Dramat na polowaniuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Pewnego kwietniowego południa...

Pewnego kwietniowego południa roku 1880 do mego gabinetu wszedł woźny Andrzej i tajemniczym głosem zaanonsował, że do redakcji zgłosił się jakiś jegomość i usilnie prosi o widzenie z redaktorem.

— Chyba urzędnik — dodał Andrzej — ma czapkę z bączkiem…

— Poproś, żeby przyszedł kiedy indziej — odrzekłem. — Dzisiaj jestem zajęty. Powiedz, że redaktor przyjmuje wyłącznie w soboty.

— Już trzeci raz przychodzi, o pana pyta. Mówi, że ważna sprawa. Prosi i prawie płacze. W sobotę, mówi, że w żaden sposób nie może… Wpuścić?

Westchnąłem, odłożyłem pióro i jąłem czekać na jegomościa z bączkiem. Debiutujący pisarze i w ogóle ludzie niewtajemniczeni w arkana redakcyjne, doznający na dźwięk słowa „redakcja” mistycznych palpitacji, długo każą na siebie czekać. Po redaktorskim „proś” długo odkasłują, długo wycierają sobie nos, powoli otwierają drzwi, jeszcze wolniej wchodzą i zabierają tym samym niemało czasu. Jegomość z odznaką zaś nie kazał na siebie długo czekać. Nie zdążyły się zamknąć drzwi za Andrzejem, jak ujrzałem w swym gabinecie wysokiego barczystego mężczyznę, trzymającego w jednej ręce zwitek papierów, w drugiej zaś — czapkę z bączkiem.

Jegomość, który tak dobijał się widzenia ze mną, odgrywa w mej powieści nader ważną rolę. Należałoby więc opisać jego powierzchowność.

Jak już powiedziałem, jest wysoki, barczysty i tęgi jak dobry koń pociągowy. Cała jego postać tchnie zdrowiem i krzepą. Twarz rumiana, duże ręce, pierś szeroka, muskularna, włosy gęste jak u zdrowego chłopca. Wygląda na czterdziestkę. Ubrany jest gustownie w świeżo skrojony według ostatniej mody garnitur z kortu. Na jego piersi widnieje gruba dewizka z brelokiem, na małym palcu mieni się drobnymi jaskrawymi gwiazdeczkami brylantowy pierścień. I, rzecz najważniejsza i niebagatelna dla względnie przyzwoitego bohatera powieści czy dłuższego opowiadania, jest niezwykle przystojny. Nie jestem kobietą ani artystą. Nie znam się na męskiej urodzie, ale wygląd jegomościa z bączkiem zrobił na mnie wrażenie. Jego duża, mięsista twarz pozostała na zawsze w mej pamięci. Miał iście grecki nos z garbkiem, cienkie wargi i łagodne niebieskie oczy, z których promieniowała dobroć i coś jeszcze, co z trudem poddaje się trafnemu określeniu. To „coś” można dostrzec w oczach małych zwierzątek, gdy tęsknią lub gdy coś je boli. Coś błagalnego, dziecięcego, pokornie cierpiącego… Ludzie przebiegli i bardzo mądrzy nie mają takich oczu.

Słowem, z całej twarzy tchnie prostota, szeroka, nieskomplikowana natura, szczerość… Jeśli rzeczywiście twarz jest zwierciadłem duszy, to od pierwszego dnia spotkania z jegomościem z bączkiem mógłbym dać słowo honoru, że nie potrafi on kłamać. Mógłbym się nawet założyć.

Czy wygrałbym zakład, czy nie — czytelnik przekona się w dalszym ciągu opowieści. Kasztanowate włosy i broda są miękkie jak jedwab. Podobno miękkie włosy są oznaką łagodnej, subtelnej duszy… Zbrodniarze i źli, uparci ludzie mają z reguły włosy szorstkie. Czy to prawda, czy nie — czytelnik również się o tym przekona… Lecz ani wyraz twarzy, ani broda — nic nie jest tak miękkie i delikatne w jegomościu z bączkiem, jak ruchy jego wielkiego, masywnego ciała. Z ruchów tych przebija dobre wychowanie, lekkość, gracja, a nawet — przepraszam za wyrażenie — pewna kobiecość. Niewiele wysiłku mój bohater włożyć musi w wygięcie podkowy lub zgniecenie w ręku pudełka sardynek, a przecież ani jeden jego ruch nie zdradza siły fizycznej. Klamkę u drzwi lub kapelusz ujmuje niczym motyla: delikatnie, ostrożnie, lekko dotykając palcami. Kroki ma bezszelestne, uścisk dłoni słaby. Patrząc na niego, zapomina się, że jest silny jak Goliat, że jedną ręką może podnieść to, czego nie byłoby w stanie podnieść pięciu redakcyjnych Andrzejów. Patrząc na jego lekkie ruchy, trudno uwierzyć, że jest silny i ciężki. Spencer mógłby go poczytywać za ideał gracji.

Wchodząc do mego gabinetu, zmieszał się, jego delikatną, subtelną naturę speszyła moja naburmuszona, niezadowolona mina.

— Niech mi pan daruje, na litość boską! — rzekł swym miękkim, soczystym barytonem. — Wtargnąłem do pana w nieodpowiedniej chwili i zmuszam pana, by zrobił dla mnie wyjątek. Pan jest tak zajęty! Ale widzi pan, chodzi o to, panie redaktorze, że wyjeżdżam jutro do Odessy w nader ważnej sprawie… Gdybym mógł odłożyć ten wyjazd do soboty, to, proszę mi wierzyć, nie prosiłbym pana o zrobienie dla mnie wyjątku. Szanuję przepisy, bo sam lubię porządek…

„Cóż to za gaduła!” — pomyślałem, sięgając po pióro, i dając mu tym samym do zrozumienia, że nie mam czasu. (Miałem już wtedy serdecznie dość interesantów!).

— Zajmę panu jedną tylko minutkę! — ciągnął mój bohater przepraszającym tonem. — Ale pozwoli pan, że się najprzód przedstawię… Kandydat nauk prawnych Iwan Pietrowicz Kamyszew, sędzia śledczy… Do ludzi piszących nie mam zaszczytu się zaliczać, niemniej jednak przybyłem do pana z intencjami czysto pisarskimi. Stoi przed panem kandydat na debiutanta mimo jego wieku — bez mała czterdziestki. Ale lepiej późno niż wcale.

— Bardzo mi przyjemnie… Czym mogę służyć?

Kandydat na debiutanta usiadł i ciągnął dalej, patrząc w podłogę swym błagalnym wzrokiem.

— Przyniosłem panu małą opowieść, którą pragnąłbym wydrukować w pańskiej gazecie. Wyznam otwarcie, panie redaktorze: opowieść swą napisałem nie dla sławy autorskiej i jej słodyczy… Jestem już na to za stary. Obrałem drogę pisarską z pobudek czysto utylitarnych… Zależy mi na zarobku… Nie mam w chwili obecnej absolutnie żadnych zajęć. Byłem, widzi pan, sędzią śledczym w powiecie N-skim przez z górą pięć lat, ale ani kapitału się nie dorobiłem, ani niewinności nie zdołałem zachować…

Kamyszew spojrzał na mnie swymi dobrymi oczyma i zaśmiał się.

— Obrzydła mi służba… Służyłem, służyłem, w końcu machnąłem ręką i rzuciłem. Nie mam teraz żadnych zajęć, na życie ledwo mi starcza… Gdyby pan, mimo wszystko, wydrukował moją opowieść, byłbym panu więcej niż zobowiązany… Niech mi pan wyświadczy tę przysługę… Gazeta to nie instytucja filantropijna ani przytułek dla starców… Rozumiem to dobrze… ale… niech pan nie odmawia…

„Łżesz!” — pomyślałem.

Breloki i pierścień na małym palcu nie pasowały jakoś do pisania dla kawałka chleba, zresztą po twarzy Kamyszewa przemknęła ledwie zauważalna, dostrzegalna tylko dla doświadczonego oka chmurka, którą ujrzeć można na obliczach rzadko kłamiących ludzi.

— Co jest tematem pańskiej opowieści? — zapytałem.

— Temat… Jakby panu powiedzieć? Temat nienowy… Miłość, zabójstwo… Przeczyta pan, to pan zobaczy… Z notatek sędziego śledczego…

Musiałem się skrzywić, gdyż Kamyszew zmieszał się, po czym, mrugając oczami, zaczął szybko mówić:

— Opowieść moja napisana jest tak, jak piszą wszyscy sędziowie śledczy, ale… odnajdzie pan w niej rzeczywistość, prawdę… Wszystko, co w niej zostało przedstawione, wszystko od a do zet, działo się na moich oczach… Byłem świadkiem, a nawet uczestnikiem tych wydarzeń.

— Nie chodzi o prawdę… Niekoniecznie trzeba widzieć, żeby opisać… To nieważne. Chodzi o to, że nasza nieszczęsna publiczność dawno zaspokoiła swój apetyt i już ją mdli od Gaboriau i Szklariewskiego. Obrzydły jej te wszystkie zagadkowe morderstwa, szatański spryt detektywów i niezwykła bystrość sędziów śledczych. Publiczność bywa oczywiście różna, ale mówię o czytelnikach mojej gazety. Jaki tytuł nosi pańska opowieść?

Dramat na polowaniu.

— Hm… Trochę niepoważne, proszę pana… Zresztą, prawdę mówiąc, nazbierała mi się taka masa materiału, że stanowczo nie mogę przyjmować nowych tekstów, choćby były nie wiem jak dobre.

— Ale mój niech pan przyjmie, bardzo proszę… Powiada pan, że to niepoważne, ale… trudno przecież sądzić o utworze, nie przeczytawszy go… I czyż nie może pan założyć, że i sędziowie śledczy potrafią pisać poważnie?

Kamyszew wymówił to wszystko, jąkając się, kręcąc ołówek w palcach, ze wzrokiem utkwionym w podłogę. Był bardzo speszony i mrugał oczami. Zrobiło mi się go żal.

— Dobrze, niech pan zostawi — powiedziałem. — Ale nie obiecuję panu, że pańska powieść zostanie szybko przeczytana. Będzie pan musiał poczekać…

— Czy długo?

— Nie wiem… Proszę przyjść za… dwa, trzy miesiące…

— Trochę długo… Ale nie śmiem nalegać… Niech i tak będzie…

Kamyszew wstał i sięgnął po czapkę.

— Dziękuję za audiencję — rzekł. — Wrócę teraz do domu i będę żyć nadzieją. Trzy miesiące nadziei! Widzę jednak, że się panu naprzykrzam. Moje uszanowanie.

— Pozwoli pan, jedno słowo — powiedziałem, kartkując jego gruby, zapisany drobnym pismem zeszyt. — Pisze tu pan w pierwszej osobie… A więc ten sędzia śledczy to ma być pan?

— Tak, ale pod innym nazwiskiem. Rola, jaką odgrywam w tej powieści, jest nieco skandaliczna… Nie wypada wszak pod własnym nazwiskiem… A więc za trzy miesiące?

— Chyba tak, nie wcześniej…

— No to do widzenia!

Ekssędzia śledczy szarmancko się ukłonił, ostrożnie ujął klamkę i zniknął za drzwiami, zostawiwszy swój utwór na moim stole. Wziąłem kajet i schowałem do szuflady.

Opowieść pięknego Kamyszewa przeleżała tam ze dwa miesiące. Pewnego razu, jadąc z redakcji na letnisko, przypomniałem sobie o niej i zabrałem ze sobą.

Siedząc w wagonie, otworzyłem zeszyt i zacząłem czytać od środka. Środek zainteresował mnie. Tegoż dnia wieczorem, mimo braku czasu, przeczytałem całą powieść od początku do zamaszyście skreślonego słowa „Koniec”. W nocy przeczytałem ją raz jeszcze, a nad ranem chodziłem z kąta w kąt po werandzie, trąc skronie, jakbym chciał wymazać z głowy nową nagle napływającą dręczącą myśl… A myśl była zaiste dręcząca, nieznośnie natarczywa… Zdawało mi się, że choć nie jestem sędzią śledczym, a tym bardziej biegłym psychiatrą, odkryłem straszną tajemnicę pewnego człowieka, tajemnicę, która mnie właściwie nie obchodzi… Chodziłem po werandzie i przekonywałem sam siebie, że nie należy dawać wiary temu odkryciu…

 

Opowieść Kamyszewa nie trafiła do mojej gazety z powodów, które wyłuszczam na samym końcu mej rozmowy z czytelnikiem. Z czytelnikiem spotkam się raz jeszcze. Teraz zaś, rozstając się z nim na długo, zachęcam go do przeczytania opowieści Kamyszewa.

Opowieść ta nie wyróżnia się niczym szczególnym. Wiele w niej dłużyzn, sporo chropowatości… Autor ma słabość do mocnych efektów i frapujących wyrażeń… Widać, że pisze pierwszy raz w życiu, ręką nienawykłą, niewyrobioną… A mimo to opowieść czyta się lekko. Posiada fabułę, myśl także i, co najważniejsze, jest oryginalna, nader charakterystyczna, jest tym, co się zwie sui generis. Odznacza się też pewnymi walorami literackimi. Warto ją przeczytać… Oto ona:

Dramat na polowaniu
(Z notatek sędziego śledczego)

— Mąż zabił swoją żonę! Ach, jakiż pan głupi! Proszę mi wreszcie podać cukier!

Krzyk ten obudził mnie. Przeciągnąłem się i poczułem we wszystkich członkach jakąś ociężałość, słabość… Można odleżeć sobie rękę i nogę, ale tym razem wydawało mi się, że odleżałem sobie całe ciało od stóp do głów. Nie krzepiąco, lecz osłabiająco działa poobiedni sen w dusznej, suchej atmosferze, wśród brzęku much i komarów. Rozbity i zlany potem wstałem i podszedłem do okna. Była szósta wieczorem. Słońce stało jeszcze wysoko i paliło z tą samą siłą co trzy godziny temu. Do zachodu i chłodu pozostawało jeszcze dużo czasu.

— Mąż zabił swoją żonę!

— Przestałbyś fantazjować, Iwanie Diemianyczu! — powiedziałem, lekko pstrykając Iwana Diemianycza w nos. — Mężowie zabijają swoje żony tylko w powieściach i pod zwrotnikami, gdzie wrą afrykańskie namiętności, mój kochany. My musimy się zadowolić takimi okropnościami, jak kradzieże z włamaniem albo ukrywanie się przed policją z cudzym paszportem.

— Kradzieże z włamaniem… — wycedził przez swój haczykowaty nos Iwan Diemianycz. — Ach, jakiż pan głupi!

— Ale cóż robić, mój kochany? Alboż to nasza, ludzi, wina, że mózg nasz ma swoje granice? Zresztą, Iwanie Diemianyczu, to żaden grzech być głupcem przy takiej temperaturze. Z ciebie, na przykład, wielki mądrala, ale i tobie mózg się rozmiękczył i stępiał od tego upału.

Papuga moja zwie się nie byle jak, lecz Iwan Diemianycz. Imię to otrzymała zupełnie przypadkowo. Pewnego razu służący mój Polikarp, czyszcząc jej klatkę, zrobił nagle odkrycie, bez którego mój szlachetny ptak nie zostałby Iwanem Diemianyczem… Leniucha raptem ni stąd, ni zowąd olśniła myśl, że dziób mej papugi podobny jest do nosa naszego wiejskiego sklepikarza Iwana Diemianycza, i od tej chwili papuga została na zawsze obdarzona imieniem i patronimikiem długowłosego sklepikarza. Za sprawą Polikarpa cała wieś przechrzciła osobliwego ptaka na Iwana Diemianycza. Z woli Polikarpa ptak znalazł się wśród ludzi, a sklepikarz utracił swe właściwe nazwisko i do końca swych dni figurować będzie w ustach wioski jako „papuga sędziego śledczego”.

Iwana Diemianycza kupiłem od matki mojego poprzednika, sędziego Pospiełowa, zmarłego krótko przed moją nominacją. Kupiłem go wraz ze starymi dębowymi meblami, rupieciami kuchennymi i całym w ogóle gospodarstwem, jakie zostało po nieboszczyku. Ściany mego mieszkania dotychczas zdobią fotografie jego krewnych, a nad moim łóżkiem wciąż jeszcze wisi portret samego gospodarza. Nieboszczyk, chudy, żylasty jegomość o rudych wąsach i wydatnej dolnej wardze, tkwi z wybałuszonymi oczyma w wyblakłej orzechowej ramie i ani na chwilę nie spuszcza ze mnie oczu, gdy sobie leżę na jego łóżku… Nie zdjąłem ze ścian ani jednego obrazka, krótko mówiąc, zostawiłem mieszkanie takim, jakim je zastałem. Jestem zbyt leniwy na to, by się kłopotać o komfort, i pozwalam wisieć na moich ścianach nie tylko nieboszczykom, ale nawet żyjącym, jeśli tylko tego sobie życzą[1].

Iwanowi Diemianyczowi było tak samo duszno jak mnie. Stroszył pióra, rozpościerał skrzydła i głośno wykrzykiwał zdania, których się wyuczył od mego poprzednika Pospiełowa i Polikarpa. By rozproszyć jakoś poobiednią nudę, usiadłem przed klatką i jąłem obserwować ruchy papugi usilnie szukającej i nieznajdującej wyjścia z tej męczarni, jakiej przysparzały jej zaduch i pasożyty gnieżdżące się w upierzeniu… Biedaczka miała wygląd bardzo nieszczęśliwy…

— A o której to raczy się budzić? — doleciał do mnie czyjś bas z przedpokoju…

— Jak kiedy! — odpowiedział Polikarp. — Czasami o piątej się obudzi, a czasem to i do rana chrapie… Wiadomo, nie ma co robić…

— A wyście jego kamerdyner?

— Służący. No, nie przeszkadzaj mi, cicho bądź… Nie widzisz, że czytam?

Zajrzałem do przedpokoju. Na wielkim czerwonym kufrze wylegiwał się mój Polikarp i, jak zwykle, czytał jakąś książkę. Utkwiwszy swe nigdy niemrugające oczy w książce, poruszał wargami i chmurzył się. Widać drażniła go obecność osoby obcej — wysokiego, brodatego chłopa stojącego przed kufrem i po żołniersku wyprostowanego jak struna. Polikarp przybrał niezadowolony wyraz twarzy i, nie odrywając oczu od książki, uniósł się z wolna.

— Czego chcesz? — zwróciłem się do chłopa.

— Ja od hrabiego, proszę wielmożnego pana. Pan hrabia kazał się kłaniać i prosił pana zara do siebie, ale to już…

— Czyżby hrabia przyjechał? — zdziwiłem się.

— Tak jest, wielmożny panie… Wczoraj w nocy raczył przyjechać… Oto list, proszę łaskawego pana…

— Znów go diabli przynieśli! — odezwał się mój Polikarp. — Dwa lataśmy spokojnie sobie bez niego żyli, a ten znowu cały powiat w chlewnię zamieni. Znowu się wstydu nałykamy.

— Milcz, nikt cię o zdanie nie pyta.

— A mnie nie trzeba pytać… Sam powiem. Znowu zacznie pan przyjeżdżać od niego niemożebnie schlany i kąpać się w jeziorze, jak pan stoi, w całym ubraniu… A ty, człowieku, potem czyść! Trzech dni nie starczy na to czyszczenie!

— Co hrabia teraz robi? — zapytałem chłopa.

— Do obiadu zasiąść raczył, kiedy mnie do wielmożnego pana posyłał… Rybki raczył łowić w basenie… Co wielmożny pan rozkaże odpowiedzieć?

Rozpieczętowałem list i przeczytałem, co następuje:

„Mój miły Lecoq! Jeżeliś jeszcze żyw, zdrów i cały i nie zapomniałeś o swoim pijaniusieńkim przyjacielu, to nie tracąc ani chwili, wdziej szaty i mknij do mnie. Przyjechałem dopiero zeszłej nocy, a już umieram z nudów. Niecierpliwość, z jaką czekam na Ciebie, nie ma granic. Chciałem sam do Ciebie zawitać i zabrać Cię do swego legowiska, ale upał sparaliżował wszystkie moje członki. Nie ruszam się z miejsca i chłodzę się wachlarzem. Jak Ci się wiedzie? Jak się miewa Twój przemądry Iwan Diemianycz? Czy wciąż jeszcze wojujesz ze swym pedantem Polikarpem? Przyjeżdżaj jak najprędzej i opowiedz.

Twój A.K.”

Nie musiałem patrzeć na podpis, by w grubych literach brzydkiego charakteru pisma rozpoznać pijaną, rzadko piszącą rękę mego przyjaciela, hrabiego Aleksego Karniejewa. Zwięzłość listu, jego efektowna filuterność i swada świadczyły, że mój nie nazbyt rozgarnięty przyjaciel sporo podarł papieru listowego, zanim wysmażył tę epistołę.

W liście brakowało zaimka „który” i starannie pominięto w nim imiesłowy — jedno i drugie rzadko się hrabiemu udawało.

— Co wielmożny pan rozkaże odpowiedzieć? — powtórzył chłop.

Nie od razu odpowiedziałem na to pytanie, zresztą każdy szanujący się człowiek na moim miejscu zastanowiłby się. Hrabia lubił mnie i narzucał się ze swą przyjaźnią, ja zaś nie żywiłem względem niego żadnych serdecznych uczuć, a nawet nie lubiłem go; toteż uczciwiej byłoby wprost i raz na zawsze odrzucić jego przyjaźń, niźli jechać do niego i zachowywać się wobec niego obłudnie. W dodatku wizyta u niego równoznaczna była z rozpoczęciem na nowo życia, które mój Polikarp nazwał „chlewnią” i które dwa lata temu, przed odjazdem hrabiego do Petersburga, nadszarpnęło mój silny organizm i zdrowie i wyjałowiło mózg. To chaotyczne, niesamowite życie, pełne najdziwniejszych pomysłów i pijackiej rozpusty, nie zdołało jeszcze mocno nadwerężyć mego organizmu, natomiast uczyniło mnie znanym w całej guberni… Stałem się popularny…

Rozsądek ujawniał najprawdziwszą prawdę, rumieniec wstydu za niedawną przeszłość oblewał całą mą twarz, serce ściskało się ze strachu na samą myśl, że nie starczy mi odwagi, by wyrzec się jazdy do hrabiego, ale moje wahania nie trwały długo. Zmagałem się ze sobą zaledwie krótką chwilkę.

— Kłaniaj się hrabiemu — rzekłem do posłańca — i podziękuj za pamięć… Powiedz, że jestem zajęty i że… Powiedz, że ja…

I w tej samej chwili, kiedy miałem już wyrzec stanowcze „nie”, nagle owładnęło mną przygnębiające uczucie… Człowieka młodego, pełnego życia, sił i pragnień, rzuconego wolą losu do zapadłej wioski ogarnęło uczucie smutku, samotności…

Przypomniałem sobie ogród hrabiego z rozkosznym chłodem jego oranżerii i półmrokiem wąskich zapuszczonych alejek… Alejki te, ukryte gęstwą liści przed słońcem, osłonięte splątanymi gałęziami starych lip, dobrze mnie znają… Znają i kobiety, które szukały mej miłości i cienia… Przypomniał mi się piękny salon z rozkosznie rozleniwiającymi pluszowymi kanapami, ciężkimi kotarami i miękkimi jak puch dywanami, które tak lubią młode, zdrowe zwierzęta… Przypomniały mi się wszystkie moje pijackie szaleństwa, pełne szatańskiej dumy i pogardy dla życia. I wielkie moje ciało, znużone snem, znów zapragnęło ruchu…

— Powiedz, że przyjadę!

Chłop ukłonił się i wyszedł.

— Gdybym wiedział, tobym go nie wpuścił! — warknął Polikarp, szybko i bezmyślnie kartkując książkę.

— Rzuć książkę i idź osiodłać Zorkę! — rzekłem surowym tonem. — Tylko prędzej!

— Prędzej… A jużci, niezawodnie… Już pędzę… Żeby to jeszcze w interesie jakim, a to przecież jedzie diabłu rogów utrzeć.

Było to powiedziane półszeptem, ale tak, bym dosłyszał. Lokaj, wyszeptawszy te impertynencje, wyprężył się z pogardliwym uśmieszkiem, czekając na moją reakcję, ale udałem, że nic nie słyszę. Milczenie jest najlepszą i najskuteczniejszą bronią w starciach z Polikarpem. To wzgardliwe puszczanie mimo uszu jego zuchwałych i zjadliwych słów rozbraja go i pozbawia gruntu pod nogami. Jest dotkliwszą karą niźli cios w kark lub stek wyzwisk… Kiedy Polikarp wyszedł na dwór siodłać Zorkę, zajrzałem do książki, którą przeszkodziłem mu czytać… Był to Hrabia Monte Christo, okropna powieść Dumasa… Mój kulturalny dureń czyta wszystko od szyldów szynkowych do Augusta Comte’a, leżącego w moim kufrze z innymi nieczytanymi przeze mnie, zapomnianymi książkami, lecz spośród wszystkiego, co zostało napisane i wydrukowane, uznaje tylko romanse z „wyższych sfer” z truciznami i podziemnymi przejściami, resztę poczytuje za „bzdurę”. O jego lekturach wypadnie jeszcze kiedyś porozmawiać, a teraz — w drogę!

W kwadrans później kopyta mojej Zorki wzniecały już kurz na drodze prowadzącej ze wsi do dworu hrabiego. Słońce zbliżało się już ku zachodowi, ale upał i duchota wciąż dawały o sobie znać… Rozpalone powietrze było nieruchome i suche, mimo że droga moja biegła brzegiem ogromnego jeziora… Z prawej strony rozpościerała się masa wodna, z lewej cieszyło oczy młode, wiosenne listowie dębowego lasu, a tymczasem policzki płonęły mi jak na pustyni.

„Będzie burza!” — pomyślałem, marząc o porządnej, zimnej ulewie…

Jezioro cicho spało. Nie powitało mnie ani jednym dźwiękiem, jedynie pisk młodej kurki wodnej naruszał grobowe milczenie znieruchomiałego olbrzyma. Słońce przeglądało się w nim jak w wielkim zwierciadle i oślepiającym światłem zalewało całą jego powierzchnię od drogi do dalekiego brzegu. Oślepionym oczom zdawało się, że cała przyroda czerpie swoje światło nie od słońca, lecz od jeziora.

Od skwaru zamarło również bujne życie jeziora z jego zielonymi brzegami… Pochowało się ptactwo, nie pluskały się ryby, cicho czekały na ochłodę pasikoniki i świerszcze. Dokoła była pustka. Jedynie z rzadka wpadałem w gęstą chmurę nadbrzeżnych komarów, a w dali na jeziorze kołysały się trzy czarne łódeczki starego Michieja, naszego rybaka dzierżawiącego całe jezioro.

Jechałem nie po linii prostej, lecz po łuku, jaki tworzył brzeg okrągłego jeziora. Po linii prostej można płynąć tylko łodzią, jadący zaś lądem robią duży krąg i nakładają około ośmiu wiorst. Przez cały czas jazdy widziałem przeciwległy gliniasty brzeg, nad którym bielało pasemko kwitnącego czereśniowego sadu, spoza czereśni widniała hrabiowska stodoła, którą obsiadły różnobarwne gołębie, i bielała mała dzwonnica hrabiowskiej cerkwi. Na gliniastym brzegu znajdował się domek kąpielowy obity żaglowym płótnem, na barierach suszyły się prześcieradła. Widziałem to wszystko, oczom moim zdawało się, że dzieli mnie od mego przyjaciela-hrabiego zaledwie wiorsta, a tymczasem, by dotrzeć do hrabiowskiego dworu, musiałem jeszcze pokonać szesnaście wiorst.

 

Po drodze myślałem o moich dziwnych stosunkach z hrabią. Powinienem sobie zdać z nich dokładnie sprawę, lecz — niestety! — wydawało mi się to zadaniem ponad siły. Ilekroć o tym myślałem, cokolwiek postanawiałem, w końcu zawsze dochodziłem do wniosku, że słabo znam siebie i ludzi w ogóle. Ci, którzy znali mnie i hrabiego, różnie komentowali nasze wzajemne stosunki. Zakute łby niewidzące dalej swego nosa lubią utrzymywać, że sławetny hrabia widział w „biednym i niepozornym sędzim śledczym” pachołka i kompana od kieliszka. Kreślący te słowa, ich zdaniem, płaszczył się i poniżał przed hrabią dla nędznych okruchów i ogryzków, które ten mu dawał ze swego pańskiego stołu! W ich mniemaniu sławny bogacz, postrach i obiekt zawiści całego N-skiego powiatu był bardzo mądry i liberalny; w przeciwnym wypadku trudno byłoby pojąć jego łaskawe względy i przyjaźń, jaką obdarzał ubogiego sędziego śledczego oraz ów szczery liberalizm, który znieczulił hrabiego na to, że go tykam. Ludzie zaś mądrzy tłumaczyli bliskie nasze stosunki wspólnotą potrzeb duchowych. Ja i hrabia jesteśmy rówieśnikami. Obaj ukończyliśmy ten sam wydział na jednym i tym samym uniwersytecie, obaj jesteśmy prawnikami i obaj bardzo niewiele wiemy; ja coś niecoś jeszcze pamiętam, hrabia zaś zapomniał i utopił w alkoholu wszystko, co kiedyś wiedział. Obaj jesteśmy zarozumiali i obaj z sobie tylko znanych powodów niczym dzikusy unikamy towarzystwa. Obaj nie dbamy o opinię publiczną (tzn. N-skiego powiatu), obaj jesteśmy amoralni i obaj źle skończymy. Takie oto łączą nas „potrzeby duchowe”. Nic ponadto nie potrafią powiedzieć o tych stosunkach znający nas ludzie.

Powiedzieliby oczywiście więcej, gdyby wiedzieli, jak słabym i uległym charakterem obdarzony jest hrabia i jak silny i krzepki jestem ja. Wiele by mogli powiedzieć, gdyby wiedzieli, jak lubił mnie ten płytki człowiek i jak ja go nie lubiłem! On pierwszy zaproponował mi swą przyjaźń i ja pierwszy powiedziałem mu „ty”, lecz z jaką różnicą w tonie! Objął mnie w przypływie serdeczności, objął mnie i nieśmiało poprosił o przyjaźń — ja zaś, ogarnięty uczuciem pogardy i odrazy, rzekłem doń:

— Przestałbyś pleść bzdury!

To pierwsze „ty” potraktował jako wyraz przyjaźni, odwdzięczając mi się „ty” szczerym i braterskim…

Tak, zrobiłbym lepiej i uczciwiej, gdybym zawrócił Zorkę i pomknął z powrotem do Polikarpa i Iwana Diemianycza.

Później myślałem nieraz: iluż nieszczęść bym uniknął i ileż dobra przysporzył swoim bliźnim, gdybym tego wieczoru zdobył się na zawrócenie lub gdyby moja Zorka zbiesiła się i poniosła mnie jak najdalej od tego strasznego, wielkiego jeziora! Ileż dręczących wspomnień nie uciskałoby teraz mego mózgu i nie zmuszałoby mej ręki do odkładania co chwila pióra i chwytania się za głowę! Nie będę jednakowoż wybiegać naprzód, tym bardziej że w przyszłości wypadnie mi jeszcze wiele razy zatrzymać się na sprawach gorzkich. A teraz pomówmy o czymś wesołym…

Moja Zorka wniosła mnie w bramę hrabiowskiego dworu. Przy bramie potknęła się i straciwszy równowagę, omal nie wyleciałem z siodła.

— Zły znak, jaśnie panie! — zawołał jakiś chłop stojący u wrót długich hrabiowskich stajen.

Wierzę w to, że człowiek, który spadł z konia, może skręcić kark, ale nie wierzę w znaki prorocze. Rzuciłem chłopu wodze i otrzepawszy szpicrutą kurz z botfortów, pobiegłem do domu. Nikt nie wyszedł mi na spotkanie. Okna i drzwi w pokojach były otwarte na oścież, ale mimo to w powietrzu unosił się ciężki, dziwny zapach. Była to mieszanina zapachu starych, niezamieszkanych pokojów z przyjemnym, ale ostrym zapachem roślin cieplarnianych, niedawno przeniesionych z oranżerii do pokojów… W salonie, na jednej z kanap obitych jasnoniebieskim jedwabiem leżały dwie zmiętoszone poduszki, przed kanapą na okrągłym stole zobaczyłem szklankę z kroplami płynu na dnie, z której unosił się zapach mocnego balsamu ryskiego. Wszystko to świadczyło o tym, że dom jest zamieszkany, lecz, obszedłszy wszystkie jedenaście pokojów, nie spotkałem żywej duszy. W domu panowała taka sama pustka jak dokoła jeziora…

Z tak zwanego „mozaikowego” salonu prowadziły do ogrodu duże oszklone drzwi. Otworzyłem je z hałasem i przez marmurowy taras zszedłem do ogrodu. Po przejściu kilku kroków aleją napotkałem dziewięćdziesięcioletnią staruszkę Nastasję, która piastowała niegdyś hrabiego. Była to maleńka, pomarszczona, zapomniana przez śmierć istota o łysej głowie i świdrujących oczkach. Kiedy patrzyło się na jej twarz, mimo woli przychodziło na myśl przezwisko, jakie nadała jej czeladź: „Syczicha”[2]… Ujrzawszy mnie, drgnęła i omal nie upuściła szklanki ze śmietaną, którą niosła, trzymając w obu rękach.

— Jak się masz, „Syczicho”! — rzekłem do niej.

Spojrzała spode łba i minęła mnie w milczeniu… Ująłem ją za ramię.

— Nie bój się, głupia… Gdzie hrabia?

Starucha wskazała na swoje uszy.

— Głucha jesteś? Od kiedy?

Starucha mimo swego sędziwego wieku świetnie widzi i słyszy, ale uważa za stosowne narzekać na swe organa zmysłów… Pogroziłem jej palcem i kazałem odejść.

Zrobiwszy jeszcze kilka kroków, usłyszałem głosy, a po chwili zobaczyłem także ludzi. W miejscu, gdzie aleja poszerzała się, tworząc placyk okolony ławeczkami, w cieniu wysokich białych akacji znajdował się stół, na którym lśnił samowar. Przy stole toczyła się rozmowa. Podszedłem bezszelestnie do placyku i schowawszy się za krzakiem bzu, jąłem szukać oczyma hrabiego. Przyjaciel mój, hrabia Karniejew, siedział przy stole na wyplatanym krześle i pił herbatę. Ubrany był w kolorowy szlafrok, ten sam co przed dwoma laty, i słomkowy kapelusz. Twarz miał zatroskaną, skupioną, pomarszczoną, tak że ktoś, kto go nie znał, mógłby pomyśleć, że dręczy go w danej chwili jakaś doniosła myśl, troska… Zewnętrznie hrabia nie zmienił się nic a nic w ciągu naszej dwuletniej rozłąki. To samo drobne ciałko, rachityczne i cherlawe jak ciało chruściela. Ta sama maleńka rudawa główka na wąskich gruźliczych ramionach. Nosek jak dawniej różowy, policzki jak dwa lata temu zwisają niczym dwa gałganki. Na twarzy żadnego śladu odwagi, siły, męstwa… Wszystko słabe, apatyczne i ociężałe. Budzą podziw jedynie duże zwisające wąsy. Mojemu przyjacielowi ktoś powiedział, że mu do twarzy z długimi wąsami. Uwierzył i teraz codziennie rano sprawdza, o ile urosło mu owłosienie nad bladymi wargami. Z tymi wąsami przypomina wąsatego, bardzo młodego i cherlawego kociaka.

Obok hrabiego siedział za stołem jakiś nieznany mi tęgi jegomość. Miał dużą ostrzyżoną głowę i bardzo czarne brwi, twarz nalaną i lśniącą jak dojrzały melon, wąsy dłuższe niż hrabia, czoło niskie, wargi zaciśnięte, oczy leniwe, utkwione w niebo… Rysy twarzy rozlane, a jednocześnie ostre jak wyschnięta skóra. Typ nie rosyjski… Grubas był bez surduta i kamizelki, w samej koszuli, na której ciemniały mokre od potu plamy. Pił nie herbatą, lecz wodę selcerską.

W dość znacznym oddaleniu od stołu stał tęgi przysadzisty człeczyna o czerwonym, grubym karku i odstających uszach. Był to rządca hrabiego, Urbienin. Z okazji przyjazdu dziedzica wystroił się w nowy garnitur i przeżywał teraz męki. Pot strumieniem spływał po jego czerwonej, ogorzałej twarzy. Obok rządcy stał chłop, który jeździł do mnie z listem. Dopiero teraz zauważyłem, że chłop miał tylko jedno oko. Wyprężony jak struna, stał bez ruchu niczym posąg i czekał na rozkazy.

— Należałoby cię, Kuźmo, porządnie sprać tą twoją nahajką — skandował swym surowym basem rządca. — Jak można tak niedbale wykonywać pańskie rozkazy? Miałeś prosić, by raczył się pofatygować tu natychmiast, i dowiedzieć się, kiedy raczy przybyć.

Inne książki tego autora