Chwała RzymuTekst

Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Dedykacja

2  LA TREBBIA

3  Mapy

4  Przedmowa

5  Wprowadzenie

6  I. LEGENDA

7  1. Nowa Troja

8  2. Królowie i tyrani

9  3. Czystka

10  4. A jak było naprawdę?

11  II. OPOWIEŚĆ

12  5. Kraj i jego mieszkańcy

13  6. Nareszcie wolni

14  7. Strajk generalny

15  8. Upadek Rzymu

16  9. Pod jarzmem

17  III. HISTORIA

18  10. Awanturnik

19  11. Wszyscy na morze

20  12. „Hannibal u bram!”

21  13. Ptak bez piór

22  14. Zmiana i rozkład

23  15. Wspaniałości Wschodu

24  16. Krwawi bracia

25  17. Triumf i katastrofa

26  18. Słowo końcowe

27  Fotografie

28  Tablica chronologiczna

29  Podziękowania

30  Źródła

31  Bibliografia

32  Wykaz skrótów

33  Przypisy końcowe

34  Strona redakcyjna

Pamięci poety

José-Marii de Here­dia,

mojego przodka

i miło­śnika Rzymu

LA TREB­BIA 1

L’aube d’un jour sini­stre a blan­chi les hau­teurs.

Le camp s’éveille. En bas roule et gronde le fleuve

Où l’esca­dron léger des Numi­des s’abreuve.

Par­tout sonne l’appel clair des buc­ci­na­teurs.

Car malgré Sci­pion, les augu­res men­teurs,

La Treb­bia débordée, et qu’il vente et qu’il pleuve,

Sem­pro­nius Con­sul, fier de sa glo­ire neuve,

A fait lever la hache et mar­cher les lic­teurs.

Rougis­sant le ciel noir de flamboîments lugu­bres,

A l’hori­zon brûlaient les vil­la­ges Insu­bres;

On enten­dait au loin bar­rir un éléphant.

Et là-bas, sous le pont, adossé con­tre une arche,

Han­ni­bal écoutait, pen­sif et triom­phant,

Le piétinement sourd des légions en mar­che.

J-M H

MAPY

1 Rzym w cza­sach póź­niej repu­bliki i wcze­snego cesar­stwa

2 Widok Forum Roma­num

3 Ita­lia i Sycy­lia

4 Impe­rium rzym­skie w poło­wie I wieku p.n.e.



Rekon­struk­cja rzym­skiego Forum w II wieku p.n.e. Od gór­nego pra­wego rogu zgod­nie z ruchem wska­zó­wek zegara: trój­kątna Regia (1); okrą­gła świą­ty­nia Westy (2); plan Domu Westa­lek (3); Źró­dło Juturny (4) – długi, wąski basen; świą­ty­nia Kastora i Pol­luksa (5); Stare Kramy (6); za nimi basi­lica Sem­pro­nia (7); świą­ty­nia Saturna (8) – skar­biec Rzymu; basi­lica Opi­mia (9); świą­ty­nia Kon­kor­dii (10); wię­zie­nie pań­stwowe (11); basi­lica Por­cia (12); Kuria, czyli gmach senatu (13); przed nią okrą­głe comi­tium (14) – miej­sce, gdzie zbie­rało się zgro­ma­dze­nie ludowe; kolumna Gaju­sza Meniu­sza (15), zwy­cięzcy bitwy mor­skiej pod Ancjum w 338 r.; mów­nica, czyli Rostra (16), nazwana od dzio­bów okrę­tów zdo­by­tych przez Meniu­sza; świą­ty­nia Janusa (17); kaplica Wenus Klo­acyny (18); rząd Nowych Kra­mów (19); za nimi basi­lica Aemi­lia (20).



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PRZED­MOWA

Począw­szy od Edwarda Gib­bona histo­rycy ana­li­zują zmierzch i upa­dek impe­rium rzym­skiego. Jak jed­nak ono powstało? Co spra­wiło, że nie­wielka ital­ska osada tar­gowa przy bro­dzie na Tybrze zdo­łała opa­no­wać cały znany świat? Sta­ram się odpo­wie­dzieć na te pyta­nia, opi­su­jąc początki Rzymu. Jest to pierw­sza od lat histo­ria repu­bliki rzym­skiej napi­sana dla czy­tel­nika zain­te­re­so­wa­nego ogól­nie histo­rią, a kon­kret­niej źró­dłami zachod­niej cywi­li­za­cji. Daje przed­smak skar­bów cze­ka­ją­cych na tego, kto zechce pod­rą­żyć temat głę­biej.

Ta odle­gła prze­szłość jest warta odgrze­ba­nia, ponie­waż Rzy­mia­nie wciąż są dla nas istotni. Wciąż inspi­rują nas, kształ­tują nasze war­to­ści spo­łeczne, poli­tyczne i etyczne. To oni stwo­rzyli świat, w któ­rym żyjemy.

Obraz Rzymu mamy wpi­sany w geny. Zro­dził on przy­sło­wia, mak­symy i wyra­że­nia, któ­rych uży­wamy w codzien­nym życiu, pra­wie nie myśląc o ich daw­nym zna­cze­niu: wszyst­kie drogi pro­wa­dzą do Rzymu, świet­ność Rzymu, sie­dem wzgórz Rzymu, nie od razu Rzym zbu­do­wano, Rzym – wieczne mia­sto.

Co kilka lat Hol­ly­wood wypusz­cza film, który wskrze­sza tę cywi­li­za­cję – by wymie­nić choćby tytuły takie, jak Gla­dia­tor, Spar­ta­kus, Ben-Hur czy Quo vadis. Impo­nuje potęga i suro­wość Rzy­mian. Prze­ra­żają, ale i fascy­nują ich „igrzy­ska” – krwawe spek­ta­kle, pod­czas któ­rych gla­dia­to­rzy wal­czyli ze sobą ku ucie­sze tłu­mów.

Rzy­mia­nie byli prak­tyczni, roz­wi­jali tech­nikę. Pierwsi opa­no­wali sztukę budowy trwa­łych dróg. Dowie­dli, że życie w mia­stach może być wygodne i cywi­li­zo­wane, nawet jeśli doty­czyło to głów­nie boga­czy.

Spo­łe­czeń­stwo nie spro­wa­dza się tylko do mate­rial­nych warun­ków życia. Rzy­mia­nie byli prak­tyczni także pod innym wzglę­dem, albo­wiem głę­boko wie­rzyli w rządy prawa. Już u zara­nia stwo­rzyli sys­tem prawny, który następ­nie udo­sko­na­lali przez całe swoje dzieje. Prawo rzym­skie stało się fun­da­men­tem sys­temów praw­nych wielu nowo­żyt­nych państw euro­pej­skich, a także Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Choć po upadku zachod­niego impe­rium rzym­skiego w V wieku łacina stała się języ­kiem mar­twym, cie­szy się ona dłu­gim życiem poza­gro­bo­wym. Aż do lat sześć­dzie­sią­tych XX wieku i Soboru Waty­kań­skiego II nabo­żeń­stwa w Kościele rzym­sko­ka­to­lic­kim odpra­wiane były po łaci­nie. Do dziś gatunki roślin i zwie­rząt, a także poszcze­gólne czę­ści ciała i jed­nostki cho­ro­bowe okre­ślane są łaciń­skimi ter­mi­nami. Gwiaz­do­zbiory na noc­nym nie­bie noszą łaciń­skie nazwy, które uwiecz­niają boha­te­rów i boha­terki grecko-rzym­skich mitów. Nazwy wielu ame­ry­kań­skich insty­tu­cji – takich jak Senat, Kon­gres czy pre­zy­dent – pocho­dzą z łaciny. Kursy łaciny są wciąż w pro­gra­mie nie­któ­rych szkół śred­nich i wielu wyż­szych uczelni. Na pół­kach księ­garń zna­leźć można prze­kłady rzym­skich poetów i histo­ry­ków.

 

Ojco­wie zało­ży­ciele Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki wycho­wali się na kla­sy­kach rzym­skiej lite­ra­tury. Byli zafa­scy­no­wani ustro­jem repu­bliki rzym­skiej. Podo­bał im się spo­sób, w jaki rów­no­wa­żył on trzy formy spra­wo­wa­nia wła­dzy: monar­chię (wszech­władni kon­su­lo­wie rzym­scy), oli­gar­chię, czyli rządy kilku ary­sto­kra­tycz­nych rodów (rzym­ski senat), oraz demo­kra­cję, czyli rządy ludu (zgro­ma­dze­nia oby­wa­teli Rzymu, które zatwier­dzały ustawy). Pierwsi Ame­ry­ka­nie, wzo­ru­jąc się na tym modelu, zapro­jek­to­wali trój­dzielny apa­rat pań­stwowy, pełen mecha­ni­zmów kon­troli i rów­no­wagi, z pre­zy­den­tem, Sena­tem i Izbą Repre­zen­tan­tów oraz nie­za­wi­słymi sądami.

Mity o zało­że­niu mia­sta oraz wypadki z pierw­szych wie­ków jego ist­nie­nia są nie­mal bez wyjątku nie­hi­sto­ryczne, ale tak wła­śnie Rzy­mia­nie widzieli swoje początki. Są one obfitą poetycką ucztą, która przez dwa tysiące lat kar­miła euro­pej­ską cywi­li­za­cję. Dopiero w ostat­nich kilku poko­le­niach nasza zbio­rowa świa­do­mość zaczęła je odrzu­cać. Jeśli ta książka ma jakiś cel, to jest nim uzmy­sło­wie­nie, co tra­cimy.

Roz­wa­żam waż­kie kwe­stie i ana­li­zuję roz­wój rzym­skiej poli­tyki, sztuki wojen­nej i spo­łe­czeń­stwa, lecz ponad tym wszyst­kim jest histo­ria rozu­miana jako opo­wieść, sta­ram się więc oży­wić nie­zwy­kłe posta­cie, które ją two­rzyły – od Tar­kwi­niu­sza Pysz­nego po Mariu­sza, od Korio­lana po Sullę, od Scy­piona Afry­kań­skiego po braci Grak­chów. Naj­bar­dziej cha­ry­zma­tycz­nym ze wszyst­kich tych ludzi nie był nawet Rzy­mia­nin, ale ktoś, kto omal nie uni­ce­stwił Rzymu – wielki, tra­giczny, roz­go­ry­czony Kar­ta­giń­czyk Han­ni­bal.

Jedną z cie­ka­wych cech rzym­skiej histo­rii jest to, że czę­sto nasuwa ona ana­lo­gie do obec­nych cza­sów, ale takie porów­na­nia mogą być nie­bez­pieczne, niech więc czy­tel­nicy doko­nują sko­ja­rzeń na wła­sną rękę.

U pod­staw nadziei i ambi­cji wielu akto­rów tego dłu­giego dra­matu legła nie­śmier­telna legenda – legenda o oblę­że­niu i zagła­dzie Troi (czyli Ilionu, jak nazywa ją Homer w swoim epo­sie, Ilia­dzie) oraz tra­gicz­nym hero­izmie grec­kiego wojow­nika Achil­lesa, któ­remu los prze­zna­czył życie krót­kie, ale pełne chwały. Póź­niej­szy Achil­les, nie­sa­mo­wity Alek­san­der Wielki, rów­nież prze­tarł szlak, któ­rym na miarę swych sił sta­rało się podą­żać wielu mło­dych Gre­ków i Rzy­mian, od Pyr­rusa po Pom­pe­ju­sza. Powszech­nie uwa­żano też, że Rzym jest odro­dzoną Troją, gotową wziąć odwet na nie­gdyś zwy­cię­skich Gre­kach. Doko­nu­jąc inwa­zji na Ita­lię, Pyr­rus, król Epiru (a zara­zem imien­nik syna Achil­lesa), wie­rzył, że toczy powtórkę wojny tro­jań­skiej, Han­ni­bal zaś wyko­rzy­sty­wał mityczne bóstwa, takie jak żona Jowi­sza, Junona, oraz heros Her­ku­les, jako broń w kam­pa­nii pro­pa­gan­do­wej prze­ciwko Rzy­mowi.

Jed­nym z boha­te­rów tej książki jest sam Rzym. Jego świą­ty­nie, posągi, rytu­ały i sym­bole były wizu­al­nym reje­strem pamięci zbio­ro­wej. Rzy­mia­nie z zapa­łem zgłę­biali histo­ryczne powią­za­nia miejsc, sank­tu­ariów, świą­tyń i pomni­ków swo­jego mia­sta. Uro­czy­sto­ści i zwy­czaje czę­sto zawie­rały enig­ma­tyczne alu­zje do wyda­rzeń, które roze­grały się dawno temu. Uważ­nie inter­pre­to­wany, miej­ski pej­zaż był pod­ręcz­ni­kiem histo­rii Rzymu. Prze­szłość odra­dzała się w teraź­niej­szo­ści. Żywi mieli wra­że­nie, że kro­czą po śla­dach swych wiel­kich przod­ków i że dawne wypadki na swój spo­sób się powta­rzają, w nieco tylko odmien­nej for­mie.

Rzy­mia­nie byli wojow­ni­kami i toczyli nie­ustanne boje z sąsia­dami w Ita­lii, a póź­niej z mocar­stwami spoza regionu śród­ziem­no­mor­skiego. Poli­tyka i wojna nie­ro­ze­rwal­nie spla­tały się ze sobą w ich sys­te­mie rzą­dów. Ambitni ludzie, chcąc zdo­być wła­dzę, musieli łączyć kunszt ora­tor­ski w mie­ście z umie­jęt­no­ściami dowód­czymi w polu. Tym bowiem, o co uczono ich zabie­gać – nie tyle dla dobra ogółu, ile dla wła­snej chwały i powszech­nego sza­cunku – była wła­dza, impe­rium.

Nacisk, jaki kładę na nar­ra­cję i czyny słyn­nych ludzi, jest zgodny z tym, jak sami Rzy­mia­nie widzieli swoją prze­szłość, a moim celem nie jest przed­sta­wie­nie peł­nej histo­rii, ale raczej szki­co­wego por­tretu, w któ­rym roz­po­zna­liby samych sie­bie. Nie­uchron­nie na kar­tach tej książki pojawi się wiele wojen, śmierci i krwi, ale gdy tylko nada­rzy się oka­zja, omó­wię rów­nież poko­jowe zaję­cia.

Szczę­śli­wym tra­fem zacho­wało się do naszych cza­sów wiele pry­wat­nych listów Cyce­rona, mówcy i poli­tyka z I wieku p.n.e. Dają nam one wgląd w umy­sły ludzi będą­cych świad­kami upadku swego pań­stwa. Jako reme­dium na pesy­mizm, jakim napa­wała ich teraź­niej­szość, stu­dio­wali oni histo­rię i zabytki wcze­snego Rzymu. Gdyby on i jego podob­nie myślący przy­ja­ciele nie pod­jęli owych badań, uboż­sza byłaby nasza wie­dza nie tylko o dzie­jach ich mia­sta, ale i o tym, co w nim miało dla nich tak wiel­kie zna­cze­nie.

Uczeni nie bez racji kwe­stio­nują histo­rycz­ność wyda­rzeń przed­sta­wio­nych w źró­dłach lite­rac­kich. Sta­ro­żytni dzie­jo­pi­so­wie sta­rali się robić jak naj­lep­szy uży­tek z mate­ria­łów, jakimi dys­po­no­wali; gdy natra­fiali na luki infor­ma­cyjne, ule­gali poku­sie wypeł­nia­nia ich tym, co wyda­wało im się wia­ry­godne. Naj­więk­szy z nich, Liwiusz, był w rów­nej mie­rze uczo­nym, co arty­stą i jego monu­men­talne, wie­lo­to­mowe dzieło Ab urbe con­dita (Od zało­że­nia mia­sta) ma cechy dobrej powie­ści histo­rycz­nej. Jest to zna­ko­mity pisarz, ale nie zawsze godny zaufa­nia prze­wod­nik.

Zda­rza się, że dzi­siejsi bada­cze prze­cho­dzą samych sie­bie. Odrzu­cają wyda­rze­nia, ponie­waż są one dla racjo­nal­nie myślą­cego czło­wieka po pro­stu nie­praw­do­po­dobne – musiały więc zostać zmy­ślone. Nie­stety histo­ria zna wiele nie­praw­do­po­dob­nych zda­rzeń. Wynika to z samej natury ludz­kich spraw.

Cały oma­wiany w tej książce okres, szcze­gól­nie począt­kowe stu­le­cia, obfi­tuje w kwe­stie sporne. Nie­które zna­la­zły już roz­strzy­gnię­cie, co do innych dys­ku­sja, czę­sto burz­liwa, wciąż trwa. Nie­kiedy można podej­rze­wać, że tego czy innego autora ponio­sła fan­ta­zja. Choć zwra­cam uwagę na te nie­ja­sno­ści, jeżeli nie w zasad­ni­czym tek­ście, to w przy­pi­sach, nie zagłę­biam się w pro­blemy inter­pre­ta­cyjne, które mogą być inte­re­su­jące jedy­nie dla spe­cja­li­stów.

Ze względu na róż­no­rodny cha­rak­ter źró­deł lite­rac­kich podzie­li­łem tę książkę na trzy czę­ści: Legendę, mówiącą o epoce kró­lów, gdzie więk­szość wyda­rzeń albo w ogóle nie miała miej­sca, albo miała inny prze­bieg niż ten opi­sany; Opo­wieść, o pod­boju Ita­lii i kon­flik­cie ustro­jo­wym, gdzie współ­ist­nieją ze sobą fakty i fik­cja; oraz Histo­rię, poświę­coną repu­blice jako śród­ziem­no­mor­skiemu mocar­stwu, gdzie źró­dła pisane sta­wiają sobie za cel obiek­ty­wizm i ści­słość.

Swoją opo­wieść koń­czę na zażar­tej woj­nie domo­wej mię­dzy Sullą a Mariu­szem w I wieku p.n.e. oraz god­nych męża stanu porząd­kach Pom­pe­ju­sza Wiel­kiego na Wscho­dzie. Kon­trast mię­dzy zagra­nicz­nym trium­fem i wewnętrz­nym upad­kiem nie mógłby chyba być więk­szy.

Choć miały przyjść jesz­cze dal­sze pod­boje, repu­blika była w tym momen­cie nie­kwe­stio­no­waną wład­czy­nią olbrzy­miego śród­ziem­no­mor­skiego impe­rium; zara­zem jed­nak stała na skraju osta­tecz­nego i nie­od­wra­cal­nego kry­zysu ustro­jo­wego. Ludzie, któ­rzy rzą­dzili świa­tem, nie byli zdolni rzą­dzić sami sobą.

Czy­tel­nicy, któ­rzy chcie­liby dowie­dzieć się, co było dalej, mogą się­gnąć po moje bio­gra­fie Cyce­rona i Augu­sta, które dość obszer­nie oma­wiają krwawe prze­isto­cze­nie Rzymu z czę­ścio­wej demo­kra­cji w pełną auto­kra­cję.

Ile­kroć podaję kon­kretny rok lub stu­le­cie, cho­dzi o daty przed naszą erą, chyba że zazna­czę ina­czej.

Kwe­stia rzym­skich nazwisk jest skom­pli­ko­wana i wymaga wyja­śnie­nia. Więk­szość oby­wa­teli płci męskiej nosiła nazwi­ska trój­czło­nowe. Pierw­szy człon sta­no­wiło imię wła­sne, czyli pra­eno­men. Za cza­sów póź­nej repu­bliki w powszech­nym uży­ciu było tylko osiem­na­ście imion, z któ­rych naj­po­pu­lar­niej­szymi były: Aulus, Deci­mus, Caius, Gna­eus, Lucius, Mar­cus, Publius i Quin­tus. Z reguły naj­star­szy syn otrzy­my­wał pra­eno­men swego ojca – co bywa iry­tu­jące, gdyż trzeba uwagi, by odróż­nić różne posta­cie histo­ryczne o iden­tycz­nych nazwi­skach.

Następny był nomen, czyli nazwi­sko rodowe, odpo­wied­nik naszych nazwisk. Trze­cim czło­nem był cogno­men. Pier­wot­nie był to przy­do­mek przy­pi­sany do kon­kret­nej osoby (i tak Cicero ozna­cza „Gro­chal”, co przy­pusz­czal­nie odno­siło się do bro­dawki na twa­rzy jakie­goś daw­nego przed­sta­wi­ciela rodu Tul­liu­szów), ale z bie­giem lat zaczął ozna­czać poszcze­gólne gałę­zie rodu czy klanu. Zwy­cię­ski wódz otrzy­my­wał dodat­kowy przy­do­mek, agno­men, okre­śla­jący poko­na­nego prze­zeń wroga. I tak, po zwy­cię­stwie nad Han­ni­ba­lem w pół­noc­nej Afryce, Publiusz Kor­ne­liusz Scy­pion został Publiu­szem Kor­ne­liuszem Scy­pionem Afry­kań­skim.

Pod­rzędny sta­tus kobiet pod­kre­ślał fakt, że otrzy­my­wały one nazwi­ska jed­no­czło­nowe, będące żeń­ską formą nazwi­ska rodo­wego ojca. Tak więc córka Marka Tuliu­sza Cyce­rona nazy­wała się Tulia. Sio­stry z koniecz­no­ści nosiły to samo imię, co musiało pro­wa­dzić do nie­po­ro­zu­mień w kręgu rodzin­nym. Zwy­kle zacho­wy­wały swoje nomina po zamąż­pój­ściu (tak więc żona Cyce­rona nazy­wała się Teren­cja, nie Tulia).

W sytu­acjach ofi­cjal­nych oby­wa­tel rzym­ski poda­wał po nazwi­sku rodo­wym pra­eno­men swego ojca oraz tri­bus, do któ­rej nale­żał. Tak więc pełne nazwi­sko Cyce­rona brzmiało: Mar­cus Tul­lius M[arci] f[ilius, czyli „syn Marka”] Cor[nelia tribu, czyli „z tri­busu Kor­ne­liu­szy”] Cicero.

Indeks na końcu książki usze­re­go­wany jest według nomina. Tak więc, szu­ka­jąc Cyce­rona, czy­tel­nik znaj­dzie go pod T: Tuliusz Cyce­ron, Marek. Kło­po­tliwe, ale trzeba się z tym pogo­dzić.

WPRO­WA­DZE­NIE2

Dwaj sta­rzy przy­ja­ciele, dosyć już posu­nięci w latach, cie­szyli się na ponowne spo­tka­nie. Był rok 46 i Marek Teren­cjusz War­ron, naj­bar­dziej płodny autor swo­ich cza­sów, wybie­rał się wła­śnie do swego wiej­skiego domu kilka mil na połu­dnie od Rzymu. Bystry i prak­tyczny, nie był głę­bo­kim myśli­cie­lem, sta­rał się jed­nak posiąść całą dostępną wie­dzę. Jego sąsiad, Marek Tuliusz Cyce­ron, był wybit­nym mówcą, wystę­pu­ją­cym zarówno w sądach, jak i na poli­tycz­nej are­nie senatu. Jeśli War­rona można porów­nać do oliwy, to Cyce­ron, ego­tyczny, elo­kwentny i draż­liwy, był octem. Mimo to się lubili, łączyły ich bowiem wspólne zain­te­re­so­wa­nia. Jed­nym z nich było uwiel­bie­nie dla prze­szło­ści Rzymu.

Szczę­śli­wym tra­fem kilka listów Cyce­rona do War­rona oca­lało z pożogi czasu. W jed­nym z nich Cyce­ron pona­gla przy­ja­ciela: „Mam […] nadzieję, że twój powrót nie jest daleki. Oby mi mógł przy­nieść pocie­chę! Cho­ciaż nas dotknęły tak wiel­kie i tak mno­gie nie­szczę­ścia, że trzeba być sza­lo­nym, żeby się jakiej ulgi spo­dzie­wać”3.

Źró­dłem owych „nie­szczęść” była wojna domowa w łonie rzym­skiej elity rzą­dzą­cej. Czo­ło­wym dygni­ta­rzom gro­ziła utrata życia lub zdro­wia. Co mają robić – zada­wali sobie z nie­po­ko­jem pyta­nie – w chwili, gdy repu­blika rzym­ska, jedyne super­mo­car­stwo sta­ro­żyt­nego świata, wszech­po­tężne za gra­nicą, zdaje się zmie­rzać ku samo­za­gła­dzie?

Więk­szość ówcze­snych auto­rów była zda­nia, że zalążki roz­kładu poja­wiły się około stu lat wcze­śniej. Rzym­ski pod­bój Gre­cji i znacz­nej czę­ści Bli­skiego Wschodu uwol­nił nie­wy­obra­żalne ilo­ści złota, nie mówiąc już o ludz­kim zło­cie – nie­prze­bra­nych rze­szach nie­wol­ni­ków. Całe to bogac­two pły­nęło do Rzymu, który stał się sto­licą de facto zna­nego świata, wie­lo­kul­tu­ro­wym tyglem i liczącą milion dusz metro­po­lią.

Taki był nie­za­mie­rzony sku­tek tych zdo­by­czy i nie jest chyba przy­pad­kiem, że to wła­śnie mniej wię­cej w tym cza­sie zaczęto pro­wa­dzić poważne bada­nia nad prze­szło­ścią Rzymu. Zda­niem War­rona, Cyce­rona i innych podob­nie myślą­cych ludzi twar­dzi nie­gdyś, odpo­wie­dzialni spo­łecz­nie, zaradni i wio­dący pro­ste życie Rzy­mia­nie zde­pra­wo­wali się za sprawą wschod­nich wad: chci­wo­ści, zbytku i roz­wią­zło­ści. Ustrój repu­bliki spraw­dzał się przez setki lat. Usta­wo­daw­cze zgro­ma­dze­nie oby­wa­teli sta­no­wiło prze­ciw­wagę dla nie­wiel­kiej nobi­li­tas, ary­sto­kra­tycz­nej war­stwy rzą­dzą­cej. Aby ten sys­tem mógł jed­nak dzia­łać spraw­nie, nie­zbędna była zdol­ność do kom­pro­misu i słu­cha­nia głosu roz­sądku – a teraz ta zdol­ność została utra­cona.

 

Kry­zys nastą­pił, kiedy Cyce­ron był mło­dym czło­wie­kiem. W roku 82 krwawa wojna domowa, która toczyła się z prze­rwami przez pięć­dzie­siąt lat, osią­gnęła pierw­sze kosz­marne apo­geum. Woj­ska nie miały prawa wstępu do Rzymu, ale pewien ambitny i mściwy wódz, Lucjusz Kor­ne­liusz Sulla, wpro­wa­dził armię rzym­skich oby­wa­teli do mia­sta i roz­po­czął rzeź swo­ich prze­ciw­ni­ków.

Nie­pew­ność, kto pad­nie ofiarą, spa­ra­li­żo­wała elity spo­łeczne. W końcu pewien młody czło­wiek zebrał się na odwagę i zwró­cił do Sulli:

„Nie pro­simy, żebyś uwol­nił od kary tych, któ­rych posta­no­wi­łeś zgła­dzić, ale przy­naj­mniej roz­wiej obawy tych, któ­rych zamie­rzasz oszczę­dzić”, powie­dział. „Nie wiem jesz­cze, kogo oszczę­dzę”. „W takim razie powiedz cho­ciaż wyraź­nie, kogo masz zamiar zabić”4.

Sulla pod­chwy­cił ten pomysł i dopil­no­wał, by od czasu do czasu na Forum, cen­tral­nym placu Rzymu, wysta­wiano tablice z wypi­sa­nymi nazwi­skami ska­za­nych na śmierć. Nie było for­mal­nych egze­ku­cji; każdy mógł wyko­nać wyrok i po zapre­zen­to­wa­niu odcię­tej głowy otrzy­mać sowitą nagrodę. Mają­tek ofiary pod­le­gał kon­fi­ska­cie. Pro­ce­durę tę nazwano pro­skryp­cją (od łaciń­skiego słowa pro­scrip­tio, „wysta­wie­nie na licy­ta­cję, wyję­cie spod praw”).

Celem Sulli było pozby­cie się prze­ciw­ni­ków, ale jego zwo­len­nicy czę­sto wyko­rzy­sty­wali oka­zję, aby zała­twić pry­watne pora­chunki albo się wzbo­ga­cić. Pewien pechowy bogacz żalił się: „Nie­stety, gubi mnie posia­dłość, którą mam w Alba­num”5.

Cyce­ron, ambitny dwu­dzie­sto­kil­ku­letni praw­nik, bez­po­śred­nio zetknął się z tymi okrut­nymi machi­na­cjami. W swej pierw­szej spra­wie kar­nej odważ­nie zde­ma­sko­wał poczy­na­nia jed­nego z bli­skich współ­pra­cow­ni­ków Sulli, grec­kiego wyzwo­leńca Chry­zo­go­nosa. Ujaw­nił intrygę pozo­ru­jącą, że pewien zamor­do­wany posia­dacz ziem­ski został objęty pro­skryp­cją, co pozwo­liło skon­fi­sko­wać jego mają­tek i sprze­dać za bez­cen Chry­zo­go­no­sowi.

Ryzy­ku­jąc oso­bi­ste bez­pie­czeń­stwo, Cyce­ron nakre­ślił nie­za­po­mniany por­tret pozba­wio­nego skru­pu­łów mani­pu­la­tora i karie­ro­wi­cza:

Sam zaś jak z wło­sami utre­fio­nymi i pomadą namasz­czo­nymi tu i ówdzie po Forum z wiel­kim orsza­kiem ludzi w togi odzia­nych uwija się, to sami, sędzio­wie, widzi­cie; jak na wszyst­kich z góry spo­gląda; jak nikogo prócz sie­bie za czło­wieka nie ma; jak sie­bie tylko za szczę­śli­wego i moż­nego poczy­tuje6.

Na szczę­ście wła­dze zosta­wiły Cyce­rona w spo­koju, moż­liwe też, że wódz nie zda­wał sobie sprawy z tego, jak ludzie pokroju Chry­zo­go­nosa wyzy­skują panu­jący chaos.

Sulla nie był zwy­kłym maso­wym mor­dercą; był także roz­waż­nym poli­ty­kiem. Wpro­wa­dził reformy mające zwięk­szyć upraw­nie­nia elity rzą­dzą­cej oraz zapew­nić, że nikomu innemu nie uda się pójść w jego ślady i prze­jąć z pomocą woj­ska kon­troli nad pań­stwem. Nie speł­niły one swego zada­nia i kariery poli­ty­ków wier­nych dotych­cza­so­wemu ustro­jowi, takich jak Cyce­ron czy War­ron, łamali nie­do­szli Sul­lo­wie; ostatni, Gajusz Juliusz Cezar, roz­pę­tał wojnę domową, która przy­nio­sła kres repu­blice rzym­skiej. Zwy­cię­stwo Cezara ozna­czało, że nie było już dla nich miej­sca na sce­nie poli­tycz­nej.

Jak miał zare­ago­wać kocha­jący ojczy­znę Rzy­mia­nin? Jeśli cho­dzi o War­rona i Cyce­rona, nie widzieli oni innego wyj­ścia, jak tylko poświę­cić się nauce, a kon­kret­nie spi­sy­wa­niu dzie­jów Rzymu, pisa­niu trak­ta­tów poli­tycz­nych lub filo­zo­ficz­nych albo anty­kwar­stwu.

„Byle­by­śmy tylko razem żyli, poświę­ca­jąc się naukom”, pisał Cyce­ron do War­rona w kwiet­niu.

Jeśliby nas kto chciał użyć do odbu­do­wa­nia Rze­czy­po­spo­li­tej, nie tylko jako budow­ni­czych, ale jako cie­ślów, ocią­gać się nie będziemy, ow­szem, z ochotą przy­bie­żemy. Jeżeli nikt naszej pomocy potrze­bo­wać nie będzie, nie prze­sta­niemy pisać i czy­tać dzieł o poli­tyce, usłu­gi­wać Rze­czy­po­spo­li­tej, jeżeli nie w sena­cie i na Forum, to przy­naj­mniej nauką, dzie­łami, bada­niami o pra­wach i oby­cza­jach7.

War­ron nie­wąt­pli­wie wziął to sobie do serca. Przy­pi­suje mu się autor­stwo nie­wia­ry­god­nej liczby 490 ksią­żek, choć do naszych cza­sów w cało­ści zacho­wała się tylko jedna z nich – pod­ręcz­nik rol­nic­twa. Dożył póź­nej sta­ro­ści, pod koniec życia pisząc jedno ze swych naj­słyn­niej­szych dzieł, O gospo­dar­stwie rol­nym (De re rustica). Jak wyznał żonie, „jeśli czło­wiek jest, jak powia­dają, bańką powie­trza, to tym bar­dziej odnosi się to do starca. Otóż mój osiem­dzie­siąty rok przy­po­mina mi, abym pozbie­rał manatki, zanim roz­stanę się z życiem”8. Tym­cza­sem żył jesz­cze dzie­sięć lat. Jed­nym z jego licz­nych doko­nań było opra­co­wa­nie chro­no­lo­gii, która usta­lała datę zało­że­nia Rzymu na 753 rok p.n.e.; choć zawiera ona błędy, do dziś pozo­staje tra­dy­cyj­nym sys­te­mem dato­wa­nia.

War­ron i Cyce­ron na­dal się spo­ty­kali, by dzie­lić się ponu­rymi prze­my­śle­niami na temat aktu­al­nej sytu­acji i wspo­mi­nać prze­szłą chwałę Rzymu. Skła­dali sobie wizyty w swych wiej­skich lub nad­mor­skich wil­lach. Cyce­ron bywał wybred­nym i wyma­ga­ją­cym gościem. „Jeżeli będę miał dosyć czasu przed 2 lipca do Tusku­la­num poje­chać – pisał – zoba­czę cię tam; jeżeli nie, pojadę za tobą do Kuma­num i wprzód cię o tym uwia­do­mię, żeby kąpiel była gotowa”9. Nieco póź­niej gro­ził żar­to­bli­wie: „Jeżeli do mnie nie przy­je­dziesz, pobie­gnę do cie­bie”10.

Z jego listów prze­bija podziw dla uczo­nego przy­ja­ciela: „Zda­niem moim dni, które prze­pę­dzasz w Tusku­la­num, stoją za całe życie i chęt­nie bym oddał dru­gim wszyst­kie bogac­twa świata, gdyby mi wolno było bez prze­szkody od gwałtu żyć tym spo­so­bem. Naśla­duję cię, jak mogę”11.

Rzym­scy histo­rycy i bada­cze prze­szło­ści nie uwa­żali się za pro­fe­sjo­nal­nych uczo­nych, ale, jak Cyce­ron i War­ron, byli zwy­kle pozba­wio­nymi zaję­cia przed­sta­wi­cie­lami nobi­li­tas. Ich celem było poucza­nie zde­ge­ne­ro­wa­nych współ­cze­snych poko­leń. Chcieli uka­zać prawdę, lecz kiedy na prze­szko­dzie sta­wał im brak fak­tów, się­gali do legend i nie wzdra­gali się przed wypeł­nia­niem luk tym, co ich zda­niem musiało – albo wręcz powinno – się było wyda­rzyć.

Pogrą­żeni w roz­pa­czy poli­tycy kona­ją­cej repu­bliki kształ­to­wali histo­rię wcze­snych lat Rzymu tak, jak sami chcieli ją widzieć. Miała ona być alter­na­tywą dla przy­gnę­bia­ją­cej teraź­niej­szo­ści. Tho­mas Babing­ton Macau­lay, angiel­ski poeta, histo­ryk i poli­tyk z XIX wieku, wyobra­żał sobie, że rzym­skie mity zało­ży­ciel­skie naro­dziły się jako ludowe pie­śni, i odtwo­rzył nie­które z nich w nie­za­po­mnia­nych wier­szach.

Lepiej niż kto­kol­wiek inny uchwy­cił on suro­wego rzym­skiego ducha:

Prę­dzej czy póź­niej, rzecz wia­doma,

Człek każdy spo­tka śmierć.

A jakiż jest god­niej­szy skon,

Niźli w obli­czu wroga

Życie dać za pro­chy ojców swych

I świą­ty­nie swo­ich bogów?12

Opo­wie­ści snute przez ludzi takich jak War­ron i Cyce­ron nie tylko uka­zy­wały utra­cone cnoty, ale obej­mo­wały rów­nież maka­bryczne histo­rie sprzed wie­ków, jeśli nie zmy­ślone, to ubar­wione, mające być budzącą grozę prze­strogą dla współ­cze­snych im nik­czem­ni­ków dzia­ła­ją­cych na zgubę pań­stwa. Ich wer­sja wyda­rzeń ma nie­wielki zwią­zek z prawdą (jak dalece możemy to stwier­dzić z per­spek­tywy nie­mal trzech tysięcy lat), ale jej histo­ryczna nie­wia­ry­god­ność jest znacz­nie mniej istotna niż świa­tło, jakie rzuca na to, co widział Rzy­mia­nin, gdy uważ­nie przy­glą­dał się sobie w ide­ali­zu­ją­cym lustrze.

Inne książki tego autora