą żonę, a po­tem rzu­cił się pod po­ciąg. Ale naj­go­rzej bo­daj i naj­nie­bez­piecz­niej ukła­da­ło się tu ży­cie mło­dych ko­biet. Umie­ra­ły one co­raz czę­ściej, w spo­sób za­gad­ko­wy prze­ry­wa­jąc ni­kłą nić zo­hy­dzo­ne­go nę­dzą ży­cia. Inne znów za­tła­cza­ły chod­ni­ki na lud­nych uli­cach i na­wią­zy­wa­ły zna­jo­mość z prze­chod­nia­mi; w wy­zy­wa­ją­cych, ku­szą­cych po­zach prze­sia­dy­wa­ły w par­ku na Bun­dzie i po ka­wiar­niach, w ob­ję­ciach pod­pi­tych Ame­ry­ka­nów – bru­tal­nych dla ko­biet, nie­po­sia­da­ją­cych pasz­por­tu ame­ry­kań­skie­go, i zim­nych, dra­pież­nych An­gli­ków; śli­zga­ły się po ma­ho­nio­wych po­sadz­kach Astor Ho­use’u, Splen­did Ho­te­lu i Carl­to­nu, nad ra­nem po­wra­ca­ły do ubo­gie­go bar­ło­gu na łono ro­dzi­ny – mil­czą­ce, znę­ka­ne i zroz­pa­czo­ne, rzu­ca­jąc oj­com i mat­kom bank­no­ty, ma­ją­ce obieg na tej gieł­dzie wa­lut, to­wa­rów, su­mień, dusz i ciał ludz­kich, ży­cia i śmier­ci. Oj­co­wie i mat­ki bez wa­ha­nia już i wstrę­tu bra­li te pie­nią­dze hań­bią­ce i czym prę­dzej wy­bie­ga­li z domu, aby za­pła­cić za brud­ne le­go­wi­sko, ku­pić chle­ba, ryżu, mię­sa…

Krew i łzy mę­czen­ni­ków ni­ko­go już nie wzru­sza­ły i nie prze­ra­ża­ły… tyle ich bo­wiem wy­pły­nę­ło we wsze­tecz­nym, okrut­nym Szan­cha­ju – wię­cej niż wody w jego cuch­ną­cych ka­na­łach i desz­czu zimo­wego… Je­dy­nej po­cie­chy do­szu­ki­wa­no się w męt­nych pro­roc­twach twór­cy Apo­ka­lip­sy. I zna­le­zio­no ją, bo oto sa­mot­nik pat­mo­ski na­pi­sał był: „Z wina gnie­wu po­rub­stwa Wiel­kiej Ba­bi­lo­nii piły wszyst­kie na­ro­dy, kró­lo­wie zie­mi wsze­tecz­nic­two z nią pło­dzi­li a kup­cy ziem­scy z mocy roz­ko­szy jej bo­ga­cza­mi się sta­li”.

Nie­na­wi­ścią prze­sią­kli prze­to ci wy­gnań­cy do wszyst­kich lu­dów, kró­lów i bo­ga­czów świa­ta i zem­stę im za­przy­się­gli do śmier­ci, jako że sam Jan, umi­ło­wa­ny apo­stoł Chry­stu­so­wy, roz­ka­zy­wał, mó­wiąc w swym Ob­ja­wie­niu: „Od­daj­cież jej, jako i ona wam od­da­wa­ła, a w dwój­na­sób dwo­ja­ko od­daj­cie we­dle uczyn­ków jej, w kub­ku, któ­rym na­le­wa­ła, na­le­waj­cie jej w dwój­na­sób! Jako się wie­le wy­no­si­ła i w roz­ko­szach była, tyle jej daj­cie męki i udrę­cze­nia…”.

Pie­kło roz­wie­ra­ło się co­raz sze­rzej z dniem każ­dym. A jed­nak i tu cze­ka­no na coś, co po­wo­ła do ja­kie­goś czy­nu i przy­nie­sie wy­zwo­le­nie. Nad­słu­chi­wano i wy­pa­try­wa­no cze­goś nie­cier­pli­wie, obłęd­nie i na­mięt­nie. Cze­go? Kogo? W ca­łym tym mro­wi­sku nę­dza­rzy, w wi­rze prze­ra­że­nia, obłę­du i nie­na­wi­ści nikt na te py­ta­nia od­po­wie­dzieć nie mógł. Tak przed nie­unik­nio­ną za­gła­dą, sto­ją­cą już na pro­gu le­go­wisk ludz­kich, bro­ni­ła się ostat­nia re­du­ta – na­dzie­ja po­nu­ro mi­stycz­na.

Do tego to pie­kła – do Wiel­kiej Ba­bi­lo­nii przy­był bo­ha­ter tej opo­wie­ści.