Wakacje z szejkiemTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z jękiem odwróciła się na pięcie i drżącą ręką otworzyła drzwi. Zamknąwszy je za sobą, siadła na podłodze, otoczyła kolana rękami i gorzko zapłakała.

ROZDZIAŁ TRZECI

‒ Czy można przeszkodzić, Wasza Wysokość?

Idris uniósł głowę znad papierów leżących na biurku ambasadora. Jego doradca, Ashar, stał w drzwiach z kamienną twarzą. Doświadczenie pierwszych lat panowania nauczyło Idrisa, że to zapowiedź kłopotów. Oby nie zwłoki w rokowaniach pokojowych i handlowych. Ojciec Ghizlan pragnął więzi między obydwoma krajami, ale nie szedł na żadne ustępstwa przed ogłoszeniem zaręczyn. Idris zwrócił wzrok na ambasadora, który jako dyplomata z krwi i kości już zdążył wstać.

‒ Pozwoli Wasza Wysokość, że zostawię go samego z projektem amerykańskich inwestycji – zaproponował uprzejmie.

‒ Dziękuję. Tak będzie najlepiej.

Po jego wyjściu Ashar wkroczył do środka, zamknął za sobą drzwi i w milczeniu postawił laptop na stoliku. Wielki, czarny tytuł na ekranie głosił: „Spuszczony ze smyczy w Londynie szejk próbuje lokalnych smakołyków”. Poniżej widniało zdjęcie Idrisa z Arden w objęciach. Złote włosy ostro kontrastowały z czarną powierzchnią drzwi.

Idris zamarł ze zgrozy. Czyż nie wiedział, że popełnia błąd, idąc do niej? Dlaczego nie posłuchał, kiedy kazała mu odejść? Postąpił jak ostatni dureń! Powinien pamiętać, że choćby człowiek poświęcał dwadzieścia cztery godziny na dobę służbie dla kraju, dziennikarze zawsze czyhają za rogiem, żeby wykorzystać jedną chwilę słabości i zrobić z igły widły.

Najgorsze że nawet w obliczu groźby publicznego skandalu wciąż pamiętał smak jej ust.

‒ To nie wszystko – zastrzegł Ashar.

‒ Niech zgadnę – westchnął Idris. – Chodzi o księżniczkę Ghizlan.

Z duszą na ramieniu przeczytał tytuł na kolejnej stronie: „Dwulicowy szejk ma w tym samym mieście narzeczoną i kochankę”.

Idris zaklął na widok dwóch kolejnych zdjęć. Jedno przedstawiało go z Ghizlan na przyjęciu w ambasadzie. Na drugim fotograf przyłapał go, jak przytula Arden. Z zamkniętymi oczami i rozchylonymi wargami wyglądała, jakby czekała na pocałunek, a nie próbowała go odprawić.

Nawet teraz samo wspomnienie Angielki, o której powinien dawno zapomnieć, obudziło w nim pożądanie. Namiętna i szczera, pragnęła nie jego bogactw czy wpływów, ale jego samego. Przeżyli magiczne chwile. Marzył o dalszym ciągu, choć logika podpowiadała, że kiedyś namiętność wygaśnie. Mężczyźni z jego rodziny nie byli stali w uczuciach.

Odsunął laptop, wstał i odszedł od biurka, w pełni świadomy, jak bardzo zaszkodził krajowi i Ghizlan. Postawił ją w odrażającej sytuacji.

‒ Zawołaj księżniczkę do telefonu – rozkazał. – Nie! Lepiej jej doradcę i poproś o spotkanie. Natychmiast pojadę do jej hotelu.

Lecz Ashar nie wykonał żadnego ruchu.

‒ To nie wszystko.

‒ Jeszcze coś? Niemożliwe! Nic więcej między nami nie zaszło! – zaprotestował, wskazując swoje zdjęcie z Arden.

Jakże często uważał się za mądrzejszego od rozpustnego wuja, który marnował czas i energię na kochanki, zaniedbując sprawy państwowe. Albo od ojca, którego romanse rozbiły rodzinę i pozbawiły go ludzkiego szacunku.

Idris postawił sobie za punkt honoru dbanie o naród. Żeby zapewnić mu stabilizację, zaplanował dynastyczne małżeństwo, przynoszące korzyść obu królestwom. Zawsze stawiał obowiązki na pierwszym miejscu. Nigdy nie ulegał kaprysom. Brał przykład z dziadka, jedynego honorowego członka rodziny, który od sześciu pokoleń stanowił jedyny wyjątek od reguły, że mężczyźni z jego rodu nie potrafią kochać. Nie oczekiwał cudu. Nie wierzył, że pokocha kogoś na całe życie jak dziadek. Ale przysiągł sobie, że dochowa wierności przyszłej żonie. Ładnie zaczął!

‒ Powinien Wasza Wysokość coś zobaczyć przed rozmową z księżniczką – wyrwał go z ponurej zadumy głos Ashara.

‒ Pokaż!

Ashar wyświetlił następną stronę. Podał mu komputer, odwracając wzrok, jakby chciał uszanować jego prywatność. Zupełnie niepotrzebnie. Zrobił to wyłącznie dla pozorów. Znał tyle samo królewskich sekretów co on. Kiedy Idris spojrzał na ekran, o mało nie zemdlał.

„Sekretne dziecko z królewskiego rodu. Którego z kuzynów uwiodła Arden?”

Pod spodem zamieszczono trzy fotografie: Hamida wchodzącego z teczką na uniwersytet, Idrisa w tradycyjnych szatach podczas jakiejś ceremonii i Arden tulącą małe dziecko. Śniady, czarnowłosy maluch rzucał chleb kaczkom. Nie miał jasnej cery jak Arden. Do złudzenia przypominał Idrisa w jego wieku. Albo jego kuzyna.

Idris usiłował przeczytać artykuł pod spodem, ale szeregi liter skakały mu przed oczami. Widział tylko Arden, uśmiechającą się promiennie, według wszelkiego prawdopodobieństwa do potomka panującej w Zahracie dynastii. Omal nie opadł bezwładnie z powrotem na krzesło.

Ile lat mogło mieć dziecko? Dwa? Trzy? Nie potrafił określić. Czy możliwe, że był jego ojcem?

Przeżył szok. Powinien rozważyć możliwość abdykacji, przygotować stosowną przemowę i porozmawiać z niedoszłą narzeczoną, ale nie był w stanie. Nie potrafił oderwać wzroku od fotografii.

Oczywiście planował spłodzenie następcy, ale jedynie z politycznej konieczności, nie z wewnętrznej potrzeby. Z ojcem nie łączyła go bliska więź. Nie dał mu dobrego przykładu. Nie zaznał prawdziwego życia rodzinnego, toteż zakładał, że przyszła żona przejmie rodzicielskie obowiązki. Lecz widok maleństwa obudził w nim instynkty opiekuńcze. Zaparło mu dech na myśl, że to jego córeczka lub synek.

‒ Chłopiec czy dziewczynka? – zapytał.

‒ Chłopiec. Nazwała go Dawud.

Serce Idrisa przyspieszyło do galopu. Dała mu orientalne, nie angielskie imię. Dlaczego utrzymywała jego istnienie w tajemnicy?

Mieszkała pod dachem Hamida. Określił ją jako ważną dla niego osobę. Ale nie przyznał się do dziecka. Dlaczego? Nawet jeśli odziedziczył po przodkach niestałość w uczuciach, poważnie podchodził do obowiązków. Gdyby to on był ojcem, nie skazałby jej na los samotnej matki, zwłaszcza że sprawiał wrażenie, jakby mu na niej zależało.

Idris na próżno usiłował odgadnąć prawdę z uśmiechniętej, dziecięcej buzi. Ręka mu drżała, gdy sięgnął po telefon, by zadzwonić do Hamida.

Dopiero usłyszawszy głos z automatycznej sekretarki, przypomniał sobie, że jego kuzyn właśnie leci na konferencję naukową do Kanady. Pewnie akurat czytał jeden ze swoich ulubionych artykułów. Zwrócił wzrok na Ashara.

‒ Coś jeszcze?

‒ Nie wystarczy?

‒ Aż nadto! – przyznał z ponurą miną. – Połącz mnie z księżniczką. I wyślij ochroniarzy do domu mojego kuzyna.

‒ Żeby powstrzymać dziennikarzy? Pewnie już tam dotarli.

‒ Nie. Żeby obserwowali i składali mi raporty. Chcę znać sytuację.

Uznał za swój obowiązek chronienie dziecka, własnego czy Hamida, przed natrętnymi dziennikarzami, dopóki nie pozna prawdy.

‒ Sprawdź też godzinę przylotu samolotu mojego kuzyna do Kanady – rozkazał. – Muszę z nim porozmawiać, jak tylko wyląduje.

Arden zignorowała natarczywe pukanie do drzwi. Pogłośniła telewizor, żeby Dawud mógł słyszeć swój ulubiony program dla dzieci.

Kiedy najazd reporterów obudził go z popołudniowej drzemki, płakał, wystraszony hałasem i nieustannym dzwonieniem telefonu.

Oburzało ją, że wciąż ją nachodzili, choć postąpiła rozważnie. Odmówiła komentarzy, ale pozwoliła zrobić sobie zdjęcia. Lecz to im nie wystarczyło. Zażyczyli sobie zobaczyć Dawuda. Znali jego imię. Próbowali nawet wtargnąć do mieszkania. Doprowadzili ją do pasji. Nie zamierzała rzucać synka sępom na pożarcie. Spoconymi dłońmi zatrzasnęła im drzwi przed nosem. Mały patrzył z przerażeniem na szturmujący tłum.

Arden nie widziała wyjścia z opresji. Potrzebowała dobrej kryjówki, ale Hamid wyjechał, a przyjaciele nie mieli możliwości jej ukryć. Zresztą musiała chodzić do pracy co rano. Czy zaatakują ją w sklepie, a Dawuda w żłobku? Pewnie tak.

Wiedziała, że nie powinna iść na przyjęcie do ambasady. Nie liczyła na spotkanie z Shakilem… czyli Idrisem, ale ciekawił ją jego kraj. Niepotrzebnie uległa słabości. Teraz ponosiła konsekwencje. Na próżno tłumaczyła sobie, że to nie jej wina. Nie ona zainicjowała pocałunek. Prosiła Idrisa, żeby dał jej spokój. Lecz przeżyła magiczne chwile w jego ramionach… Teraz żałowała, że nie wykazała więcej stanowczości.

Ponowne głośne pukanie do drzwi uświadomiło Arden, że wcześniej zapadła cisza, jakby dziennikarze odstąpili. Podejrzewała, że to tylko podstęp, żeby wywabić ją na zewnątrz, najlepiej z Dawudem.

Uśmiechnęła się do synka, który nucił ulubioną piosenkę. Przykucnęła, objęła go i zaśpiewała razem z nim. Ale intruz nie ustępował. Znów załomotał do drzwi.

Pocałowała Dawuda w główkę, wstała i przeszła do maleńkiego przedpokoju, zamykając za sobą drzwi. Spostrzegła otwartą skrzynkę na listy. Zastanawiała się, czym ją zakleić, gdy usłyszała głos, o którym skrycie marzyła przez cztery lata:

‒ Otwórz, Arden. Przyszedłem ci pomóc.

Arden zastygła w bezruchu, rozdarta między nadzieją na ratunek a niepewnością, czy chce, by ojciec uczestniczył w życiu Dawuda. Jakby miała jakikolwiek wybór!

W tle słyszała szmer rozmów, prawdopodobnie dziennikarzy. Lecz on nie przemówił ponownie. Przypuszczalnie przywykł do bezwzględnego posłuszeństwa. Mimo wszystko zdawała sobie sprawę, ile odwagi wykazał, stając przed jej progiem, gdy reporterzy deptali mu po piętach. Najważniejsze, że przybył na pomoc.

Ostrożnie uchyliła drzwi, żeby go wpuścić.

Szejk Idris wkroczył do środka z poważną miną. Bynajmniej nie przypominał roześmianego, namiętnego kochanka, którego poznała na Santorynie. W ciemnym garniturze wyglądał raczej jak szef międzynarodowej korporacji niż jak władca wschodniego kraju.

 

‒ Dobrze się czujecie? – zapytał zamiast powitania.

Arden skinęła głową. Ku własnemu zaskoczeniu uśmiechnęła się nawet. Do tej chwili wrzała gniewem, lecz wystarczyła odrobina troski, by zmiękczyć jej serce. Nie zdawała sobie sprawy, że dotychczasowa złość maskowała strach.

Wyciągnął do niej rękę, ale zaraz ją opuścił. Przelotny uśmiech szybko zgasł na jego ustach.

‒ Niepotrzebnie przyszedłeś – zwróciła mu uwagę. – Twoje pojawienie się tylko zaostrzy sytuację. Nie pomyślałeś o tym?

Idris uniósł brwi ze zdziwienia. Najwyraźniej nikt dotąd nie śmiał kwestionować jego decyzji.

‒ Gorzej być nie może po tych zdjęciach, które opublikowali.

‒ Jeszcze gotowi pomyśleć…

‒ Już wszystko wiedzą – przerwał jej w pół zdania. – Wygląda na to, że więcej niż ja – dodał podejrzanie łagodnym tonem, który przyprawił ją o dreszcze.

Nie śmiała zaprotestować, że to, co pisze prasa, to tylko dziennikarskie spekulacje, nieoparte na żadnych rzetelnych informacjach. Nie zamierzała brać na siebie winy za całe zamieszanie. Nie ona je wywołała. To on przykuł uwagę mediów. Ona była nikim.

‒ Nie mogłeś wysłać kogoś w zastępstwie? – spytała.

‒ Przysłałem tu człowieka, ale doniósł mi, że cię otoczyli. Ponieważ wyłączyłaś telefon, doszedłem do wniosku, że jeżeli ktoś ci się przedstawi jako mój wysłannik, pomyślisz, że to dziennikarski podstęp.

Arden z ociąganiem pokiwała głową. Miał rację. Nie otworzyłaby drzwi nieznajomemu.

‒ Musiałem przyjść. Nie miałem wyboru – dodał po chwili.

Arden nie pojmowała, jak to możliwe, że potrafił zachować spokój w takim zamęcie. Nie wyobrażała sobie, jak wrócą z synkiem do zwyczajnego, anonimowego życia. Chciała obwinić Idrisa, ale co by osiągnęła? Musiała chronić Dawuda. Nie mogła sobie pozwolić na luksus histerii.

Palił ją wstyd, że wbrew swoim zarzutom nie została zmuszona do tego niewypowiedzianie słodkiego pocałunku. Przylgnęła do szerokich ramion Idrisa, wiedziona przemożną siłą przyciągania, która od początku pchała ją w jego objęcia, mimo że porzucił ją przed laty i że planował ślub z inną. Powinna się dawno uodpornić na jego urok.

Idris zauważył, że zacisnęła zęby.

‒ O co chodzi?

‒ Hamid mówił, że masz narzeczoną.

‒ Hamid nie wie wszystkiego – odburknął z chmurną miną.

W tym momencie Arden przestała widzieć w nim wybawcę, a zobaczyła zagrożenie. Bezwiednie zerknęła na zamknięte drzwi pokoju. Oczywiście podążył za jej wzrokiem. Jak mógł nie słyszeć dziecięcej piosenki i nie zgadnąć, kto tam siedzi?

Wpadła w popłoch, gdy uświadomiła sobie, że nawet nie zwrócił głowy w stronę drugiego pomieszczenia.

Ponieważ ją porzucił i zatarł za sobą ślady, od samego początku wiedziała, że czeka ją los samotnej matki. Ale teraz wrócił. Najgorsze, że nie potrafiła odgadnąć jego nastawienia do swojego potomka. Męskiego, czyli potencjalnego następcy. Nie mogła wykluczyć, że zechce go jej zabrać. Miał wystarczającą władzę i wpływy, by przeprowadzić swą wolę. Pojęła, że popełniła największy błąd w życiu, wpuszczając go do domu.

‒ Arden, co z tobą? – zapytał, chwytając ją za ramię.

‒ Nie dotykaj mnie – wykrztusiła ledwie dosłyszalnie.

Nic więcej nie zdołała powiedzieć, ale to wystarczyło. Natychmiast cofnął rękę jak oparzony. Arden wyprostowała się i uniosła głowę, żeby stawić mu czoło. Jeżeli przyszedł po Dawuda, to nie znał potęgi macierzyńskiej miłości.

‒ Co zamierzasz? – spytała.

Oczy Idrisa rozbłysły dziwnym blaskiem.

‒ Zabrać ciebie i chłopca w bezpieczne miejsce, gdzie prasa nie będzie was niepokoić. Musimy porozmawiać.

Perspektywa rozmowy bynajmniej jej nie pociągała, ale nie miała wyboru. Nie mogli żyć z Dawudem jak w więzieniu w nadziei, że reporterzy zostawią ich w spokoju. Musieli od czasu do czasu wyjść z domu. Idris stanowił jedyną deskę ratunku. Nikt inny nie zdołałby ich ochronić przed atakami mediów. Nie pozostało jej nic innego, jak mu zaufać, przynajmniej na razie.

‒ Spakuj wszystko, czego będziecie potrzebować przez kilka dni. Samochód czeka przed domem. Moi ochroniarze będą pilnować, żeby nikt nie wtargnął do waszego mieszkania podczas waszej nieobecności w poszukiwaniu sensacji.

Arden aż otworzyła usta ze zdziwienia. Nie przyszło jej do głowy, że ktoś obcy mógłby się włamać, żeby obejrzeć lub sfotografować ich dobytek dla prasy.

‒ Nie martw się. Nie dopuszczę do tego – zapewnił Idris na widok jej przerażonej miny.

Uwierzyła mu bez zastrzeżeń. Nigdy dotąd nie mogła na nikim polegać. Ledwie obdarzyła kogoś zaufaniem, doznawała zawodu. Zawiedli ją rodzice, rodzina zastępcza, nawet Hamid, udając, że łączy ich coś więcej niż w rzeczywistości. Zapewnienia Idrisa brzmiały wiarygodnie, ale nie robiła sobie żadnych złudzeń. Lecz na razie ona i Dawud potrzebowali pomocy.

‒ Daj mi dziesięć minut – poprosiła. Ruszyła korytarzem, ale zaraz przystanęła i popatrzyła niepewnie na drzwi pokoju dziennego.

‒ Bez obawy. Zaczekam tutaj – zapewnił, jakby odczytał jej myśli.

Nie przekonał jej. Nie mogła wykluczyć, że zabierze jej dziecko i wyniesie, nie wiadomo dokąd.

‒ Nic wam z mojej strony nie grozi. Daję słowo, Arden – przyrzekł solennie.

Arden wyczytała w ciemnych, prawie czarnych oczach szczerą determinację i siłę w dumnej, wyprostowanej postawie. Zerknęła jeszcze raz na drzwi pokoju dziennego i po chwili wahania podążyła do sypialni. Tłumaczyła sobie, że gdyby spróbował porwać chłopca, zaalarmuje ją jego krzyk. Zresztą nie przedarłby się łatwo przez tłum dziennikarzy przed wejściem.

Mimo wszystko odczuła ulgę, gdy po powrocie zastała Idrisa w przedpokoju, uważnie nasłuchującego głosu śpiewającego za drzwiami Dawuda. Postawiła na podłodze dwie torby: mniejszą swoją i większą z rzeczami i zabawkami synka.

‒ Muszę jeszcze zabrać fotelik dla dziecka – oznajmiła.

‒ Nie trzeba. Już został zainstalowany w moim samochodzie. Weź tylko swojego syna i bagaż.

Swojego! Nie wymienił jego imienia, jakby rozmyślnie zachowywał dystans. Ta świadomość zabolała, wbrew logice, ponieważ kilka sekund wcześniej martwiła się, czy go nie porwie. Tymczasem nawet nie zapytał, czy jest jego ojcem! W gruncie rzeczy nic dziwnego, że nie wykazał więcej entuzjazmu tuż przed ślubem z zagraniczną księżniczką.

‒ Przedstaw mnie synowi – poprosił. – Trzeba go uspokoić. I tak będzie przerażony tłumem na zewnątrz, nawet jeśli moja ochrona będzie ich trzymać na dystans – dodał, widząc jej wahanie.

Zaskoczył Arden. Po raz pierwszy ktoś pomyślał przed nią o potrzebach Dawuda. W tym momencie nie potrafiła myśleć perspektywicznie, oszołomiona perspektywą przedstawienia małemu ojca, którego myślała, że nigdy nie pozna.

Zwilgotniałą dłonią chwyciła za klamkę i przywołała uśmiech na twarz. Musiała zachować spokój, żeby Dawud nie wyczuł jej zdenerwowania. Wkroczyła do środka.

‒ Mama! – zawołał mały z szerokim uśmiechem.

Widok roześmianej buzi głęboko poruszył Arden. Po urodzeniu jego ciemne oczka przypominały jej człowieka, który ją wykorzystał i porzucił. Ale po latach widziała w nich już tylko oczy swojego ukochanego dziecka. Teraz widok uderzającego podobieństwa do ojca w całej twarzy i postawie obudził w niej tak silne emocje, że przystanęła w pół kroku.

‒ Mamo? – powtórzył Dawud. Wstał, ruszył w jej kierunku, ale nagle przystanął, zwrócił głowę w bok i zrobił wielkie oczy.

Arden raczej wyczuła niż dostrzegła, że Idris stoi obok niej, jakby wytwarzał pole elektryczne, ilekroć znalazł się w pobliżu.

Czy denerwował się tak jak ona przed zrobieniem decydującego kroku, który odmieni przyszłość ich wszystkich?

Opadła na kolana i wyciągnęła ręce do synka.

‒ Cześć, kochanie – powitała go ciepło.

Lecz chłopczyk nadal nie odrywał wzroku od Idrisa. Arden zamierzała wziąć go na ręce, gdy Idris opadł na podłogę i usiadł po turecku. Nawet nie zauważył, że dotknął jej kolana. Całą uwagę skupił na Dawudzie. Powiedział coś w swoim języku, dotknął ręką czoła, a potem piersi. Dawud przez chwilę stał w bezruchu, a potem uśmiech rozjaśnił małą buzię.

‒ Jeszcze – poprosił, wskazując jego czoło i pierś.

Idris powtórzył gest, prawdopodobnie powitania. Mały zachichotał, zaklaskał w rączki, po czym spróbował go naśladować.

Powitanie ojca z synem mocno poruszyło Arden. Nie spodziewała się zobaczyć ich razem. Po długich, daremnych poszukiwaniach Shakila w końcu dała za wygraną i przyjęła do wiadomości, że nigdy już go nie spotka. W gruncie rzeczy nie wiedziała, czy chce zobaczyć ich razem, ale teraz udzieliła jej się radość synka.

Bezwiednie zwróciła głowę ku władczej postaci w szytym na miarę ubraniu, wartym więcej niż jej półroczne zarobki. Uśmiechał się do Dawuda tak promiennie jak niegdyś do niej. Na ten widok zaparło jej dech, a serce przyspieszyło rytm. Nieprędko ochłonęła po szoku. Czy jego oczy lśniły jeszcze jaśniejszym blaskiem, czy też ponosiła ją wyobraźnia?

‒ Pora wychodzić – zarządził. – Moi ludzie będą trzymać reporterów na odległość. Mogę wziąć Dawuda, ale będzie czuł się pewniej na twoich rękach.

Arden uwierzyła mu bez zastrzeżeń. Nie tylko robił wszystko, żeby ochronić chłopca, ale też brał pod uwagę jego odczucia. Odwróciła głowę, żeby nie zobaczył, jak głęboko poruszyła ją jego troska.

‒ Idziemy, kochanie – powiedziała do Dawuda.

Gdy wzięła go na ręce, chłopiec wskazał na Idrisa i poprosił:

‒ Pan też.

‒ Tak. Ten pan też idzie z nami – potwierdziła.

Tymczasem Idris już zdążył wstać i wyciągnął rękę, żeby jej pomóc. Arden udała, że jej nie zauważyła. Wolała wstać o własnych siłach, ponieważ każde dotknięcie Idrisa wytrącało ją z równowagi. Obawiała się, że wpadła z deszczu pod rynnę.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Podczas jazdy Arden skupiła całą uwagę na synku. Dopiero kiedy kierowca wprowadził samochód do podziemnego garażu, spytała Idrisa:

‒ Dokąd nas przywiozłeś?

‒ Do mojej ambasady. Tu będziecie bezpieczni. Wjechaliśmy tylną bramą. Wysłałem moich ludzi, by zmylili reporterów – wyjaśnił, rozpinając pasy bezpieczeństwa przy foteliku Dawuda.

Arden zaskoczyło, z jaką wprawą to zrobił. W internecie nie znalazła żadnych informacji o żonach czy dzieciach, ale nigdy nic nie wiadomo. Tymczasem mały wyciągnął rękę do Idrisa, a nie do niej. Był przyjazny i ufny, ale jego fascynacja nowo poznanym człowiekiem wzbudziła w niej zazdrość.

Zauważyła, że choć Idris przez cały czas skupiał się na chłopcu, nie wysadził go z samochodu. Czy dlatego, że odgadł jej rozterki, czy dlatego, że nie chciał? Arden wzięła Dawuda na ręce i wysiadła.

‒ Wolałabym zamieszkać w hotelu – zaprotestowała, kiedy uświadomiła sobie, że przebywając na obcym terytorium, podlega władzy Idrisa.

Czyżby wpadła w pułapkę?

‒ Wolałabyś zaryzykować, że ktoś z obsługi hotelowej sprzeda prasie wasze zdjęcia i informację o miejscu pobytu? – zapytał Idris.

Arden zadrżała ze strachu na myśl o tropiącym ich stadzie szakali.

‒ O tym nie pomyślałam – przyznała.

‒ Tu wam nic nie grozi – zapewnił Idris. – Póki nie znajdziemy jakiegoś sensownego wyjścia z sytuacji, gwarantuję dyskrecję moich podwładnych.

Czy dlatego, że absolutny monarcha pościnałby im głowy za zdradę? Dumna mina i postawa świadczyły o niezachwianej pewności siebie. Patrząc na niego, Arden w pełni zdała sobie sprawę z nierównowagi sił. Szejkowi wystarczyło skinąć palcem, by wszyscy w pokłonach wykonywali jego rozkazy. Nie czuła się tak bezsilna nawet wobec tłumu reporterów.

‒ Najpierw musisz mi obiecać, że nie odbierzesz nam wolności, że będę mogła odejść z synkiem, kiedy zechcę.

Idris przez chwilę milczał. Gdy zwrócił wzrok na Dawuda, odruchowo przycisnęła go do siebie tak mocno, że zaczął protestować, póki nie rozluźniła uścisku. Czekała na słowa Idrisa jak na wyrok. Oddałaby wszystko za synka.

‒ Nie jesteście moimi więźniami, lecz gośćmi. Daję słowo. A teraz chodźmy. Trzeba umieścić chłopca w jakimś miłym, bezpiecznym miejscu, żebyśmy mogli swobodnie porozmawiać.

Nie przekonał jej do końca. Nadal czuła się niepewnie na jego terytorium. Na domiar złego przerażała ją własna reakcja na jego bliskość. Zapach drzewa sandałowego drażnił zmysły i budził tłumione przez lata tęsknoty. Jej ciało tęskniło za mężczyzną, od którego dzieliła ją przepaść. Nawet gdyby mu na niej zależało, władca państwa nie ułożyłby sobie życia z samotną matką o niezbyt prestiżowym pochodzeniu. Nie należała do jego świata.

 

Przemknęło jej przez głowę, żeby umknąć z Dawudem. Ale dokąd? Idris i dziennikarze wszędzie by ich znaleźli.

Idris milczał, obserwując ją bacznie. Obydwoje wiedzieli, że nie ma wyjścia. W końcu z ciężkim sercem ruszyła ku drzwiom.

Arden widziała przepych ambasady na przyjęciu. Wysokie na dwie kondygnacje sale wieńczyły kopuły, ozdobione skomplikowaną mozaiką. Wnętrza oświetlały lśniące żyrandole, a na podium stał złocony tron. Przypuszczała jednak, że inne pomieszczenia urządzono bardziej zwyczajnie. Ale była w błędzie. Przede wszystkim zaskoczyły ją rozmiary i rozmach posiadłości z kilkoma budynkami z patio pośrodku. Podejrzewała, że część z nich przeznaczono na biura dla dyplomatów, ale ją umieszczono w kilkupiętrowej kamienicy z eleganckim wyposażeniem, jakie widywała tylko w ekskluzywnych katalogach.

Lecz największe wrażenie zrobił na niej nie wystrój, lecz błoga cisza po zgiełku, który zostawiła za sobą. Dopiero kiedy jej serce zaczęło odzyskiwać w miarę normalny rytm, uświadomiła sobie, jak bardzo się bała.

Zaprowadziła Dawuda do kolorowej sypialni i rozmieściła jego zabawki w zasięgu wzroku chłopca. Ku jej zaskoczeniu Idris nie nalegał na natychmiastowe „poszukiwanie sensownego rozwiązania”. Zostawił ich samych, żeby odpoczęli i poznali otoczenie. Po chwili uśmiechnięta dziewczyna przyniosła posiłek dla Dawuda. Wyjaśniła, że ambasador zatrudnił ją do opieki nad swoimi dziećmi i prosił, żeby im pomagała w razie potrzeby.

Arden nie miała powodów do narzekania. Idris lub jakiś jego sumienny podwładny pomyślał o wszystkim. Nie przeszkadzało jej, że ktoś decyduje za nią, ale przywykła radzić sobie sama. Nie była zależna od nikogo. Doświadczenia z dzieciństwa nauczyły ją samodzielności. Pomyślała, że powinna się nauczyć korzystać z oferowanej pomocy dla dobra Dawuda, ale nie było to łatwe.

Traktowano ich uprzejmie i z szacunkiem. Pamiętała jednak płonące oczy Idrisa, kiedy twierdził, że prasa wie więcej o Dawudzie od niego. O swoim kuzynie też mówił gniewnym tonem, jakby coś ich dzieliło. Jak do tej pory wobec niej nie okazał gniewu.

Mimo pełnego komfortu nie potrafiła zapomnieć, że przebywa na jego terytorium. Czy wbrew obietnicy zostali jego więźniami? Adren zadrżała. Przysięgła sobie, że odejdzie stąd tak szybko, jak to będzie możliwe.

Niania imieniem Misha zaproponowała, że popilnuje Dawuda podczas jej rozmowy z Jego Wysokością. Arden gorączkowo szukała pretekstu, żeby odłożyć spotkanie, gdy mały otworzył szeroko zaspane oczka i zawołał radośnie:

‒ Pan!

Arden pochwyciła zapach drzewa sandałowego. Na próżno usiłowała wymazać z pamięci świeże, żywe jeszcze wspomnienie smaku ust Idrisa. Odwróciwszy głowę, ujrzała go w drzwiach. Stał w progu z poważną miną, ubrany w nienaganny garnitur. Nawet jej nie zauważył. Patrzył tylko na Dawuda. W końcu zwrócił ku niej wzrok.

‒ Dobrze wam tu? – zapytał.

Zirytował ją jego spokój, podczas gdy ona przeżywała męki niepewności o los dziecka.

‒ Zważywszy pościg reporterów i przymusowe położenie… – zaczęła, ale nagle uświadomiła sobie swój nietakt. – Przepraszam. Nie powinnam narzekać. Pokój jest śliczny, a Misha bardzo mi pomaga.

‒ Świetnie. W takim razie nie masz nic przeciwko temu, żeby zostawić go pod jej opieką i zjeść ze mną posiłek?

Arden przemilczała, że gdyby mogła, najchętniej cofnęłaby czas i wróciła do dawnego spokojnego życia. Tyle że wtedy Dawud nie poznałby ojca. Mimo trudnej sytuacji zdawała sobie sprawę, jak ważne jest dla dziecka wsparcie obojga rodziców. Gdyby coś jej się stało, Dawud nie zostanie sam na świecie jak niegdyś ona.

Wspomniała noc, kiedy rodziła w nagiej sali szpitalnej tylko w obecności położnej. Miała przyjaciół, ale nie na tyle bliskich, by dzielić z nimi tak intymne przeżycie. Wtedy uświadomiła sobie, że los jej dziecka zależy wyłącznie od niej. Przysięgła sobie, że da mu miłość i poczucie przynależności, jakiego nie zaznała w dzieciństwie.

‒ Arden? – przywołał ją do teraźniejszości głos Idrisa.

‒ Dziękuję. Chętnie zjemy kolację.

‒ Z panem! – wykrzyknął mały.

‒ Proszę – przypomniała mu Arden automatycznie.

‒ Płoszę.

Czyżby Idris przelotnie się uśmiechnął? Nie zdążyła mu się przyjrzeć, bo natychmiast przemierzył pokój i usiadł na brzegu łóżeczka Dawuda.

Serce Arden mocniej zabiło na ten widok. Przed laty marzyła o tej chwili. Spędziła niezliczone godziny na bezowocnych poszukiwaniach. Nie chciała wierzyć, że porzucił ją w ciąży, póki nie pozostało jej nic innego, jak przyjąć do wiadomości okrutną prawdę.

Westchnęła, gdy chłopczyk uniósł rękę do czoła, a potem do piersi, obserwując dorosłego towarzysza. Gdy Idris pozdrowił go w ten sam sposób, z radością naśladował kolejny gest opuszczania dłoni na wysokość brzucha.

‒ Jeszcze raz! – zawołał.

‒ Proszę – przypomniał Idris tak łagodnie, że wzruszył Arden.

‒ Płoszę – powtórzył mały nieudolnie.

Idris uśmiechnął się tak promiennie, że Arden topniało serce. Pokazał ponownie gesty powitania, ale tym razem towarzyszyły im słowa. Brzmiały w jej uszach jak egzotyczna muzyka. Nic dziwnego, że Dawud pochylił się ku niemu, wyraźnie oczarowany.

Nie wiedziała, jak długo siedziała, wpatrzona w ojca i syna. Przerwała im dopiero Misha. Poprosiła o pozwolenie odejścia w celu posprzątania łazienki, zachlapanej podczas kąpieli Dawuda.

Kiedy zostawiła ich samych, Idris oświadczył rzeczowym tonem:

‒ Rozmawiałem z Hamidem. Twierdzi, że to nie jego dziecko.

Arden osłupiała. Bezwładnie opadła na najbliższy fotel.

‒ Oczywiście, że nie!

‒ Czy w takim razie jest moim synem? – dociekał dalej, nie odrywając badawczego spojrzenia od dziecięcej buzi, jakby szukał dowodów pokrewieństwa.

Śmiertelnie ją obraził.

‒ Za kogo mnie uważasz? Myślisz, że przeskoczyłam z twojego łóżka wprost do łóżka twego kuzyna?

‒ Nie wiem, dlatego pytam – odrzekł z kamienną twarzą.

Załamał ją do reszty. W wieku dwudziestu lat spędziła tydzień z mężczyzną imieniem Shakil. Wierzyła, że znalazła bratnią duszę, prawdziwą miłość, że wie o nim wszystko i może mu w pełni zaufać. Ten tydzień odmienił jej życie. Odmieniłby je, nawet gdyby nie zaszła w ciążę. Po raz pierwszy pozwoliła sobie na nadzieję i zaufanie do drugiego człowieka. Lecz dla niego ten tydzień nic nie znaczył, podobnie jak czułe słówka i obietnica przedłużenia wspólnych wakacji. Nie czuł do niej nic prócz fizycznego pociągu.

Uniosła głowę i oświadczyła:

‒ Dawud jest twoim synem.

Czekała na jakąś reakcję, ale nie zauważyła żadnej. Czyżby nic nie czuł? Przysięgłaby, że wyczytała z jego twarzy silne emocje, kiedy patrzył na chłopca. Albo myślała życzeniowo, ponieważ pragnęła dla Dawuda ojcowskiej miłości. Jeżeli Idris go nie pokocha, da mu ją za dwoje. Wiedziała jednak z doświadczenia, że nic i nikt nie zastąpi pełnej rodziny.

‒ Przypuszczam, że zażądasz testu DNA? – spytała.

‒ To rozsądne rozwiązanie, zważywszy, że chodzi o następcę tronu.

Arden zdawała sobie sprawę, że Idris potrzebuje niezbitego dowodu, a jednak zabolało ją, że jej nie wierzy. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nazwał Dawuda następcą tronu. Czyżby zamierzał uznać go oficjalnie?

Owładnęły nią mieszane uczucia: ulga i strach. Czy wyobrażał sobie, że będą dzielić obowiązki rodzicielskie na dwóch kontynentach? Czy zamierzał narażać malca na nieustanne podróże pomiędzy Wielką Brytanią a Zahratem? Nie dopuszczała myśli o rozstaniu z synkiem.

Tymczasem Idris zaczął uczyć Dawuda jakichś słówek w swoim języku. Chłopiec radośnie je powtarzał.

Misha wróciła, a Idris wstał.

‒ Dobranoc – pożegnał go Dawud, machając rączką na pożegnanie.

Idris w odpowiedzi powiedział coś po arabsku, a potem przetłumaczył na angielski:

‒ Dobranoc.

Arden też życzyła synkowi dobrej nocy. Poprosiła Mishę, żeby dała jej znać, jeżeli nie będzie mógł zasnąć w nowym miejscu, i podążyła za Idrisem.

‒ Jakiego słówka uczyłeś Dawuda? – spytała, gdy zasiedli we dwoje w kameralnej jadalni.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?