Najsłynniejsze opowiadania wigilijne

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Charles Dickens, Anthony Trollope

Najsłynniejsze opowiadania wigilijne


Tytuł oryginału

A Christmas Carol. In Prose. Being a Ghost Story of Christmas Christmas at Thompson Hall Christmas Day at Kirkby Cottage ISBN 978-83-8202-466-1 Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2021 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 All rights reserved Redakcja Magdalena Wójcik Korekta Julia Młodzińska Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Projekt graficzny okładki Paulina Radomska-Skierkowska Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Ze wszystkich rzeczy, których wymaga się od książki, najważniejsza jest, żeby nadawała się do czytania. Anthony Trollope



Ozdabianie domu ostrokrzewem i jemiołą

Przedmowa

W tej pełnej duchów książeczce spróbowałem przywołać też ducha pewnej idei, z racji której, ufam, nie będą się moi czytelnicy dąsali na siebie samych, na innych, na pogodę czy też na mnie. Oby domy wasze nawiedziła radośnie i nikt nie chciał gnać jej precz.

Wasz wierny przyjaciel i sługa

C.D.

Grudzień, 1843

Strofa I. Duch Marleya


Jedna z pierwszych angielskich choinek

Zacząć trzeba od tego, że Marley nie żył. Co do tego nie mogło być żadnych wątpliwości. Akt pochówku podpisali pastor, urzędnik, przedsiębiorca pogrzebowy i główny żałobnik. Podpisał Scrooge. A nazwisko Scrooge’a na dokumencie miało wszak swoją wagę, jak zawsze, kiedy zdecydował się przyłożyć do czegoś rękę.

W starym Marleyu tyle było życia, co w ćwieku w drzwiach.

Nie powiem, żebym świetnie wiedział, co tak silnie wiąże ze śmiercią ćwiek drzwiowy. Osobiście raczej skłaniałbym się do przekonania, że gwóźdź do trumny jest najbardziej śmiertelny z całego dobrodziejstwa, które można znaleźć w sklepie żelaznym. Wszelako jest w tym porównaniu mądrość naszych przodków, a gdyby mojej bezbożnej ręce zachciało się w niej gmerać, jakie byłyby perspektywy królestwa? Pozwólcie zatem, że powtórzę dobitnie: Marley był martwy niczym ćwiek w drzwiach.

Wiedziałli o tym Scrooge? Oczywiście, że wiedział. Jak mogłoby być inaczej? Scrooge i Marley byli wspólnikami od nie wiem ilu lat. Scrooge był jedynym wykonawcą jego woli, jedynym rządcą, jedynym pełnomocnikiem, jedynym spadkobiercą, jedynym przyjacielem i jedynym żałobnikiem. Ale nawet Scrooge’a fakt ów smutny nie podciął tak straszliwie, by jako znakomity człowiek interesu nie uczcił dnia pogrzebu korzystną nader transakcją.

Wzmianka o pogrzebie Marleya cofa mnie do kwestii, od której zacząłem. Marley był bez wątpienia martwy. To trzeba dobrze pojąć, albo nici będą z historii, którą zamierzam opowiedzieć. Gdybyśmy nie byli dogłębnie przekonani, że ojciec Hamleta umarł, zanim sztuka się rozpoczęła, jego nocna przechadzka przy wschodnim wietrze po murach własnego zamku nie byłaby na tyle odmienna od nagłego pokazania się po zmroku w wietrznym miejscu — powiedzmy, na cmentarzu katedry św. Pawła — dżentelmena w średnim wieku, aby dosłownie zaszokować słabowity umysł syna.

Scrooge nigdy nie zamalował nazwiska poczciwego Marleya. Jeszcze przez lata na szyldzie nad drzwiami magazynu uparcie widniało: SCROOGe I MARley. Firma była znana jako Scrooge i Marley. ludzie nowi w branży czasami tytułowali Scrooge’a Scrooge’em, a czasami Marleyem, on jednak reagował tak samo, bo było mu to obojętne.

Ale sam Scrooge! Jak zacisnął rękę, nie rozprostował jej nawet kamień szlifierski! Chciwy piekielnik, który dobrze wiedział, jak wyżymać, wykręcać, dusić, łamać i pętać! Twardy on był i ostry, Scrooge, niczym krzemień, z którego żadna stal nie skrzesze miłego ognia; skryty, samotny i w sobie zamknięty jak ostryga. Wewnętrzny chłód mroził mu rysy, zaostrzał wykrój nosa, wsysał policzki, usztywniał chód, oczom przydawał czerwieni, a wargom fioletu, i poznać go można było w szorstkości głosu. Szron miał Scrooge na głowie, brwiach i brodzie, wszędzie niósł za sobą mroźną aurę, która zimnem napełniała jego gabinet w czas kanikuły i ani o jeden stopień nie tajała na Boże Narodzenie.

Ciepło i chłód z zewnątrz niewielki miały wpływ na Scrooge’a. Żaden upał nie mógł go rozgrzać, nie potrafiła go oziębić zimowa zadymka. Podła pogoda nie znała sposobu, by mu dokuczyć. Chlapa, ulewa, śnieżyca, grad tylko w jednym mogły aspirować do wyższości nad nim. Często się po nich wypogadzało, co nigdy jeszcze nie przydarzyło się Scrooge’owi.

Nikt nigdy nie zatrzymał go na ulicy z przyjazną miną, by powiedzieć: „Ach, drogi panie Scrooge, jak też się pan miewa? Kiedy pan do nas zajrzy?”. Nie było żebraka, który by go poprosił o datek, żadne dziecko go nie spytało, która godzina, nie zaczepiła nigdy Scrooge’a kobieta ani nie zaczepił mężczyzna, by się dowiedzieć o drogę. Nawet psy ślepców, zda się, rozpoznawały go, gdyż ledwie wypatrzyły, że nadchodzi, wciągały właścicieli w bramy lub na podwórka, co zrobiwszy, machały ogonami, jakby chciały powiedzieć: „Niż złe oko, lepiej, panie, nie mieć oczu w ogóle”.

Martwił się tym Scrooge może? On to sobie właśnie chwalił. Zdaniem tych, którzy go znali, miał tylko jedną pasję: na zatłoczonych ścieżkach życia torować sobie drogę, wszelkiej ludzkiej sympatii dając do zrozumienia, że winna się trzymać na dystans.

Pewnego razu — a trzeba trafu, że ze wszystkich pięknych dni w roku była to właśnie Wigilia — siedział Scrooge zajęty w swoim kantorze. Pogoda była zimna, posępna, nieżyczliwa, a na dodatek mglista. Scrooge słyszał na zewnątrz ludzi, jak przechodzą, posapując, klepiąc się po bokach, przytupując o płyty chodnika, aby rozgrzać nogi. Na miejskich zegarach wybiła dopiero trzecia, ale było już całkiem ciemno — cały dzień był pochmurny — w oknach sąsiednich biur płonęły świece, przypominając rude plamy w zawiesistym brązowym powietrzu. Mgła wciskała się w każdą szczelinę i dziurkę od klucza, a na zewnątrz była tak gęsta, że chociaż podwórze było wąskie, domy naprzeciwko wydawały się zjawami. Kiedy się widziało, jak brudny tuman opadał, zamazując wszystko, można było pomyśleć, że sama przyroda, żeby przetrwać, wzięła się do warzenia piwa na wielką skalę.

Drzwi w kantorku były otwarte, aby pryncypał mógł mieć na oku swego pracownika, który w małej klitce ponurej jak cela kopiował listy. Ogień koło Scrooge’a palił się niewielki, jednak ten przy skrybie był tak malutki, jak żarzący się koksik. Nie mógł go jednak biedak rozniecić, gdyż skrzynkę z węglem trzymał Scrooge u siebie, kiedy zaś zjawił się skryba z szufelką, zwierzchnik oznajmił, że czas już będzie się rozstać. Na te słowa skryba otulił się białym szalem i usiłował zagrzać przy świecy, co mu się jednak nie udało, gdyż nie miał nazbyt bogatej wyobraźni.

— Wesołych świąt, wuju! Bóg z tobą! — zawołał radosny głos.

Należał do siostrzeńca Scrooge’a, który wszedł tak szybko, iż było to pierwsze świadectwo jego zjawienia się.

— Żadne takie! — obruszył się Scrooge. — Humbug!

Tak się ów siostrzeniec Scrooge’a rozgrzał szybkim marszem we mgle, że cały promieniał; twarz miał rumianą i powabną, oczy mu lśniły, a oddech co chwila parował.

— Wuju, Boże Narodzenie bzdurą!? — zawołał. — Przecież nie mówi tego wuj poważnie!

— Mówię! — burknął Scrooge. — Wesołych świąt, też coś! A czym ty niby masz się tak weselić? Masz jakiś powód po temu? Nie dość jesteś biedny?

— No to niech mi wuj powie! — wesoło odparł siostrzeniec. — Czym ma się wuj martwić? Ma wuj jakiś powód, żeby tak się chmurzyć? Nie dość jest wuj bogaty?

Scrooge, nie mając na podorędziu lepszej odpowiedzi, powtórzył:

— e, tam! Humbug!

— Niech wuj nie będzie taki naburmuszony! — nie poddawał się siostrzeniec.

— A jaki mam być — odparował wuj — kiedy na tym świecie tylu jest głupców. Wesołych świąt! Do licha z wesołym Bożym Narodzeniem! Też mi okazja! Czas płacić rachunki, a pieniędzy nie ma; o rok jesteś starszy, ale bogatszy ani o godzinę; trzeba sporządzić roczny bilans, a tu miesiąc w miesiąc strata za stratą. Gdyby to tylko ode mnie zależało — ciągnął z oburzeniem Scrooge — każdego idiotę, który łazi z tym „wesołych świąt” na ustach, ugotowałbym w puddingu, a w grobie serce przebił kołkiem z ostrokrzewu. Tak właśnie!

 

— Wuju! — błagalnie zawołał siostrzeniec.

— Siostrzeńcze! — ironicznie odparł wuj. — Ty sobie obchodź Boże Narodzenie po swojemu, a mnie daj obchodzić po mojemu.

— Obchodzić! — powtórzył siostrzeniec. — Przecież wuj wcale nie obchodzi świąt!

— Tak czy siak, daj mi spokój. Dużo ci dobra przyniosą! Jak zwykle zresztą!

— Wiele jest dobrych rzeczy, muszę przyznać, z których nie czerpałem — odrzekł siostrzeniec — a należy do nich Boże Narodzenie. Pewien jednak jestem, że zawsze gdy nadchodziło, to nawet jeśli pominąć — choć to nieproste — świątobliwą nazwę i jej źródło, niezmiennie uważałem, że to dobry czas, pełen przebaczenia, miłosierdzia, łagodności, jedyny znany mi czas w długim roku, gdy wspólna mężczyznom i kobietom jest gotowość, by z własnej woli otworzyć zamknięte serca, a na innych spojrzeć jak na współpodróżnych w drodze do grobu, a nie jak na istoty jakiegoś osobnego gatunku, którym inna przeznaczona jest wędrówka. I właśnie dlatego, wuju, chociaż nigdy mi te święta nie przysporzyły złota ani srebra w kieszeni, wierzę przecież, że wiele mi przyniosły i jeszcze przyniosą dobra, Bogu więc niech będą za nie dzięki.

Skryba w klitce mimo woli zaklaskał, zaraz jednak, połapawszy się w niestosowności swego zachowania, chwycił za pogrzebacz i w ten sposób raz na zawsze zdusił ostatnie wspomnienie ognia.

— Niech no jeszcze posłyszę coś od pana — oznajmił Scrooge — a uczci pan Boże Narodzenie utratą pracy. Ale z waszmość pana nie lada też mówca — ciągnął, zwracając się do siostrzeńca — że aż dziw, iż nie jesteś w parlamencie.

— Niech się wuj nie złości i przyjdzie do nas jutro na obiad.

Scrooge odparł, że nim go zobaczą, prędzej… no cóż, istotnie tak powiedział. Niczego nie przemilczając i dokładnie opisując ową niemiłą sytuację.

— Ale dlaczego?! — wykrzyknął siostrzeniec. — Dlaczego?!

— Czemuś się żenił? — spytał Scrooge.

— Bo się zakochałem.

— Bo się zakochałeś! — zarechotał Scrooge, jak gdyby była to jedyna rzecz na świecie śmieszniejsza od „wesołych świąt”. — Do widzenia!

— Ale przecież nigdy przed ślubem mnie wuj nie odwiedził, czemu więc teraz ma to być przyczyną?

— Do widzenia!

— Niczego od wuja nie chcę, o nic nie proszę, czemu więc nie możemy być przyjaciółmi?

— Do widzenia!

— Bardzo mi przykro, że wuj jest tak stanowczy. Nigdy nie było między nami kłótni, której ja byłbym przyczyną. Podjąłem próbę, aby uczcić święta, i nie zamierzam stracić bożonarodzeniowego nastroju. Wesołych świąt, wuju!

— Do widzenia!

— I szczęśliwego Nowego Roku!

— Do widzenia!

Siostrzeniec wyszedł wprawdzie z gniewnym słowem na ustach, zatrzymał się jednak przed drzwiami na ulicę, aby złożyć życzenia świąteczne skrybie, który chociaż zziębnięty — więcej miał w sobie ciepła niż Scrooge, gdyż zrewanżował się serdecznie.

— Następny — mruknął, słysząc to, Scrooge — mój gryzipiórek, piętnaście szylingów tygodniowo, żona, rodzina, ale też nic, tylko „wesołych świąt”. Równie dobrze mógłbym być w domu wariatów.

Wariat ów, wypuściwszy siostrzeńca swego pracodawcy, wpuścił dwie inne osoby. Obaj zażywni dżentelmeni o miłym wyglądzie stali teraz z kapeluszami w rękach w pokoju Scrooge’a. Trzymając książki i papiery, uprzejmie się skłonili.

— Scrooge i Marley — odezwał się jeden z nich, zerkając na listę. — Mam przyjemność rozmawiać z panem Scrooge’em czy z panem Marleyem?

— Pan Marley nie żyje od siedmiu lat — odparł Scrooge. — Umarł dokładnie siedem lat temu, w noc wigilijną.

— Nie wątpimy, że jego pozostały przy życiu partner w niczym nie uchybi jego hojności — rzekł dżentelmen i podał listy uwierzytelniające.

Do wątpliwości z pewnością nie było podstaw, gdyż obaj wspólnicy byli bratnimi duszami. Słysząc jednak złowieszcze słowo „hojność”, Scrooge zmarszczył czoło, pokręcił głową i zwrócił dokumenty.

— W ten świąteczny czas, panie Scrooge — powiedział dżentelmen i wyciągnął pióro — bardziej niż kiedykolwiek jest pożądane, byśmy drobnym datkiem wsparli ubogich i potrzebujących, bardzo teraz cierpiących. Tysiące z nich nie mają rzeczy najpotrzebniejszych, setki tysięcy nie znają najprostszych wygód.

— Nie ma już więzień? — spytał Scrooge.

— Jest ich pod dostatkiem — odparł dżentelmen i odłożył pióro.

— A domy pracy dla nędzarzy? — nastawał Scrooge. — Dalej działają?

— Działają, to prawda, chociaż wolałbym powiedzieć, że ich nie ma.

— Są więc kieraty, funkcjonuje też „Prawo ubogich”, nieprawdaż?

— Tak, sir, i jedno, i drugie w pełnym są użytku.

— Ach, pańskie słowa sprawiły, że zacząłem się już obawiać, że coś zahamowało ich pożyteczne działanie. Rad to słyszę.

— Mając wrażenie, że instytucje te jednak nie niosą rzeszom ubogich chrześcijańskiej pomocy dla ducha i ciała — powiedział dżentelmen — kilku z nas stara się zebrać jakieś fundusze, aby zakupić dla biedaków coś do jedzenia i picia, a także do ogrzania. Ten właśnie okres wybieramy, gdyż to właśnie teraz niedostatek odczuwa się najmocniej, dostatek zaś promienieje radością. Jakąż to sumę wpisać przy pańskim nazwisku?

— Żadną.

— Rozumiem, chce pan pozostać anonimowy.

— Chcę, aby mi dano święty spokój — prychnął Scrooge. — Ponieważ pytacie panowie o me chęci, oto moja odpowiedź. Nie weselę się na Boże Narodzenie i nie stać mnie na to, by rozweselać próżniaków. Wspieram rzeczone instytucje, co samo już dość mnie kosztuje. Ci, którzy znajdują się w szczególnej potrzebie, niech się tam zwrócą.

— Wielu jest takich, którzy nie mogą tego zrobić, wielu też innych, którzy woleliby raczej umrzeć.

— Jeśli istotnie woleliby raczej umrzeć — odparł Scrooge — niechże to zrobią, redukując zbędny naddatek ludności. Poza tym, wybaczcie, panowie, nic o tym nie wiem.

— Łatwo się dowiedzieć.

— To nie mój interes — odparował Scrooge. — Dość, by się człowiek wyznawał na swoich sprawach, a w sprawy innych nie pchał nosa. Moje bez reszty wypełniają mi czas. Do widzenia, panowie.

Widząc jasno, że nie ma co dalej nalegać, obaj dżentelmeni wycofali się. Scrooge zaś powrócił do swej pracy, pełen dobrego o sobie mniemania i w pogodniejszym nastroju niż zazwyczaj.

W tym czasie mgła i ciemność tak zgęstniały, że pojawili się ludzie z pochodniami, oferując się, iż mogą biec przed konnymi powozami, aby oświetlać im drogę. Starodawnej wieży kościelnej, której wiekowy, opryskliwy dzwon zawsze sekretnie spoglądał na Scrooge’a z gotyckiego okna w ścianie, nie było widać, godziny zaś i kwadranse wydzwaniała w chmury, okropnie się potem wzdrygając, jakby jej zęby szczękały z chłodu. Było coraz zimniej. Przy głównej ulicy, na rogu podwórka, robotnicy naprawiali rury gazowe, rozpalili więc wielki ogień w koksowniku, wokół którego zebrali się starzy i młodzi obszarpańcy, grzejąc ręce i mrużąc oczy przed buchającym płomieniem. Krople skapujące z przeciekającej w samotności wodnej pompy krzepły ponuro w mizantropijny lód. Blask sklepów, w których witrynach w cieple lamp cicho trzaskały gałązki i jagody ostrokrzewu, bladym twarzom przechodniów przydawał rumieńców. Przybytki sprzedawców drobiu i warzyw były jednym wielkim żartem: odbywał się w nich pokaz tak wspaniały, że trudno było uwierzyć, iż naprawdę stosuje się nudne zasady targowania się i sprzedaży. Burmistrz londynu w potężnej twierdzy Mansion House wydał już należne polecenia pięćdziesiątce kucharzy i kelnerów, aby Boże Narodzenie odbyło się jak należy w jego siedzibie, i nawet drobny krawiec, którego ostatniego poniedziałku burmistrz skazał na pięć szylingów grzywny za to, iż znalazł się na ulicy pijany i żądny krwi, mieszał na poddaszu pudding na jutro, podczas gdy jego wychudzona żona z nie mniej wychudzonym dzieckiem wypuściła się na zakupy w poszukiwaniu wołowej pręgi.

Coraz bardziej mgliście i zimno. Wszędobylski, natarczywy, gryzący chłód. Gdyby dobry święty Dunstan — zamiast znanym swym narzędziem — potraktował nos Złego odrobiną takiej aury, ten nader dziarski wydałby z siebie ryk1. Właściciel pewnego niepokaźnego młodego nosa, pogryziony i zżuty przez żarłoczny mróz, jak pogryzione i zżute przez psy bywają gnaty, nachylił się do dziurki od klucza w drzwiach Scrooge’a, aby go uraczyć świąteczną przyśpiewką, ledwie jednak zaczął pierwszą zwrotkę:

Boże, błogosław szanownego pana,

Niech nic cię więc nie smuci…

Scrooge z taką pasją chwycił za liniał, że przerażony śpiewak umknął w te pędy, dziurkę pozostawiając mgle i coraz odważniej sobie poczynającemu chłodowi.

Nadeszła wreszcie godzina zamykania kantoru. Nader niechętnie zsunął się Scrooge ze swego wysokiego taboretu, milcząco komunikując w ten sposób ów fakt nasłuchującemu w celi skrybie, który natychmiast zdmuchnął świecę i nałożył kapelusz.

— Przypuszczam, że chce pan jutro wolne — powiedział Scrooge.

— Jeśli to panu odpowiada, sir…

— Zupełnie nie odpowiada — obruszył się Scrooge — a na dodatek jest nieuczciwe. Jakbym panu obciął za to pół korony, czułby się pan, jak mniemam, pokrzywdzony, czyż nie tak?

Skryba mdło się uśmiechnął.

— A przecież nie uważa pan, iż krzywda dzieje się mnie, gdy płacę dzienną stawkę za bezczynność!

Skryba zauważył, że zdarza się to tylko raz do roku.

— Marna wymówka za łupienie czyjejś kieszeni każdego dwudziestego piątego grudnia! — rzekł Scrooge, aż pod szyję dopinając grube palto. — No, ale zdaje się, że musi pan dostać cały dzień. Za to nazajutrz ma pan być jak najwcześniej.

Skryba obiecał, że tak będzie, a Scrooge oddalił się z gniewnym pomrukiem. Biuro zamknięto w mgnieniu oka, skryba zaś, z powiewającymi koło ud końcami białego szala (nie zadawał bowiem szyku grubym paltem), dla uczczenia Wigilii dwadzieścia razy stojąc na końcu rzędu chłopaków, zjechał po ślizgawce na Cornhill, a potem najprędzej, jak potrafił, pognał do domu na Camden Town, aby się pobawić z dzieciakami w ciuciubabkę.

Scrooge zjadł smętną kolację w swej zwykłej smętnej tawernie, a przeczytawszy wszystkie gazety i miło spędziwszy resztę wieczoru nad księgą rachunkową, udał się do domu na spoczynek. Mieszkał w pokojach, które ongiś należały do jego wspólnika. Układały się w posępną amfiladę w podupadającym na rogu dziedzińca budynku, który tak bardzo tu nie pasował, że trudno się było opędzić od myśli, że jako mały domek bawił się z innymi w chowanego, a potem zapomniał, jak się stąd wydostać. Był już na tyle stary i na tyle odpychający, że mieszkał w nim już tylko Scrooge, a pozostałe pomieszczenia zostały wynajęte na biura. Podwórko tak było ciemne, że nawet Scrooge, który znał na nim każdy kamień, musiał się posuwać, drogę przed sobą wymacując rękami. Mgła i mróz tak gęsto zawisły przed starą, czarną bramą, jakby sam Geniusz Pogody zasiadł na progu w ponurej medytacji.

Faktem otóż jest, że w kołatce u drzwi nic nie było szczególnego, jeśli nie liczyć jej ogromu. Jest także faktem, że Scrooge przez cały czas swego tutaj przebywania widział ją co wieczór i co rano, podobnie jak to, że miał on w sobie równie niewiele tak zwanej fantazji, jak każdy inny londyńczyk, nawet jeśli uwzględnić — co jest śmiałym przedsięwzięciem — zarząd miasta, rajców i cechy. Mając więc w pamięci, że nie poświęcił jednej myśli Marleyowi od chwili, gdy o nieżyjącym od siedmiu lat partnerze napomknął tego popołudnia, niechże mi teraz ktoś wyjaśni, jeśli potrafi, jak do tego doszło, iż włożywszy klucz w drzwi, dojrzał w kołatce, która żadnej nie doznała na jego oczach przemiany, nie kołatkę, lecz twarz Marleya.

Twarz Marleya. Nie była spowita, jak inne obiekty dziedzińca, nieprzeniknionym cieniem; otaczała ją nieprzyjemna poświata jak zepsutego homara w ciemnej piwnicy. Nie była gniewna ani rozwścieczona, spoglądała na Scrooge’a, jak zwykł był spoglądać Marley: z widmowymi okularami uniesionymi na widmowe czoło. Włosy osobliwie sterczały, jakby pod dmuchnięciem wiatru czy od gorącego powietrza, oczy zaś, chociaż szeroko otwarte, były doskonale nieruchome. To wszystko i trupia barwa czyniło oblicze strasznym, jednak strach nie tyle na nim widniał, ile obecny był niezależnie od niego i poza jego kontrolą.

Wpatrzył się Scrooge uważnie w zjawę, a wtedy na powrót stała się kołatką.

Byłaby to nieprawda, gdyby powiedzieć, że Scrooge nie był przerażony albo że nie poczuł we krwi owego okropnego doznania, zazwyczaj kojarzonego z dzieciństwem, kiedy jednak rękę, którą wycofał, znowu położył na kluczu, przekręcił go stanowczo. Po czym wszedł do środka i zapalił świecę.

 

Niemniej na moment zatrzymał się niepewnie, nim zamknął drzwi, i starannie przyjrzał się ich tylnej stronie, jakby się obawiał, że dojrzy sterczący w stronę holu harcap Marleya. Z tyłu drzwi nic jednak nie było, jeśli nie liczyć mocujących kołatkę śrub i nakrętek, powiedział więc Scrooge tylko: „Zgiń, przepadnij” i z trzaskiem zamknął je za sobą.

Dźwięk ten rozbrzmiał w domu jak grom. Każdy pokój na piętrze i każda komora w piwnicy winiarza zdały się mieć swój własny zestaw pogłosów, Scrooge jednak nie był człowiekiem, którego mogłyby wystraszyć echa. Zamknął starannie drzwi, wolno pokonał hol i wolno wszedł na schody, przycinając po drodze świecę.

Powiada się, że jeśli sześciokonna kareta przejedzie po dobrych starych schodach, tak też da sobie radę z marną ustawą parlamentu2, ja tymczasem bardzo poważnie chcę oznajmić, iż cały karawan łatwo wjechałby po tych schodach, osią nie tykając ściany, a drzwiczkami nie zawadzając o balustradę. Szerokie były na to dostatecznie i sporo jeszcze miejsca by zostało, niewykluczone więc, że to z tej przyczyny pomyślał Scrooge, że sunie przed nim w mroku parowy karawan. Nawet pół tuzina gazowych lamp ulicznych nie oświetliłoby wejścia dostatecznie, nietrudno więc zgadnąć, że przy ogarku Scrooge’a było ciemno, że hej!

Kroczył jednak niezłomnie w górę, ani odrobinę się nie przejmując. Ciemność nie kosztuje, co Scrooge’owi całkiem się podobało. Nim jednak zamknął ciężkie drzwi, przeszedł po pokojach, by upewnić się, że wszystko jest w porządku. Wspomnienie twarzy starczyło na to, by odczuł taką potrzebę.

Pokój gościnny, sypialnia, rupieciarnia. Wszystko tak, jak być powinno. Nikogo pod stołem, nikogo pod kanapą, malutki płomień na kominku, gotowe łyżka i miska, kleik na spodku z boku kominka (przemarznięty był Scrooge). Nikogo pod łóżkiem, nikogo w szafie, nikogo w szlafroku, który w podejrzanej pozycji zwieszał się ze ściany. Rupieciarnia jak zwykle. Stary ekran sprzed kominka, stare buty, dwa rybne kosze, umywalka na trzech nogach i pogrzebacz.

Całkiem uspokojony, zamknął drzwi i przekręcił klucz — i to przekręcił dwukrotnie, czego nie miał w zwyczaju. Zabezpieczony tak przed niespodziankami pozbył się szalika, nałożył szlafrok i pantofle, nałożył szlafmycę i siadł przed kominkiem, by zabrać się do kleiku.

Płomień na kominku był bardzo mały, jak na tak surową noc, mówiąc szczerze: żaden. Musiał Scrooge usiąść bardzo blisko i jeszcze się nachylić, zanim poczuł jakąkolwiek odrobinkę ciepła z tak wątłej garstki opału. Kominek był stary, postawił go dawno temu jakiś holenderski kupiec i obudował holenderskimi kaflami ilustrującymi Pismo. Byli więc Kainowie, Able, córki faraona, królowe Saby, anielscy posłańcy spływający na ziemię na chmurkach podobnych do puchowych jaśków, Abrahamowie, Baltazarowie, apostołowie na czółnach wypływających na jezioro, setki postaci mających przykuć jego uwagę, a przecież twarz martwego od siedmiu lat Marleya pojawiała się jak laska starodawnego proroka i pożerała wszystko inne. Gdyby każdy z kafli był zrazu pusty i gotów odtworzyć na powierzchni rozpierzchnięte fragmenty myśli Scrooge’a, na każdym pojawiłaby się podobizna głowy Marleya.

— Humbug! — prychnął Scrooge i przeszedł się po pokoju.

Kilka razy go okrążył i znowu usiadł. Gdy odchylił głowę na oparcie fotela, wzrok przypadkiem spoczął na dzwonku, nieużywanym dzwonku, który wisząc w pokoju, sugerował zapomnianą już potrzebę porozumiewania się z pomieszczeniem na strychu budynku. Jakież było zdziwienie Scrooge’a i jakiż dziwny, niewyjaśniony lęk go ogarnął, kiedy dojrzał, iż dzwonek zaczyna się kołysać. Zrazu ruchy były tak delikatne, że bezgłośne, niedługo jednak zabrzmiał dźwięcznie, jak zresztą wszystkie inne dzwonki w domu.

Trwało to pół minuty, może minutę, która jednak wydała się godziną. Dzwonki umilkły tak zgodnie, jak zgodnie się rozległy. Potem gdzieś daleko z dołu doleciał brzęk, jak gdyby ktoś przeciągał ciężkim łańcuchem po beczkach w piwnicy winiarza. Scrooge’owi przypomniało się, jak słyszał, że w nawiedzonych domach widma miały ciągnąć za sobą łańcuchy.

Z dudniącym łomotem otwarły się drzwi od piwnicy, a do Scrooge’a dźwięk znacznie teraz głośniejszy doleciał z parteru, by się następnie wspinać po schodach, zmierzając wprost ku jego drzwiom.

— Humbug i tyle! — zawyrokował Scrooge. — Ja w to nie wierzę.

Zmieniły mu się jednak kolory na twarzy, gdy bez chwili przystanku dźwięk minął wzmocnione drzwi i na jego oczach wkroczył do pokoju, na co dogorywający płomień wystrzelił w górę, jakby krzycząc: „Znam go, to duch Marleya!”, i znowu przygasł.

Ta sama twarz; bardzo ta sama, chciałoby się rzec. Marley ze swym harcapem, w zwykłej kamizelce, spodniach i butach. Kutasiki na tych ostatnich lśniły jak harcap, lamówki surduta i peruka. W pasie Marley obwiązany był łańcuchem, który ciągnął za sobą, a który, długi i wijący się niczym ogon, zrobiony był (co widać było wyraźnie) ze skarbczyków, kluczy, kłódek, rejestrów księgowych, umów i portmonetek wykutych ze stali. Ciało Marleya było przezroczyste, tak że Scrooge, patrząc na kamizelkę, mógł dojrzeć dwa guziki na plecach surduta.

Scrooge często słyszał, iż nie ma Marley serca, ale aż do dzisiaj nigdy w to nie wierzył.

Nie, nie wierzył w to nawet teraz. Patrzył wprawdzie na wskroś przez zjawę stojącą przed nim, czuł chłód niesiony przez śmiertelnie zimny wzrok, rozpoznawał dokładnie fałdy na materiale pod brodą, obwiązanym wokół głowy, czego nigdy jeszcze u Marleya nie widział, mimo to stanowczo nie dowierzał swoim zmysłom.

— I co to ma znaczyć? — spytał kostycznie i chłodno jak zawsze. — Czego pan ode mnie chce?

— Sporo — odrzekło widziadło głosem bez wątpienia Marleya.

— A kim pan jest?

— Proszę raczej spytać, kim byłem.

— No więc kim pan był? — rzekł Scrooge, podnosząc głos. — Bardzo pan drobiazgowy… jak na tę porę. Miał już na końcu języka „jak na zmorę”, ale zdążył się zreflektować.

— Za życia byłem pana wspólnikiem, Jacobem Marleyem.

— To może niech pan usiądzie… jeśli pan może.

— Mogę.

— Zatem proszę.

Wahanie Scrooge’a wynikało stąd, iż wcale nie był pewien, czy istota tak przejrzysta jest w stanie utrzymać się w fotelu, a gdyby nie była, wtedy mogłoby ją to zmusić do kłopotliwych wyjaśnień. Duch jednak zajął miejsce po przeciwnej stronie kominka, jakby był do tego nawykły.

— Nie wierzy pan we mnie — skonstatował.

— Nie — zwięźle potwierdził Scrooge.

— Co poza świadectwem zmysłów mogłoby pana upewnić w mojej realności?

— Nie wiem — odrzekł Scrooge.

— A czemu nie ufa pan zmysłom?

— Gdyż byle drobiazg może na nie wpływać. Starczy mały kłopot żołądkowy, a zaczynają oszukiwać. Może pan być źle strawionym kawałkiem befsztyka, grudką musztardy, odrobiną niedogotowanego kartofla. Kimkolwiek pan jest, więcej w panu mdłości niż nicości.

Scrooge nie miał w zwyczaju sobie dowcipkować, nie był też w tym momencie w szczególnie krotochwilnym nastroju. Mówiąc prawdę, silił się na zgryźliwość, żeby na czymś skupić uwagę i zdusić strach, gdyż głos ducha przerażał go do szpiku kości.

Scrooge czuł, że nie da rady siedzieć chociażby chwilkę w milczeniu i wpatrywać się w te nieruchome, zaszklone oczy. Poza tym było coś okropnego w zjawie, coś jakby piekielnego. Sam Scrooge wprawdzie bezpośrednio tego nie odczuwał, niemniej chociaż sam duch siedział zupełnie bez ruchu, jego koszula i kutasiki na butach cały czas się poruszały, jakby pod podmuchem gorącego wiewu z pieca.

— Widzi pan tę wykałaczkę? — spytał Scrooge, ze wspomnianej racji podejmując inicjatywę i mając nadzieję, że uda mu się chociaż na moment odwrócić od siebie kamienne spojrzenie przybłędy.

— Tak — odrzekł duch.

— Przecież wcale pan na nią nie patrzy — zauważył Scrooge.

— Ale i tak widzę.

— Zatem tak — oznajmił Scrooge. — Wystarczy, że ją połknę, a do końca mych dni będzie mnie prześladował legion goblinów, każdy chowu mojej wyobraźni. Humbug, powiadam panu, same bzdury!

Na to duch straszliwie krzyknął i zatrząsł łańcuchem z tak ogłuszającym hałasem, że Scrooge mocno chwycił się fotela, żeby nie zwalić się zemdlony. Tymczasem, ku jego jeszcze większemu przerażeniu, widmo odwiązało bandaż z głowy, jak gdyby było mu za ciepło nosić go w domu, wtedy zaś dolna szczęka opadła na pierś.

Scrooge padł na kolana i złożył ręce jak do modlitwy.

— litości! — zawołał. — Okropna zjawo, czemu mnie dręczysz?