Czechow Śmierć urzędnikaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

POCIEMKU

Mucha średniego kalibru wleciała do nosa pomocnika prokuratora Gagina. Czy skusiła ją ciekawość, czy też padła ofiarą własnej lekkomyślności lub mroku — skutek był taki, że nos nie zniósł obecności obcego ciała i dał hasło do kichania. Gagin kichnął, kichnął z przejęciem, z przenikliwym świstem i tak donośnie, że łóżko zadrżało i odpowiedziało warknięciem podrażnionej sprężyny. Małżonka Gagina, Marja Michajłowna, okazała, tęga blondynka, na odgłos kichnięcia drgnęła i obudziła się. Utkwiła wzrok w ciemnościach, westchnęła i przewróciła się na drugi bok. Po kilku minutach przewróciła się znowu, mocniej przymknęła powieki, lecz sen już nie wracał. Wzdychała jeszcze, przewracała się przez pewien czas, wkońcu jednak podniosła się, przelazła przez męża i włożywszy pantofle, podeszła do okna.

Na dworze było ciemno. Widać było tylko sylwetki drzew oraz ciemne dachy stodół. Niebo na wschodzie już nieco przybladło, ale bladość tę jęły zasnuwać nadciągające chmury. W powietrzu uśpionem, pogrążonem we mgle, panowała cisza. Milczał nawet stróż nocny, któremu płacono za to, że zakłócał spokój stukiem swego kija, milczał i derkacz — jedyny niedomowy ptak, który nie unikał sąsiedztwa letników miejskich.

Ciszę zakłóciła sama Marja Michajłowna. Stojąc u okna i spoglądając przez nie, nagle krzyknęła. Zdało jej się, że od strony klombu z wątłą strzyżoną topolą pośrodku przekradała się ku domowi jakaś ciemna postać. Początkowo myślała, że to krowa albo koń, lecz przetarłszy oczy, zaczęła wyraźnie odróżniać kontury ludzkie.

Później wydało jej się, że ciemna figura zbliżyła się do okna kuchennego, stała chwilę nieruchomo, poczem postawiła nogę na gzymsie i… znikła w ciemnościach okna.

…Złodziej!… — przeszło jej przez myśl i trupia bladość okryła jej twarz.

I w jednej chwili wyobraźnia narysowała jej obraz, którego tak obawiają się letnicy: złodziej włazi do kuchni, z kuchni — do stołowego… srebro w szafie… potem sypialnia… topór… zbójeckie twarze… kosztowności… Kolana jej się ugięły i po plecach przeszło mrowie.

— Wasia! — zaczęła tarmosić męża. — Wasilij Prokoficz!

Boże drogi, zupełnie, jak trup! Basile! obudź się, błagam cię!

— N-no… — zaryczał pomocnik prokuratora, wciągnąwszy w piersi powietrze.

— Obudź się, na litość boską! Do kuchni zakradł się złodziej! Stoję przy oknie, patrzę, a wtem ktoś wlazł przez okno. Z kuchni dostanie się do stołowego… łyżki w szafie. Basile! Do Mawry Jegorowny w zeszłym roku w ten sam sposób się zakradli!

— Czego… czego chcesz?

— Boże drogi, on nie słyszy! Zrozumże, kłodo jedna, właśnie w tej chwili dostrzegłam, że do naszej kuchni wtargnął jakiś człowiek… Pelagia się przestraszy… srebro w szafie… — Głupstwo!

— Basile, to nie do wytrzymania! Mówię ci o niebezpieczeństwie, a ty śpisz. Czego chcesz? Chcesz, żeby nas okradli i zarżnęli?

Pomocnik prokuratora wstał, nie śpiesząc się usiadł na łóżku i zaczął głośno ziewać.

— Diabli wiedzą, co robić z wami — mruknął. — Czyż i w nocy nie można mieć spokoju? Budzą o byle co!

— Ależ przysięgam ci, Basile, widziałam, jak człowiek właził przez okno.

— Więc co? Niech sobie lezie… To zapewne przyszedł strażak do Pelagji.

— Co-o-o? Coś ty powiedział?

— Powiedziałem, że do Pelagji przyszedł jej strażak.

— Tem gorzej! — krzyknęła Marja Michajłowna. — To gorsze, niż złodziej. Nie zniosę cynizmu w swoim domu!

— Patrzcie, co za cnota… Nie zniosę cynizmu!… Czyż to cynizm? Poco strzelać bez potrzeby zagranicznemi słowami? To już, moja droga, od początku świata tak jest urządzone, uświęcone przez tradycję. Poto istnieją strażacy, aby chodzić do kucharek.

— Nie, Basile. Ty mnie, widocznie, nie znasz! Nie mogę nawet pomyśleć, by w moim domu coś takiego… w tym rodzaju… Proszę w tej chwili udać się do kuchni, kazać mu się natychmiast wynosić. A jutro powiem Pelagji, by nie śmiała sobie pozwalać na tego rodzaju swawole. Po mojej śmierci może pan tolerować w swoim domu cynizm, ale teraz — ani się ważyć! Proszę iść!

— Do licha! — warknął Gagin z wściekłością. — Rozważże swoim babskim mikroskopijnym mózgiem, poco ja tam pójdę?

— Basile, ja mdleję!

Gagin splunął, włożył pantofle i udał się do kuchni.

Było ciemno, jak w czopem zamkniętej beczce, i pomocnik prokuratora musiał posuwać się omackiem. Po drodze natknął się na drzwi dziecinnego pokoju i obudził niańkę.

— Wasiliso — powiedział — czyś nie wzięła wczoraj do czyszczenia mego szlafroka?

— Dałam go, proszę pana, do czyszczenia Pelagji.

— Co za nieporządki! Bierzecie, a potem nie kładziecie na miejsce. A teraz dopiero spaceruj bez szlafroka.

Wszedłszy do kuchni, skierował się ku miejscu, gdzie na skrzyni koło półki z rondlami spała Pelagja.

— Pelagjo! — zaczął, namacawszy jej ramię i potrząsając nią. — Pelagjo! Czego udajesz? Przecież nie śpisz. Któż to dopiero co wlazł do ciebie cichaczem przez okno?

— Hm — masz tobie! Wlazł przez okno! Ktoby miał leźć?

— No ty, tego… bez udawania! Powiedz lepiej twemu nicponiowi, żeby się wynosił, póki cały. Słyszysz? Nie ma tu co robić!

— Czy pan przy zdrowych zmysłach? Masz tobie!… Na głupią trafiliście… Cały dzień haruję, nie mam spokoju, a w nocy przychodzą z takiemi słowami! Za cztery ruble miesięcznie służyć z własną herbatą i cukrem… tylko takie słowa słyszeć i nie doznać nawet żadnego uszanowania… Ja u kupców służyłam, a takiego wstydu nie miałam.

— No, no… przestań teraz wywodzić żale! W tej chwili żeby tego sołdata tu nie było. Czy słyszysz?

— To grzech ze strony pana — powiedziała Pelagja, i w głosie jej dały się słyszeć łzy. — Państwo wykształceni, dobrze urodzeni, a nie mają tego wyrozumienia, że przy naszej niedoli, przy naszem życiu nieszczęsnem… — zaczęła płakać — każdy nas może skrzywdzić. Nikt nas nie obroni.

— No, no, mnie przecież wszystko jedno. Pani mnie wysłała. Dla mnie możesz nawet upiora wpuścić przez okno — wszystko mi jedno.

Pomocnikowi prokuratora pozostawało tylko przyznać się,

że nie miał racji, prowadząc tę indagację, i wrócić do żony.

— Słuchajno, Pelagjo, tyś wzięła do czyszczenia mój szlafrok… Gdzie on jest?

— Ach, panie, przepraszam, zapomniałam go położyć na krześle. Wisi na gwoździu przy kominie.

Gagin namacał koło komina szlafrok, włożył go i pocichutku powlókł się do sypialni.

Maria Michajłowna po odejściu męża położyła się do łóżka i poczęła wyczekiwać. Jakieś trzy minuty była spokojna, lecz później zaczęły ją nurtować obawy.

…Jak długo jednak nie wraca! — myślała. — Jeszcze dobrze, jeśli tam jest ten… cynik, ale jeżeli złodziej?…

I wyobraźnia znowu ukazała jej obraz: mąż wchodzi do ciemnej kuchni… uderzenie obuchem… umiera, nie wydawszy jęku… kałuża krwi…

Minęło pięć minut, pięć i pół, nareszcie sześć… Zimny pot wystąpił jej na czoło…

— Basile! — zapiszczała — Basile!

— Czego krzyczysz? Jestem tu… — usłyszała głos i kroki męża. — Zarzynają cię, czy co?

Pomocnik prokuratora zbliżył się do łóżka i usiadł na brzegu.

— Nikogo tam niema — powiedział. — Przywidziało ci się, dziwaczko. Możesz być spokojna, twoja idjotka Pelagja jest równie cnotliwa, jak jej pani. Jaki z ciebie tchórz. Jakaś ty…

I pomocnik prokuratora zaczął żartować z żony. Wybił się ze snu i już nie chciało mu się kłaść.

— Co za tchórz! — śmiał się z żony. — Idź zaraz jutro do doktora leczyć się od halucynacji. Jesteś prawdziwa psychopatka!

— Coś jakby zapachniało dziegciem — powiedziała żona. — Dziegciem albo… czemś takiem… cebulą… kapustą.

— Hm… coś jest w powietrzu… Spać mi się nie chce. Wiesz co? Zapalę świecę. Gdzie są zapałki? A propos — pokażę ci fotografję prokuratora izby sądowej. Żegnał się z nami wczoraj i wszystkim rozdał po fotografji z autografem.

Gagin potarł zapałkę i zapalił świecę. Ale nie zdążył jeszcze zrobić kroku, by pójść po fotografję, gdy za jego plecami rozległ się przeraźliwy, wstrząsający okrzyk. Obejrzawszy się, spostrzegł rozszerzone oczy żony, zwrócone ku niemu z wyrazem zdumienia, przerażenia i gniewu.

— Zdejmowałeś w kuchni szlafrok? — spytała, blednąc.

— Bo co?

— Spojrzyj na siebie!

Pomocnik prokuratora spojrzał na siebie i również krzyknął z przerażenia. Z jego ramion, zamiast szlafroka, zwisał płaszcz strażacki. W jaki sposób dostał się na jego plecy? Kiedy rozstrzygał tę kwestję, w wyobraźni jego żony utworzył się nowy obraz, straszny, niemożliwy: mrok, cisza, szept i t d., i t d…

CÓRA ALBJONU

Przed dwór obywatela ziemskiego Griabowa zajechał piękny powóz na gumowych kołach o aksamitnem siedzeniu i z tłustym stangretem. Z powozu wysiadł powiatowy marszałek szlachty Fiodor Ilicz Otcow. W przedpokoju przywitał go zaspany lokaj.

— Państwo w domu? — spytał marszałek.

— Niema. Pani z dziećmi pojechała z wizytą, a pan z mamzelą guwernantką łowi ryby od samego rana.

Otcow postał chwilę i poszedł nad rzekę szukać Griabowa. Znalazł go o dwie wiorsty od domu. Spojrzawszy wdół ze stromego brzegu rzeki i ujrzawszy Griabowa, Otcow parsknął śmiechem… Griabow, wysoki gruby mężczyzna, siedział na piasku, podgiąwszy nogi po turecku, i łowił ryby. Kapelusz zesunął mu się na tył głowy, krawat wykrzywił. Obok niego stała cienka Angielka, z wyłupiastemi, jak u raka, oczyma i wielkim ptasim nosem, podobnym bardziej do haczyka, niż do nosa. Ubrana była w białą muślinową suknię, przez którą wyraźnie przeświecały jej chude, żółte ramiona. Ze złotego paska zwisał złoty zegarek. Łowiła również ryby. Otaczała ich zupełna cisza. Byli nieruchomi, jak rzeka, na której unosiły się pływaki ich wędek.

 

— Nie miała baba kłopotu! — zaśmiał się Otcow. — Witaj, Iwanie Kuzmiczu!

— A, to ty! — wyrzekł Griabow, nie odrywając oczu od wody. — Przyjechałeś?

— Jak widzisz… A ty wciąż zajmujesz się jeszcze tem bzdurstwem? Nie odzwyczaiłeś się?

— Jakiego djabła… Cały dzień łowię od samego rana… Źle się jakoś łowi. Nic nie złowiłem ani ja, ani ta małpa zielona. Siedzimy, siedzimy — i żeby to choć jakieś licho. Choć gwałtu krzycz!

— Pluń lepiej… Pójdziemy pić wódkę.

— Poczekaj… Może przecież coś złowimy. Koło wieczora ryba lepiej bierze. Siedzę tu, bracie, od samego rana. Takie nudy, że opowiedzieć trudno. Licho mnie skusiło przyzwyczajać się do łowienia. Wiem, że to niedorzeczność, ale siedzę! Siedzę, jak hultaj jakiś, jak kajdaniarz, i patrzę na wodę, jak idjota. Należałoby pojechać na sianokos, a ja łowię ryby. Wczoraj w Chaponiewie sam biskup nabożeństwo

odprawiał, a ja ryby łowiłem z tą ropuchą, z tą djablicą…

— Ale… czyś ty zwarjował? — spytał Otcow, skonfudowany, zerkając na Angielkę. — Wymyślasz przy damie… i to na nią.

— A niech ją djabli! Wszystko jedno, ani słówka nie rozumie po rosyjsku. Czy ją chwalić, czy ganić — jej wszystko jedno. Spojrzyj tylko na nos! Od samego widoku tego nosa można zemdleć! Siedzimy po całych dniach razem, ale żeby wyrzekła choć jedno słóweczko! Stoi, jak strach na wróble, i gały na wodę wytrzeszcza.

Angielka ziewnęła, zmieniła robaka i zarzuciła wędkę.

— Nie mogę wyjść ze zdumienia — ciągnął dalej Griabow — mieszka oślica dziesięć lat w Rosji i żeby choć jedno słowo po rosyjsku! Jakiś nasz arystokracik pojedzie do nich i prędko nauczy się paplać po tamecznemu, a oni… djabli ich wiedzą!

Spojrzyj na nos! Na nos spojrzyj!

— Przestań… niezręcznie… Czemu napadasz na kobietę?

— To nie jest kobieta, to dziewica… O kawalerach, prawdopodobnie, marzy, kukła djabelska… I pachnie od niej jakąś zgnilizną. Znienawidziłem ją, bracie. Nie mogę na nią patrzeć obojętnie, kiedy spojrzy na mnie swojemi ślepiami, to się wzdrygam cały, jakbym się łokciem o kant uderzył. Także lubi łowić ryby! Spojrzyj, łowi i celebruje… Z pogardą na wszystko patrzy… Stoi, bestja, i ma świadomość, że jest człowiekiem, a więc władcą natury. A wiesz, jak się nazywa?

Uilka Czarlzowna Tfajs! Tfu!… wymówić nie można.

Angielka, usłyszawszy swoje nazwisko, spokojnie zwróciła nos w stronę Griabowa i zmierzyła go wzgardliwem spojrzeniem.

Z Griabowa przeniosła wzrok na Otcowa i również oblała go swą wzgardą. A wszystko w milczeniu, poważnie, z flegmą.

— Widziałeś? — spytał, śmiejąc się, Griabow. — Ot, macie! powiada. Ach, ty koczkodanie! Tylko ze względu na dzieci trzymam tego trytona. Gdyby nie dzieci, tobym nie dopuścił jej o dziesięć wiorst do swego majątku. Nos, jak u jastrzębia… A kibić!? Ta lala przypomina mi długi gwoźdź. Chce mi się, wiesz, wziąć ją, i wbić w ziemię… Poczekaj!… U mnie, zdaje się, bierze…

Griabow wstał i pociągnął… raz, potem pociągnął znowu i nie wydobył haczyka.

— Zaczepił się — powiedział i zmarszczył brwi. — O kamień, prawdopodobnie… Do licha!

Na jego twarzy pojawił się wyraz cierpienia. Wzdychając, poruszając się niespokojnie i mrucząc przekleństwa, zaczął szarpać wędkę. Szarpanie jednak nie doprowadziło do niczego.

Griabow zbladł.

— Jaka szkoda! Trzeba będzie wleźć do wody.

— Ale, rzuć do djabła!

— Niemożliwe… Przed wieczorem najlepiej się łowi… Co za niemiła przygoda, mój Boże. Trzeba leźć do wody. Trzeba! A gdybyś wiedział, jak mi się nie chce rozbierać… Angielkę trzeba usunąć… Przy niej nie wypada się rozbierać. Jednak dama! — Griabow zrzucił kapelusz i krawat.

— Miss… e-e-e — zwrócił się do Angielki. — Miss Tfajs! Że wu pri… jak jej powiedzieć? Jak ci powiedzieć, żebyś zrozumiała? Posłuchaj pani… tam! Tam iść! Słyszysz?

Miss Tfajs wionęła na Griabowa pogardą i wydała dźwięk nosowy.

— Co? nie rozumiesz? Wynoś się stąd, mówię ci. Muszę się rozebrać, kukło djabelska. Tam idź! Tam!

Griabow pociągnął miss za rękaw, wskazał jej na krzaki i przysiadł na ziemi — miało to oznaczać: idź za krzaki i schowaj się tam.

Angielka, ruszając energicznie brwiami, wyrzekła prędko jakiś długi frazes angielski. Obywatele parsknęli śmiechem.

— Pierwszy raz w życiu słyszę jej głos… Niema co mówić, głosik!

— Pluń, chodźmy pić wódkę.

— Niemożliwe, teraz powinna się złowić… Wieczór… Co robić?

— A to dopiero historja! Trzeba będzie przy niej się rozebrać.

Griabow zrzucił z siebie marynarkę i kamizelkę i siadł na piasku, by zdjąć buty.

— Posłuchaj, Iwanie Kuzmiczu — zwrócił mu uwagę marszałek, śmiejąc się w kułak. — To już naigrawanie się…

— Nikt jej nie prosi, żeby nie rozumiała. To nauka dla nich, dla cudzoziemców!

Griabow zdjął buty, spodnie, zrzucił z siebie bieliznę i został w stroju Adama. Otcow trzymał się za brzuch i aż zarumienił się ze śmiechu i wstydu. Angielka poruszała brwiami i mrugała oczyma. Po jej wyżółkłej twarzy przemknął się wyniosły, pogardliwy uśmiech.

— Trzeba ostygnąć — powiedział Griabow — klepiąc się po brzuchu. Powiedz mi, proszę cię, dlaczego ja co lato dostaję wysypki na piersiach?

— Właźże do wody albo przykryj się czemś! Bydlę!

— I żeby się chociaż zmieszała, podła! — powiedział Griabow, włażąc do wody i robiąc znak krzyża. — Brr… zimna woda! Patrz, jak brwiami rusza! Nie odchodzi… Stoi ponad tłumem!… Che-che-che! nawet nie uważa nas za ludzi!

Wszedł po kolana w wodę i wyprostowawszy całą swą kolosalną figurę, powiedział:

— Tu dla ciebie nie Anglja! Co?

Miss Tfais obojętnie zmieniła robaka, ziewnęła i zarzuciła wędkę.

Otcow się odwrócił. Griabow odczepił haczyk, dał nurka i sapiąc, wylazł z wody. Dwie minuty później siedział znów na piasku i łowił ryby.

POTWARZ

Nauczyciel kaligrafji Sergjusz Kapitonycz Achiniejew wyprawiał wesele swej córce, którą wydawał za nauczyciela historji i geografji Iwana Piotrowicza Łoszadzinych. Bawiono się ochoczo — wszystko szło, jak po maśle. W salonie śpiewano, grano, tańczono. Po pokojach biegali, jak opętani, wypożyczeni w klubie lokaje w czarnych frakach i białych, zabrudzonych krawatach. Panowała wrzawa i gwar. Nauczyciel matematyki Tarantułow, Francuz Pasdequoi i młodszy rewizor izby kontroli Mzda, siedząc koło siebie na sofie, opowiadali gościom wypadki, jakto składano w grobie żywych ludzi, śpiesząc się i przerywając sobie wzajemnie, ponadto zaś wypowiadali swoje opinje o spirytyzmie. Żaden z nich nie wierzył w spirytyzm, ale wszyscy się zgadzali, że istnieją na świecie rzeczy, których nigdy nie zgłębi rozum ludzki. W drugim pokoju nauczyciel literatury Dodonski tłumaczył gościom, w jakich razach żołnierz, stojący na warcie, ma prawo strzelać do przechodniów. Rozmowy, jak widać, były straszne, lecz przyjemne. Przez okna z podwórza zaglądali ludzie, nie mający prawa wejść do środka ze względu na swą sytuację społeczną.

Punktualnie o północy gospodarz klasowy Achiniejew poszedł do kuchni przekonać się, czy wszystko już gotowe do kolacji. Kuchnia od podłogi do sufitu zapełniona była dymem, z którym mieszały się wonie pieczonych gęsi i kaczek oraz wiele innych. Na dwóch stołach rozstawione, porozkładane były w artystycznym nieładzie różne zakąski i napoje. Przy stołach krzątała się kucharka Marfa, czerwona baba z podwójnym brzuchem.

— Pokażno mi jesiotra! — powiedział Achiniejew, zacierając ręce i oblizując się. — Co za zapach! co za miazmat! — Chciałoby się całą kuchnię zjeść! No, pokażże jesiotra!

Marfa zbliżyła się do jednej z ławek i ostrożnie uniosła zatłuszczony arkusz gazety. Pod tym arkuszem na ogromnym półmisku leżał jesiotr w galarecie, upstrzony kaparami, oliwkami i marchewką. Achiniejew spojrzał na jesiotra i osłupiał z zachwytu. Twarz mu się rozjaśniła, oczy zaiskrzyły. Nachylił się i wydał wargami dźwięk nieposmarowanego koła. Postawszy chwilkę, strzepnął palcami i jeszcze raz cmoknął wargami.

— Ba! dźwięk płomiennego pocałunku!… — Z kim się tak całujesz, Marfo? — ozwał się głos z sąsiedniego pokoju i we drzwiach ukazała się strzyżona głowa pomocnika gospodarza klasowego Wańkina. — Z kim to? A-a-a — bardzo przyjemnie! Z Sergjuszem Kapitonyczem. Dobry starzec, niema co mówić! Z płcią nadobną tête-à-tête.

— Ja się wcale nie całuję — zmieszał się Achiniejew — kto ci to powiedział, durniu? Ja tylko tego… wargami cmoknąłem… z zadowolenia… na widok ryby… — Gadaj zdrów!

Uśmiechnięta twarz Wańkina zniknęła za drzwiami.

Achiniejew zarumienił się.

…Licho wie, co takiego — pomyślał sobie. — Pójdzie teraz, gałgan, będzie opowiadał i naplotkuje. Przed całem miastem mnie skompromituje, bydlak.

Achiniejew nieśmiało wsunął się do salonu i zerknął wbok: gdzie Wańkin? Wańkin stał koło fortepianu i przybrawszy zuchowatą pozę, szeptał coś do ucha, śmiejącej się, krewnej inspektora.

…To o mnie! — pomyślał Achiniejew. — O mnie, niech go szlak trafi! A ona wierzy! Śmieje się — Boże drogi! Nie można tego tak zostawić… nie… Trzeba tak zrobić, żeby mu nie wierzyli… Pomówię z nimi wszystkimi — i jego jeszcze na dudka wystrychnę.

Achiniejew podrapał się w głowę i wciąż zażenowany, zbliżył się do Pasdequoi.

— Byłem dopiero co w kuchni, żeby wydać dyspozycje co do kolacji — powiedział Francuzowi. — Ja, wiem, że pan lubi ryby, a mam, panie drogi, jesiotra — palce lizać! Ze dwa arszyny! Che-che-che… Ale à propos… o mało nie zapomniałem… Z tym jesiotrem — to prawdziwa anegdota! Wchodzę do kuchni i chcę obejrzeć potrawy… Patrzę na jesiotra i z zadowolenia… że to sztuka pikantna… cmok wargami! A w tej właśnie chwili nagle wchodzi ten dureń Wańkin i — cha-cha-cha! mówi:-„A-a-a… Całujecie się tu?… z Marfą kucharką.“ — Też wymyślił, osioł! Obskurna baba, a on… całować się! Dziwak!

— Kto dziwak? — spytał Tarantułow, zbliżywszy się. — To ten Wańkin! Wchodzę do kuchni… I opowiedział o Wańkinie.

— Rozśmieszył mnie ten dureń! Mojem zdaniem zaś przyjemniej byłoby pocałować się z mopsem niż z Marfą — dodał, obejrzał się i ujrzał za sobą Mzdę.

— My o Wańkinie — powiedział mu. — To dopiero dziwak! Wchodzi do kuchni, zobaczył mnie razem z Marfą i zaczyna różne żarciki stroić. — „Czemu się całujecie—?“ powiada. Po pijanemu widać tak mu się zdawało. Ale ja, mówię, prędzej z indorem się pocałuję, niż z Marfą. Ja mam żonę, powiadam, durniu ty jeden. Rozśmieszył mnie!

— Kto pana rozśmieszył? — zagadnął pop, nauczyciel religji.

— Wańkin. Stoję sobie, widzi pan, w kuchni i patrzę na jesiotra…

I tak dalej.

Nie minęło i pół godziny, a już wszyscy goście wiedzieli o historji z jesiotrem i Wańkinem.

…Niech im sobie teraz opowiada! — myślał Achiniejew. — Niech! On zacznie opowiadać, a każdy mu zaraz przerwie: —

„Przestać, durniu, pleść głupstwa! Wiemy wszystko!“

I Achiniejew uspokoił się do tego stopnia, że wypił cztery kieliszki nad miarę. Odprowadziwszy po kolacji państwa młodych do sypialni, udał się do siebie i zasnął, jak niewinne dziecię; nazajutrz zaś już nie pamiętał o historii z jesiotrem. Lecz niestety! Człowiek strzela, a Bóg kuli nosi. Złe języki zrobiły swoje i Achiniejewowi nie pomogły jego zabiegi. Akurat w tydzień później, w środę, po trzeciej lekcji, gdy Achiniejew stał w pokoju nauczycielskim i rozprawiał o występnych nałogach ucznia Wysiekina, zbliżył się do niego dyrektor i odwołał go nabok.

— Mam parę słów do pana, Sergjuszu Kapitonyczu — rzekł do niego. — Przepraszam… To nie moja sprawa, muszę jednak dać do zrozumienia… Mój obowiązek… Widzi pan, kursują pogłoski, że pan żyje z tą… kucharką… To nie moja sprawa, ale… Niech pan sobie z nią żyje… jak pan chce, tylko prosiłbym, nie tak otwarcie! Ja pana proszę! Nie zapominaj pan, że jesteś pedagogiem!

Achiniejewowi zrobiło się zimno i mdło. Jak pokąsany przez rój pszczół i oblany wrzątkiem, poszedł do domu. Szedł i zdawało mu się, że całe miasto patrzy na niego, jak na zhańbionego. W domu oczekiwało go nowe nieszczęście.

— Czemu nic nie żresz? — spytała go żona podczas obiadu. — Nad czemś się zamyśliłeś? O amorach myślisz? Za Marfuszą się zatęskniłeś? O wszystkiem wiem, ty bisurmanie! Dobrzy ludzie otworzyli mi oczy. Uch… barbarzyńco!

 

I bęc go po twarzy… Wstał od stołu i nie czując ziemi pod nogami, bez czapki i płaszcza, powlókł się do Wańkina. Zastał go w domu.

— Podlec z ciebie — zwrócił się Achiniejew do Wańkina.

— Za coś mnie przed całym światem błotem obrzucił?

Dlaczegoś o mnie potwarz rozsiewał?

— Jaką potwarz? Co się panu przyśniło?

— A kto naplotkował, że ja się z Marfą całuję? Powiesz, że nie ty? Nie ty, zbrodniarzu?

Wańkin drgnął i zadygotał wszystkiemi fibrami swej pomiętej twarzy, wzniósł oczy ku obrazowi i przemówił:

— Niech mnie Bóg skarze! Niech mi oczy wypłyną, niech zdechnę, jeżeli chociaż słowo o panu mówiłem. Niech mnie wszystkie… cholery za mało!…

Szczerość Wańkina nie ulegała wątpliwości. Jasnem było, że to nie on naplotkował.

…Lecz kto?… kto?… — zamyślił się Achiniejew, przebiegając w pamięci wszystkich swoich znajomych i bijąc się w piersi. — Któż wreszcie?…

— Kto?… — i my spytamy czytelnika.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?