Książę SzaranekTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Książę Szaranek
Książę Szaranek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 24,90 19,92
Książę Szaranek
Książę Szaranek
Książę Szaranek
Audiobook
Czyta Juliusz Kubel
9,90
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Słowniczek gwary wielkopolskiej

Tytuł oryginału

Le Petit Prince

Translation copyright © 2016 by Juliusz Kubel

Copyright © 2016 for this edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Ilustracje autora

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Słowniczek gwary wielkopolskiej

Juliusz Kubel

Projekt okładki Scriptor s.c.

W projekcie okładki wykorzystano ilustrację autora.

Wydanie książki finansowo wsparli


ISBN 978-83-8008-697-5

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Skład Scriptor s.c.

Konwersja: eLitera s.c.

LEŁONOWI WERTHOWI

Przeproszom wos gzuby, że te knipę poświyncom jakiemuś starymu kakrowi.

To jednakowoż ekstra jezd z czegoś: ten kaker jest do mnie komplem, nojlepszym na cołkim świecie. Mom tyż drugie wytłumaczynie: tyn kaker umie wszystko kapnąć, nawet knipy do dziecioków. Mom jeszczy jedno objaśniynie: tyn śrup miyszko wew Francji, dzie mo głód i jest mu buba. Jakby tego mojego brawyndzynia było nie dosyć, to tak samo chcę jeszcze te knipę poświyncić tymu gzubowi, co był nim roz kiedyś ten właśnie kaker. Wszystkie stare śrupy były kiedyś ogarami (tylko mało który to pamiynta). Poprowiom wiync moje zadedykowanie:

LEŁONOWI WERTHOWI

Ale jak jeszczy był małym szarankiem.

I

Kiedy byłem na sześć lot stary, szpycłem w jednyj knipie ekstra madaiczny obrozek. Knipa była o dżungli i pozywała się Opowieści po prowdzie. Na obrozku nagrygolony był wąż boa, jak śrutuje jakiegoś zwiyrzoka. Tej, wyglądało to tak samo, jak na tym obrozku:


Wew ty knipie stojało napisane, że „węże boa śrutują swoją ofiarę wew cołkiyj postaci, bez pojapania jej kielochami i potem nynają bez sześć miesiyncy, aż jej nie strawią”.

Dużo wtedy żym myśloł o przygodach wew dżungli i udało mi się nawet nagrygolić krydką mój pierwszy obrozek. Mój obrozek numer 1 wyglądał tak:


Pokozołym to moje dzieło starszym i się ich spytołym, żeli mają go strach. Oni mi na to:

– A czegu tu mieć strach – kapalusza?

Na moim obrozku nie było kapalusza, ino wąż boa, jak trawi, ale słónia. Więc, żeby starsi mogli się kapnąć, nagrygoliłem węża boa, ale teraz od środka. Trzebno im za każdą razą tłumaczyć. To był mój obrozek numer 2:


Starsi mi podszepli, żebym zaś przestoł z tym grygoleniem obrozków zez wężami boa, tak samo otwartymi czy od środka, a lepi żebym się zajmnął giegrą, histą, rachciami i gramatyką. Wej, i bez to na sześć lot stary, przestoł żym mieć widoki na karierę malorza. A to wszystko bez moją rachę na brak basowania mi za obrozek numer 1 i tak samo za obrozek numer 2. Starsi sami niczego nie umią kapnąć, a do dziecioków to jest umęczenie, jak co po chwila i bez ustanku muszą im wszystko objośniać.

Musiołem iść w sprawie fachu na kogo innego, więc naumiołym się lotać samolotami i robić za pilota. A naumienie się giegry ekstra mi plożyło. Od piyrwszygo szpeknięcia umiołym nie popyntlać Chinów zez Arizoną. To było do mnie ekstra tak umieć, kiedy żym pobłądził dzieś za ciemnego na dworze.

Trafiłym tyż wew moim życiu wuchtę wiary poważnej. Dużo przetwiyrołym się między starszymi. Obszpycowołym ich akuratnie. Ale nie odmiyniło to mojego pojyncia na jeich temat.

Ile razy trafiłym jakiegoś istnego, co wyglądał na gamułę, to brałem onego na spróbę bez ten obrozek numer 1, co go trzymołym z downych jeszczy lot. Jo żym chcioł wiedzieć, czy ten istny doprowdy umie coś kapnąć. Ale bez ustanku słyszołym: „To jezd kapalusz”. Bez to nie godołym z nim ani o wężach boa, ani o borach niedotkniętych ludzką szwają, ani tak samo o gwiozdach. Ja żym glajchowoł do jeich poziomu. Blubrołym z nimi o brydżu, o golfie, o polityce i tak samo o ślypsach. A starszy mioł radochę, że trafił na tak wywagowanego człowieka.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

II

Wiync se żyłem som, bez nikogo, co bym z nim mógł od serducha pobrawyndzić, aż do chwiłki, jak szejś lot tymu nazod pomiyndzy piochami Sahary tojtnął mi samolot. Coś tam napękło wew motorze. I bez to, że nie miołym ko się ani fachmana od mechaniki, ani tak samo pasażerów, zabrołym się som do naprowiania. Była to do mnie sprawa albo życia, albo umarcia. Picie miołym aby na coś ko óśmiu dni.

Za ciemnego ćpiłym sie nynać na piochu o tysiąc mil od jakiygoś bedejniek ludzkiego pomieszkanio. Czułym się barzy som niż rozbitek na tratwie po środyszku oceanu. Tej, ino se pomyślcie, jaki musiołym być ogupiały, kiedy już za jasnego ze śpiku mnie wyrwoł madaiczny głosik:

– Tej, jo ciebie proszę... nagrygol mi baranka.

– Co chciołeś?

– Nagrygol mi baranka...

Tej, komplet mnie siekło, aż hycłem na równe giyry. Przetarłym ślypska. Szpekłem doobkoła. Tej i widzę niepojedyńczygo chłoposzka, jak uważnie mnie obcina. Niżej jest jego podobizna, co mi się zaś późni udało nagrygolić. Ale zaś mój obrozek jest mnij akuratny niż szczonek się przedstowio. To nie jest beze mnie. Jak byłem na sześć lot stary, starsi mnie odepkli od kariery malorza i żym się nie naumioł rysować nic innygo ino węże boa zamknięte i węże boa od środka.

Szpycowołym na te morę ślypiami okrągłymi od fefrów, jakich żym dostał. Musicie pamiyntać, że było to tysiąc mil od jakiygoś bedejniek ludzkiego pomieszkanio. Mój gzubek nie wyglądoł na zbłąkanygo ani skatajonygo, ani takiygo, co mo kipnąć z niedojedzynia albo braku picio, ani tyż na bliskiego tojtnięcia od fefrów. Nie wyglądoł tak samo na szaranka pozbadniętygo bez piochy pustyni o tysiąc mil od jakiygoś bedejniek ludzkiego pomieszkanio.

Jak już mogłym wreszcie wybąkać słowo, to żym powiedzioł do niego:

 

– Ale tej, co ty tu robisz?

A wtedy on z taką rułą powiedzioł jeszcze roz, ale zaś jakby to była ekstra godna sprawa:

– Tej, jo ciebie proszę... nagrygol mi baranka.

Jak madaiczne namowianie jezd za umolne, to nie umiesz mu się postawić. Chocioż wydawało mi się to cołkiym gupkowate, tu, o tysiąc mil od jakiygoś bedejniek ludzkiego pomieszkanio i po grozą tojtnięcia, wyjmłym z kiejdzi świstek i pisotko. Ale zaś wtedy przypomłem sobie, że uczyłem się ekstra giegry, histy, rachci i gramatyki, wiync powiedziołym do gzuba (leko nadądany), że nie umiem grygolić obrozków. A on mi na to:

– Nie szkodzi. Nagrygol mi baranka.

Szak nigdy nie nagrygoliłem baranka, więc z pamięci nacychowałem do niego na świstku jeden zez dwóch obrozków, co aby je jedynące umiołym zrobić. Tyn, co na nim wąż boa jest zamkniynty. I ogupiały usłyszołym, jak ogar na to odpowiado:

– Nie, nie! Jo nie chcę słónia wew wężu boa. Boa jest natrzaśnięty. A słoń za wielgalachny. U mnie, dzie jo miyszkom, wszystko jest cołkiym maciupcie. Jo chce baranka. Nagrygol mi baranka.

Więc jo nagrygoliłym.


Szpycnął na niego i powiada:

– Nie! On jest za dość malad. Stetrej mi innygo.

Nagrygoliłem.


Mój kompel zachichrał się skromnie.

– No widzisz... to nie jezd baranek ino cołkiem stary skop! Un mo rogi!

Stetrołym wiync jeszczy jedyn obrozek. Ale tyn tyż nie podoboł się, jak te piyrsze.


– Tyn jest za stary. A jo chcę baranka, co bydzie długo żył.

Wtedy już cołki nerwyrwyr, bo nie chciołym mudzić czasu i chciołym się wziąć za ten rozbebłany motor, nagryzdołym takie tam coś.

I objaśniłym:

– To jest kasta. Baranek, jakiygo ty chcesz, jest w środyszku.


Tej, ale się zdziwiłym, jak szpycłem na uśmiychniyntą kalafkę mojygo małygo kompla.

– Takiygo żym chcioł! Tej, a czy do tego baranka trzebno dużo trowy?

– Czymu się pytosz?

– Bo u mnie wszystko jest takie maciupcie.

– Na pewno do niego starczy. Dołem ci baranka kakaludka.

Kiwnął glacą nad obrozkiym.

– No, nie takiego znowu kakaludka... Cicho! Nogle zasnył i nyna...

I w tyn właśnie sposób zapoznołym się zez Ksiynciem Szarankiem.


To jest nojlepsza podobizna,

co mi się ją zaś późni udało nagrygolić.

III

Trzebno mi było wiela czasu, żeby się skapnąć, skyndy tu się wzioł. Książę Szaranek nie był wetkły, som nie pytał się, a na moje pytania był głuchy. Zaś dopiero pomalu, bez świgania od niechcynia słów, cołka sprawa jedno po drugim się wyjaśniła. Więc jak ino szpycnął na mój samolot (samolotu nie nagrygolę, bo to do mnie jest za ciężkie), to się mnie spytoł:

– Co to jezd ta karadaja tutej?

– To nie jest żadna karadaja. To jezd samolot. Ale mój samolot.

Dumny jak nie wiym co stwiyrdziłym, że jo lotom. Wtedy zawołoł:

– Sprysłeś zez nieba?

– Tak – bąkłym skromnie.

– Ale faksy...

I Książę Szaranek się zachichrał, co mi było na nerwy. Jo chcę, żeby traktować jak się noleży moje nieszczynścia. A on zaś dodoł:

– Więc ty tyż pojawiosz się zez nieba! Tej, a zez który ty planety jezdeś?

Ździebko mi to wyjaśniło zagadkę jego tu bycia, wiync spytołem się onego ni styndy, ni z owyndy:

– Ty jezdeś zez inkszy planety?


Ale nie odpowiedzioł. Kiwnął glacą i szpycnął na mój samolot.

– Na czymś takim doprowdy ty nie mogłeś przylecieć zez jakiygoś daleka...

I zamyślił się na dobrą chwiłkę. Zaś wyjmnął zez kiejdzi mojego baranka i zez uwagą zazyzolił na swój skarb.

Można se pomyśleć, jakie to było do mnie ciekawe to jego zamaskowane stwierdzynie o „inkszych planetach”. Chciołym wiedzieć wiyncy:

– Skyndy ty jezdeś, gzubie? Dzie to jezd „u ciebie”? Dzie chcesz zabrać tego mojygo baranka?

Odpowiedzioł po chwiłce zastanowiynia się:

– To fest, że dołeś mi te kastę, bo za ciymnygo kasta bydzie odgrywać do baranka za dom.

– Na szak. A jak bydziesz usłuchany, to dom ci jeszczy linkę, żebyś mógł se onego uwiązać, ale za jasnego. I kołyszek do tego.

O to, co mu obiycołym, chebać mioł na mnie rachę Książę Szaranek.

– Uwiązać onego? Co to za madaiczny jezd pomysł!

– Ale jak go nie uwiążesz, to pójdzie dzieś precz i się zabłąka...

Na to mój kompel znowu się zachichrał.

– A dzie on miałby iść?

– Ganc egal, dzie. Prosto, dzie ślypie poniesą.

W ty chwiłce Książę Szaranek powiedzioł, ale durch na poważno:

– Tak nie idzie. Tam u mnie wszystko jezd takie maciupcie.

I cheba zez wielkim smutkiym doćpił jeszcze słowo:

– Jak idziesz prosto, dzie ślypie poniesą, to nie zajdziesz za daleko.


Książę Szaranek na planetoidzie B 612.

IV

I bez to żym się dowiedzioł o inkszej ekstra madaicznej sprawie: że planeta, co on z niej tu sprys, to jezd szczypę aby wiynkszo, czym chata do mieszkania!

Za dość to mnie nie zdziwiło. Dobrze żym wiedzioł, że prócz wielgich planetów, jak Ziemia, Jowisz, Mars abo Wenus, co mają na imię, są tyż wew wielgich ilościach inksze, czasami tak maciupcie, że ciężko je szpycnąć na niebie nawet bez teleskop. Zaś jak jakiś astronom odkrywo jakąś zez pomiędzy nich, to zamiast godać do ni po imieniu, nadaje ji numer. Pozywo ją na ten przykład „planetoida 3251”. Żym mioł na poważno to pod ciymiyniem, że Książę Szaranek przyknaił się do nas zez planetoidy B 612. Ta planetoida została wykryta jedyn jedynący raz wew 1909 roku bez jednego astronoma zez Turcji. On opowiedzioł te swoje znalezienie na Międzynarodowym Kongresie Astronomicznym. Ale wiara mu nie uwierzyła, bo się pokozoł wew tureckim obleczyniu. Tacy są starsi.



Na szczynście do sławy ty planetoidy B 612 turecko władza kazała wszystkiyj wiary wew Turcji nosić obleczenie jak wew Europie. I tyn astronom wew 1920 roku jeszcze roz opowiedzioł te swoje znalezienie, ale obleczony wew dychtowny ancug. I tą razą cołka wiara mu uwierzyła.


Blubrołym wam tak szczegółowo o ty planetoidzie B 612 i odkryłem nawet ji numer, bez wzgląd na starszych. Starsi libują się wew liczbach. Jak godocie do nich o swoim nowiuteńkim komplu, nigdy nie są ciekawi o sprawach echt ważnych. Nigdy ci się nie spytają: „Jak słychać jego głos?”, „Kogo nojbarzy lubi odgrywać?”, „Czy zorguje motyle?”. Uni się spytają: „Dość mo bracholi?”, „Na ile jest ciężki?”, „Dość bejmów mo na rękę jego fater?”. Dopiero wtedy starsi myślą, że onego poznali. Jak powiycie im: „Widzioł żym piynkny dómek zez czyrwoniastej cegły, zez pelargoniami wew łoknach i gołasami na dachu”, to nie umią zoboczyć wew głowie tegu dómku. Trzebno im powiedzieć: „Widzioł żym dómek za sto tysiąców franków”. Wej! Dopiero zaś wtedy rozedrą papy: „Łejejkusie, jaki piynkny!”.

Tak samo jak im powiycie: „Dowodem, że Książę Szaranek doprowdy wystympowoł, jest to, że był urodny, że chichroł się i chcioł baranka. Jak ktoś chce baranka, to znaczy się, że on jest”. Starsi aby wzdrygną krybónami i nazwą wos smarkatymi ponglami. A jak im powiycie: „Planetą, zez której on się przyknaił, jest planetoida: B 612”, wtedy zaś oni uwierzą i przestaną zadować gupkowate pytania. Tacy oni już są. I nie trzebno mieć do nich o to rachy. Dziecioki powinły do starszych podchodzić zez wyrozumieniem.

My, co znomy życie, szak nic se nie robimy zez liczb.

Ja bym nojchyntniyj zaczął to swoje blubranie tak, jak się zaczynają bajdy. I bym powiedzioł:

„Żył se roz Książę Szaranek, co miał swoje pomieszkanie na planecie aby ździeblitko większej od niego samygo i on chcioł mieć do się kompla...”. Do tych, co się kapli już, o co loto wew życiu, taki początek by się wydawał barzy lepi i że to polega na prowdzie.

Jo nie chcę, żeby te moją knipę ktoś czytał tak aby bez ducha. Zez głymbokim żalem dzielę się zez wami tymi blubrami. Już jezd sześć lot od ty chwiłki, jak poszedł precz mój kompel zez barankiem. Jo go chcę opisać, żeby o nim nie zapomnąć. To tak ciężko jest zapomnąć kompla. Nie każdy mioł kompla. A ja mogę się obrócić wew starszego, co go obchodzą aby liczby. I właśnie bez to lajsłem se kastkę do farbek i krydek. Ciężko jest zacząć grygolenie obrozków wew moim wieku. I jak tego nie robiłeś od czasu nagrygolenia węża boa zamkniyntygo i węża boa w środku, kiedy byłeś na sześć lot stary. Ale zaś chcę go na spróbę nagrygolić jeszcze roz, jak tylko da się podobnego do siebie. Wew wogle nie jezdym pewien, żeli mi rajchnie talentu. Jedyn obrozek, to jeszcze ujdzie wew tłoku, bo żaden inny nie jest na niego podany. Nie mogę tyż trafić onego wzrostu. Tu Książę Szaranek jest za duża gideja, tam znowu za mały kakaludek. Waguję się tyż z kolorem jego obleczynia. Roz robię tak, a roz inacy. Pomojtały mi się tyż inne ważne szczegóły. Ale trzebno mi będzie to wyboczyć. Mój kompel nigdy mi niczego nie objaśnioł. Pewno myśloł, że jo jezdym taki jak on. A jo niestety, nie umiem zoboczyć baranków zakluczonych wew środku kasty. Może już jezdym ździebko taki jak starsi? Musiołym już leko skapucieć.

V

Dziyń w dziyń żym się dowiadywoł czegoś o ty jego planecie, o odleceniu z niej, o drodze. Szło to ciężko, aby bez domyślanie się. Trzeciygo dnia żym poznoł nieszczynście baobabów.

Tak samo, tą razą tyż, stanęło się tak bez... baranka. Bo Książę Szaranek, jakby go oblazły poważne wonty, ni styndy, ni z owyndy do mnie powiada:

– Czy to polego na prowdzie, że baranki japią kielochami kierzki?

– Polego.

– Ale mam radochę!

Ni mogłym się kapnąć, czymu to jezd takie niepojedyńcze, ażeby baranki japały kielochami kierzki. Ale Książę Szaranek dopowiedzioł:

– Znaczy one śrutują tak samo tyż baobaby?

Przyhaltowołym Ksiyncia Szaranka, że baobaby to nie kierzki, ale drzewa wielgalachne jak kościół i że nawet jakby zabrał ze sobą stado słóni, to by nie siyngły czubka baobabu.

To powiedzenie o stadzie słóni rozchichrało Ksiyncia Szaranka.

– Trzebno by je usztaplować jednygu na drugim...

A zaś późni mundrze stwyrdził:

– Baobaby zanim się hejbną wysoko, nasampierw są maciupcie.

– Mosz recht. Ale zaś czymu baranki mają śrutować młode baobaby?


On mi na to: „To jasne”, tak jakby się rozchodziło o rzecz bez dyskusji. Musioł żym ekstra naszpanować swój rozum, żeby się kapnąć, o co loto.

Rozchodzi się o to, że na planecie Ksiyncia Szaranka, tak samo jak na wszystkich innych planetach, rosną kiyrzki i drzywka, ale dobre i nicpote. Więc bez to tak samo są dobre ziorka z dobrych kiyrzków, jak i nicpote ziorka z tych nicpotych. Ale ziorek nie widać. Nynają se cichuteńko wew gruncie, aż nie zachce się któremu obudzić... Wtedy się wygino, a zaś wypuszczo skromnie do słońca maluteńki, piynkny i bezbronny pyndzik. Jak to jest kiołek redyski, abo zaś róży, to niech się hejbuje jak chce. A jak się rozchodzi o kiołki nicpote, to trzebno je z mety wyjapać z gruntu, jak ino się je rozpozna. Na planecie Ksiyncia Szaranka były zaś ziorka ekstra umolne... ziorka baobabu. Zabrechtały tam cołki grunt. Baobabu zaś, żeli nie zabrać się do onego z mety, nie da się onego już nigdy wyrudować. Obrosto cołką planetę. Bodzie ją swoimi korzonkami. A żeli planeta jest maciupcia, a baobabów jest za dość, to mogą ją rozsadzić na kawołyszki.

 

„To jezd sprawa akuratnego wykonywania obowiązków” – tłumaczył mi zaś Książę Szaranek. „Kiedy już się skończy poranne robienie porządku ko się, trzebno akuratnie uprzątnąć planetę. Trzebno dbać o porzomne wyrudowanie baobabów, jak ino do się je odróżnić od kiołków róży. A z nimi, jak jeszczy są szczawikowate, łatwo je pomojtać. Do ty roboty trzebno mieć zmiyr, ale jest cołkiem łatwa”.


Jednygu dnia naraił mi, żebym nagrygolił piynkny obrozek, żeby to fest weszło do głowy miejscowym ogarom. „Jakby tam pojechały – stwiyrdził – to im się przydo. Czasami do się bez szkody przepknąć robotę na zaś późni. Ale żeli rozchodzi się o baobaby, to od nich cięgiem zagrażo katastrofa. Poznoł żym jedną planetę, co na niej żył ekstra nygus. I on zlekceważył se trzy kierzki...”.


Baobaby.

Wej, więc tak jak mi to naraił Książę Szaranek, nagrygoliłem obrozek zez jego planetą. Ja tam ni mom tego w siebie, żeby wygłoszać kazania. Ale zagrożynie, jakie robią baobaby, jezd prawie nieznane. A zagrożynie do tych, co zbłąkają się na taką planetoidę, jezd wcale nie takie aby na ula-fif. I bez to, tą razą zrobiłem osóbkę. Ogłosił żym: „Dzieciary, ino uwożejcie na baobaby!”. Po to żym tak ciężko arbajtowoł nad tym obrozkiym, ażeby ostrzyc moich kompli przed tą grozą, co na nią sie wystowiali od dowien downa, tak samo jak jo, bez żadnej wiedzy. To pouczynie, co je im dołym, było wortne zachodu.

Spytocie się, czymu w ty knipie ni ma tak samo ważnych obrozków, jak tyn obrozek baobabów. Odpowiem prościuteńko. Żym chcioł, ale się nie udało. Kiedy grygoliłem baobaby, to żym to tetrał pod poczuciem wyższyj kunieczności.

VI

No, wiync tak, Książę Szaranku, pomalu poznawołym twoje młodziuteńkie, markotne życie. Bez długi czas twoją jedynącą radochą był widok, jak spokojno zachodzi se słóńce. Dowiedziołym się o tym czwortygo dnia, ale rano, kiedy żeś stwiyrdził:

– Zachody słońca mi plożą.

– Ale zaś trzebno jeszczy poczekać...

– A na co?

– Aż zacznie zachodzić.

Nasampierw zrobiłeś wielgie ślypia, a zaś zachichrołeś się.

– Cołki czas mi się zdaje, że jezdym u się.

Faktyczno. Kożdy to wiy, że jak wew Francji zachodzi słóńce, to wew Ameryce jest południe. Żeby szpycnąć, jak słóńce się chowo, starczy ruk-cuk się przenieść do Francji. Ale zaś Francja jest za daleko. Aby ino na twojej maciupciej planecie starczyło popknąć krzesołyszko o kawołek dali i możesz obglądać na wieczór ten zachód, ile razy chcesz.

– Jednygu dnia widziołym, jak słóńce zachodzi śterdzieści trzy razy...

A zaś dodołeś:

– Wiysz... kiedy jest komuś byle jak, starczy obejrzeć zachód słóńca.

– Wiync ci było oż tak byle jak tegu dnia, kiedy szpycowołeś na zachód słóńca śterdzieści trzy razy?

Ale na to Książę Szaranek nawet nie odbąknął.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?